Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 074 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Zastanawiałam się ostatnio...

środa, 28 stycznia 2009 7:29

 

... nad własnym życiem. Powie ktoś, też mi sensacja, przecież każdy, przynajmniej tak mi się wydaje, każdy więc często zastanawia się nad własnym życiem. I cóż z tego wynika? Otóż niewiele. Przynajmniej dla świata. A dla nas samych? To zależy, do jakich wniosków dojdziemy. Jakimi kolorami malowaliśmy swoje życie. I co z tego zostało. W nas i w naszej pamięci. Również w pamięci innych. Nie żyjemy przecież na pustyni. Świat oddziałuje na nas. My wpływamy na świat. Efekt motyla. Jesteśmy jak maleńkie cząstki wielkiej układanki. I niestety nie zawsze od nas zależy, w którym miejscu zostaniemy wpasowani, o ile w ogóle gdziekolwiek będziemy na swoim miejscu. Czasem na siłę zostajemy wtłoczeni w zbyt ciasne ramy i męczymy się jak potępieńcy starając się wytrwać mimo, że kanty nas uwierają i gniotą. Rozpychamy się wówczas i wiercimy przeżywając katusze. O niewielu ludziach można powiedzieć, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Ludzką rzeczą jest przecież ciągłe dążenie do spełnienia, do szczęścia. Ciągła niezgoda na niewygody. Jak się to ma do tego, co szykuje nam czasem los? Czy powinniśmy szarpać się, często beznadziejnie? Czy może raczej pozostać na wyznaczonym miejscu i starać się znaleźć jakieś jasne strony naszej sytuacji? Jak wielu jest ludzi, którzy pokazując światu uśmiechniętą, jasną twarz szczęśliwego człowieka, równocześnie są znerwicowanymi frustratami? Nieszczęśliwymi i niedopasowanymi. A przecież często gdzieś głęboko są innymi ludźmi. Kiedyś przeczytałam opowiadanie s.f., o człowieku, który z jakichś powodów, po uszkodzeniu mózgu zapada w śpiączkę. Nie byłoby w tym nic szczególnego, wszak takie rzeczy się zdarzają, gdyby nie fakt, iż człowiek ten jest sławnym pisarzem, wielką osobowością, na dodatek nieszczęście spotkało go w trakcie pisania kolejnej powieści, która miała być wiekopomnym dziełem. Zostaje więc podłączony do aparatury, która pozwala na oglądanie jego myśli. Naukowcy chcą po prostu dokończyć dzieło jego życia. I cóż się okazuje? Otóż człowiek ten wcale nie myśli o bohaterach swej powieści. W głowie pisarza tkwią... obrazy. Pojawiają się na ekranie aparatury wzbudzając ogólny zachwyt. Są genialne. Wewnątrz swego umysłu wybitny pisarz jest wybitnym malarzem. A przecież nigdy nie malował obrazów. Naukowcy wyłączają aparaturę. Nigdy nie namalowane obrazy znikają bezpowrotnie. Co „siedzi" w głowie pani za biurkiem, sławnego tenisisty czy pana sprzątającego podwórko? Kim tak naprawdę jesteśmy? Kim moglibyśmy być, gdyby wyznaczono nam inne miejsce w ogromnej układance? Na ile to właśnie miejsce warunkuje to kim się staliśmy. Jakie ma to znaczenie? Ogromne. Możemy sobie wmawiać, że wszystko, sukces, szczęście czy powodzenie zależy od nas. Tylko czy na pewno...? Może pani zza biurka jest wybitną śpiewaczką, której w dzieciństwie nie posłano do muzycznej szkoły i teraz podśpiewuje sobie po cichutku podczas wypełniania beznadziejnych rubryczek? Może pan machający miotłą jest wielkim tenisistą, tylko ktoś kiedyś nie pomyślał, żeby zaprowadzić go na korty? A sławny tenisista ma nieprzeciętny aktorski talent, lecz jego przyszłość zdeterminował ojciec, któremu nie udało się zaistnieć na sportowej arenie? Tylko czy to teraz jest ważne? Może ważniejsze jest, żeby pani przy swoim biurku nie zatraciła sensu tego co robi, chyba ze rzuci wszystko w diabły i stanie na scenie w świetle jupiterów. Tylko czy warto grzebać się w przepastnych głębiach swego umysłu? Czy może raczej brodzić po jego mieliznach. Może lepiej nie budzić demonów, niech sobie smacznie śpią. Bo nagle może się okazać, ze nie ma kto pozamiatać podwórka. Odwieczne dylematy, odwieczne pytania. A wracając do zawartości mojej głowy, czasem jestem zaskoczona jak wiele tam się mieści, rzeczy wartościowych i całkiem bezużytecznych. Normalny śmietnik, w którym czasem tkwi coś szczególnego. Jak nagle przywołane wspomnienie krótkiego opowiadanka o sławnym pisarzu, który tak naprawdę był wielkim malarzem. Pa, pa.


Kolejny dzień, kolejna data, kolejna kartka spadła z kalendarza. I znów kolejny dzień zapisany w archiwum mojego życia. Może to zbyt wiele powiedziane, właściwie ledwie zaznaczony. Cóż, był taki dzień...

Zabawna rzecz się dzisiaj zdarzyła. Wróciłam z pracy, zmęczona jak nieszczęście, z ambitnym planem odpoczynku, gdy zadzwonił „stary" znajomy. Rzeczywiście dawno się nie widzieliśmy, chciał pogadać. Ponieważ po okresie wzlotów i uniesień kiedyś tam przeszliśmy na, jakże sympatyczną płaszczyznę platonicznej przyjaźni, nie miałam sumienia odmówić. Tym bardziej, ze faktycznie lubię gościa no i, co nie jest bez znaczenia, lubię gdy zachwyca się moim biustem (słownie, rzecz jasna), gdyż według niego mój biust jest (ha!) najlepszy w Zagłębiu i okolicy. Ale to tak na marginesie. No i przyszedł. Wszedł i... zgroza! Zamiast komplementować mój biust zaczął zachwycać się moim... KOTEM!!! Kot przyjmował te karesy z właściwym sobie dystansem. Patrzył tylko czujnymi oczami, w których wyraźnie widziałam pytanie „o co ci chodzi, człowieku?". No i posiedzieliśmy (w trójkę), pogadaliśmy (w dwójkę), niestety czułam się z lekka odsunięta na margines. Mój biust również!!! Koniec z przyjaźnią, niech się przyjaźni z Dieslem!!! Faceci!!! A fe! No i takim to sposobem, ponieważ dzień bez komplementu uznaję za dzień stracony, tę datę jedynie zaznaczam w archiwum mojego życia. Nie warta jest zapisania. Pa, pa.

 


A tak na marginesie, czy kogoś mogą dziwić zachwyty mojego „starego" znajomego nad wyjątkową urodą Diesla???


Niespodzianka, dostałam maila z portalu Wiadomości24 z pytaniem, czy potwierdzam zgłoszenie mojego bloga do konkursu na Blogera Roku. Zdziwiłam się, bo nie wysłałam zgłoszenia, niemniej potwierdziłam, że się zgadzam. No i dostałam kolejnego maila, że niestety mój blog nie może być brany pod uwagę, bo ostatni wpis miał miejsce w... 2007 roku. Chyba im się cos pomyliło i weszli na drugi, bliźniaczy blog, w którym faktycznie rzadko bywam. Ciekawe czy po moim sprostowaniu naprawią pomyłkę. Jeśli nie, to trudno. Ciekawa jestem tylko kto mnie zgłosił. Sam fakt jest jednak niewątpliwie sympatyczny.  Właśnie dostałam kolejnego maila, że wszystko jest oki... czyli konkursuję się na całego!!! Pa, pa.

...
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Ach, ach...

niedziela, 25 stycznia 2009 11:51

... przesypiam życie. Może nie tak całkiem i nie tak do końca, niemniej moja senność jest zatrważająca. Wracam z Firmy „na ostatnich" nogach i myślę tylko o Panu Łóżko. Przynajmniej to rodzaj męski niewątpliwie. Kładę się „na pół godzinki" po czym wstaję późną nocą. Oczywiście już wyspana i pełna energii.  I noc mam z głowy. Sama z siebie się śmieję. Wracam do czasów niemowlęctwa. Pamiętam taki czas, gdy mojemu, maleńkiemu wówczas, synkowi „przestawiły się" pory dnia. Też teraz tak mam.  Czyli... prowadzę bogate życie nocne. Ha!  Tyle, że w moim przypadku głównym winowajcą jest czarno-białe półdiablę o proroczym imieniu Diesel Diablo de la Vega. Szczególnie jeśli chodzi o to „diablo". Ponieważ koteczek jest nocnym łowcą, więc buszując po chałupie skutecznie wybijał mi sen z głowy. Tym samym nakręcała się spirala mojego zmęczenia i niewyspania, co teraz skutkuje przeczłapanymi nocami.  Ma to jednak jeden, no może dwa plusy. Po pierwsze „primo" nocą przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły, więc pisanie idzie mi całkiem nieźle. Po drugie „primo" jednak jestem wyspana, to co że pory mi się przestawili.  Pisząc „pory" miałam na myśli pory dnia, rzecz  jasna. Nie warzywo ani nie część garderoby, nie mówiąc już o porach w skórze.  Ale ja nie o tym.  Dostałam ciekawa propozycję z „Helikonu". To klub osiedlowy, w którym miałam kilka wystaw fotograficznych, w tym tę najważniejszą, bo pierwszą.  Z uwagi na sentyment i sympatię, zgodziłam się i od 20-go lutego będzie można zobaczyć kilka, może kilkanaście moich fotografii. Temat szeroki i dość pojemny, bo „Romantycznie".  Muszę dokładnie przemyśleć koncepcję. 


Wreszcie wolne. Piątkowe popołudnie. Jak ja kocham piątki. Serio, czasem mam wrażenie, że ostatnio moje życie składa się tylko z oczekiwania na piątek. Co jednak jest najśmieszniejsze, coraz bardziej wydaje mi się, że piątki są jakby częściej, jakby czas biegł szybciej, bez opamiętania. I coraz więcej wysiłku muszę wkładać w nadążanie za nim.  Och, nie umiem tego dokładnie sprecyzować. To takie ulotne uczucie. Że coś umyka bezpowrotnie.  Że nic nie da się nadrobić, naprawić, zawrócić.  Co z tego wynika za morał? Ano, że trzeba żyć tak, żeby niczego nie trzeba było żałować. Ha, ależ ja mądra jestem, szkoda że tylko w teorii. Co do praktyki... szkoda słów, zamilknę więc w „tem temacie".


Sobota.  A właściwie niedziela i to już od trzech godzin. Jak z tego widać, w dalszym ciągu nie sypiam nocami. Ale to drobiazg. Opowiem Wam teraz (i pokażę), co mnie zachwyciło w sobotnie południe. Otóż byłam w Sarnowie u mojej Kuzynki. Nieopodal jej domu, w szczerym polu stawiane są słupy wysokiego napięcia. Ogromne.  A na przewodach elektrycznych, hen pod samym niebem wisieli ludzie. Oczywiście pobiegłam tam zaraz rączym truchtem przez błoto, przez koleiny wyżłobione kołami ciężarówek, przez rozmiękłe bruzdy. Z aparatem w garści ślizgałam się niebezpiecznie,  nogi rozjeżdżały mi się gdy usiłowałam zachować równowagę patrząc równocześnie na ziemię i w niebo, przez wizjer aparatu.  Zaczęłam robić zdjęcia. Pod różnym kątem.  W pewnym momencie faceci wiszący mi nad głową zorientowali się, że są fotografowani i zaczęła się nasza rozmowa, a właściwie wykrzykiwanie krótkich zdań typu. „ Chwileczkę, tylko zdejmę czapkę do fotografii!". „A gdzie będą te zdjęcia, w Playboy'u?", „Nie, w National Geografic!", „A, to w porządku!", „Waldek, pomachaj to pani zrobi ci ładną fotkę!",  „Mamy jeden wolny rower, może się pani przejedzie?!", (bo oprócz tego, że faceci wisieli, to jeszcze pedałowali w takich zabawnych wózkach zabezpieczonych dodatkowo linami, które trzymali mężczyźni  stojący na dole).  Zrobiłam sporo zdjęć, kilka umieszczam poniżej.  Najbardziej niezwykłe było to, że oni poruszali się niesłychanie szybko wzdłuż linii wysokiego napięcia, no i, jak mi powiedziała Kuzynka wisieli tak od rana, od kilku dni. Zresztą wracałam od niej około szesnastej i w dalszym ciągu czarne sylwetki odcinały się ostro od bladego nieba, w innym miejscu, przy kolejnym słupie wysokiego napięcia.  A przecież wcale nie było ciepło. Było zimno, wilgoć wciskała się za ubranie a tam w górze na dodatek pewnie nieźle wiało. Podziwiam chociaż nie zazdroszczę. Może tylko tych widoków z góry,  ale czy oni mają czas i ochotę zachwycać się widokami? Śmiem wątpić. Cóż, taka praca i ktoś to musi robić.  Później wracałam do domu przez las. Droga była błotnista i śliska. Spod resztek śniegu wystawały brunatne liście. Niesamowite wrażenie. Takie widoki, takie kolory też są wyjątkowe. Lekka mgiełka rozwiała się, spomiędzy chmur nieśmiało przebił się różowy blask zachodzącego słońca. Gdzieś zza zarośli dobiegały jakieś trzaski, jakieś szmery. Dziki (bo podobno są) czy może sarny (bo są na pewno, sama widziałam). Niestety, żaden zwierzak nie wystawił mi się na strzał... aparatem fotograficznym, rzecz jasna. Ale może to i lepiej. Sarny sarnami ale dziki??? Hmmmm, już się widzę na tych śliskich liściach jak zwiewam przed jakimś dzikiem, co to jest dziki, zły i ma wielkie kły. Małgośka, ty tchórzu.  Tyle na dzisiaj.  Wszystkich stęsknionych serdecznie pozdrawiam i obiecuje zwiększenie częstotliwości zamieszczania notek.  A i jeszcze powiem, ze w temacie nikotynowym jak na razie sukces, jakby to określić, połowiczny. Ale idzie ku lepszemu, Mocium Panie!

Pa, pa.

 

Więcej w galerii graficznie fotograficznie

 

W lesie...

 

Pogoria IV w  niebieskiej tonacji przedzmierzchu

 

To też "czwórka"... lód niestety już kruchy... gdzie ta Zima??



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Ale mgła...

czwartek, 22 stycznia 2009 15:57

 

... Zima schowała się gdzieś za górami, za lasami i wróciła Jesień? Nagle śnieg zniknął odsłaniając szaro-bura rzeczywistość. Z nieba kapie mokre, buty człapią po rozmiękłych resztkach śniegu, samochody wzbijają fontanny ciemnej wody ochlapując przechodniów i bezpańskie psy. Smutek wokół. A jeszcze w środę było tak pięknie. Po pracy trafiłam, zupełnie niespodziewanie dla mnie samej, do... Świerklańca. W sumie to tak blisko. Niecałe czterdzieści kilometrów a nigdy tam nie byłam. BOWN zrobił mi niespodziankę i wymyślił wycieczkę. W drodze był bardzo tajemniczy, obiecywał tylko, że będę miała duuużo do fotografowania. I rzeczywiście tak było. Przepiękny park w białej kołderce, tu potoczek z kamiennym mostkiem, ówdzie jakieś rzeźby a nieopodal teatr letni i klasycystyczna bryła Domu Kawalera. Tak nazywa się pałacyk, w którym jest hotel i restauracja z zupełnie genialną szarlotką na ciepło z lodami, bitą śmietaną i polewą czekoladową. Kiedyś w parku stał ponoć pałac, kopia Wersalu. Niestety zrujnowany przez naszych wschodnich wyzwolicieli. No i jakąś idiotyczną decyzją zburzony w latach 60-tych. Pozostały jedynie posągi, schody do nieistniejącego domu i podjazd, po którym kiedyś poruszały się karety, jeźdźcy i wytworne amazonki. No i pozostała jeszcze przepiękna kuta brama, która teraz strzeże wejścia do chorzowskiego ogrodu zoologicznego. Podobno w miejscu, gdzie dawniej znajdował się pałac teraz można czasem odczuć dziwną moc, ponoć to szczególne miejsce. Czasem też, podobno na zdjęciach pojawiają się jakieś smugi i przebarwienia. Ale to chyba działa tylko na taśmę fotograficzną. Moja cyfrówka nie wychwyciła żadnych bytów. A szkoda, prawda? Wróciłam do domu „naładowana" energią (a jednak!) i zdjęciami. Jeszcze ich dokładnie nie przejrzałam. Tutaj prezentuję zaledwie kilka. Jeszcze słowo „w temacie" zdjęć. Obiecałam zimową galerię na blogu ślicznym i fotograficznym, niestety jakis chochlik skutecznie utrudnia mi ich tamże zamieszczenie. Ale próbuję usilnie i mam nadzieję, że z dobrym skutkiem.


Teraz garść informacji, które mnie samą zaskoczyły, gdy je otrzymałam. Otóż 31-go stycznia o godzinie 12-tej czyli w samo południe w Młodzieżowym Domu Kultury w Częstochowie odbędzie się uroczyste otwarcie wystawy pokonkursowej „Śladami Judaizmu". Dostałam zaproszenie i jadę, oczywiście. Z listu, który dostałam dowiedziałam się również, że wystawa ta a tym samym i moje fotografie „pofruną" później do Nowego Jorku, gdzie od 8-go marca będą prezentowane w Konsulacie Generalnym RP. Cieszę się ogromnie. Oczywiście sprawozdanie z wernisażu przekażę Wam jak najszybciej i jak najbardziej szczegółowo. Ze zdjęciami, rzecz to oczywista. To by było na tyle. Jeszcze musze wybrać kilka zdjęć ilustrujących moją wycieczkę do Świerklańca a pora już późna, więc mówię tylko... pa, pa.

 

 

 

 

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Ale mnie tu długo...

niedziela, 18 stycznia 2009 14:53

... nie było. Ale przypominam wszystkim oczekującym, że lojalnie (Jola lojalna i Jola niejolajna) uprzedzałam, iż może mnie być ciutke mniej. No i jest, niestety. Mnie samej też jest przykro,  ale intensywnie myślę nad tym problemem. Co działo się ze mną przez ten tydzień? Nie zmieniłam stanu cywilnego, nie wygrałam w totolotka i nie osiągnęłam sukcesu. Natomiast biegałam po mieście robiąc zdjęcia Zimy! Bo jest i jest piękna. W piątek po całonocnych opadach świat obudził się w białej kołderce. Gałązki pochyliły się ku ziemi w puszystych czapeczkach, na oczkach siatki nazbierały się śnieżne płatki. Cudnie bardzo. Co jeszcze? Ano była Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Byłam, zdjęciowałam między innymi koncert Jose Torresa i Światełko do Nieba. Umarzłam, szczególnie zmarzły mi palce, nikt jeszcze nie wymyślił podgrzewanego aparatu fotograficznego. Odnośnie aparatu, sprawdza się znakomicie a przecież jeszcze nie wszystko rozgryzłam.  Czyli... jeszcze dużo przede mną.


Najświeższa wiadomość. Otóż 13-go lutego (nomen omen w moje urodziny!) w Młodzieżowym Ośrodku Pracy Twórczej przy ulicy 3-go Maja (samo centrum Dąbrowy Górniczej) o godzinie 17-tej odbędzie się wernisaż wystawy fotograficznej pt. Anioły Zagłębia. Wymyśliłam sobie, że połączę to z wieczorem prozatorskim (czy zawsze ma być wieczór poetycki?) i przeczytam przynajmniej niektóre „anielskie" opowiadanka.  Prawdopodobnie koleżanka (zaproponowała mi to) zagra na gitarze kilka utworów. W każdym razie zapraszam, będą słone paluszki i mineralna. Żartuję oczywiście, będzie winko i cos do winka, w każdym razie na słodko będzie. Wszystkich chętnych i życzliwych serdecznie jeszcze raz zapraszam. Ten komunikat pewnie jeszcze powtórzę, tak bliżej terminu wernisażu.


Druga najświeższa wiadomość. Otóż w dalszym ciągu MOCNO  ograniczam palenie. Biję się tutaj z hukiem w pierś (hłe hłe hłe ale rzęzi mi w płucach!), czasami nie wytrzymuję i by kogoś nie zabić, albo przynajmniej nie zwyzywać,  zaciągam się... raz i na tym koniec. Mam wrażenie, że zdarza się to coraz rzadziej. Czyli... widać już światełko w tunelu. Jak tam z trzymaniem kciuków?


Opowiem Wam teraz  zabawną historię jaka mi się ostatnio przydarzyła. Otóż przyjmowałam klienta z wnioskiem. Pan skromny i niepozorny pomylił się w obliczeniach. Poprosiłam, żeby wpisał właściwą kwotę i powiedziałam „proszę się podpisać z boczku". Pan wykonał o co prosiłam i odrzekł spokojnie: „zboczek się podpisał".  Jejuuuu spłakałam się ze śmiechu. Taki to, na pozór niepozorny pan okazał się błyskotliwym i dowcipnym człowiekiem. Najśmieszniejsze stało się później. Poszłam do mojego pokoju i opowiadam koleżankom, co się stało. Na to jedna z nich stwierdziła, że powinnam była powiedzieć raczej „proszę się podpisać z boku". No cóż, sądzę, że zboczek jest jednak sympatyczniejszy od... zboka, prawda? Niestety, takie zabawne sytuacje nie zdarzają się zbyt często. Z reguły praca raczej żmudna, raczej nudna a na pewno stresująca. Wyjątkowo cieszyłam się z nadejścia piątku. Teraz jest sobota, świt w różowej mgiełce obiecuje piękny dzień. Kocisko wyspane i najedzone siedzi u moich stóp i pomiaukuje rozdzierająco, no chodź Kocie, hop na kolanka. Wyobraźcie sobie, kilka dni temu, a właściwie kilka nocy temu temperatura znacznie poniżej zera a za oknem rozlega się przeraźliwe miauczenie kota. Cóż, można to wytrzymać pięć minut, góra kwadrans, ale gdy trwa to godzinę, może człowieka szlag trafić. Ubrałam się, spakowałam suche żarełko i zeszłam na dół. Był. Biedny, zmarznięty wielki biało czarny kocur. Siedział przy zamkniętym piwnicznym okienku i darł się jakby go ze skóry obdzierali. Wysypałam jedzonko na podstawkę, rzucił się na nie jakby tydzień nie jadł. Później skulił się w okiennej wnęce i usnął. A ja wróciłam na górę i już usnąć nie mogłam.  Biedny kocur. Na następny dzień widziałam go w całkiem dobrej formie, na szczęście. Widzisz Diesel jakie masz szczęście, że mnie masz i nie musisz tułać się po mrozie i śniegu. A właśnie, ostatnio wyszłam na balkon, zaśnieżony rzecz jasna. Kocurek oczywiście za mną. Wlazł na to zimne i białe i...sparaliżowało go! Ależ miał śmieszna minę. Później po kolei podnosił łapki, wstrząsał nimi strząsając śnieg, był  tak zabawnie zdegustowany i zniesmaczony. Sama słodycz z zimą w tle.


A właśnie... zwierzaki zimową porą.  Niestety, niestety nie udało mi się sfotografować wiewiórki na cmentarzu. Jejku,  ależ to jest szybkie zwierzątko. Góra-dół, lewa-prawa,  krzyż-aniołek, drzewo-grób. Zachowywała się jak  mała ruda błyskawica, co najgorsze, zupełnie nieprzewidywalna błyskawica.  Nie byłam w stanie ustawić się (albo jej) do zdjęcia. Zrobiłam jedynie odcisk wiewiórczych łapek na śniegu. Tyle musi Wam wystarczyć i moje zapewnienie, że tam NAPRAWDĘ była wiewiórka.


Niedzielny poranek.  Właśnie wróciłam z targu. Kupiłam sobie jabłka (kosztele, szarą renetę i jonatanki) i... śledzie po żydowsku oraz makrelę. Kot oszalał po moim powrocie „mrrrrrrrrrrrrrrrrrrr lubię rybki, daj mi natychmiast kawałek, no daj, choćby ucho od śledzia!!!". Nie byłam świnią i dałam, z kuchni więc dochodzą odgłosy wylizywania miseczki czyli... smakowało. Nie dziwota, mnie tez smakuje, akurat teraz piszę (jedną ręką) a druga służy mi do przenoszenia pożywienia do ust wygłodniałych. Hmmmm usta wygłodniałe, czytacie to? Prawie Mniszkówna tudzież inny Dołęga-Mostowicz. Ale wracając do mojej wyprawy, z której wróciłam (spyta ktoś, a czemu nie do kościoła, grzesznico!!!) to zeznaję pod przysięgą, że pada śnieg Ogromne płatki puchu wirują w powietrzu.  Świat traci kontury, ludzie chowają głowy w ramiona, otuleni szalami, „zaczepieni" mkną przed siebie nie patrząc wokół. A wokół jest tak porażająco pięknie. Czy zastanawialiście się kiedyś, ile odcieni ma śnieg? Mówi się, biały jak śnieg. Ale biel nie zawsze jest biała. Istnieje przecież bielszy odcień bieli, jak śpiewał Procol Harum (kiedy to było!). Biel może być błękitna, szara, rozświetlona promieniami, oślepiająca wręcz i pełna cieni, gdy w górze przetaczają się chmury. Może być też złota i różowa o świcie.  Ale zawsze pozostaje bielą. Jakże jestem szczęśliwa, że potrafię widzieć kolory. Znam ludzi, którzy uważają fotografię kolorową za coś gorszego od czarnobiałej.  Nie mają racji, moim zdaniem oczywiście. Świat jest kolorowy, czemu mu więc te kolory zabierać? Mam nadzieję, że chociaż trochę koloru mogę Wam podarować.  Trochę zimy umieściłam na moim drugim blogu.  Dla niezorientowanych podaję ponownie adres „sliczniefotograficznie.bloog.pl". Tyle na dzisiaj, mam nadzieję, że na kilka dni wystarczy? Obiecuję, że następne moje nieobecności nie będą już tak długie. A teraz już pa, pa.

 

Umarła choinka...


Tu byłam. Wiewiórka


Moją Firmę też zasypało


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Witam, witam...

sobota, 17 stycznia 2009 18:49

... wszystkich zaniepokojonych Tubywalców. Lojalnie uprzedzałam, że może mnie być mniej no i... niestety, tak się stało. Ale pisałam przez cały tydzień i jutro postaram się plon tych godzin spędzonych nad klawiaturą pokazać światu i Wam, rzecz jasna. Może jeszcze uda mi się dołożyć kilka zimowyh zdjątek, bo u mnie nadal zima trzyma, odwilży ni ma (!). A zima piękna, że aż serce rośnie. Taka oblepiająca gałązki i płoty. Cud miód ultramaryna.  Teraz znikam, jeszcze raz przepraszam za tak długie (zbyt długie) milczenie.  A i jeszcze jedno. Byłam u kilku osób. Niestety WP po moim komentarzu pisała "Komentarz został dodany i ukaże się na stronie później". Nie mam pojęcia dlaczego tak. Miałam zresztą sygnały od kilku osób, że ich komentarze nie pojawiły się u mnie. Ale to już nie na moją małą łepetynkę. Teraz znikam, ale nie całkiem, nie całkiem. Pa, pa.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  558 699  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 558699

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl