Bloog Wirtualna Polska
Są 1 212 773 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Jesienny...

sobota, 26 listopada 2016 23:21

 

 

... las pachnie przedziwnie. To zapach butwiejących liści i spróchniałych gałęzi. Zapach mokrej ziemi i mgły. Wchodzę między drzewa powoli i cicho, wokół rozlegają się szepty i szelesty. Mam wrażenie, że zaraz niespodziewanie zza drzew coś wyjrzy. Jakaś elfia twarz ze szpiczastymi uszami? Nic takiego się nie dzieje. To tylko krople rosy spadają na uschnięte liście i  sprawiają, że moja wyobraźnia szaleje. Oddycham powoli i głęboko, mgła zaciera kontury drzew. Zmiękcza obraz świata. Szaro, buro i ponuro, powiedzą sceptycy. No cóż, faktem jest, że kolorów o tej porze jakby mniej. Są nie tak intensywne, jak wiosną czy latem. Ale są! I dopiero teraz można stwierdzić, ile różnych odcieni mają szarości i brązy. Cisza wręcz dzwoni w uszach.  Rozglądam się uważnie mając nadzieję, że gdzieś, w prześwicie między drzewami pojawi się sarna... nic takiego się nie dzieje. Las stoi cichy, nawet ptaki zamilkły. Tylko szelest spadających kropli... jesiennie mi i troszkę smutno. Melancholia poranna oplątuje mnie z wolna, jak nitki babiego lata.  Wychodzę stąd, bo lada moment do spadających kropli rosy dołączą moje łzy. A tego bym nie chciała! Tego nie chcę!

 

 

DSC09046.JPG

 

 

DSC08995.JPG

 

 

DSC08999.JPG

 

 

DSC09007.JPG

 

 

DSC09040.JPG

 

 

Wędruję po kolejowych podkładach. Już jako dziecko kochałam tory kolejowe,  lokomotywy buchające białymi obłokami pary, semafory i zwrotnice. Nie wiem, po kim odziedziczyłam gen wędrowca, ale gna mnie przed siebie nieustanna tęsknota za nieznanym. Życie potoczyło się tak, a nie inaczej, i nie czas ani pora, żeby zastanawiać się dlaczego zakotwiczyłam w jednym miejscu na tyle lat. Na prawie całe życie. Tęskniąc jednocześnie za tym, co nieznane. Czego pewnie już nie zobaczę, nie dotknę... za podróżą ku dalekim stacjom kolejowym.

 

 

DSC09033.JPG

 

 

DSC09058.JPG

 

 

DSC09060.JPG

 

 

Nad moim bajorkiem mgła ścieli się nisko, jej  ulotne kłaczki unoszą się nad spokojną wodą. Wodą, której lustra nic dziś nie mąci. Ptaki odleciały, pewnie nad większe jeziora, gdzie łatwiej o pokarm. Zbliża się trudny czas dla zwierząt. I dla ludzi. Wędrując do tego stawu mijam ogródki działkowe. Część z nich jest zagospodarowana i zadbana. Kilka nie ma chyba właścicieli. I właśnie na jednej z takich działek, w rozpadającej się altance koczują jacyś ludzie. Wejście zasłonili jakimiś szmatami, kocami, nad ogniskiem ustawiony kociołek z jedzeniem. Bezdomni? Być może. Jeśli tak, to jak przetrzymają czas zimy, który lada moment nadejdzie?  Zły czas dla ludzi i zwierząt. A nad moim stawem mgła...

 

 

DSC09013.JPG

 

 

DSC09016.JPG

 

 

DSC09019.JPG

 

 

DSC09022.JPG

 

 

DSC09025.JPG

 

 

Dzisiaj mgła utrzymywała się przez cały dzień.  Słońce zachodziło barwiąc czerwienią niebo. Stałam na balkonie i obserwowałam, jak krwista ogromna kula zniża się ku horyzontowi. Jednak nie dane mi było ujrzeć, jak za nim znika. Nim to się stało pochłonęła ją mgła! Niesamowity widok! Więc zostawiam Was z nim na dobrą noc, na piękny dzień. Na uśmiech i na radość. Na szczęście. Pa, pa.

 

 

DSC09074.JPG

 

 

DSC09075.JPG

 

 

DSC09078.JPG

 

 

DSC09084.JPG

 

 

DSC09092.JPG

 

 

DSC09095.JPG


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Mgła...

poniedziałek, 14 listopada 2016 23:46

 

... pochłonęła wszystko. Nawet Superksiężyc! Nie udało mi się zrobić ciekawych zdjęć. Gdy Księżyc wschodził (podobno ogromny!) zasłaniały go chmury, gdy wreszcie było go widać, to był już wysoko, i wyglądał, jak każdego innego dnia. A potem przyszła mgła i połknęła cały świat razem z Księżycem. Zachłanna taka.

 

Jestem zmęczona. Ostatnimi czasy jakoś dopada mnie coraz częściej totalna, wszechogarniająca niemoc. Moja Pani Doktor słysząc moje narzekania na samopoczucie i ogólne rozbicie popatrzyła na mnie, i z uśmiechem orzekła: proszę pani, cóż, trzeba się zacząć przyzwyczajać. Powiem szczerze, że osłupiałam w pierwszym momencie. Ja przecież taka młoda jeszcze, taka "hej do przodu", a tu co? Zwolnić? Zadbać o siebie? Może jeszcze ziółka, kapcie i koty na kolanach? Przepraszam, koty mogą zostać! A później przyszła refleksja. Młodość to może i była, kiedyś. Teraz czas się przywitać z jesienią. A jesień to przedsionek zimy, a zima.... oj, nie będę się tu rozczulać nad sobą i upływającym czasem. I na fali tego postanowienia wybrałam się w poprzedni weekend poszukać inspiracji d moich zdjęć. Myślałam, że może jakieś sarny wyjdą "na strzał", albo jakiś zając przykica litościwie. Niestety! Znalazłam za to trochę kolorów jesiennych i ciepłych. Słońce ładnie wschodziło, było cicho i sennie. Czyż nie?

 

 

DSC08616.JPG

 

 

DSC08641.JPG

 

 

DSC08643.JPG

 

 

DSC08659.JPG

 

 

DSC08669.JPG

 

 

DSC08676.JPG

 

 

DSC08688.JPG

 

 

DSC08699.JPG

 

 

DSC08713.JPG

 

 

DSC08721.JPG

 

 

DSC08740.JPG

 

 

DSC08748.JPG

 

 

DSC08494.JPG

 

 

Gdzieś w wysoko na drzewie uwijał się dzięcioł. Zrobiłam mu trochę zdjęć, ale przez gęste gałęzie, więc nie wyszły zbyt interesująco. W zamian pokażę trochę listków ostatkiem sił trzymających się gałązek nim wiatr je strąci na ziemię. Niektóre spadały do wody, by z kek nurtem odpłynąć... Dokąd? Pewnie do morza. Wielka morska przygoda małego żółtego listka :)

 

 

DSC09508.JPG

 

 

DSC09513.JPG

 

 

DSC09516.JPG

 

 

Dotarłam w końcu nad jezioro. A tam gwar, jak w dzień  targowy. Ludzie przynoszą ptakom jedzenie i całe to towarzystwo skrzydlate kotłuje się, przepycha, przegania. A wszystko przy wtórze przeraźliwego wrzasku dziesiątków ptasich gardziołków. Zamieszanie niezłe. Cóż, każdy walczy o swoje, prawda?

 

 

DSC09607.JPG

 

 

DSC09606.JPG

 

 

DSC09596.JPG

 

 

DSC09580.JPG

 

 

Tak było jeszcze tydzień temu. Ostatni, długi weekend zaskoczył mnie nagłą wizytą Pani Zimy. Nieśmiałej jeszcze, jakby niepewnej, ale swoją siłę pokazała. Spadł pierwszy nietrwały wprawdzie, ale jednak śnieg. Moje jeziorko w lesie pokryło się szklistą warstwą kruchego lodu. Na małej, wolnej od niego przestrzeni krążyło kilka kaczek. Ja wiem, że każda pora roku ma swój urok, ale wiem też, że będzie mi brakowało kolorów. Cóż, czerń i biel to też przecież kolory. Jakby na to nie patrzeć.

 

 

DSC08823.JPG

 

 

DSC08828.JPG

 

 

DSC08836.JPG

 

 

DSC09475.JPG

 

 

Ponieważ nie zawsze mam ochotę wychodzić na mroźny świat, więc pozostają mi zabawy... parapetowe. Tak było i tym razem. Przyniosłam z lasu trochę mchu, do tego zraszacz, Słońce oświetliło pięknie scenerię, i... a w trakcie robienia przeze mnie zdjęć przyleciała zabłąkana mucha. Jakaś taka wymięta i  chuda. Przyssała się do grudki mokrej ziemi, pozwoliła sobie zrobić kilka zdjęć i wyfrunęła przez otwarty balkon. Leć mucho i poszukaj schronienia, bo zima ma być podobno długa i sroga. Indianie chrust zbierają :)

 

 

DSC09406.JPG

 

 

DSC09398.JPG

 

 

DSC09371.JPG

 

 

DSC09363.JPG

 

 

DSC09345.JPG

 

 

DSC09335.JPG

 

 

DSC09326.JPG

 

 

DSC09324.JPG

 

 

DSC09321.JPG

 

 

DSC09309.JPG

 

 

Kończę na dzisiaj, bolą mnie oczy, bo nawala mi monitor. Czasami wszystko mam na zielono, jak w tej chwili. Chyba kończy się jego żywot. Oby nie, bo będzie klops! Nawet nie chcę o tym myśleć, bo nie wolno mi się denerwować!  Jutro do pracy.  A i jeszcze jedno. Zdjęć foki nie odzyskałam. Kolega nadal usiłuje coś z tym zrobić, ale jest małą szansa na odzyskanie utraconych plików.  O tym też nie myślą, bo... patrz wyżej!

 

 

Pozdrawiam Was, Szanowni Tubywalcy. Trzymajcie się ciepło. Kalesony, ciepłe majtki, szaliki i czapki, I nade wszystko, uśmiech, bo on najpełniej ogrzewa ludzkie serca. I tym uśmiechniętym akcentem, pa, pa!


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Czasami...

poniedziałek, 17 października 2016 8:26

 

... tak jest, że nie bardzo się wie, od czego zacząć. Tak było i tym razem. Mówią, że każda podróż zaczyna się od pierwszego kroku. Analogicznie, każda opowieść powinna się zacząć od pierwszej litery. Trzeba tylko trafić na tę właściwą, a później już samo się napisze. Tym razem odwrócę kolejność wydarzeń, bo teraz najważniejsze jest, że siedzę w domu, dostaję zastrzyki w tylną i ponętną część mego ciała, i zgrzytam zębami z bezsilności. Z bólu też zgrzytam, bo jeśli ktokolwiek miał kiedyś zapalenie mięśni pleców, to wie, co mnie dopadło. Ani siedzieć, ani stać, ani leżeć, boli przy każdym ruchu. Mogę jedynie... chodzić, ale ileż można maszerować w kółko po mieszkaniu? Miotam się (o ile w moim stanie można się pomiotać) od ściany do ściany, jak dzikie zwierzę w klatce. Pisałam już kiedyś, przy całkiem innej okazji, że takie przymusowe unieruchomienie doprowadza mnie do szału. No więc właśnie! A dopadło mnie to cholerstwo w ostatnim dniu pobytu w Londynie.  Wybrałam się do Richmond Park w zachodnim Londynie w poszukiwaniu jeleni, które tam ponoć występują masowo. Była piękna, słoneczna pogoda, porywisty wiatr, i dość niska temperatura. I prawdopodobnie mnie zawiało, gdy wędrowałam nad Tamizą. Jeleni nie spotkałam, zresztą mocno zaczęłam odczuwać ból w tylnej części ciała, więc nie szukałam ich zbyt intensywnie. Za to miałam okazję zobaczyć... fokę! Kilometry od morza, jakim sposobem przedostała się przez jazy i przepusty na Tamizie? Nie mam pojęcia. Nie zwracając uwagi na ludzi zgromadzonych na nabrzeżu spokojnie sobie łowiła ryby.  Zrobiłam sporo zdjęć, foka pozowała malowniczo, a ja byłam przeszczęśliwa. Niestety, po powrocie do kraju okazało się, że akurat zdjęcia z Richmond się nie otwierają!!!  Prawdopodobnie uszkodzona karta pamięci. Teraz pracuje nad nią znajomy informatyk i jeszcze nie tracę nadziei, że uda się odzyskać utracone pliki! Trzymajcie kciuki, Najmilsi Tubywalcy.

 

 

Z Richmond mam tylko trochę zdjęć, które robiłam kieszonkowym aparatem. Piękne miejsce, muszę się tam jeszcze wybrać, no i spotkać te niewidzialne jelenie :)

 

DSC08288.JPG

 

 

DSC08293.JPG

 

 

DSC08295.JPG

 

 

DSC08321.JPG

 

 

DSC08333.JPG

 

 

DSC08334.JPG

 

 

DSC08353.JPG

 

 

DSC08379.JPG

 

 

DSC08387.JPG

 

 

DSC08395.JPG

 

 

Jak napisałam, wróciłam w poniedziałek połamana i obolała. Podróż samolotem była koszmarem. Żadna pozycja nie była odpowiednia, żeby choć na chwilę przestało boleć. Niemniej, jako obowiązkowy i dzielny urzędnik, we wtorek stawiłam się w pracy. Nie mam pojęcia, jakim cudem przetrwałam osiem godzin, ale ból stawał się z każdą minutą silniejszy. Bez lekarza jednak się nie obeszło i od środy siedzę (a właściwie chodzę!) w domu. I zgrzytam zębami, ale o tym już pisałam!

 

 

A teraz o Londynie. Londyn kocham miłością neofity. Czystą i bezgraniczną. I nie tylko ten dobrze znany Londyn dla turystów, ale również ten odrapany, pełen wiktoriańskich szeregowców, zaniedbanych ogródków, i papierów unoszonych przez wiatr na ulicach. Wszędzie można znaleźć urokliwe miejsca, maleńkie kręte uliczki, kamienne mosty i stare, jeszcze przedwojenne, ledwie widoczne reklamy na ceglanych ścianach. Co najciekawsze, przynajmniej dla mnie, Londyn cały czas się zmienia. Nie byłam tam rok, a przez ten czas, z lekka zapuszczone Stratford zamieniło się w wielkomiejski ośrodek pełen wysokościowców,  tych już ukończonych, i tych w trakcie budowy.  A ponieważ zrobiło się nowocześnie, więc władze zmieniły strefę.  Stratford już nie jest w trzeciej strefie, tylko w drugiej, co przekłada się na ceny przejazdów komunikacją. Na szczęście istnieje coś takiego jak Price Capping czyli limit opłat. Między strefami 1 (ścisłe centrum),  a 6 ( przedmieścia, inaczej tzw. Wielki Londyn) można „wyjeździć”  dziennie niecałe 10 funtów, później jeździ się za darmo. Oczywiście w rozliczeniu dobowym. Najlepiej jednak wcześniej zaplanować podróż, przeanalizować szczegółowo mapę komunikacji miejskiej, aby ominąć strefy 1-2.  Każdy przejazd przez centrum miasta, nawet bez wysiadania z metra, nalicza nam wyższe opłaty za kurs. No cóż, gdybym przeliczała funty na złotówki, to pewnie nie ruszyłabym się  z domu! Ewentualnie chodziłabym wszędzie pieszo, a przecież Londyn jest ogromny! Jeśli już zaczęłam o zmianach, to najbardziej chyba denerwujące są ciągłe zmiany w lokalach wynajmowanych przez bary, sklepiki czy punkty usługowe. Miałam taki mały ulubiony sklepik na Leytonstone, gdzie można było wyłowić różnego rodzaju bibeloty, starocie czy książki. Wybrałam się więc tam pewnego dnia i... ZONK! W miejscu mojego sklepiku teraz jest jakiś kebab czy inny halal meat. Mięso „halal”  w islamie to nic innego, jak szechita w judaizmie, gdzie mówi się, że jedzenie jest koszerne. I u jednych, i u drugich istnieje tradycja rytualnego uboju zwierząt. Okrutna tradycja związana z ortodoksyjnymi wierzeniami. Co najdziwniejsze, zwierzę poddawane takim praktykom wcale nie jest „czyste”. Wręcz przeciwnie, fizjologia działa na niekorzyść i zaprzecza twierdzeniom religijnych ortodoksów. Przeczytałam wiele artykułów na ten temat i wnioski są jednoznaczne. Mięso pozyskane w taki sposób pełne jest toksyn i bakterii... czyli jest faktycznie „haram”, a nie „halal”.  Ale temat mi się rozwinął. A wszystko przez to, że mój sympatyczny sklepik zniknął! Jeśli ktoś byłby zainteresowany tym tematem, to odsyłam do ciekawego artykułu https://euroislam.pl/mieso-halal-nie-jest-czyste/

 

Pogoda w Londynie tym razem była jak wymarzona. Nie licząc wiatru, ale tutaj to normalne zjawisko. Wędrowałam więc sobie po znanych mi już, i tych nieznanych miejscach usiłując tak wykadrować zdjęcia, żeby nie widać na nich było wszechobecnych ogromnych dźwigów. To trudne, bo nie tylko wschodni Londyn, ale i centrum jest jednym wielkim placem budowy. Nawet najsłynniejszy most czyli Tower Bridge jest zamknięty dla ruchu kołowego, gdyż zmieniana jest jego nawierzchnia. Na szczęście, pozostawiono chodnik dla pieszych.

 

 

DSC07944.JPG

 

 

DSC07970.JPG

 

 

DSC07987.JPG

 

 

DSC08001.JPG

 

 

DSC08022.JPG

 

 

DSC08028.JPG

 

 

DSC08040.JPG

 

 

DSC08042.JPG

 

 

DSC08043.JPG

 

 

DSC08047.JPG

 

 

Tydzień w Londynie, to bardzo mało. Wyobraźcie sobie, Najmilsi Tubywalcy, że tym razem nawet nie widziałam Pałacu Buckingham, ani Parlamentu. Po prostu tam nie dotarłam!  Nie mówiąc już o królewskiej rodzinie!  Też nie miałam okazji spotkać żadnej koronowanej głowy. Za to na każdym niemal kroku spotykałam niezwykle życzliwych i uczynnych Londyńczyków. Pomocnych i uśmiechniętych. I chwalących mój kulawy angielski, co już zalicza się im na duży plus! Tak jak starszy pan na stoisku z mapami na stacji Richmond. Nie dość, że dał mi darmową mapkę, to jeszcze na niej narysował najlepszą trasę. A później spytał, skąd jestem. Na moje słowa, że z Polski jego twarz rozjaśniła się, miliony zmarszczek wręcz się rozpromieniły, i powiedział czyściutko:  proszę bardzo, dziękuję, do widzenia. I roześmiał się radośnie widząc moją zaskoczoną minę.

 

Byłam za to w Hyde Parku.  Tradycyjnie: łabędzie, gęsi, perkozy, kaczki, mnóstwo spacerowiczów, chociaż nie tylu, ilu jest ich tutaj latem. Spotkałam za to ciekawego człowieka. W starej torbie przyniósł jakieś okruchy i karmił nimi ptaki. Jeden z łabędzi, chyba najśmielszy usiłował się dobrać do torby w nadziei na smakołyki. Piękny obrazek. Zaniedbany, prawdopodobnie biedny człowiek dzielący się z ptakami jedzeniem. Później widziałam go jeszcze, jak stał patrząc na ptaki na Long Water. Jakby był jedynym człowiekiem na całej Ziemi... Nie wiem czemu, ale widok ten przepełnił mnie przejmującym smutkiem. Jakoś tak się porobiło.

 

 

DSC08450.JPG

 

 

DSC08465.JPG

 

 

DSC08477.JPG

 

 

DSC08214.JPG

 

 

Chodząc wokół wody nagle z zaskoczeniem stwierdziłam, że pływa tutaj mnóstwo osób. Mimo zimnego, porywistego wiatru, chmur co chwilę zasłaniających Słońce, i niewątpliwie zimnej wody. I stała się prześmieszna historia. Otóż, jeden z pływaków znalazł sobie konkurenta. A właściwie na odwrót. To konkurent znalazł dobie przeciwnika. Łabędź, bo o nim mowa postanowił wziąć udział w wyścigu. Machał skrzydłami dla dodania sobie prędkości i był w tym naprawdę dobry! Wyglądało to tak, jakby podpatrzył styl człowieka.  I chyba miał z tego niezłą frajdę, bo minę miał rozbawioną. Kto powiedział, że ptaki nie potrafią się cieszyć tak samo, jak my?  A teraz najważniejsze, łabędź wygrał konkurencję!

 

 

DSC08554.JPG

 

 

DSC08555.JPG

 

 

DSC08557.JPG

 

 

DSC08560.JPG

 

 

DSC08561.JPG

 

 

DSC08564.JPG

 

 

DSC08565.JPG

 

 

DSC08566.JPG

 

 

DSC08577.JPG

 

 

DSC08578.JPG

 

 

DSC08580.JPG

 

 

DSC08596.JPG

 

 

Na zakończenie, nawiązując do początku tego wpisu, żeby całkiem nie zwariować robię zdjęcia moim chłopakom. Ich cierpliwość jest równa mojej nachalności.  Ładne pyszczki, prawda? I tym sympatycznym  skądinąd akcentem, pa, pa.

 

 

DSC09170.JPG

 

 

DSC09182.JPG

 

 

DSC09186.JPG

 

 

DSC09193.JPG

 

 

DSC09204.JPG

 

 

DSC09200.JPG

 

 

DSC09208.JPG

 

 

DSC09215.JPG

 

 

Na zakończenie jeszcze kilka słów o sprawie, która zapewne interesuje wiele osób. Pisałam przed wyjazdem, że ostrzegano mnie przed używaniem języka polskiego, bo mogą mnie spotkać nieprzyjemności. Już napisałam wyżej, że nic takiego nie miało miejsca, a wręcz przeciwnie, spotkałam się z życzliwością i wyrazami sympatii. Owszem, słyszałam, że we wschodnim Londynie dwóch śniadolicych młodych ludzi napadło na Polkę,. Zdarzenie miało dramatyczny przebieg, bo zaciągnęli ją za ogrodzenie i usiłowali wykorzystać. Na szczęście, mieszkańcy usłyszeli hałas i spłoszyli napastników.  No cóż, nie tłumaczę tu nikogo, ale dziewczyna wracała sama koło drugiej w nocy, na dodatek była mocno nietrzeźwa. I mogło to spotkać każdą kobietę, która byłaby w tym miejscu i czasie. A że to akurat Polka? Czysty przypadek i tak jest to odbierane. O innych incydentach nie słyszałam. Londyn jest wielkim miastem i statystycznie rzecz ujmując zdarza się tu o wiele więcej przestępstw niż w takiej mojej Dąbrowie Górniczej. Teraz już znikam, pa, pa. No, chyba, że coś mi się jeszcze przypomni :)

 

 

Poniedziałek rano: A propos "przypomni". Może akurat nie przypomniało mi się, ale zobaczyłam tekst Dyktanda 2016. I osłupiałam! Do tej pory sądziłam w zarozumiałości swej, że znam swój język ojczysty w stopniu wystarczającym, posługuję się nim w miarę sprawnie. Otóż, myliłam się okrutnie! Ciekawa jestem, co sądzicie o zamieszczonym poniżej tekście dyktanda. Czy to jeszcze język polski, czy jakaś dziwna hybryda. A może to multi-kulti? Czekam na Wasze opinie :)

 

 

"Witam! To jest nie ekstra, lecz i nie marny, wideoblog quasi-kulinarny. Atrakcji będzie co niemiara, coach kucharz o nie się postara. Wkrótce założę też fanpage’a, lecz nie hejtujcie – to nic nie da. Przepisy będą multi-kulti, nienadaremnie byłem wszędzie - jak stąd dotamtąd, wszechświatowo, a nawet coś z matriksa będzie.

Ot, minimenu wprost z Hogwartu: słabo barwione trzy muffinki, chociażby lekko popsiukane niskosłodzonym sokiem z jeżyn, potem carpaccio, a nad ranem kieliszek courvoisiera. Z wyżyn, z czesko-morawskiej zwłaszcza, piwo warzone skrycie przez bożęta w parkach-ogrodach, jako żywo. I niechaj każdy zapamięta, że już w realu kulinarnym jednakby trzeba zjeść co nieco, choćby ciabattę albo kuskus ze sztukamięsem i ze świecą, zrobioną z maksirzodkwi sprytnie. Na deser niechże kucharz wytnie megapożywny kawał ciasta. Ma być mięciutkie, nie jak ytong, z którego stawiasz ściany domu, a który twardszy od betonu.

A z kuchni Dalekiego Wschodu to oprócz sushi bym polecał sajgonki z słodko-kwaśnym sosem i niejedzone prosto z pieca, a niekoniecznie też z kokosem, zwłaszcza o kwaśnosłodkim miąższu. I pamiętajże przecież w końcu o superleku, o żeń-szeniu, antystresowym cud-korzeniu.

Jeżeli ktoś nie doszacował wartości warzyw, to mu powiem, że pewna znana Kresowiaczka w tużprzedwojennym poradniku, reklamowała ich bez liku. Pisała dużo o endywii, cykorii, ale też o ziołach: szałwii, bazylii, kocimiętce. Przygotowane nie naprędce, ale z rozmysłem i powoli, są superekstrawartościowe. Albo i zdrowe: jak kto woli.

Przepisów tutaj tylko krztyna, lecz to cud-miód, ultramaryna. A kto się przeje i nie wydoli, niechżeżby wziął megaraphacholin."


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Rozpadało się...

poniedziałek, 03 października 2016 1:47

 

... jesiennie i melancholijnie. Koty śpią, takim to dobrze! Ja nie śpię i jest mi... średnio. Jeszcze kilkanaście godzin, jeszcze wzbiję się w niebo (uwielbiam to), jeszcze  lądowanie, które z uwagi na mój błędnik niezbyt lubię, i będę się witać z Londynem! Zabawne, czekam na coś, myślę, jak będzie świetnie, a tuż przed moja energia spada poniżej zera. Spokojnie, to tylko lekki niepokój przed podróżą. Mam nadzieję, że pogoda, wbrew zapowiedziom synoptyków jednak dopisze i uda mi się zrobić trochę zdjęć. A plany, jak na tygodniowy pobyt mam całkiem ambitne. Nie będę tu teraz o nich pisała, żeby nie zapeszyć. Poza tym, plany mają to do siebie, że zawsze można je zmodyfikować. Więc bez zbytniego napięcia i bez większych oczekiwań czekam na to, co Los mi przyniesie. Ponieważ jednak nie będzie mnie przez kilka dni, więc zostawiam kilka najświeższych obrazków. Taki złoty wschód Słońca na deszczowy czas. Na uśmiech i poprawę nastroju. Na jesień.

 

 

DSC08007.JPG

 

 

DSC08024.JPG

 

 

DSC08026.JPG

 

 

DSC08032.JPG

 

 

DSC08038.JPG

 

 

DSC08039.JPG

 

 

DSC08045.JPG

 

 

DSC08047.JPG

 

 

DSC08050.JPG

 

 

DSC08058.JPG

 

 

DSC08060.JPG

 

 

Jak widzicie, Najmilsi Tubywalcy, konkurencja też nie śpi!!! A że nie tylko fotografowie nie śpią przekonałam się, gdy już wracałam do domu. Postanowiłam zajrzeć na rozległe dzikie łąki z cichą nadzieją, że może spotkam jakieś sarny. Pusto, cicho, sennie. Lekki wiaterek wiał mi prosto w twarz. Wyszłam zza kępy brzóz na otwartą przestrzeń i... zamarłam. Znad wysokich traw i suchych badyli wychynęła najpierw jedna, a zaraz za nią druga zaniepokojona głowa. Sarny! A ja postanowiłam udawać drzewo, nawet oddychać przestałam. I tylko jedna myśl, jak ja mam podnieść aparat, który trzymałam w opuszczonej ręce! Maleńki ruch i je spłoszę. Na szczęście, wiatr wiał w moim kierunku, więc stwierdziły chyba, że to dziwne coś, co nagle wyrosło na ścieżce nie stanowi zagrożenia, i zajęły się śniadaniem. Uffffffffff... podniosłam aparat do oczu. Efekt zadziwił nawet mnie samą, bo miałam problem z wyostrzeniem obrazu. Brązowe sarny pomiędzy brązowymi badylami. Przypomina mi to obrazki z ukrytymi kształtami, w które trzeba się wpatrywać, żeby dostrzec to, co ukryte. Ale wiecie co, Tubywalcy Najmilsi?  Jestem dumna z tych zdjęć. Chyba udało mi się oddać klimat tamtej chwili? Oceńcie zresztą sami. Znikam teraz w sen, trzeba trochę się przespać przed podróżą. Następne obrazki będą już z Londynu. Pa, pa!

 

 

DSC08096.JPG

 

 

DSC08097.JPG

 

 

DSC08098.JPG

 

 

DSC08099.JPG

 

 

DSC08103.JPG

 

 

DSC08104.JPG

 

 

DSC08105.JPG

 

 

DSC08107.JPG

 

 

DSC08108.JPG

 

 

DSC08109.JPG

 

 

DSC08110.JPG

 

 

DSC08111.JPG

 

 

DSC08112.JPG

 

 

DSC08117.JPG

 

 

DSC08119.JPG


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Mgła...

niedziela, 25 września 2016 2:40

 

... tak gęsta, że nie widać bloku naprzeciwko, a światła latarń giną wchłonięte przez gęste opary. Zapowiada się mglisty poranek. Zastanawiam się właśnie, czy chce mi się, a może mi się nie chce? Wyjść o świcie, żeby złowić jakieś obrazki. Wczoraj, tj, w sobotę, bo już dawno po północy, też jakoś niezbyt pałałam  entuzjazmem. Poranek był jakiś taki niewyraźny, Słońce przesłonięte leciutkim woalem mgieł gubiło swój blask. Jesiennie już jakby i sennie. W końcu ruszyłam cztery leniwe litery i poszłam nad znajomy staw. Zanim tam dotarłam już byłam przemoczona, bo z wysokich baldachów nawłoci spływała rosa w ilościach przemysłowych! Stanęłam na brzegu, cicho, pusto, ani jednego wędkarza. Nagle, tuż nad lustrem wody śmignęła jaskrawo błękitna strzała. Serce zabiło mi mocniej - zimorodek! Jest, a więc mam szansę na lepsze zdjęcia niż ostatnim razem. Nagle, co to? Drugi zimorodek! Identyczny, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Jeden z ptaszków zniknął w wysokich trzcinach. Drugi wybrał sobie gałązkę, bo jakżeby inaczej, po drugiej stronie jeziorka. Siedział, wpatrywał się w wodę, by później błyskawicznie zanurkować i znów usiąść na gałązce, tym razem z rybką w dziobie.  Przenosiłam się z miejsca na miejsce, krążyłam wokół stawu czując, jak chlupie mi w butach, bo oczywiście nie założyłam gumowców! Ptaszki, jakby się przekonały, że z mojej strony nic im nie grozi. Zwykła wariatka: łazi to to bez celu, celuje w ciebie z jakiejś czarnej rury, ryb nie łowi, w sumie niegroźna. I tak powstała cała seria zdjęć. A ja zakochałam się bez pamięci! Jestem zachwycona zimorodkami. Nie sądziłam, że znajdę je tak blisko domu. Cztery godziny spędziłam nad stawem i nawet nie wiem, kiedy tak szybko czas upłynął. Nie przeszkadzały mi mokre stopy, spodnie przyklejające się do kolan. Jedynym minusem były dłonie pogryzione przez komary, które siadały na nich całymi stadami. A ja w tym momencie robiłam zdjęcie! Cóż, miłość wymaga czasem ofiar, prawda? Po powrocie zajrzałam na Google. Moje dwa zimorodki to była parka: samczyk i samiczka. Być może mają gdzieś gniazdo, a w nim pisklęta. W dogodnych warunkach zimorodki wyprowadzają nawet trzy lęgi rocznie! Tak mi się wydaje, bo przeczytałam, że zimorodki są bardzo terytorialne i przepędzają ze swojego rewiru nawet partnera, o ile nie mają akurat piskląt! Jeśli będziecie mieli ochotę, Najmilsi Tubywalcy przyjrzeć się zdjęciom uważnie, to zauważycie różnice. Samczyk jest jaskrawiej ubarwiony, jego kolory są bardziej intensywne, przynajmniej takie odniosłam wrażenie. Ale przekonajcie się sami!

 

 

DSC07490.JPG

 

 

DSC07494.JPG

 

 

DSC07603.JPG

 

 

DSC07604.JPG

 

 

DSC07625.JPG

 

 

DSC07640.JPG

 

 

DSC07656.JPG

 

 

DSC07661.JPG

 

 

DSC07663.JPG

 

 

DSC07678.JPG

 

 

DSC07704.JPG

 

 

DSC07715.JPG

 

 

DSC07720.JPG

 

 

DSC07723.JPG

 

 

DSC07727.JPG

 

 

DSC07730.JPG

 

 

DSC07731.JPG

 

 

DSC07733.JPG

 

 

DSC07745.JPG

 

 

DSC07752.JPG

 

 

DSC07757.JPG

 

 

DSC07767.JPG

 

 

DSC07778.JPG

 

 

DSC07780.JPG

 

 

DSC07781.JPG

 

 

DSC07782.JPG

 

 

Zostawiam Wam te obrazki, pozachwycajcie się, proszę wraz ze mną. A może też się zakochacie w zimorodkach? Pięknej niedzieli, Tubywalcy, pa, pa!


Podziel się
oceń
1
0
Tagi: zimorodek

komentarze (8) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 7 grudnia 2016

Licznik odwiedzin:  540 855  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 540855

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl