Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 466 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Za pięć minut minie...

wtorek, 26 stycznia 2010 23:58

 

... północ i będziemy mieli środę.  Super, tym bardziej, że... mam wolny dzień. Cóż, każdemu należy się jakieś wolne. Wolne od pracy, oczywiście, bo od problemów... niekoniecznie.  Ale kto ich nie ma. Nawet ludzie, na pozór szczęśliwi, też mają problemy. Jak nie te to inne. Co wcale pocieszającym nie jest.  Najważniejsze, żeby zachować w tym wszystkim zdrowy rozsądek i nie dać się przytłoczyć. Co dnia wynurzam się ku światłu, wciąż i wciąż z nową nadzieją na dobry czas.  Kiedyś przecież musi nadejść, prawda? A tymczasem chodzę sobie z głową w słonecznym zimnym blasku, patrzę na świat jasnymi, łzawiącymi na mrozie oczami i rejestruję każdą chwilę, każdy moment, bo... każdy jest niepowtarzalny i każdy może być ostatnim. To wcale nie jest pesymistyczne stwierdzenie. Stwierdzam po prostu fakt. Nigdy nie wiemy, jak dugi czas nam pozostał, nigdy nie wiemy, jaka pogoda będzie jutro i nie wiemy kiedy spotkamy szczęście. Bo, że spotkamy, to przecież pewne. Trzeba być więc czujnym, żeby nie przegapić żadnego sygnału od Losu. Och, żebym jeszcze miała w sobie więcej determinacji i pracowitości, żebym nie odkładała na jutro wielu spraw, żeby czas nie przeciekał mi przez palce... Trudno często się zmusić do działania, gdy całe jestestwo krzyczy... daj sobie spokój, to nie ma sensu, znów walniesz głową w szklaną ścianę. Czasami rzeczywiście słucham tego wrzasku i najchętniej wcale nie wstawałabym z pościeli, a innym razem zatykam uszy na złe podszepty mojego gorszego Ja i wstaję... i walczę. Niemniej, te chwile, które utraciłam na użalaniu się nad sobą już nie wrócą.  Nie ma co się nad nimi zastanawiać, co by było, gdyby... No, byłoby... I co z tego? E tam, jutro znów jest dzień, a... ranek jest mądrzejszy od wieczora... zapamiętałam taką mądrość z dziecinnych bajek, które sobie czytałam kiedyś,  dawno temu. O rany, jak dawno... z każdym dniem dawniej... Ale wracając do poranka i jego mądrości... na przekór bajkowym mądrościom, mnie jednak lepiej się myśli nocką ciemną i cichą.  Gdy świat zamiera i zanurza się we śnie. No tak, taka mądra jestem, bo wstałam godzinę temu i teraz mogę siedzieć przez całą noc. Wróciłam z pracy tak koszmarnie zmęczona, z pulsującym bólem głowy i jakimś łamaniem w kościach.  I... po prostu położyłam się spać.  Wstałam lżejsza, z nową energią, wszelkie niepokojące objawy ustąpiły... znów jestem gotowa do walki. Ale teraz chcę opowiedzieć o niedzieli.  Po raz pierwszy tej zimy zmarzłam na sopelek. Ale może po kolei. Wyszłam z domu przed dziesiątą i pomaszerowałam dziarskim krokiem przez lasy, pola nad jeziora. Na polach mróz tworzył nieprawdopodobne ornamenty na suchych trawach, szczypał policzki i wyciskał łzy z oczu,  zimne Słońce oślepiało jaskrawym niebieskawym światłem. Było... bajkowo, inaczej nie umiem tego określić! Po drodze zahaczyłam o Jacht Klub na Pogorii III, szczerze podziękowałam za propozycję udziału w kuligu za quadem po jeziorze (jednak tchórz ze mnie!) mimo, ze zapewniano mnie, że lód ma 35 cm grubości... ja tam wolę czuć grunt pod stopami. Oczywiście pozdjęciowałam sporo. Zajrzałam w miejsce, gdzie Pogoria wpada do Pogorii, tam gdzie zbierają się ptaki na ostatniej wolnej od lodu przestrzeni. Niestety, miejsca jest coraz mniej. Ostatnie mroźne dni spowodowały, że lód zagarnął kolejne metry. Na pozostałym skrawku kłębią się ptaki, łyski wskakują na grzbiety łabędzi... trzepot skrzydeł, ogólny wrzask i harmider.  Akurat gdy byłam nad Trójką zadzwonił BOWN z pytaniem, gdzie jestem i czy na jeziorach da się jeździć na łyżwach. Odpowiedziałam mu, że na Trójce to raczej niemożliwe, bo leży śnieg i powierzchnia jest nierówna, natomiast na Jedynce prawdopodobnie jest zrobione lodowisko. Podjechał po mnie i wybraliśmy się, aby to sprawdzić. Faktycznie,  lodowisko było. Weszliśmy na jezioro i... w momencie zamarzłam!!!  Jedynka jest dość długa i wąska, są tam zresztą świetne warunki do żeglowania, bo mocno wieje. I właśnie mnie wywiało!!! Uciekłam czym prędzej na stały ląd, między drzewa, gdzie było zacisznie i w miarę ciepło (!!!) w porównaniu, rzecz jasna, do środka jeziora! BOWN sobie pojeździł... parę razy zaliczył glebę, to znaczy lód, bo powierzchnia jednak była nierówna, cieszył się jak dziecko... jednak niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba, prawda?  A mnie udało się sfotografować wreszcie sarenkę!!! Jej koleżanki przemknęły mi przed nosem w ułamku sekundy, nawet nie zdążyłam zareagować, natomiast ona jest sarenką oswojoną, w zagrodzie... pewnie tęskni za wolnością. Przynajmniej takie miałam wrażenie. Leżała sobie w śnieżnym dołku, nawet nieszczególnie reagowała na moją obecność za siatką. Pochodziłam jeszcze trochę po okolicy, po drodze napotkałam starego człowieka, który wędrował przez las z wielką torbą... jak się okazało pełną kawałków słoninki,  które rozwieszał na gałęziach drzew... dla sikorek!  Piękny pan, piękna misja! Wcześniej napisałam, że po raz pierwszy tej zimy zmarzłam... jakbyście łazili po mrozie przez kilka godzin, to pewnie też byście zmarzli. Ja jednak jestem chyba pokręcona. Najważniejsze, że aparat wytrzymuje moje szaleństwa! Niech żyje Sony! Poniżej zostawiam kilka zdjęć „niedzielnych". Zostawiam trochę Słońca i Zimy... na dobry czas, na uśmiech, na dobranoc!  I tym nocnym akcentem, pa, pa.


















































Więcej zdjęć znajdziecie w galeriach zimowych na www.sliczniefotograficznie.bloog.pl. Jak zwykle, zapraszam serdecznie. Pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

No tak, jak nie długa...

sobota, 23 stycznia 2010 22:22


... przerwa "techniczna", to dwa wpisy w ciągu dnia. Zupełny brak umiaru i systematyczności.  Ale chcę jak najszybciej podzielić się z PT Czytelnikami i Oglądaczami obrazków wrażeniami z mijającego właśnie dnia. W poprzedniej notce wspomniałam, że wybieram się na pyrzowickie lotnisko.  Wcześniej jednak biegałam wokół mego bloku i fotografowałam lodowe cudeńka. Później zostałam namówiona przez Kuzyna na mały spacer do antoniowskiego lasu (tam, gdzie kiedys spotkałam groźnego drwala), na szczęście pora dla drwali raczej nieodpowiednia, czułam się więc znacznie pewniej. Las... niesamowita bajkowa atmosfera i mój zachwyt każdym widokiem, jaki się przede mną otwierał. Robiłam zdjęcia, gdy w pewnym momencie usłyszałam cichutki, delikatny dźwięk dzwoneczków.  Przez moment sądziłam, że mam omamy słuchowe. Co się okazało... cieniutkie gałązki brzóz pokryły się lodowym pancerzem i poruszane lekkim wiatrem uderzały o siebie dzwoniąc i pobrzękując. Zupełnie, jak kryształy na staromodnym żyrandolu. Niesamowite, żyję już sporo lat, a jeszcze nigdy czegoś tak pięknego nie słyszałam! Staliśmy z Kuzynem nieruchomo, oboje wręcz oniemieli z zachwytu. Coś niepojętego. Żałuję, że nie da się opisać tego dźwięku, ale liczę na wyobraźnię Tubywalców. Mam nadzieję, że zdjęcia chociaż w maleńkim stopniu oddadzą tę atmosferę.  Natomiast kolejny zachwyt przeżyłam w drodze do Pyrzowic. Tam  są puste, odkryte przestrzenie i cały świat zamienił się w szkło!  Słońce lekko roztapiało śnieg, którym pokryte były gałęzie drzew, krzewy i wysokie trawy, a później mróz zamrażał to, zmieniając w szklistą powłokę!  Umieszczę poniżej kilka zdjęć, więcej znów na moim drugim blogu... tu powoli zaczyna mi się wyczerpywać limit. Zapraszam więc na www.sliczniefotograficznie.bloog.pl.  A jeszcze jedno... rozmowy w Pyrzowicach były owocne. Ale o tym innym razem, gdy już sfinalizuję projekt. I tym obiecującym akcentem, pa, pa... znikam, zostawiając Tubywalców sam na sam z Panią Zimą.




Hej, przeleciał ptaszek... poranne "parapetowe" zdjęcie Diesla...


















































Zdjęcia z drogi do Pyrzowic umieszczę troszkę później... robiłam je przez szybę jadącego samochodu i muszę je przejrzeć. Proszę więc o troszkę cierpliwości...

Już jestem, a właściwie są zdjęcia.  Mimo niesprzyjających warunków, jednak kilkanaście udało się wybrać, z których kilka umieszczam tutaj... Żałowałam tylko, że nie było możliwości zatrzymania się chociaż na chwilkę... z drugiej strony, cieszę się, że Kuzyn miał czyściutkie szyby w samochodzie. Grunt to znaleźć chociaz maleńki pozytyw, prawda?




























Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Za oknem...

sobota, 23 stycznia 2010 8:26

... zimowo, biało i... różowo!!! Tak, tak, wcale sie nie pomyliłam. Dzień wstał w różowo złotej mgiełce odbijającej się w białych płaszczyznach i... świat skrzy się i drży... wystarczy tylko lekko przymknąć powieki, by to zobaczyć. Aż brakuje mi słów, co nie jest zbyt częstym stanem, jak zapewne zdążyli zauważyć PT Tubywalcy.  No właśnie... słów brakuje, dobrze byłoby, jakby w zamian, umieścić kilka zdjęć, ale... troszkę się obawiam mrozu, który ponoć dosięgnął minus dwudziestu stopni Celsjusza. Ponoć, bo zepsuł mi sie termometr za oknem i temperaturę sprawdzam wystawiając się za okno... to znaczy przez balkon... to znaczy cała się nie wystawiam, bo jakże to, tak na widok publiczny, poza tym szkoda by mnie było... chwilka i z Gosi stałby się malowniczy i całkiem spory sopelek. Jednak wolę nic nie wystawiać... domniemuję więc.... doceńcie ładne słówko... że za oknem jest MRÓZ!!! Patrzę sobie z góry na ludzkość przemieszczającą się w różnych kierunkach, okutaną po czubek głowy, zostawiającą ślady bytności na białych połaciach. A mnie ciepełko, a ja jeszcze nie muszę nigdzie wychodzić. Troszkę później wybieram się do Pyrzowic na lotnisko w celu... co do celu, to pozwólcie, że jeszcze zostanie tajemnicą. Jeśli się uda, (trzymajcie kciuki)!, to dowiecie się pierwsi. Jeśli się nie uda, to też się dowiecie. Ale wracając do widoku za oknem, na mojej brzozie, którą uwielbiam, ale która zasłania mi widok na kościelne wieże i czasami przeszkadza,  uwijają się ptacy gatunków różnych. Sroki, cukrówki, kilka wróbelków i sikorki w czarnych czapeczkach na łepetynkach. Co chwila któryś sfruwa na balkon, gdzie wysypałam różnorakie ziarenka. Diesel tradycyjnie leży sobie na parapecie i spod wpółprzymkniętych powiek śledzi furkoczące skrzydła. Na pozór obojętny, na pozór senny, a jednak czujny,  o czym świadczy nerwowo drgający koniuszek ogonka. Mały wielki drapieżnik!  Nauczył się, że szyba jest twarda i skutecznie zapobiega polowaniu. Ptaszki tez się tego nauczyły i kompletnie nie zwracają uwagi na kocisko. A tak w ogóle, to bardzo się cieszę, że dziś sobota. Nie jestem zresztą chyba w tym odosobniona. Znam takich, którzy też się z tego cieszą!  A wczoraj... wczoraj zamierzałam umieścić tu kolejny wpis, ale wróciłam późno, bo trafiłam zupełnie nieoczekiwanie na mały jam  session. W Pałacu Kultury zebrało się kilku panów... z tych, co to czują bluesa. No i... szczęka mi opadła, gdy sobie ich posłuchałam. W pałacowej piwnicy, klubowo i na luzie grali sobie panowie stare dobre nutki... takie do bujania. Pięć gitar, pianino, momentami harmonijka (o rany!) i mały flecik... to chyba piccolo. Konfiguracje były różne, bo panowie są utalentowani niewątpliwie. Niestety, musiałam wyjść przed 22-gą, chociaż namawiano mnie, bym została, bo "O czwartej nad ranem będzie najlepszy klimat!!!!". Wróciłam do domu i posłuchałam sobie oryginałów, po czym stwierdziłam, że znajomi panowie nie mają się czego wstydzić. Zresztą blues jest muzyką duszy, skoro więc się ją ma (tę duszę) to się ją czuje (tę muzykę). Mnie w każdym razie pięknie rozbujała, do tej pory nucę sobie "Whiskey in the jar". Bo w chórkach troszkę się tam produkowałam. Niestety, panowie grają wszystko w dość niskiej tonacji, zbyt niskiej, jak na mój głos... ale to kwestia dogrania i zgrania się na przyszłość. Uspokajam Tubywalców, nie zamierzam zmieniać profesji i zajmować się muzyką. Od tego są lepsi i mądrzejsi. Ale potupać do rytmu i pomruczeć pod nosem zawsze mogę, prawda? I tym melodyjnym akcentem, pa, pa. A tak do pooglądania zostawiam kilka łobrazków z ostatniej niedzieli... też różowych czasami.







Przepraszam, chwilowo mam jakiś problem z dodaniem zdjęć... więcej będzie wieczorkiem, gdy wrócę. Serdeczności na dobry czas!!!






























Uffff.... w końcu się udało umieścić zdjęcia... ale to już przeszłość. Dzisiaj udało mi się zrobić następne... ale o tym za chwilę, w kolejnej notce. Pa, pa.





Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Jest noc...

czwartek, 21 stycznia 2010 2:55

... za kwadrans Stary Zegar chrapliwie  ogłosi godzinę trzecią, a ja właśnie się obudziłam. Właściwie obudziły mnie moje niepokoje, dobijając sie z łoskotem do opuszczonych żaluzji mych powiek (zawsze chciałam napisać takie romantyczne zdanko!!!).  Ten łoskot echem rozlega się w mojej głowie. Za oknem w cichej bieli śpi miasto. Napadało sporo biełego przez ostatnie godziny. Nie tylko ja jednak czuwam... raz... dwa... cztery rozświetlone okna w odległych blokach świadczą o tym, że istnieją ludzie, dla których noc jest czasem czuwania. Nie chcą, a może nie mogą spać? Tego się nie dowiem, mogę jedynie dopisywać sobie do tych jasnych okien jakieś historie. Ale tej nocy nie myśli mi się twórczo i logicznie. Ziewam sobie tutaj rozdzierająco, szum komputera rozprasza myśli i przywołuje z powrotem Sen...  coś mi się wydaje, że zaraz wrócę w ciepłą jeszcze pościel. Diesel, mądry koci filozof, zna moje dziwne zwyczaje i nawet nie ruszył chudej pupki z wygrzanego miejsca na środku kołdry. Zabawny jest i wkurzający czasami. Układa się na samym środku, centralnie, podczas gdy ja  wystaję spod kołdry... jak nie z lewej, to z prawej. Czasami przesuwam go, żeby mieć trochę więcej miejsca, nie wiem jak on to robi, ale później i tak budzę się odkryta, a kocisko króluje sobie w ciepłym zagłębieniu. Oj, chyba juz skończę tę notkę, bo bredzi mi się jakoś dziwnie. W zamian zostawię tu kilka obrazków z niedzielnego spaceru. Mały reportaż o łabędziach na ostatnim wolnym od lodu skrawku jeziora. Zdarzyło się tak, że kromka rzucona przez ludzi wpłynęla pod lód. Ciekawie było obserwować, jak ptaki usiłowały sie do niej dobrać. Bezskutecznie.  Niestety było zbyt daleko od brzegu, żeby im pomóc, ale widok był tragikomiczny. Zresztą, zostawiam Tubywalców sam na sam z łabędziami. I tym pierzastym akcentem, pa, pa.



























Na zakończenie, jeszcze kilka portretów. Czyż nie są piękne? Nie na darmo nazywa się je królewskimi ptakami.




























A teraz... dobranoc, pchły na noc, karaluszki pod poduszki, a szczypawki na zabawki. Przypomniała mi się taka dziecięca wyliczanka (pamięć płata różne figle), ale teraz  rozumiem, a właściwie nie rozumiem jej znaczenia. Toż to jakiś insektowy horror!!! I tym dzieci usypiano! Czy należy się zatem dziwić, że normalna to ja raczej nie jestem??? Pa, pa.




Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Świat jest niewyobrażalnie...

poniedziałek, 18 stycznia 2010 21:25

 
... piękny.  Mimo wszystko. Mimo naszych frustracji, mimo naszych załamań i depresji. Trwa nadal i oczekuje od nas tylko zauważenia jego piękna. Wiem, wiem, zaraz ktoś powie mi, że spłycam, że człowiek, który ma problemy nie zwraca uwagi na tak prozaiczne sprawy, jak kolejny wschód czy zachód słońca. Ja jednak trzymam się tego świata, jego piękna jak liny ratunkowej.  I wciąż co rano budzę się  oczekując na dar od Losu.  Że jeszcze go nie dostałam? Nie tylko ja, to pewne. Ale właśnie ja wciąż i wciąż od nowa buduję w sobie tę nadzieję,  która pozwala mi żyć.  Moja wcześniejsza  notka wywołała sporo emocji, których się nie spodziewałam. Chcę tylko zaznaczyć i podkreślić, że nie oceniam w żaden sposób czynu tego człowieka. Przez jego pryzmat spojrzałam na siebie samą.  I zapytałam siebie w ciszy, czy mogłabym postąpić tak samo. Doszukiwanie się krytyki czy potępienia w moich słowach nie ma sensu, bo nic takiego nie napisałam. A teraz, jakby na potwierdzenie pierwszego zdania, chcę pokazać znów moje zachwyty i moje życie, którego sensem jest zatrzymanie ulotnych i magicznych chwil. Maleńkich kotwic, które pozwalają mi zachować równowagę psychiczną, cieniutkich lin, które wciąż łączą mnie z życiem. Kiedyś zastanawiałam się, co by się ze mną stało, gdybym w wyniku nieszczęśliwego splotu okoliczności straciła wzrok.  Co wówczas stałoby się z moim życiem? Czy odnalazłabym siebie samą zagubioną w oceanie ciemności?  Na szczęście, to tylko akademicka dyskusja. Teorie, wyobrażanie sobie hipotetycznych zdarzeń. Kto z nas wie, jak postąpiłby w ekstremalnych dla niego warunkach? Czy znamy się na tyle, żeby stwierdzić to z całą pewnością? Z wewnętrznym przekonaniem?  Znów zagłębiam się w filozoficzne rozważania.  I, jak zwykle, odbiegam od tematu. A tematem na dziś jest... niewyobrażalne piękno świata. I ludzka bezmyślność, bo wczoraj nad jeziorem byłam świadkiem takiej właśnie niezmiernej głupoty.  Otóż jezioro zamarzło... nie całe jednak i nie tak bardzo. Grubość lodu to mniej więcej 20 cm, na dodatek wokół miejsca, gdzie rzeczka Pogoria wpływa do jeziora lodu nie ma wcale. To miejsce, gdzie zbierają się ptaki... łabędzie, kaczki i łyski. Na brzegu spory tłumek ludzi rzucających skrzydlatym braciom chleb.  Atmosfera pikniku i beztroski. A z odległego o około kilometr brzegu jeziora zbliżają się ludzie. Kobieta i mężczyzna, a pomiędzy nimi... kilkuletnie dziecko!!!  Maszerują przez środek jeziora, którego głębokość w niektórych miejscach wynosi około siedemnastu metrów, kierując się prosto w stronę miejsca wolnego od lodu.  Zamarłam z przerażenia, podobnie jak pozostali świadkowie zdarzenia.  Spacerowicze zatrzymali się w końcu, mężczyzna kilka razy tupnął w powierzchnię lodu i... odmaszerowali z powrotem. Odetchnęłam z ulgą...  gdyby zrobili jeszcze kilkanaście kroków lód mógłby  nie wytrzymać, a wówczas.... Nie chce mi się nawet opisywać wrażenia, jakie na mnie zrobiła  bezmyślność tych ludzi. Na dodatek narazili dziecko na realne niebezpieczeństwo.  Mamy jedno życie i nic, żadna chwila już się nie powtórzy. Nie marnujmy więc tego, nie narażajmy siebie i innych na niebezpieczeństwo. Myślmy, bo  to nas odróżnia od naszych braci mniejszych.  Bo warto żyć, warto co świt budzić się i witać nowy dzień. Bo może właśnie tego dnia Los ofiaruje nam najpiękniejszy prezent. I tym optymistycznym akcentem, pa, pa. 







A teraz kilka obrazków z dnia wczorajszego. Pomiędzy jeziorami płynie wartko niewielka rzeczka. Wypływa z Pogorii I, przepływa przez Pogorię II, później wpada do Pogorii III by następnie podążyć do Przemszy. Jest takie miejsce, gdzie nurt jest wyjątkowo bystry.  Gdzie śnieg i mróz stworzyły nieprawdopodobną scenografię. Mam nadzieję, że udało mi się złapać  w garść to piękno. By teraz móc je ofiarować wszystkim smutnym i rozczarowanym.  Jutro będzie piękny dzień.  Trzeba tylko rano przebudzić sie i to odkryć.







  























PS. Dziękuję za wszystkie szczere i bardzo osobiste komentarze. Każdy z Was ma swoje doświadczenia, swoje Anioły i swoje Demony. Niech te pierwsze zawsze będą blisko Was.


PS2. Więcej zdjęć z wczoraj i nie tylko w dwóch nowych galeriach:  "Lodowe impresje" i "W krainie Królowej Śniegu" na
www.sliczniefotograficznie.bloog.pl. Serdecznie zapraszam.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 581  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554581

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl