Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 811 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Oj, ależ długo...

czwartek, 31 stycznia 2008 7:39
 

 

... mnie tu nie  było. To znaczy, żeby uściślić, zaglądałam, czytałam komentarze ale nie umieszczałam żadnych nowych wpisów. Bo... no właśnie.  Bo nie miałam nic do powiedzenia? Bo nie miałam nastroju? Bo byłam przemęczona? Chyba wszystkie te powody na raz były przyczyną mojej blogowej absencji... i abstynencji.  Trochę się działo różnych, ciekawych spraw. Kilka spotkań, w towarzystwie niekoniecznie damskim.  Kilka tekstów. Kilkadziesiąt fotografii. Parę kilometrów przemierzonych ulic w wietrzne wieczory.  W sumie nic ciekawego, przynajmniej nie na tyle, żeby to opisywać. Tak mi się przynajmniej wydaje. Dziś rano biegłam do pracy (urra urra wpieriod druzja!) w gęstej mgle. Czy wiecie, że mgła w błysku flesza rozpada się na nieregularne kłaczki białej waty?  Zabawne, to tak jakby powietrze stało się materią, którą można wziąć do ręki.  Nie umiem tego opisać. Mam teraz ciężki okres w Firmie. Koniec każdego miesiąca to nawał pracy. To dokumenty zabierane do domu, to wyjaśnianie, sprawdzanie, przeliczanie. Wczoraj położyłam się tuż po dwudziestej trzeciej (bardzo wcześnie jak na mnie), już zaczynało mi się wszystko hmmm mieszać (?), aż się prosi by użyć tu znacznie dosadniejszego słowa, ale ogromnym wysiłkiem woli postaram się powstrzymać od  używania słów powszechnie uznawanych za nieprzyzwoite. Ponieważ więc zaczęło mi się mieszać w łepetynie, położyłam się spać. I, tu podziękowanie dla mojego „współspacza", który budząc się nad ranem tym razem była to piąta, obudził przy okazji mnie. Wstałam więc i... z powrotem kalkulator, dokumenty, papiery. Ratunkuuuuuuu!!! Moje biedne zwoje mózgowe skwierczą. Nie mówiąc już o tym, że podlegają nagłemu i niekontrolowanemu rozpadowi.  Jeszcze trochę i będzie ze mnie zombie. Jakby tego było mało, w Firmie akcja ścieśniania nas. Musimy oddać jeden pokój i... będziemy sobie siedzieć na plecach.. Ale nic to, ponoć w kupie raźniej... jak powiedział żuczek gnojowniczek. Inaczej zwany skarabeuszem.  Jestem koszmarnie zmęczona. Pocieszam się jedynie myślą, że jeszcze dwa tygodnie i urlop.  Acha, zapomniałam powiedzieć, że wczoraj dostałam prezent urodzinowy. Troszkę wcześnie, ale BOWN jest czasem  niecierpliwy. I zagrypiony aktualnie. Prezent bardzo hmmmmmm jakby to powiedzieć... interesujący. Dostałam  dziwną konstrukcję, taką budowlę-drapaczkę dla kota. Czy to aluzja do ostrości moich pazurków? Kotu mój prezent spodobał się bardzo. Aaaaaaaaa i jeszcze dostaliśmy sztuczne myszki do zagryzania.  Cieszymy się bardzo, prezenty powinny być dostosowane do gustów i potrzeb obdarowanego.  Żartuję oczywiście. Prezent jest zabawny i... najprawdopodobniej nie ostatni. W końcu do urodzin jeszcze duuuużo czasu. A rano w drodze do pracy muszę wstąpić do prywatnej piekarni. Pączki, dużo pączków. Z dżemem i lukrem. Wielkich i pysznych. Wszak to Tłusty Czwartek. Żarłoczna i niczym nie skrępowana pączkomania. Odchudzać będę się później. A tak logicznie myśląc. Odchudzanie to... proces odwrotny do chudnięcia. Powinno się chyba mówić ... odtłuszczanie. Odtłuszczać będę się więc... później. Lubię Scarlet O'Hara. .Ona też odkładała niektóre zamierzenia na później. Chociaż w jej wypadku było to myślenie.  Prawdę powiedziawszy, zważywszy późnonocny stan mojego umysłu ja również pomyślę o wielu sprawach... później. Teraz pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zadzwoniła do mnie w czwartek...

sobota, 26 stycznia 2008 14:40


 

... po południu Kuzynka. Okazało się, że rano była w Firmie, chciała ze mną zamienić słowo albo i dwa, ale... akurat byłam na ladzie. Społeczeństwo z numerkami w rączkach karnie czekało w kolejce bacznie obserwując potencjalnych cwaniaków, którzy mogliby naruszyć ład i porządek. Kuzynka przeszła raz i drugi wzdłuż lady, społeczeństwo zbiorowo łypało na nią spode łba,  przez ladę przewieszony był człek jakiś spoglądający w papiery i w mój dekolt więc... z niechęcią wielką Kuzynka zrezygnowała z próby kontaktu ze mną. Śmiałam się do rozpuku.  Ponieważ kończy się termin przyjmowania dokumentów w tym miesiącu, więc szaleństwo czai się wokół. Ostatnio jedna z osób podeszła z prośbą o załatwienie, bo spieszy się gdzieś tam, oczywiście odesłałam ją (bo to kobieta była, ale mężczyznę tez bym odesłała, serio!) z radą, żeby sobie uzgodniła z kolejkowiczami ewentualne przepuszczenie poza kolejnością, czyli zamianę hmmm numerków. No i kobitki wzięły się za łby (prawie). Wiem, że gdybym zrobiła jeden wyjątek, wówczas to mnie by wzięli za kłaki. Emocje buzują, zmęczenie ogarnia mnie totalnie, chwilami mam ochotę zagryźć jedną lub drugą osobę, Lecz... uśmiech, cierpliwość, empatia chociaż czasami rozlega się nagły zgrzyt moich zębów, gdy na przykład muszę literować każde słowo, które dyktuję i załatwianie jednej osoby trwa pół godziny albo i dłużej. Społeczeństwo cierpi na wtórny analfabetyzm. W niektórych przypadkach wcale nie wtórny zresztą. Poznaję nowe zasady ortografii... jak słyszysz  tak piszesz. Prostota przede wszystkim. Momentami zaczynam głupieć i sama zastanawiam się, kto tu ma rację. Może ja? A może faktycznie pisze się żażontca. O i jeszcze słowo uczymanie. Ale, tak prawdę powiedziawszy, to wszystko wina tej pani, co dyktuje. Wymyśla baba jakieś słowa trudne. Jakby prostszych nie było. Fajnie, prawda? Ale dość o pracy. Jest jaka jest, dobrze, że jest. W czwartek widziałam się ze świetną dziewczyną, Wróżką Aleksandrą zresztą. Znamy się już kilka lat, odbieramy na tych samych (kosmicznych) falach, zachwycamy się tymi samymi rzeczami. Okazało się, o czym nie wiedziałam wcześniej, że Ola zajmuje się podobnie jak ja, renowacją starych mebli.  Teraz akurat odnawia starą maszynę do szycia. Ponieważ ja mam doświadczenie w decoupage'u, obiecałam jej więc pomoc w przyszłym tygodniu.

A tak w ogóle to zaczynam mieć bardzo napięty terminarz. Okazało się, że 14-go lutego muszę być w Warszawie w sprawach urzędowych. Planowałam Warszawę dopiero koło 17-go. 14-go miała być otwarta wystawa „anielska". I teraz mam  zagwozdkę, jak to wszystko pogodzić. Na dodatek poproszono mnie o zrobienie wystawy o miłości od 15-go lutego.  Chyba wystawa „anielska" będzie od 22-go (akurat w imieniny). Natomiast wystawa „miłosna" po prostu zawiśnie sobie bez mojego udziału. Acha, ta druga będzie w Helikonie, klubie od którego wszystko się zaczęło. Mam wobec ludzi tam pracujących niejakie zobowiązania (Lideczko, całuję) moralne, że tak powiem. Żartuję, tak naprawdę to darzę ich szczerą sympatią. Moja pierwsza wystawa „Jesienne ścieżki" była właśnie w Helikonie.  Wracając jeszcze do Wróżki Aleksandry. Koniecznie chce abym w końcu wydała album ze zdjęciami. Ponieważ ja tez tego chcę, więc jesteśmy już dwie. Może znalazłoby się kilka osób, które chciałyby mieć taki album w domu. Śmiałam się, że powinnam ogłosić przedpłaty. Przynajmniej miałabym fundusze na wydanie. Oj, coś mi się zdaje, że kiedyś ktoś wyda mi taki album... pośmiertnie hihihihihihiihi. A tak w ogóle to... dni coraz dłuższe. Księżyc zagląda przez okno opatulony w czerwoną szubę. Dochodzi teraz trzecia. Przespałam całe popołudnie. A tyle miałam planów. Niestety, zmęczenie wzięło górę. Teraz za to jestem wyspana, pełna energii. Coś mi się pokręciło z rytmem doby. Ale to u mnie nienormalnie normalne. Pa, pa.

 

PS. Poznałam od Aleksandry bardzo fajną myśl, którą chcę tutaj zadedykować Szanownym Odwiedzającym.

 

„ Obiecaj sobie... Że jesteś zbyt wielki, by się martwić. Zbyt mądry, by rozpaczać. Zbyt szlachetny, by się złościć. I zbyt szczęśliwy, by popadać w kłopoty...".

 

 

PS2. Ostatnio do mojego kota mówię „z francuska" Dieselle (wymawia się jak Giselle), ładnie prawda? To zresztą wcale nie złagodziło jego obyczajów. Nadal jestem zagryzana przy każdej nadarzającej się okazji. Czym sobie na to zasłużyłam!!!

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

jeszcze można

piątek, 25 stycznia 2008 7:29

Głosować na mój bloog. Wstarczy wysłać smsm o treści A02698 na numer 71222. Aktualnie jestem w okolicy pięćdziesiątki. Jak w życiu, jak w życiu, Kochani. Pa, pa.

PS. W sms-ie 0 to zero a nie literka "o". Koszt 1,22,


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Na dworze...

środa, 23 stycznia 2008 7:31
 

 

... w Krakowie by powiedzieli, że na polu wieje, aż strach. Właśnie od Krakowa idzie ku nam zadymka i zawieja. Czyżby Pani Zima przebudziła się ze snu... zimowego?  Zaraz wychodzę w ten ziąb i wiatr. Zamierzam odwiedzić Przyjaciółkę, Anię z An'caffe. An'caffe już nie istnieje. Oj żal, bo knajpka była świetna, poznałam tam mnóstwo ludzi, niejeden zadymiony wieczór tam spędziłam a i noc niejedną przegadaną do świtu. Niestety, An'caffe już nie ma. Ludzie rozproszyli się po świecie. Właściciel w Anglii, pewnie nadal kolekcjonuje smooth jazz, jego żona to Ania właśnie. A tak na  marginesie. Dzisiaj jest dzień wspomnieniowy chyba. Siedziałam „na ladzie", kolejka długa jak w pamiętnych czasach za mortadelą, gdy kolejnym interesantem okazał się... znajomy z lat szalonej młodości. Gdyby nie nazwisko na dokumentach pewnie bym go nie rozpoznała. Jakiż z niego był piękny chłopak. Piękny to nie jest słowo nie na miejscu w tym wypadku. Miał najdłuższe włosy w moim mieście. Z domu wychodził wieczorami, jak Książę Ciemności, a i tak pióra chował pod kataną. To był czas, to uwaga dla młodych czytelników, gdy panowie w mundurach koloru nieba łapali długowłosych i pakowali ich „na dołek" przy okazji fundując fryzjera. W jednym z bloków, w piwnicy innego kolegi był klub (prawie jak

w Autobiografii, prawda?). Pamiętam, weszłam tam kiedyś, po włączeniu odpowiedniego  sygnału świetlnego dla wtajemniczonych. W półmroku zobaczyłam dziewczynę ze spuszczoną głową siedzącą po turecku na ziemi i kiwającą się w rytm gitary Mayala. Jej włosy dotykały ziemi, falowały i lśniły w świetle karbidówki. Oniemiałam z zachwytu. Wówczas dłoń siedzącej osoby odgarnęła włosy i spojrzał na mnie... chłopak! Niesamowite. Kochałyśmy się w nim na zabój i na wyścigi. Bardzo mi imponowali ci ludzie, ich luz i wolność. Tak to wówczas widziałam. Połowy z nich już nie ma. Alkohol, narkotyki... lata siedemdziesiąte i u nas były mocno zaćpane. Tyle, że wówczas dragi nie były jeszcze przemysłem. Było kolorowo i... kulturalnie. Pamiętam, że dostałam po łapach, gdy z ciekawości chciałam obejrzeć sobie towar. Nie dla ciebie mała, nie próbuj, bo to świństwo. Nigdy nie spróbowałam. Wszystko to przypomniałam sobie, spódnice z pieluch farbowane w kolorowe koła, drewniaki na koturnach, koraliki wokół kostek,  torby na długich paskach, majtające się w okolicy kolan, haftowane indyjskie bluzki (szał prosto z Pewex'u), gdy patrzyłam na starego znajomego, który przyszedł z dokumentami.  Czas obszedł się z nim okrutnie. Samotny podstarzały hipis, z rzadkimi wypłowiałymi kosmykami włosów. Ech... żal.

 

Wracałam od Ani późnym wieczorem przez park. Księżyc w pełni oświetlał niesamowitym blaskiem wieże bazyliki. Wokół niego kolorową łuną lśniło halo (już kiedyś tłumaczyłam, że to zjawisko okrągłej tęczy, zresztą w galerii „tęczowej" są zdjęcia halo, tyle że wokół słońca), było zjawiskowo i z lekka niesamowicie. Brakowało tylko dźwięku wycia dusz potępionych i śmigłych sylwetek nietoperzy krążących wokół wież kościoła. Zrobiłam kilkanaście zdjęć, księżyc pojawiał się i znikał za chmurami rzucając na ziemię siną poświatę. Niestety nie miałam ze sobą statywu i zaledwie kilka zdjęć jest ostrych. Ale te, które się udały są niesamowite. Mają nastrój, że ho ho. Cieszę się przynajmniej z tego. Teraz patrzę na nocną panoramę miasta, wiatr wieje, czas na sen. Pa, pa.

 

 

PS. Stary Zegar wystraszył się chyba wizyty u zegarkowego lekarza i... zaczął chodzić. Nie wiedziałam, że staruszek jest takim hi hi hi cykorem. To taka gra słów. W języku złodziei ponoć słowo „cykor" oznacza...  zegarek. Potocznie natomiast oznacza  tchórza. Z tym, że chyba pierwsze pochodzi od cykania(?) natomiast drugie prawdopodobnie wywodzi się  od przysłowiowej cykorii, ale zupełnie nie wiem dlaczego. Może ktoś wie?

 
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Anioły opowieść ósma

wtorek, 22 stycznia 2008 7:27

Rzeźbiarz

 

 

Na jednym z cmentarzy olbrzymiego grobowca pilnuje dziwny Anioł. Posępny i groźny starzec siedzi wspierając się na kosie. Jakże dziwny stanowi kontrast dla wysmukłych i pięknych Aniołów pilnujących spokoju tych, którzy odeszli. Skąd się wziął i dlaczego? Spróbuję odpowiedzieć na to pytanie. A było to tak. Dawno, dawno temu w pięknej mieszczańskiej kamienicy żyła bogata rodzina. Matka, spokojna i cicha wychowywała dzieci, ojciec zasadniczy i surowy był bankierem. Mieli trójkę dzieci. Najstarsza dziewczynka wyrastała na chłodną i surową piękność. Świetliste odbicie dawno zagasłej urody matki. Średni chłopiec był  marzycielem ciągle bujającym w obłokach. W szkole nauczyciele ubolewali nad jego roztargnieniem, brakiem zainteresowania matematyką i nadmierną fascynacją sztuką. Najbardziej lubił rzeźbić. Zlepiał z różnych materiałów przedziwne bajkowe postacie, ożywiał je, wkładając im w usta wymyślone kwestie. Potrafił bawić się tak godzinami. Dziwne dziecko w całkiem normalnej rodzinie. Był jeszcze najmłodszy braciszek, ale z powodu sporej różnicy wieku nie był żadnym partnerem starszego brata. Ojciec rzadko zwracał uwagę na dzieci. To matka zajmowała się codziennymi problemami. Ojciec surowy i odległy jawił się dzieciom jako władca absolutny. Jak sam Pan Bóg. Chłopiec dorastał. Ojciec zaplanował już przyszłość. Córka, dobrze zaręczona miała wyjść za mąż i urodzić wnuki. Starszy syn przyszłość miał jasną. Bank ojca potrzebował ciągłości, wszak wszystko miało zostać w rodzinie. Najmłodszy, co do najmłodszego ojciec nie podjął jeszcze decyzji, choć chłopiec zapowiadał się na świetnego urzędnika. Sumienny i zdyscyplinowany byłby odpowiednim kandydatem na stanowisko następcy ojca gdyby nie to, że był jeszcze taki młody.  Średni chłopiec, nazwijmy go Wiktor marzył, że po skończeniu szkoły będzie studiował na akademii sztuk pięknych. Może w Krakowie, może w Rzymie  lub w Paryżu. Nie wiedział, jak to zrobi, liczył że ojciec zrozumie i sfinansuje mu studia. Bał się rozpocząć na ten temat rozmowę, odsuwał więc od siebie ten  moment dopóki się dało. Szkołę skończył ze średnią lokatą. Ze świadectwem w dłoni poszedł do gabinetu, wezwany tam przez ojca.

Z drżeniem serca wszedł do środka. Ojciec siedział za potężnym biurkiem, zachmurzony i surowy, jak zawsze. Spojrzał na syna i nie znoszącym sprzeciwu tonem oznajmił, że już następnego dnia rozpocznie praktykę w banku. Wiktor zamarł. Miał wrażenie, że pokój kołysze się razem z nim, że surowa twarz ojca odpływa gdzieś  daleko. Usiłował coś powiedzieć, zaprotestować nieśmiało, powiedzieć o swoich planach i marzeniach. Spojrzał jednak w nieprzejednane oczy ojca i zamilkł. Zdał sobie sprawę, że nie pomogą żadne słowa, żadne argumenty. Spuścił głowę i odpowiedziawszy tylko „Dobrze, Ojcze" wyszedł cicho z gabinetu. Zamknął się w swoim pokoju i siedział tam aż do wieczora, wpatrzony w ścianę. Tysiące myśli przelatywały mu przez głowę. Nie zszedł na kolację, więc zaniepokojona matka zajrzała do niego. Przeprosił ją usprawiedliwiając się bólem głowy. Wyszła. Wiktor poczekał aż wszyscy usną i po cichu zszedł na dół do gabinetu ojca. Nożem do papieru wyłamał szufladę biurka. Z pliku banknotów odliczył kilka, resztę schował z powrotem. Napisał kilka słów przeprosin i wyszedł w noc zabierając ze sobą walizkę z ubraniami. Podróżował po Europie, podejmował się różnych prac, lecz przede wszystkim rzeźbił. Próbował skontaktować się z rodziną, ale jego listy pozostawały bez odpowiedzi. W końcu zaprzestał prób, jedynie od starej ciotki dostawał wieści o matce, ojcu i rodzeństwie. Pewnego dnia dotarł do Paryża. Konsjerż w kamienicy gdzie mieszkał podał mu plik listów z Polski,  które czekały na niego ponad dwa miesiące. Jeden z listów był od matki. Pisała, że ojciec miał udar i jest sparaliżowany. Prosiła o przyjazd. Wiktor spakował najpotrzebniejsze rzeczy i wyruszył do kraju. Dotarł zbyt późno. Dwa dni wcześniej ojciec zmarł. Wiktor patrzył na postarzałe rysy ojca, których nawet śmierć nie złagodziła. Wciąż czuł lęk przed jego surowością. I żal, że ojciec nigdy nie widział jego rzeźb, że nie słyszał o jego sukcesach. Wiedział, że musi coś zrobić. Postanowił wyrzeźbić Anioła, który stanie na grobie ojca. W trakcie prac nad posągiem Wiktor zorientował się, że Anioł ma twarz ojca. Surową i groźną. Mimo to kontynuował dzieło. W końcu Anioł został umieszczony na grobowcu. Wiktor popatrzył w kamienne oczy. Anioł patrzył na niego. Coś się jednak zmieniło. Owszem została powaga i chłód ale nie było w tej twarzy surowości. Była mądrość i dostojeństwo. Odwrócił się by odejść od grobu. W jednym ułamku chwili poczuł, że ojciec jest tuż obok, zdawało mu się, że czuje lekki dotyk dłoni na ramieniu. Spojrzał gwałtownie do tyłu. W nadciągającym półmroku twarz Anioła... twarz ojca stała się pełna spokoju i zrozumienia. I miłości.

I wówczas dopiero Wiktor zapłakał. Wypłakiwał cały smutek i żal do losu, że nie dane mu było pogodzić się z ojcem. Że obaj byli nieprzejednani w swoich sądach. Że byli do siebie tak podobni, choć tak różne mieli oczekiwania od życia. Powoli ruszył w kierunku cmentarnej bramy. Za nim pozostał kamienny Anioł, skupiony i poważny. Do zobaczenia synu, nagły powiew wiatru przyniósł te słowa. Wiktor zatrzymał się gwałtownie. Do zobaczenia tato, pomyślał i uśmiechnął się przez łzy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 659  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554659

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl