Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 205 767 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Mgła...

niedziela, 25 września 2016 2:40

 

... tak gęsta, że nie widać bloku naprzeciwko, a światła latarń giną wchłonięte przez gęste opary. Zapowiada się mglisty poranek. Zastanawiam się właśnie, czy chce mi się, a może mi się nie chce? Wyjść o świcie, żeby złowić jakieś obrazki. Wczoraj, tj, w sobotę, bo już dawno po północy, też jakoś niezbyt pałałam  entuzjazmem. Poranek był jakiś taki niewyraźny, Słońce przesłonięte leciutkim woalem mgieł gubiło swój blask. Jesiennie już jakby i sennie. W końcu ruszyłam cztery leniwe litery i poszłam nad znajomy staw. Zanim tam dotarłam już byłam przemoczona, bo z wysokich baldachów nawłoci spływała rosa w ilościach przemysłowych! Stanęłam na brzegu, cicho, pusto, ani jednego wędkarza. Nagle, tuż nad lustrem wody śmignęła jaskrawo błękitna strzała. Serce zabiło mi mocniej - zimorodek! Jest, a więc mam szansę na lepsze zdjęcia niż ostatnim razem. Nagle, co to? Drugi zimorodek! Identyczny, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Jeden z ptaszków zniknął w wysokich trzcinach. Drugi wybrał sobie gałązkę, bo jakżeby inaczej, po drugiej stronie jeziorka. Siedział, wpatrywał się w wodę, by później błyskawicznie zanurkować i znów usiąść na gałązce, tym razem z rybką w dziobie.  Przenosiłam się z miejsca na miejsce, krążyłam wokół stawu czując, jak chlupie mi w butach, bo oczywiście nie założyłam gumowców! Ptaszki, jakby się przekonały, że z mojej strony nic im nie grozi. Zwykła wariatka: łazi to to bez celu, celuje w ciebie z jakiejś czarnej rury, ryb nie łowi, w sumie niegroźna. I tak powstała cała seria zdjęć. A ja zakochałam się bez pamięci! Jestem zachwycona zimorodkami. Nie sądziłam, że znajdę je tak blisko domu. Cztery godziny spędziłam nad stawem i nawet nie wiem, kiedy tak szybko czas upłynął. Nie przeszkadzały mi mokre stopy, spodnie przyklejające się do kolan. Jedynym minusem były dłonie pogryzione przez komary, które siadały na nich całymi stadami. A ja w tym momencie robiłam zdjęcie! Cóż, miłość wymaga czasem ofiar, prawda? Po powrocie zajrzałam na Google. Moje dwa zimorodki to była parka: samczyk i samiczka. Być może mają gdzieś gniazdo, a w nim pisklęta. W dogodnych warunkach zimorodki wyprowadzają nawet trzy lęgi rocznie! Tak mi się wydaje, bo przeczytałam, że zimorodki są bardzo terytorialne i przepędzają ze swojego rewiru nawet partnera, o ile nie mają akurat piskląt! Jeśli będziecie mieli ochotę, Najmilsi Tubywalcy przyjrzeć się zdjęciom uważnie, to zauważycie różnice. Samczyk jest jaskrawiej ubarwiony, jego kolory są bardziej intensywne, przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Ale przekonajcie się sami!

 

 

DSC07490.JPG

 

 

DSC07494.JPG

 

 

DSC07603.JPG

 

 

DSC07604.JPG

 

 

DSC07625.JPG

 

 

DSC07640.JPG

 

 

DSC07656.JPG

 

 

DSC07661.JPG

 

 

DSC07663.JPG

 

 

DSC07678.JPG

 

 

DSC07704.JPG

 

 

DSC07715.JPG

 

 

DSC07720.JPG

 

 

DSC07723.JPG

 

 

DSC07727.JPG

 

 

DSC07730.JPG

 

 

DSC07731.JPG

 

 

DSC07733.JPG

 

 

DSC07745.JPG

 

 

DSC07752.JPG

 

 

DSC07757.JPG

 

 

DSC07767.JPG

 

 

DSC07778.JPG

 

 

DSC07780.JPG

 

 

DSC07781.JPG

 

 

DSC07782.JPG

 

 

Zostawiam Wam te obrazki, pozachwycajcie się, proszę wraz ze mną. A może też się zakochacie w zimorodkach? Pięknej niedzieli, Tubywalcy, pa, pa!


Podziel się
oceń
1
0
Tagi: zimorodek

komentarze (4) | dodaj komentarz

Pełnia...

środa, 21 września 2016 2:29

 

 

 

... Księżyca Żniwiarzy. Nie wiedząc, że tak się nazywa to zjawisko zrobiłam zdjęcia, bo Księżyc był tym razem wyjątkowy. Jasny i ogromny. Fascynujący i zachwycający! Magiczny, powiedziałabym! Później znalazłam informację w internecie, że to właśnie pełnia Księżyca Żniwiarzy. Dlaczego tak go nazwano? To proste, jasny blask naszego satelity pomagał w prowadzeniu prac rolnych nawet po zachodzie Słońca. Określenie to pochodzi z czasów... starożytnego Egiptu! Niesamowite, prawda? Ten sam Księżyc oświetlał pola Egipcjanina sprzed tysięcy lat, które użyźniał regularnie wylewający Nil. A teraz ogromny, pomarańczowy i niezmienny zaglądał w moje okno. W takich momentach przychodzi mi do głowy, jakże głęboka i odkrywcza (!) refleksja, cóż począć, czasem mam przebłyski geniuszu,  że przeminiemy, znikniemy gdzieś w otchłaniach dziejów. jak tyle kultur przed nami, jak tyle pokoleń, o których nic nie wiemy, po których nic nie pozostało.  A Księżyc będzie trwał. Niemy świadek rozwoju i upadku. Chwały i klęski rodzaju ludzkiego. Coraz częściej mam wrażenie, że powielamy stare błędy, że niczym uparte dzieci brniemy ku przepaści. A Księżyc Żniwiarzy oświetla nam drogę...

 

 

DSC07456.JPG

 

 

DSC07457.JPG

 

 

DSC07460.JPG

 

 

DSC07464.JPG

 

 

DSC07468.JPG

 

 

DSC07469.JPG

 

 

DSC07470.JPG

 

 

Póki jednak żyjemy, póki budzi nas kolejny świt, dopóty jest iskierka nadziei. Że nie wszystko stracone. Że ockniemy się i zrozumiemy, że Słońce wschodzi dla każdego człowieka. Dla każdego stworzenia. Dla ślimaka, motyla i dla rośliny. Pamiętam z dzieciństwa takie makatki haftowane niebieską nicią, które wisiały w kuchniach. Różne były na nich napisy. Wskazówki na dzień powszedni i od święta. Nie wiem dlaczego, ale zapadło mi w pamięć jedno zdanie: Zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Jakże prosta, najpierwsza i podstawowa prawda. Szkoda tylko, że ludzie o niej nie pamiętają. Budzimy się z letargu na moment, gdy czytamy o kolejnym zamachu, o kolejnej zbrodni. Przecieramy oczy ze zdumienia, przerażeni, że człowiek człowiekowi...  a później znów zapominamy pochłonięci codzienną gonitwą,  codzienną walką, żeby mieć lepiej, więcej, żeby być na szczycie. Obrazy, które jeszcze wczoraj nami wstrząsnęły zacierają się w naszej pamięci. Powszednieją i tracą swą tragiczną wymowę. Bo już nacierają na nas kolejne wiadomości, kolejne obrazy, kolejne tragedie. I tak bez końca.

 

 

Skąd we mnie tyle melancholii, spyta ktoś. Cóż, śmierć i przemijanie, poczucie straty towarzyszy mi właściwie od dzieciństwa. Miałam zaledwie pięć lat, gdy byłam świadkiem śmierci mojego Dziadziusia Pietrusia.  Nie zdając sobie wówczas sprawy z nieuchronności i ostateczności tego, co widzę miałam jednak przeczucie, że mój świat właśnie się zmienia. A patrząc na rozpacz mojej Babuni wiedziałam, że stało się coś strasznego i nieodwracalnego. Teraz śmierć jakby spowszedniała, stała się tematem w wiadomościach. Sąsiaduje z informacjami o wpadce Pani X, która odsłoniła zbyt wiele, i z „gorącym newsem” za ile Pan Y kupił sobie najnowszy samochód. Czytamy o niej w brukowcach, w Internecie, oglądamy ją na żywo w telewizji. I chyba nie traktujemy jej serio. Nie widzimy prawdziwych ludzi, ich cierpienia i rozpaczy. Są dla nas jak postaci z komiksu. Tylko, że w przeciwieństwie do tych komiksowych postaci, te nie wstaną i nie pójdą swoją drogą. Dla nich kończy się wszystko. Chyba, że wierzy się w życie po śmierci, ale to już inny temat. Nie na dzisiaj.

 

Ostatni weekend zaskoczył mnie nagłym chłodem i opadami. Miałam tyle planów na wypady w teren, a właściwie nosa nie wyściubiłam na zewnątrz. Za to zajęłam się malowaniem! Zawsze była we mnie tęsknota za tą dziedziną sztuki. Więc malowałam sobie... kaloryfery!!! Ha ha ha... myślicie, że to takie proste? Mam żeliwne, żeberkowe kaloryfery z całym mnóstwem zakamarków, do których trzeba się dostać za pomocą specjalnie wygiętego pędzla. W sypialni – 16 żeberek, w salonie – 21, w kuchni – 8, w garderobie – 14, a w łazience – 6. Ile to razem? Nieważne, ważne, że napracowałam się nieźle! Efekt? Jest czyściutko, biało, farba, zgodnie z zapewnieniami producenta, nie powinna żółknąć. Najważniejsze, że jest ekologiczna, szybko schnie i nie czuć jej rozpuszczalnikiem, bo niespecjalnie przepadam za tym zapachem. Podsumowując: znowu brawo ja!

 

Wrócę jednak jeszcze na chwilę do ubiegłego weekendu, kiedy to lato zaszalało i powaliło mnie na kolana (dosłownie i w przenośni!) temperaturami w okolicach trzydziestu stopni Celsjusza. W sobotę wybrałam się nad Pogorię IV. Było przed świtem, znad wody unosiła się biała mgła, w której majaczyły zacumowane łodzie.  Zeszłam z wysokiego brzegu nad samą wodę, ale w żaden sposób nie mogłam dobrze wykadrować zdjęć. Zdjęłam więc buty i skarpetki, podwinęłam wysoko szorty i weszłam do wody. I tu zaskoczenie! Spodziewałam się szoku w zetknięciu z lodowatą (tak myślałam!) wodą, podczas gdy okazało się, że woda jest cieplutka i przyjazna. Brodziłam sobie przepłaszając ryby pętające się między stopami i szukałam najciekawszych ujęć. Było cicho i miękko, głosy budzących się ptaków dobiegały z daleka, mgła otulała świat. Tylko z rozbitego na wysokim brzegu namiotu dobiegało męskie chrapanie. Surrealistycznie trochę! W takich momentach znikają wszystkie problemy, świat realny wydaje się nierealny i odległy.  Jest pięknie, tak po prostu...

 

 

DSC07474.JPG

 

 

DSC07498.JPG

 

 

DSC07508.JPG

 

 

DSC07512.JPG

 

 

DSC07519.JPG

 

 

DSC07536.JPG

 

 

DSC07544.JPG

 

 

Jednak wszystko, co dobre... ruszyłam więc, po założeniu butów, rzecz jasna, w kierunku Pogorii III i II. Niestety, brama do zaprzyjaźnionego jacht klubu była zamknięta na głucho, wszyscy pewnie spali snem sprawiedliwego, pomaszerowałam więc, z żalem rezygnując z fotografowania świtu z jachtami w roli głównej, nad Pogorię II. A tam... zresztą, niech zdjęcia mówią same za siebie. Od siebie dodam jedynie, że dawno mnie już tak komary nie pogryzły, jak na Bagrach! Ale co tam, warto było!

 

 

DSC06856.JPG

 

 

DSC06859.JPG

 

 

DSC06860.JPG

 

 

DSC06880.JPG

 

 

DSC06882.JPG

 

 

DSC06883.JPG

 

 

DSC06888.JPG

 

 

DSC06898.JPG

 

 

DSC06901.JPG

 

 

DSC06912.JPG

 

 

DSC06928.JPG

 

 

DSC06953.JPG

 

 

DSC06956.JPG

 

 

Niedziela była równie upalna, a może nawet bardziej niż sobota. Nie chciało mi się rano wstawać. To znaczy, aż tak rano, więc wyszłam z domu dopiero koło ósmej. Zbyt późno, żeby maszerować gdzieś daleko, więc  znów odwiedziłam „mój” staw na Staszicu.  I znowu mgły, zatrzęsienie owadów unoszących się nad trzcinami i... zaskroniec. Pięknie sobie płynął malując własnym smukłym ciałem niesamowite grafiki. Cudny obraz! Pewna zaprzyjaźniona malarka pochwaliła mnie za te zdjęcia. Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą zresztą, że to Natura jest największym artystą. Ja tylko rejestruję jej dzieła.

 

 

DSC07127 - Copy.JPG

 

 

DSC07138 - Copy.JPG

 

 

DSC07150 - Copy.JPG

 

DSC07154 - Copy.JPG

 

 

DSC07159 - Copy.JPG

 

 

DSC07171 - Copy.JPG

 

 

DSC07171.JPG

 

 

DSC07180 - Copy.JPG

 

 

DSC07182 - Copy.JPG

 

 

DSC07183 - Copy.JPG

 

 

DSC07184 - Copy.JPG

 

 

DSC07185 - Copy.JPG

 

 

DSC07186.JPG

 

 

Dodatkowym bonusem było moje spotkanie z zimorodkiem. Widziałam wcześniej tego ptaszka, ale jedynie, gdy przelatywał z prędkością błyskawicy nad rzeczką Pogoria. Tym razem polował sobie na rybki siedząc na wysokiej wierzbie, Wpatrywał się czujnie w wodę by w pewnym momencie runąć z gałęzi do wody. I tak wielokrotnie. Niestety, był dla mnie zbyt szybki i nie udało mi się go sfotografować w locie. Zawsze zazdrościłam innym niesamowitych ujęć owadów i ptaków zatrzymanych w locie. Zastanawiałam się, jak oni to robią, mówię tu o fotografach. Aż dowiedziałam się, że są to albo zdjęcia seryjne, albo kręcone filmy, z których wycinane są poszczególne kadry.  Tak zwane stop klatki.  Czyli, nie jestem taka znów beznadziejna. Ja przynajmniej nie oszukuję, nie stosuję żadnych sztuczek ani programów graficznych. A zimorodek był cudny!!!

 

 

DSC07214.JPG

 

 

DSC07217.JPG

 

 

DSC07221.JPG

 

 

DSC07223.JPG

 

 

DSC07225.JPG

 

 

DSC07227.JPG

 

 

DSC07232.JPG

 

 

DSC07246.JPG

 

 

DSC07247.JPG

 

 

DSC07254.JPG

 

 

DSC07258.JPG

 

 

DSC07260.JPG

 

 

DSC07257.JPG

 

 

I jeszcze, tak na zakończenie, bo mi się spać chce. Na moim balkonie, zupełnie niespodziewanie pojawił się... pomidor! Nie sadziłam, nie siałam, pomidory miałam w zeszłym roku, a tu nagle jakieś zagubione nasionko wykiełkowało. Pomidorki są wielkości jednogroszówki, ciekawe, czy zdążą dojrzeć? Przedziwne to jakoś!

 

 

DSC07420.JPG

 

 

DSC07423.JPG

 

 

DSC07427.JPG

 

I, już naprawdę na zakończenie, dwa portreciki chłopaków. Bo by było nieważne bez nich. I to by było na tyle. Pa, pa, Najmilsi Tubywalcy!

 

 

DSC06992.JPG

 

 

DSC06996.JPG

 

 

Ach, byłabym zapomniała. Wiecie, Tubywalcy Szanowni, że trzeciego października lecę do Londynu. I właśnie ostatnio, w związku z tym moim wyjazdem, pewna znajoma poradziła mi (odpowiednio zatroskanym tonem). Tylko, wiesz, jak już będziesz w Londynie to NIE MÓW PO POLSKU!!! Bo wiesz, oni tam POLAKÓW BIJĄ!!! Wiesz, po co ich PROWOKOWAĆ!!! Ktoś tu zwariował i to nie jestem ja... chyba???  Czekam na kolejne dobre rady!!! Nie korzystaj z metra! Nie wychodź na ulicę! Kup sobie burkę! Nie leć do Londynu! Jasny gwint!!! Pa, pa!

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Ups...

piątek, 09 września 2016 2:19

 

 

... zrobiłam to znowu! I mam mieszane uczucia z tym związane. Ale może uściślę, bo skąd możecie wiedzieć, Tubywalcy Najmilsi, jaki to znów grzech popełniłam... tylko od którego zacząć? Żartuję, aż tak bardzo nie grzeszę, chyba raczej z braku okazji niż kryształowego charakteru! Otóż, kupiłam sobie nowy aparat fotograficzny. Cudną alfę 65. Cacko, mówię Wam, dosłownie cacuszko! Bez mała sama zdjęcia robi, ja służę jedynie za statyw i automat do zwalniania migawki. Ach, ta moja skromność, prawda? Żarty żartami, a w najbliższych miesiącach czeka mnie chleb ze smalcem popijany kranówą! Przynajmniej schudnę, co będzie dodatkowym bonusem. Troszkę przesadzam, od czasu do czasu jakąś pasztetową sobie kupię. Zabawne, ostatnio spotkałam sąsiadkę, która spytała mnie, gdzie idę. Odpowiedziałam, że do sklepu, po żarcie dla siebie i jedzonko dla chłopaków! Mina sąsiadki – bezcenna. A przecież ja szczerą prawdę powiedziałam. Człowiek „opędzi się” byle czym, a kota za Chiny nie zmusisz do zjedzenia czegoś, czego nie lubi...  Ale wracając do mojej nowej alfy. Poniżej zaprezentuję Wam trochę zdjęć, jakie nią zrobiłam. Trochę, może dość sporo, jako że długo mnie nie było. Ponad miesiąc... czas leci, na dodatek zapomniałam hasła do własnego bloga, na szczęście, znalazłam notes, gdzie to hasło kiedyś zapisałam. Po prostu zapomniałam, gdzie schowany jest notes!!! Czy istnieje taki grzech, jak „zapominalstwo”? Jeśli tak, to będę się smażyć w Piekle! No cóż, pożyjemy – zobaczymy... to znaczy, umrzemy – zobaczymy... albo i nie! Jakoś nikt „stamtąd” nie wrócił, żeby opowiedzieć. Jejku, co za tematy po północy.Wrócę lepiej do moich ostatnich zdobyczy, dobrze? Do pszczół pracowicie zbierających pyłek z kwiatów, do motyli spijających nektar długimi ssawkami, do pająków – cierpliwych i cichych zabójców, do koników polnych grających w trawie swoje melodie, do ważek – zwinnych helikopterków, które rzucają mi wyzwanie: złap mnie w kadr, jeśli potrafisz! Nie powiem Wam tu, ile zdjęć zrobiłam, gdzie miała być ważka. No, była przecież, tylko.... odleciała! Szybkie i nieprzewidywalne w swym locie stworzonka! Ale za to jakie piękne!

 

 

DSC05473.JPG

 

 

DSC05478.JPG

 

 

DSC05485.JPG

 

 

DSC05500.JPG

 

 

DSC05516.JPG

 

 

DSC05530.JPG

 

 

DSC05534.JPG

 

 

DSC05673.JPG

 

 

DSC05677.JPG

 

 

DSC05679.JPG

 

 

DSC05775.JPG

 

 

DSC05801.JPG

 

 

DSC05830.JPG

 

 

DSC05880.JPG

 

 

DSC05882.JPG

 

 

DSC05896.JPG

 

 

DSC05906.JPG

 

 

DSC05922.JPG

 

 

DSC05968.JPG

 

 

DSC05997.JPG

 

 

DSC02600.JPG

 

 

DSC02622.JPG

 

 

DSC02736.JPG

 

 

DSC06005.JPG

 

 

DSC06006.JPG

 

 

DSC06009.JPG

 

 

DSC06032.JPG

 

 

DSC06378.JPG

 

 

DSC06387.JPG

 

 

DSC06415.JPG

 

 

DSC06421.JPG

 

 

DSC06489.JPG

 

 

DSC06440.JPG

 

 

DSC06510.JPG

 

 

DSC06512.JPG

 

 

DSC06513.JPG

 

 

DSC06514.JPG

 

 

DSC06602.JPG

 

 

DSC06393.JPG

 

 

DSC06538.JPG

 

 

DSC06559.JPG

 

 

DSC06572.JPG

 

 

DSC06578.JPG

 

 

DSC06611.JPG

 

 

DSC06613.JPG

 

 

DSC06644.JPG

 

 

DSC06670.JPG

 

 

DSC06682.JPG

 

 

DSC06690.JPG

 

 

DSC06700.JPG

 

 

DSC06917.JPG

 

 

Ostatnie weekendy na  szczęście były słoneczne i gorące. Ponieważ upały to obecnie niekoniecznie to, co lubię najbardziej, więc z domu wychodziłam przed świtem, żeby wrócić zanim zacznie się lać żar z nieba. To najpiękniejsza pora dnia. Mgły snują się nad łąkami, Słońce przedziera się przez białe woale, gdzieś w zaroślach buszują ptaki, poza tym cisza, ludzkość jeszcze śpi, nikt nie wrzeszczy, nie przeszkadza mi w celebrowaniu piękna. A ja wędruję powoli, z wysokich traw strącając krople rosy. W ciągu kilku minut mam mokre stopy, spodnie przyklejają się do skóry, ale kto by się przejmował takimi drobiazgami, prawda?  Od czasu do czasu oglądam uważnie łydki, czy jakiś kleszcz nie upodobał sob ie mojej nogi. Na szczęście, udało mi się tego uniknąć, jak do tej pory. I oby tak zostało!

 

 

DSC06261.JPG

 

 

DSC06274.JPG

 

 

DSC06279.JPG

 

 

DSC06283.JPG

 

 

DSC06289.JPG

 

 

DSC06291.JPG

 

 

DSC06294.JPG

 

 

DSC06299.JPG

 

 

DSC06305.JPG

 

 

DSC06316.JPG

 

 

DSC06319.JPG

 

 

DSC06322.JPG

 

 

DSC06325.JPG

 

 

DSC06329.JPG

 

 

DSC06334.JPG

 

 

DSC06353.JPG

 

 

DSC06365.JPG

 

 

DSC07374.JPG

 

 

DSC07375.JPG

 

 

DSC07377.JPG

 

 

DSC07381.JPG

 

 

Z kolei w drugiej połowie dnia wyruszałam przed zachodem Słońca, gdy upał z lekka zelżał, a Słońce zmierzało powoli za widnokrąg. Złota godzina nad Pogorią III. Wręcz czuć oddech Słońca. Ziemia pachnie latem. Jest pięknie, aż do bólu. Myślę sobie w takich momentach, dlaczego ludzie są pełni gniewu i nienawiści. Skąd tyle agresji?  Polityka, terror, chciwość i głupota. Tak, głupota przede wszystkim. Historia niczego nas nie nauczyła. Znów zmierzamy ku samozagładzie. W ostatnią sobotę usłyszałam huk na niebie. Wyskoczyłam na balkon (niestety, bez aparatu!) i zobaczyłam dwa F16 lecące nisko, prawie nad moją głową! Pierwsza myśl?  Kolejny wrzesień!!! Poczułam obezwładniający strach! Nie, nie jestem panikarą, ale... Na szczęście, przypomniałam sobie, że w Katowicach na lotnisku Muchowiec odbywa się piknik lotniczy, i jedną z atrakcji ma być przelot F16  właśnie. Odetchnęłam z ulgą, ale ten moment, gdy pomyślałam, że zaczęła się wojna... Nie chcę się tak czuć, nie chcę się bać, że czyjaś głupota zniszczy nasz świat. Nie zgadzam się na kłamstwa i nienawiść.  I jestem bezsilna. Bo co ja mogę? Może tylko pokazywać piękno świata?  Tylko, czy to wystarczy?

 

 

DSC06137.JPG

 

 

DSC06142.JPG

 

 

DSC06150.JPG

 

 

DSC06152.JPG

 

 

DSC06166.JPG

 

 

DSC06175.JPG

 

 

DSC06179.JPG

 

 

DSC06188.JPG

 

 

DSC06193.JPG

 

 

DSC06206.JPG

 

 

DSC06220.JPG

 

 

DSC06222.JPG

 

 

DSC06231.JPG

 

 

DSC06235.JPG

 

 

Ostatnio zadzwonił do mnie ciemną nocą taki jeden znajomy Grzegorz. Przesympatyczny, lubimy się od lat, czasem nie dzwoni przez kilka miesięcy, a czasem mam telefony przez kilka wieczorów z rzędu. I tak sobie gadamy pomalutku, o wszystkim i o niczym. I właśnie podczas jednej z takich rozmów zaczęliśmy wspominać Londyn. Ja znam lepiej wschodnią część miasta, Grześ pomieszkiwał na zachodnim krańcu. No i zatęskniłam za Londynem, jakoś zrobiło mi się smutno, że nie poleciałam tam tego lata. Skończyliśmy rozmowę, weszłam na Internet, i pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to reklama promocji jednej z linii lotniczych. Weszłam na stronę, rozejrzałam się i... kupiłam bilet w dwie strony w rewelacyjnie niskiej cenie. Lecę więc do Londynu 3. października!!!

 

 

Mam nadzieję, że nie przesadziłam z ilością zamieszczonych tu zdjęć! No cóż, musiałam nadrobić ponad miesięczną przerwę! A żeby zamknąć ten wpis jakąś logiczną klamrą, więc tak na zakończenie, na dobrą noc dwa portreciki moich chłopaków.  Dobrej nocy i pięknego dnia, Najmilsi Tubywalcy. Pa, pa!

 

 

DSC07142.JPG

 

 

DSC07172.JPG


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Piękna...

niedziela, 31 lipca 2016 1:22

 

 

... jest Polska. Piękny jest świat. I wcale nie przesadzam. Wystarczy wyjść z domu, by tuż za progiem spotkać prawdziwe cuda przyrody. Jak w ostatnią upalną sobotę, gdy pospawszy dłużej wyszłam z domu około 7:30, czyli jak na mnie strasznie późno. Ponieważ już zaczynało być gorąco,  więc nie zdecydowałam się na jakąś dalszą marszrutę, a jedynie potuptałam na nieodległe łąki, które zresztą mijam codziennie w drodze do pracy. A na łąkach ruch, a na łąkach wre praca, a na łąkach brzęczenie zaaferowanych owadów. Motyle, osy, pszczoły, bąki, koniki polne, żuczki  i wiele innych małych pracoholików. A całe to małe tałatajstwo fruwa, skacze, pełza przemieszczając się z kwiatka na kwiatek. Zupełnie nie zwracając na mnie uwagi i wkurzając mnie okropnie, gdy już-już mam złapaną ostrość, a tu fruuuuuuuu i mam na zdjęciu samotny kwiatek, ewentualnie w rogu kawałek owadziego skrzydełka. Trzeba wówczas odetchnąć głęboko, najlepiej z przepony i... zacząć cały manewr od początku. To nie jest zajęcie dla niecierpliwych nerwusów! Za to jaka satysfakcja, gdy wszystko zagra. Motylek cierpliwie poczeka, aż go „wyostrzę”, Słońce podświetli skrzydełka, i nieważne wówczas, że pot spływa po moim nosie,  napięte łydki zaczynają dygotać z przemęczenia, a kręgosłup wrzeszczy. Liczy się efekt!

 

DSC01762.JPG

 

 

DSC01758.JPG

 

 

DSC01757.JPG

 

 

DSC01915.JPG

 

 

DSC01503.JPG

 

 

DSC01755.JPG

 

 

DSC01617.JPG

 

 

DSC01574.JPG

 

 

DSC01571.JPG

 

 

DSC01597.JPG

 

 

Motyle są niesamowite. Małe klejnociki fascynują mnie niezmiennie. A jeśli uda mi się sfotografować jakiegoś wcześniej niewidzianego osobnika, wówczas satysfakcja jest nieprawdopodobna. Jedynym minusem tego pełzania w wysokich trawach jest obawa przed kleszczami i konieczność ciągłego sprawdzania, czy jakiś nie wędruje po mojej nodze. Brrrrrrrrrrrrrrrrrrrr... na samą myśl mnie otrząsa! Na szczęście, jakoś udało mi się do tej pory uniknąć kontaktu z kleszczami, co jest o tyle dziwne, że przecież włóczę się po lasach, łąkach i nurkuję w krzakach.

 

 

DSC01847.JPG

 

 

DSC01816.JPG

 

 

DSC01733.JPG

 

 

DSC01665.JPG

 

 

DSC01663.JPG

 

 

DSC01653.JPG

 

 

DSC01629.JPG

 

 

DSC01593.JPG

 

 

DSC01535.JPG

 

 

DSC01519.JPG

 

 

DSC01498.JPG

 

Słońce wędrowało coraz wyżej, robiło się z każdą minutą goręcej, więc pomaszerowałam z powrotem i... kupiłam po drodze jakieś picie, minęłam dom, i powędrowałam nad mój ulubiony staw.  Niestety, nie byłam tam długo sama, jak się okazało. Nadciągnęło jakieś rozbawione grilowo-piwne towarzystwo i skutecznie zniechęciło mnie do dłuższego pozostawania nad stawem. Jedynie przed ich przyjściem „złapałam” jednego zaskrońca. Później grilownicy skutecznie wypłoszyli wszelkie stworzenia duże i małe. Wróciłam więc powolutku do domu. Dochodziło południe, żar lał się z nieba, średnio korzystna aura dla sercowca.

 

 

DSC01802.JPG

 

Ponieważ wróciłam do domu, a na balkon jeszcze nie dotarło Słońce, więc pochwalę się Wam, Najmilsi Tubywalcy, jak to na tym moim balkonie jest. Sielsko, anielsko, lawendowo, kolorowo, błękitnie i gosiowo. To właśnie klimaty, jakie lubię. Namiastka małego białego domku z ogródkiem przed oknami i  sadem z tyłu. No cóż, znowu nie wygrałam w totolotka, więc musi mi wystarczyć mój klimatyczny balkon! Taka niepoprawna romantyczka ze mnie!

 

 

DSC06295.JPG

 

 

DSC06297.JPG

 

 

DSC06307.JPG

 

 

DSC06312.JPG

 

 

DSC06313.JPG

 

 

A w niedzielę, zupełnie niezaplanowanie znalazłam się w Ustroniu, Goleszowie, Dębowcu, Kończycach Małych i Zebrzydowicach,. Najpierw jednak musiałam dojechać w Beskidy pociągiem. Z pozytywów:  peron w Dąbrowie Górniczej wreszcie jest wyremontowany i czyściutki. Ładne wiaty, klimatyzowane poczekalnie – światowo. Poza tym stary dworcowy budynek został zasłonięty i przygotowany do remontu. Na osłonach prezentuje się jego przyszły wygląd. Wreszcie przestanie straszyć!!! Negatyw? Bilet kolejowy podrożał, za to dostałam list od prezesa PKP wyjaśniający, dlaczego podrożało i co z tego będę miała. Światowo! I jeszcze jedna niespodzianka. Słoneczko postanowiło zrekompensować mi niespodziankę z podwyżką cen i zafundowało darmowy efekt Słońca pobocznego.

 

 

DSC06342.JPG

 

 

DSC06343.JPG

 

 

DSC06332.JPG

 

Ponieważ o Ustroniu pisałam już wielokrotnie wcześniej, więc teraz skupię się na miejscach mniej znanych, które odwiedziłam po raz pierwszy. Może po kolei. Goleszów, a właściwie zbiornik wodny TON. Trzeba przejść wysokim tunelem i otwiera się niesamowity widok na szmaragdowo zieloną wodę. Kąpiel wzbroniona, jedynie wędkarze mają raj, bo ryb w zbiorniku zatrzęsienie. Jak wyczytałam z tablicy informacyjnej kiedyś było tu prowadzone wydobycie marglu dla cementowni w Goleszowie.  W nieczynnym już kamieniołomie zebrała się woda z okolicznych źródełek i zapełniła dziurę w Ziemi. Kiedyś głębokość wyrobiska miała kilkanaście metrów, teraz zbiornik ma chyba z osiem metrów w wyniku zamulenia dna. Nie da się nawet wejść do wody, ponieważ jeziorko jest głębokie już przy samych brzegach. Niemniej jest urokliwe i zadbane. Taka mała perełka, której kompletnie się nie spodziewałam. Ładnie tam, nad TON-em!

 

 DSC01957.JPG

 

 

DSC01959.JPG

 

 

DSC01963.JPG

 

 

DSC01967.JPG

 

 

DSC01970.JPG

 

 

DSC01977.JPG

 

 

DSC01989.JPG

 

 

DSC01981.JPG

 

 

Kolejnym przystankiem był Dębowiec. Interesujące miejsce z tężniami solankowymi w samym centrum miejscowości. Niezwyklej miejsce, w którym solanka spływa po specjalnie zbudowanej w formie okręgu konstrukcji z drewna i gałązek wydzielając dobroczynne składniki, a ja mogłam sobie oddychać i wdychać. Jak wyczytałam z tablicy informacyjnej, dębowiecka solanka zalegająca na głębokości 500 metrów ma jedno z najwyższych na świecie stężeń takich minerałów, jak: jod, brom, wapń, krzem oraz selen. Spróbowałam ściekającego płynu,,, zapewniam, że słony jak jasny gwint. Ludzie siedzą sobie na ławeczkach, jedni w grupkach rozmawiają,  inni samotnie czytają książki. A wszyscy wdychają solankowe opary. Nieopodal jest zresztą sklep, gdzie można kupić produkty lecznicze do użytku domowego: kąpieli, inhalacji czy masażu. Ponieważ jednak było bardzo upalnie, więc zbyt długo na pełnym Słońcu nie wytrzymałam.  Czas było ruszać dalej.

 

 

DSC06361.JPG

 

 

DSC06363.JPG

 

 

DSC01993.JPG

 

 

DSC01997.JPG

 

Po drodze zobaczyłam przepiękny widok pól obsadzonych słonecznikami. Tego nie mogłam sobie odpuścić. Żeby zrobić jak najciekawsze ujęcia musiałam zejść z drogi na pole. Przez zarośnięty rów i wysokie chaszcze. Ale co to dla mnie, prawda? No, chyba, że w rowie rosną pokrzywy, a ja wdepnęłam w sam ich środek. Ała!!!! Każdy chociaż raz w życiu miał kontakt z tym parzącym zielskiem, więc wiecie, Szanowni Tubywalcy, jakie to nieprzyjemne doznanie. Słoneczniki czekały cierpliwie i udało mi się zrobić trochę zdjęć.

 

 

DSC02021.JPG

 

 

DSC02006.JPG

 

 

DSC02007.JPG

 

 

DSC02009.JPG

 

 

DSC02010.JPG

 

 

DSC02012.JPG

 

 

DSC02013.JPG

 

Jadąc w kierunku Zebrzydowic zobaczyłam urocze jeziorko z żelaznym mostkiem. Zaintrygowało mnie i okazało się, że trafiłam, właściwie przypadkowo do zamku w Kończycach Małych. Zamek, a właściwie dwór obronny został wybudowany pod koniec XIV wieku przez ród Golasowskich. Później zmieniał właścicieli, został rozbudowany i zyskał reprezentacyjny dziedziniec  z zabudową arkadową. Moja pierwsza myśl, gdy znalazłam się na dziedzińcu? O, jak na Wawelu! Faktycznie, podobieństwo stylu jest uderzające. Niezwykle interesujący obiekt. Grube mury, arkady i podcienia, a całość nad uroczym stawem będącym pozostałością po obronnych fosach, które zostały częściowo zasypane i przekształcone w angielskie ogrody przez kolejnych właścicieli. Obecnie obiekt należy do Skarbu Państwa i mieści się tu hotel, restauracja (świetne lody!), biblioteka, Izba Regionalna i siedziby stowarzyszeń. A wszystko zadbane, wyremontowane, czyściutkie. Prawdziwa perełka. Nie chcę tu przepisywać Wikipedii. Więcej informacji można tam znaleźć. Ja pokażę jedynie kilka zdjęć, które i tak nie oddają uroku tego miejsca. Jedyne, co mi przeszkadzało, to parkujące na dziedzińcu samochody. Jakoś zaburzały mi kompozycję, ale na to nie mam wpływu, niestety!

 

 

DSC06403.JPG

 

 

DSC02023.JPG

 

 

DSC06366.JPG

 

 

DSC06367.JPG

 

 

DSC06373.JPG

 

 

DSC06375.JPG

 

 

DSC06378.JPG

 

 

DSC06383.JPG

 

 

DSC06385.JPG

 

 

DSC06387.JPG

 

 

DSC06390.JPG

 

Kolejnym i już ostatnim przystankiem na trasie niedzielnej wycieczki były Zebrzydowice, a właściwie przydrożny bar tuż przy samej granicy polsko-czeskiej. Jedzenie genialne, sympatyczna atmosfera i chwila odpoczynku od fotografowania. No, nie tak do końca, nie byłabym sobą, gdybym nie odkryła jakiegoś obiektu, a nawet trzech do sfotografowania. Otóż, na sąsiednim budynku, po spadzistym dachu przechadzał się... bociek! A w gnieździe umieszczonym na wysokich słupach siedziały sobie dwa, całkiem już podrośnięte bocianięta.  I dobrze, że już podrośnięte, bo gdyby były małe, to z dołu bym ich pewnie nie wypatrzyła. A tak, udało się i mam kilka zdjęć bocianiej rodzinki. Brakowało jeszcze jednego dorosłego bociana, pewnie pofrunął po coś na obiad dla potomstwa.

 

DSC02041.JPG

 

 

DSC02048.JPG

 

 

DSC02054.JPG

 

 

DSC02059.JPG

 

 

DSC02073.JPG

 

 

DSC02080.JPG

 

 

DSC02092.JPG

 

 

DSC02098.JPG

 

 

 

Czas było wracać do Ustronia, bo nie chciałam się spóźnić na pociąg jadący bezpośrednio do Dąbrowy Górniczej. Miałam trochę czasu, więc spacerowałam powoli po ustrońskim parku, gdy wtem, tuż przede mną przemknęła wiewiórka. Ale jaka! Wiewiórka jaka jest każdy wie! Nie tym razem, Moi Mili! Zaskoczył mnie jej wygląd. Nie dość, że była brunatna, prawie czarna, to jeszcze nie miała charakterystycznych pędzelków na uszach. Jakiś wiewiór-odmieniec! Szkoda, że przemknęła tak szybko, że nie zdołałam jej obejrzeć dokładniej.

 

 

DSC02101.JPG

 

 

I to by było na tyle, następnym razem mgliste świtańce z właśnie  zakończonej soboty i mały remanencik, który Was może zaskoczyć, Tubywalcy Najmilsi. A dzisiaj, za kilka godzin znowu jakieś górki. Mam apetyt na zdjęcia, oj mam! Pa, pa!

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wiatr...

piątek, 15 lipca 2016 22:36

 

 

... wieje za oknem, jakby wszystkie biesy z okolicy zmówiły się, żeby zrobić zamieszanie. Coś jęczy, zgrzyta, trzaska w koronie brzozy targanej ostrymi podmuchami. Od czasu do czasu rozlega się ostry łomot, gdy wiotkie brzozowe witki uderzają w daszek nad moim balkonem. Koty śpią pokotem, co jakiś czas podnosząc łebki rozglądają się uważnie wokół, sprawdzają czy wszystko w porządku. Po czym zasypiają na powrót. Szczęściarze, ja ostatnio słabo sypiam, zasypiam grubo po północy, a budzę się jeszcze przed świtem. Upały, nagłe zmiany ciśnienia atmosferycznego, burzowe fronty tworzą mieszankę, nomen-omen piorunującą dla mojego samopoczucia. Dodatkowym czynnikiem, który mocno mnie osłabia jest różnica temperatur między klimatyzowanym biurem, a tym, co się dzieje na zewnątrz budynku. W pracy siedzę sobie w przyjemnym chłodku (chciałam napisać: pracuję!) w temperaturze około 20oC, wychodząc zderza się człowiek z falą powietrza rozgrzanego grubo powyżej 35oC. Szok dla organizmu, szczególnie dla serducha. Co ciekawe, takie upały zupełnie mi nie przeszkadzały nad morzem, a i w górkach, gdzie spędziłam ostatni weekend nie odczuwałam żadnego dyskomfortu związanego z wysokimi temperaturami. Ale wracając do tego, co za oknem. Miałam nadzieję, że może pojawi się jakaś burza z piorunami. Niestety, tylko ostre wianie. Powie ktoś, że chyba babie odbiło, czeka na burzę! Ostatnio czekałam, czekałam, aż się doczekałam. Efektem tego są takie zdjęcia.

 

 

 

DSC06017.JPG

 

 

DSC06032.JPG

 

 

DSC06035.JPG

 

 

DSC06040.JPG

 

 

DSC06041.JPG

 

 

DSC06051.JPG

 

 

Pragnę szybciutko uspokoić. Nie wystawiałam się na ryzyko porażenia piorunem. Nie stałam na balkonie, a jedynie łapkę z aparatem wystawiałam na zewnątrz i... liczyłam na łut szczęścia, że uda mi się złapać choć jeden rozbłysk. Niestety, uderzenie pioruna trwa ułamek sekundy. Zbyt krótko, by nacisnąć spust migawki. Takie trochę chybił-trafił. Wyładowań było jednak tak dużo, że jakieś udało mi się uwiecznić. Niezbyt spektakularne, ale i tak jestem zadowolona.

 

 

Teraz jednak chcę wrócić do Władysławowa. Obiecałam przecież, poza tym mam tyle do pokazania, że nie mam pojęcia, co wybrać. Klęska urodzaju?  Spróbuję jednak jakoś to usystematyzować. Władysławowo – urokliwe miasteczko u nasady Półwyspu Helskiego. Duży port rybacki i ośrodek turystyczno-wypoczynkowy. Dla mnie trochę zbyt tłoczny, ale jako baza wypadowa do sąsiednich miejscowości  Władek jest idealnym miejscem. Jest również idealnym miejscem do... wydawania pieniędzy. Takiego skupiska sklepików, barów, kiosków, lodziarni i różnych bazarków dawno nie widziałam. Czyli, dla każdego coś miłego. Na szczęście dla mojego portfela ulicami Władysławowa poruszałam się albo wcześnie rano, albo późnym wieczorem. Dla szukających wypoczynku i ciszy też się tu coś znajdzie. Z powodu moich preferencji fotograficznych niezbyt odpowiadała mi miejska plaża, gdzie „czynnik ludzki” dosłownie właził mi w kadr. Znalazłam za to przepiękną dziką plażę z drugiej strony portu. Z oślepiająco białym piaskiem, muszelkami, mewami wrzeszczącymi nad głową i kormoranami suszącymi skrzydła na falochronach. Wprawdzie trzeba było odbyć dłuższy spacer, ale warto było. Zachody Słońca znikającego za portowymi zabudowaniami i masztami kutrów warte były odrobiny wysiłku.  Poniżej kilka migawek z władysławowskiego portu.

 

 

DSC00132.JPG

 

 

DSC00135.JPG

 

 

DSC00139.JPG

 

 

DSC00142.JPG

 

 

DSC00169.JPG

 

 

DSC04059.JPG

 

 

DSC04066.JPG

 

 

DSC04078.JPG

 

 

DSC04085.JPG

 

 

DSC04087.JPG

 

 

DSC04092.JPG

 

 

DSC04112.JPG

 

 

DSC04128.JPG

 

 

DSC04130.JPG

 

 

A to już dzika plaża, o której wspomniałam powyżej.

 

 

DSC01123.JPG

 

 

DSC01132.JPG

 

 

DSC01137.JPG

 

 

DSC01141.JPG

 

 

DSC04841.JPG

 

 

DSC04845.JPG

 

 

DSC04854.JPG

 

 

DSC04860.JPG

 

 

DSC04868.JPG

 

 

DSC04871.JPG

 

 

DSC01300.JPG

 

 

DSC01211.JPG

 

 

DSC01098.JPG

 

 

DSC00832.JPG

 

 

DSC00823.JPG

 

 

DSC00815.JPG

 

 

DSC00812.JPG

 

 

Jak wspomniałam wcześniej, Władek jest świetnym punktem, skąd można wyruszać na krótsze lub dłuższe wycieczki. Ponieważ przed każdym wyjazdem usiłuję się przygotować merytorycznie, więc i tym razem znalazłam informację o pielgrzymce kutrów rybackich z Kuźnicy do Pucka. Raniutko pojechałam więc do Kuźnicy.  I tu wreszcie poczułam klimat starej kaszubskiej rybackiej wioski. Niewielki, klimatyczny port od strony Zatoki, charakterystyczny zapach ryb (nie są to perfumy Chanel albo innego Diora, ale tu pasują i wcale nie rażą!), stare łodzie rozpadające się na piasku – nostalgicznie mi się zrobiło, ale ja to lubię! Sieci suszące się na wysokich palach, pranie powiewające na wietrze, rybacy czyszczący sieci. Cud-miód-ultramaryna, jak mawiałam w dzieciństwie. Chodziłam sobie to tu, to tam łowiąc obrazki i klimaty. Czynniki ludzkie sporadycznie pojawiały się w zasięgu obiektywu, ale niezbyt często i niezbyt nachalnie. Jedynie jeden rybak zapozował mi ślicznie tańcząc jakiś tubylczy taniec. Był uroczy i sympatyczny, więc uwieczniłam go z prawdziwą przyjemnością.

 

 

 

DSC00458.JPG

 

 

DSC00478.JPG

 

 

DSC00480.JPG

 

 

DSC00485.JPG

 

 

DSC00746.JPG

 

 

DSC04220.JPG

 

 

DSC04226.JPG

 

 

DSC04228.JPG

 

 

DSC04230.JPG

 

 

DSC04234.JPG

 

 

DSC04261.JPG

 

 

DSC04263.JPG

 

 

DSC04268.JPG

 

 

DSC04269.JPG

 

 

DSC04270.JPG

 

 

DSC04300.JPG

 

 

DSC04315.JPG

 

 

DSC04329.JPG

 

 

DSC04334.JPG

 

 

DSC04359.JPG

 

 

W końcu wróciłam do portu i ustawiłam się na wysokim falochronie, żeby fotografować pięknie przystrojone łodzie wpływające na miejsce zbiórki z różnych miejscowości. Kutry, motorówki, żaglówki, a wszystkie wyszykowane, ozdobione kwiatami i banderami. Przy bezchmurnym niebie i ostrym słonecznym blasku nabierały głębokich, nasyconych barw. Raj dla moich oczu i mojej estetyki. Wreszcie, około godziny dziesiątej jednostki zaczęły wychodzić z portu. Ponieważ zatoka jest stosunkowo płytka, więc tor wodny oznaczony jest bojami.  Prawdopodobnie jest stale pogłębiany, żeby jednostki nie wchodziły na mieliznę. Robiłam kolejne zdjęcia, Słońce mając za plecami. Ponieważ jednak wiał lekki wietrzyk od zatoki, więc nie czułam, że moje plecy mocno skwierczą. Poczułam to dopiero wieczorem!!! Jednak było warto! Kolejny punkt na mojej liście odhaczony! Pielgrzymka rybaków zaliczona. Żałowałam tylko, że nie wiedziałam o niej wcześniej, bo można się było zapisywać na rejs którymś z kutrów. Może za rok?

 

 

DSC00391.JPG

 

 

DSC00392.JPG

 

 

DSC00516.JPG

 

 

DSC00518.JPG

 

 

DSC00526.JPG

 

 

DSC00593.JPG

 

 

DSC00599.JPG

 

 

DSC00604.JPG

 

 

DSC00655.JPG

 

 

DSC00667.JPG

 

 

DSC00670.JPG

 

 

DSC00681.JPG

 

 

DSC00683.JPG

 

 

DSC00696.JPG

 

 

DSC00702.JPG

 

 

DSC00714.JPG

 

 

DSC00717.JPG

 

 

DSC00724.JPG

 

 

DSC00740.JPG

 

 

Ponieważ mocno zgłodniałam, więc usiadłam sobie w klimatyzowanej restauracji tuż obok portu. Co zamówiłam? Pytanie retoryczne, oczywiście, że rybkę świeżo złowioną i pachnącą niebiańsko. Lubię ryby, a już ryby jedzone nad morzem to niebo w gębie. Restauracja nazywa się „Maszoperia” i gorąco ją polecam, sprawdzona! A dla chcących dowiedzieć się czegoś więcej o Kaszubach dodatkowa informacja. Nazwa „Maszoperia” wywodzi się od maszoperii czyli nieformalnego stowarzyszenia rybaków. Członkowie takiego stowarzyszenia  wnosili równy wkład w wyposażenie łodzi i mieli prawo do równego podziału zysków. Taka spółdzielnia rybacka. Jeszcze kilka zdjęć kapliczki św. Antoniego, na którą natknęłam się przy głównej ulicy. Została wystawiona żeby upamiętnić wielki sztorm z roku 1899, jaki nawiedził i spustoszył te okolice zabierając ze sobą ludzkie istnienia. Niemy świadek dawnych wydarzeń.

 

 

DSC00753.JPG

 

 

DSC00756.JPG

 

 

DSC00757.JPG

 

 

W wędrówkach swych dotarłam idąc brzegiem morza do Chłapowa. To już był kolejny słoneczny poranek. Im dalej od Władysławowa tym ludzi mniej, co akurat mnie cieszyło/ Nad głową przelatywały całe stada jaskółek, których gniazda wydrążone w wysokim brzegu sprawiały, że wyglądał jak szwajcarski ser. Z okrągłych otworów wystawały małe główki z szeroko rozwartymi dziobkami. Dorosłe ptaki podlatywały i pakowały w locie jedzenie wprost w nienasycone gardziołka. Siedziałam na piasku i trwałam w cichym zachwycie nad pięknem Natury.

 

 

DSC00861.JPG

 

 

DSC00875.JPG

 

 

DSC00917.JPG

 

 

DSC00933.JPG

 

 

DSC00936.JPG

 

 

DSC00976.JPG

 

 

DSC00978.JPG

 

 

DSC00982.JPG

 

 

DSC00991.JPG

 

 

DSC01020.JPG

 

Tuż nad brzegiem morza tkwiły nieruchomo dwie łodzie. Taki maleńki porcik. Ach, jakie cudne klimaty! Pływaki, kotwice, sieci, liny obrośnięte muszlami, a  w połowie wysokiego klifu jakimś cudem uczepione zbocza drewniane chatynki-magazynki! Ależ widoczki!!!  Ponieważ wszędzie umieszczono tabliczki, że to teren prywatny, więc pozostałam na plaży i fotografowałam, fotografowałam, fotografowałam do upadłego!!!

 

 

DSC04521.JPG

 

 

DSC04501.JPG

 

 

DSC01069.JPG

 

 

DSC01054.JPG

 

 

DSC04485.JPG

 

 

DSC04493.JPG

 

 

DSC04518.JPG

 

 

DSC01033.JPG

 

 

DSC01034.JPG

 

 

DSC01035.JPG

 

 

DSC01044.JPG

 

 

DSC01049.JPG

 

 

DSC01053.JPG

 

 

DSC01057.JPG

 

 

DSC01060.JPG

 

 

DSC01062.JPG

 

 

DSC01064.JPG

 

 

To nie wszystko, co mam do pokazania z Władysławowa i okolic, zostaje coś na następny wpis. Jeszcze na zakończenie mała uwaga na temat przeczytanej przeze mnie opinii Agaty Młynarskiej odnośnie Władysławowa właśnie. Że tłok, że hałas, że chamstwo,że tam przyjeżdżają Kiepscy z rodzinami, że jedzenie beznadziejne itd... itp... w tym samym tonie.  Jak wcześniej wspomniałam, średnio lubię tłok na wakacjach. Ale akurat we Władysławowie czy we wspomnianej przez AM Łebie to nie razi. Chcesz – spacerujesz po deptaku, zaglądasz do kafejek i lodziarni, kupujesz pamiątki. Nie chcesz? Idziesz na plażę, gdzie możesz być sama ze swoimi myślami i przyrodą. Ferowanie takich jednostronnych opinii jest co najmniej nie na miejscu, moim zdaniem. Ja wiem, że do Władysławowa wrócę. Zostało jeszcze tak wiele do poznania! A ciąg dalszy w następnym wpisie. Pa, pa Tubywalcy Najmilsi.

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 1 października 2016

Licznik odwiedzin:  536 492  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 536492

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl