... wczorajszy szczątkowy wpis, powiem tak... jestem pod ogromnym wrażeniem „Awatara". Ja wiem, że jestem w tym wypadku mało oryginalna, może powinnam oryginalnie i złośliwie „zjechać" ten film, ale... nie mam zamiaru. Film jest piękny, poetycki, wzruszający momentami i... co wcale nie jest mało ważne, przepiękny wizualnie. Efekty wciskają w fotel, wrażenia są nieprawdopodobne. Jeśli ktoś go jeszcze nie widział, to zachęcam. Ja sama chętnie poszłabym jeszcze raz, bo wiem, że za drugim razem ogląda się zupełnie inaczej, dociera więcej szczegółów i wrażeń. Nie wiem, może się wybiorę. W każdym razie nie żałuję trzech godzin spędzonych w fotelu. Miałam wczoraj po powrocie napisać ciąg dalszy porannej notki, ale... nie miałam jakoś pomysłu, a przecież nic na siłę, prawda? Dzisiaj natomiast zachwycałam się zimą. Ach, jak pięknie padał śnieg. Wielkie miękkie płatki wirowały w powietrzu w jakimś dzikim tańcu, świat rozbielał się i przytulniał. Rano szłam do pracy (teraz będzie ciekawie) i po drodze spotkałam się z taką jedną znajomą, którą lubię „tak sobie" bardziej mniej niż bardziej. W każdym razie powiedziałam do niej, że zima piękną porą jest. Na to ona do mnie z oburzeniem świętym i ogniem w oczach: też się jest czym zachwycać, wypadki na drogach i zarwane dachy. Na co ja jej, ze spokojem świętym jeszcze, że to nie wina zimy tylko tak zwanych służb, których obowiązkiem jest: a) odśnieżać, b) posypywać, a które co roku są „zaskakiwane" przez zimę, tak jakbyśmy żyli w tropikach i nagle białe zaczęło spadać z góry. No i tak od słowa do słowa rozgorzała jakaś tam dyskusja w białej zadymce. Gadał dziad do obrazu... albo golono-strzyżono. W końcu stwierdziłam, że tam w oddali widzę koleżankę, i musze się pożegnać. Jeśli ktoś myśli, że to koniec, to się myli. Spotkałam ją później na korytarzu Firmy. Stała z kilkoma osobami i widząc mnie zawołała, no i jak ci się ta zima podoba, wciąż sypie!!! No i rozczarowała się, bo kilka osób poparło moje zdanie, że a) pięknie jest, b) Polacy to naród malkontentów, c) uśmiech rozgrzewa każde pogody-niepogody! Znając tę kobietę, to mam wroga kolejnego. Na szczęście, ona może być moim wrogiem platonicznym. Nie mamy żadnych punktów stycznych jeśli chodzi o sprawy zawodowe, a to co będzie teraz gadała, to mi... lotto! Niemniej zastanowiło mnie nagminne „narzekactwo" wszystkich wokół. Za dużo śniegu - źle, bo.... I tu się wymienia wiele punktów, za mało śniegu - też źle, bo............. Upały - źle, deszcze - ooooo fatalnie!!! I tak dalej, i tym podobnie. Ja wiem, że też czasem narzekam, w końcu... nikt nie jest doskonały, ale staram się przyjmować każdy dzień i każdą pogodę jak... dar od Losu. Bo tak przecież jest. Szkoda czasu na obrzydzanie sobie życia, prawda? Dlatego tacy ludzie jak wymieniona wyżej pani powodują u mnie odruch, no noże nie wymiotny, ale raczej ucieczkowy. Jakoś mi nie pasował jej zacięty i niesympatyczny wyraz twarzy do porannego piękna, do bieli i tańczących wesoło śnieżynek. Na szczęście takie osoby mogę omijać z daleka i mieć nadzieję, że pochłonie je śnieżna zadymka. Och, co za ulga dla oczu i uszu. I tym egoistycznym akcentem, pa, pa.
A dla tych, którzy kochają wszelkie odcienie błękitu kilka zimowych obrazków. Niech wybłękitnią się Wasze dni i rozjaśnią noce w głębokim odcieniu kobaltu.
Zdjęcia pochodzą oczywiście sprzed kilku dni, jako że ostatnio nie zdjęciowałam, jak już wspomniałam wcześniej. I to by było na tyle. Właśnie minęła północ, mamy czwartek i... coraz bliżej weekend. O rany, znowu!!I Jakoś z wiekiem te weekendy coraz częściej chyba następują. Dziwne.... i tym zdumionym akcentem, pa, pa... po raz drugi w tym wpisie, ale tym razem, ostatni.
... północ i będziemy mieli środę. Super, tym bardziej, że... mam wolny dzień. Cóż, każdemu należy się jakieś wolne. Wolne od pracy, oczywiście, bo od problemów... niekoniecznie. Ale kto ich nie ma. Nawet ludzie, na pozór szczęśliwi, też mają problemy. Jak nie te to inne. Co wcale pocieszającym nie jest. Najważniejsze, żeby zachować w tym wszystkim zdrowy rozsądek i nie dać się przytłoczyć. Co dnia wynurzam się ku światłu, wciąż i wciąż z nową nadzieją na dobry czas. Kiedyś przecież musi nadejść, prawda? A tymczasem chodzę sobie z głową w słonecznym zimnym blasku, patrzę na świat jasnymi, łzawiącymi na mrozie oczami i rejestruję każdą chwilę, każdy moment, bo... każdy jest niepowtarzalny i każdy może być ostatnim. To wcale nie jest pesymistyczne stwierdzenie. Stwierdzam po prostu fakt. Nigdy nie wiemy, jak dugi czas nam pozostał, nigdy nie wiemy, jaka pogoda będzie jutro i nie wiemy kiedy spotkamy szczęście. Bo, że spotkamy, to przecież pewne. Trzeba być więc czujnym, żeby nie przegapić żadnego sygnału od Losu. Och, żebym jeszcze miała w sobie więcej determinacji i pracowitości, żebym nie odkładała na jutro wielu spraw, żeby czas nie przeciekał mi przez palce... Trudno często się zmusić do działania, gdy całe jestestwo krzyczy... daj sobie spokój, to nie ma sensu, znów walniesz głową w szklaną ścianę. Czasami rzeczywiście słucham tego wrzasku i najchętniej wcale nie wstawałabym z pościeli, a innym razem zatykam uszy na złe podszepty mojego gorszego Ja i wstaję... i walczę. Niemniej, te chwile, które utraciłam na użalaniu się nad sobą już nie wrócą. Nie ma co się nad nimi zastanawiać, co by było, gdyby... No, byłoby... I co z tego? E tam, jutro znów jest dzień, a... ranek jest mądrzejszy od wieczora... zapamiętałam taką mądrość z dziecinnych bajek, które sobie czytałam kiedyś, dawno temu. O rany, jak dawno... z każdym dniem dawniej... Ale wracając do poranka i jego mądrości... na przekór bajkowym mądrościom, mnie jednak lepiej się myśli nocką ciemną i cichą. Gdy świat zamiera i zanurza się we śnie. No tak, taka mądra jestem, bo wstałam godzinę temu i teraz mogę siedzieć przez całą noc. Wróciłam z pracy tak koszmarnie zmęczona, z pulsującym bólem głowy i jakimś łamaniem w kościach. I... po prostu położyłam się spać. Wstałam lżejsza, z nową energią, wszelkie niepokojące objawy ustąpiły... znów jestem gotowa do walki. Ale teraz chcę opowiedzieć o niedzieli. Po raz pierwszy tej zimy zmarzłam na sopelek. Ale może po kolei. Wyszłam z domu przed dziesiątą i pomaszerowałam dziarskim krokiem przez lasy, pola nad jeziora. Na polach mróz tworzył nieprawdopodobne ornamenty na suchych trawach, szczypał policzki i wyciskał łzy z oczu, zimne Słońce oślepiało jaskrawym niebieskawym światłem. Było... bajkowo, inaczej nie umiem tego określić! Po drodze zahaczyłam o Jacht Klub na Pogorii III, szczerze podziękowałam za propozycję udziału w kuligu za quadem po jeziorze (jednak tchórz ze mnie!) mimo, ze zapewniano mnie, że lód ma 35 cm grubości... ja tam wolę czuć grunt pod stopami. Oczywiście pozdjęciowałam sporo. Zajrzałam w miejsce, gdzie Pogoria wpada do Pogorii, tam gdzie zbierają się ptaki na ostatniej wolnej od lodu przestrzeni. Niestety, miejsca jest coraz mniej. Ostatnie mroźne dni spowodowały, że lód zagarnął kolejne metry. Na pozostałym skrawku kłębią się ptaki, łyski wskakują na grzbiety łabędzi... trzepot skrzydeł, ogólny wrzask i harmider. Akurat gdy byłam nad Trójką zadzwonił BOWN z pytaniem, gdzie jestem i czy na jeziorach da się jeździć na łyżwach. Odpowiedziałam mu, że na Trójce to raczej niemożliwe, bo leży śnieg i powierzchnia jest nierówna, natomiast na Jedynce prawdopodobnie jest zrobione lodowisko. Podjechał po mnie i wybraliśmy się, aby to sprawdzić. Faktycznie, lodowisko było. Weszliśmy na jezioro i... w momencie zamarzłam!!! Jedynka jest dość długa i wąska, są tam zresztą świetne warunki do żeglowania, bo mocno wieje. I właśnie mnie wywiało!!! Uciekłam czym prędzej na stały ląd, między drzewa, gdzie było zacisznie i w miarę ciepło (!!!) w porównaniu, rzecz jasna, do środka jeziora! BOWN sobie pojeździł... parę razy zaliczył glebę, to znaczy lód, bo powierzchnia jednak była nierówna, cieszył się jak dziecko... jednak niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba, prawda? A mnie udało się sfotografować wreszcie sarenkę!!! Jej koleżanki przemknęły mi przed nosem w ułamku sekundy, nawet nie zdążyłam zareagować, natomiast ona jest sarenką oswojoną, w zagrodzie... pewnie tęskni za wolnością. Przynajmniej takie miałam wrażenie. Leżała sobie w śnieżnym dołku, nawet nieszczególnie reagowała na moją obecność za siatką. Pochodziłam jeszcze trochę po okolicy, po drodze napotkałam starego człowieka, który wędrował przez las z wielką torbą... jak się okazało pełną kawałków słoninki, które rozwieszał na gałęziach drzew... dla sikorek! Piękny pan, piękna misja! Wcześniej napisałam, że po raz pierwszy tej zimy zmarzłam... jakbyście łazili po mrozie przez kilka godzin, to pewnie też byście zmarzli. Ja jednak jestem chyba pokręcona. Najważniejsze, że aparat wytrzymuje moje szaleństwa! Niech żyje Sony! Poniżej zostawiam kilka zdjęć „niedzielnych". Zostawiam trochę Słońca i Zimy... na dobry czas, na uśmiech, na dobranoc! I tym nocnym akcentem, pa, pa.
Więcej zdjęć znajdziecie w galeriach zimowych na www.sliczniefotograficznie.bloog.pl. Jak zwykle, zapraszam serdecznie. Pa, pa.
... przerwa "techniczna", to dwa wpisy w ciągu dnia. Zupełny brak umiaru i systematyczności. Ale chcę jak najszybciej podzielić się z PT Czytelnikami i Oglądaczami obrazków wrażeniami z mijającego właśnie dnia. W poprzedniej notce wspomniałam, że wybieram się na pyrzowickie lotnisko. Wcześniej jednak biegałam wokół mego bloku i fotografowałam lodowe cudeńka. Później zostałam namówiona przez Kuzyna na mały spacer do antoniowskiego lasu (tam, gdzie kiedys spotkałam groźnego drwala), na szczęście pora dla drwali raczej nieodpowiednia, czułam się więc znacznie pewniej. Las... niesamowita bajkowa atmosfera i mój zachwyt każdym widokiem, jaki się przede mną otwierał. Robiłam zdjęcia, gdy w pewnym momencie usłyszałam cichutki, delikatny dźwięk dzwoneczków. Przez moment sądziłam, że mam omamy słuchowe. Co się okazało... cieniutkie gałązki brzóz pokryły się lodowym pancerzem i poruszane lekkim wiatrem uderzały o siebie dzwoniąc i pobrzękując. Zupełnie, jak kryształy na staromodnym żyrandolu. Niesamowite, żyję już sporo lat, a jeszcze nigdy czegoś tak pięknego nie słyszałam! Staliśmy z Kuzynem nieruchomo, oboje wręcz oniemieli z zachwytu. Coś niepojętego. Żałuję, że nie da się opisać tego dźwięku, ale liczę na wyobraźnię Tubywalców. Mam nadzieję, że zdjęcia chociaż w maleńkim stopniu oddadzą tę atmosferę. Natomiast kolejny zachwyt przeżyłam w drodze do Pyrzowic. Tam są puste, odkryte przestrzenie i cały świat zamienił się w szkło! Słońce lekko roztapiało śnieg, którym pokryte były gałęzie drzew, krzewy i wysokie trawy, a później mróz zamrażał to, zmieniając w szklistą powłokę! Umieszczę poniżej kilka zdjęć, więcej znów na moim drugim blogu... tu powoli zaczyna mi się wyczerpywać limit. Zapraszam więc na www.sliczniefotograficznie.bloog.pl. A jeszcze jedno... rozmowy w Pyrzowicach były owocne. Ale o tym innym razem, gdy już sfinalizuję projekt. I tym obiecującym akcentem, pa, pa... znikam, zostawiając Tubywalców sam na sam z Panią Zimą.
Hej, przeleciał ptaszek... poranne "parapetowe" zdjęcie Diesla...
Zdjęcia z drogi do Pyrzowic umieszczę troszkę później... robiłam je przez szybę jadącego samochodu i muszę je przejrzeć. Proszę więc o troszkę cierpliwości...
Już jestem, a właściwie są zdjęcia. Mimo niesprzyjających warunków, jednak kilkanaście udało się wybrać, z których kilka umieszczam tutaj... Żałowałam tylko, że nie było możliwości zatrzymania się chociaż na chwilkę... z drugiej strony, cieszę się, że Kuzyn miał czyściutkie szyby w samochodzie. Grunt to znaleźć chociaz maleńki pozytyw, prawda?
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 233150
Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl sliczniefotograficznie.bloo...
więcej...Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl sliczniefotograficznie.bloog.pl margolandia.bloog.pl -foto fotomargo.bloog.pl - foto
schowaj...Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: