Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 889 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Kurczę...

niedziela, 30 stycznia 2011 10:02

 

… kurczę… kurczę pieczone! Spyta ktoś, czemu wrzeszczysz, kobieto? Wrzeszczę, bo… kurczę, ależ dzisiaj zmarzłam! I to na własne życzenie. Gdybym wiedziała, to bym nie wyłaziła z ciepłej pościeli, prawda? Ale nie wiedziałam, że jest aż tak  zimno i wylazłam na mróz o nieprzyzwoitej szóstej rano. Była mgła, na gałęziach, ogrodzeniach i gdzieniegdzie przeświecających spod resztek śniegu czarnych plamach trawy, przynajmniej w przytłumionym, żółtawym świetle latarń były czarne, choć mój rozum podpowiadał, że są raczej ciemnozielone, osiadała szadź skrząca się bajkowo. Maszerowałam dziarsko i radośnie (ludzie mają różne zboczenia, czyż nie?) w kierunku jezior. Wymyśliłam sobie, ze skoro jest mgła, a w „telewizorze mówili”, że dzień ma być słoneczny to plenerem uda się nadzwyczajnie. Niewiele jest bardziej klimatycznych widoków nad poranny świt otulony różowa mgiełką. Ponieważ zaś nie jestem samobójczynią, więc ubrałam, się cieplutko i na cebulkę w nadziei, że mróz (tak na oko i mój nos około minus dziesięć) nie da mi rady.  Nad „Trójką” było pusto i jeszcze ciemno. Dopiero po chwili świat zaczął się rozjaśniać i przybierać znajome kształty. A wszystko to zasłonięte miękką kurtyną mgieł. Bajkowo. Jezioro zamarznięte, chociaż przy ujściu rzeki obszar niezamarzniętej wody rozciągał się dość znacznie. Według moich obserwacji, właśnie wielkość tego lustra świadczy o grubości i trwałości pokrywy lodowej na całym jeziorze. Nie odważyłam się wejść daleko od brzegu. Niemniej inni byli odważni. Gdzieś na środku jeziora majaczyły sylwetki skulonych desperatów tkwiących nieruchomo nad dziurami w lodzie. Zabawne, znacznie później natknęłam się na trzech facetów z wiaderkami, ze specjalnymi wiertłami do lodu, którzy maszerowali w kierunku lodowej tafli. Jeden z nich patrząc, jak fotografuję stwierdził, że „trzeba mieć samozaparcie, żeby biegać z aparatem po mrozie”. Roześmiałam się i stwierdziłam, że ja jednak chodzę, a co można powiedzieć o facetach siedzących na lodowej tafli…  panowie stwierdzili, że jednak są większymi wariatami. Pomachaliśmy sobie łapkami, żałowałam, że nie spytałam ich… co będzie dziś u nich na obiad!!! A wracając do mojego zdjęciowania… czas mijał, a mgła nie rozstępowała się, jedynie robiło się z każdą minutą jaśniej. Straciłam nadzieję na różowy mglisty świt. Niemniej, widoki były bajkowe. Ponieważ zamarzałam powoli acz sukcesywnie, skierowałam się w stronę Czarnej Przemszy, żeby jej wałem dojść do Parku Zielona, a stamtąd do domu. Ach! Niesamowite wrażenie! Przeciwległy brzeg rzeki zasnuty był mgłą, a nad wodą kłębiły się niezwykłe opary. Widok nieprawdopodobny wręcz. Pierwotny i magiczny tym bardziej, że we mgle zniknęły domy i słupy energetyczne. Śliczności. Zdjęciowałam i zdjęciowałam, pod nogami chrzęściły mi zamarznięte kępy traw, schodziłam nad sam brzeg dla lepszego ujęcia uważając jednak, żeby nie wpaść do wody. W tym miejscu mogłoby się to skończyć tragicznie. Poziom Przemszy wzrósł bardzo, nurt był rwący i ciemny. Jedynie kaczkom to nie przeszkadzało. Doszłam w końcu do jazu już z daleka słysząc huk wody. Okazało się, że otwarte są aż trzy przepusty i woda spada z hukiem kłębiąc się i kotłując. Ponieważ czubki palców zaczynały mi drętwieć postanowiłam jednak iść do domu. W Parku Zielona usłyszałam charakterystyczne stukanie. Dzięcioł! Byłam jednak zbyt zmarznięta, żeby biegać po parku w jego poszukiwaniu. Pomyślałam… odpuść sobie, Gośka!  Żeby wyjść z parku na łąki, a dalej na ulicę w kierunku domu musiałam przejść koło miejsca, gdzie Ludzkość dokarmia ptaszki. Kłębiło się tam różnokolorowe towarzystwo. Przystanęłam pod jednym z drzew, założyłam „dwusetkę” i zaczęłam fotografować. Ptaszki posilały się radośnie dziobiąc smalec z ziarenkami, nurkując pod daszek karmnika i hałasując zawzięcie. Już miałam stamtąd odejść, gdy… nadfrunął dzięcioł!!! Cwaniak stwierdził chyba, że bezsensowne kucie w drzewie jest idiotyczne i postanowił posilić się w ptasiej stołówce. Nie uwierzycie, byłam od niego trzy metry i moim jedynym zadaniem było ostrzenie i naciskanie spustu migawki podczas gdy ptaszydło zanurzało dziób w smalcu i konsumowało, jakże potrzebny w zimowy czas tłuszczyk. W pewnym momencie usłyszałam suchy „klik”… niestety, akumulator padł. I to w końcu wymusiło powrót do domu. Dopiero teraz poczułam, jak bardzo jestem zmarznięta. Usta miałam zdrętwiałe, nie czułam czubków palców (w rękawiczkach jednak nie da się fotografować), natomiast czułam palce u stóp… pulsowały i piekły okrutnie. Wróciłam do domu… zrzuciłam ciepłe odzienie i zdjęcia na komputer po czym… zanurkowałam w pościel i w sen. Była dwunasta… samo południe! Czyli, nad jeziorami byłam kilka godzin!!! Minęły jak z bicza trzasł! A Słońce? Słońce pojawiło się na błękitnym niebie dopiero po południu. Nie to, co dzisiaj. Teraz jest słonecznie, mroźno i błękitnie. Niestety, nie ma mgły. Cóż, nie można czasem mieć wszystkiego, prawda? Zaraz wybiorę zdjęcia, które chcę Wam to pokazać i… idę nad jeziorka!  A ponieważ wczoraj kupiłam znaczną ilość słoninki, więc przy okazji odwiedzę ptasią stołówkę. Teraz pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Do następnego... i jeszcze jedno! Nie ma ograniczeń jeśli chodzi o pojemność blogów! Wreszcie!!!! Hurrraaaaaaa, to się nazywa... Wolność!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

I znów...

poniedziałek, 24 stycznia 2011 22:26

 

... wróciła Zima. Nieśmiała jakby i delikatna, ale jednak. Świat pojaśniał, rozbielił się i oczyścił. Ładnie. Poranna droga do pracy zrobiła się przyjemniejsza i jakby... krótsza. Żałuję tylko, że w sobotę i niedzielę nie było na niebie Słońca. Planowałam wyprawę z aparatem nad jeziora. Stęskniłam się trochę za dobrze znanymi widokami. Ostatnio rozmawiałam w Firmie o moim pobycie w Londynie. Jedna z osób na moje zachwyty nad tym miastem spytała, jak z tej perspektywy widzę moje miasto. Odpowiedziałam, że oczywiście moje miasto jest piękniejsze... czasem trzeba z lekka nagiąć rzeczywistość. Cóż mogłam powiedzieć? Że kocham moje miasto tyle, że ono niekoniecznie odwzajemnia mi się tym samym? Zabawne, kilka dni temu spotkałam starego znajomego, który zapytał mnie, czy może został wydany kolejny kalendarz z moimi zdjęciami, bo jego tato do tej pory ma na ścianie ten z roku 2007 uważając go za najpiękniejszy, jaki kiedykolwiek widział. Powiem szczerze, zrobiło mi się z jednej strony bardzo przyjemnie, że moja praca znalazła uznanie, z drugiej zaś żal, że nie ma nikogo, kto  zechciałby wykorzystać moją pasję. Cóż..... polityka miesza również w życiu szarych obywateli. Niemniej żal. Tyle na ten temat, kolejny knebel, kolejny kaganiec. Ostatnio przeczytałam informację o ludziach, którzy byli zbyt wylewni w sieci i... marnie na tym wyszli w momencie, gdy ich przełożeni przeczytali o firmowych sprawach. Teoretycznie można napisac wszystko, w praktyce nigdy nie wie się, kto to przeczyta i jak to wykorzysta. Dlatego też trzeba zastosować samokontrolę. W końcu blog nie jest pamiętniczkiem, który trzyma się pod własną poduszką. Ale z drugiej strony ponieważ nim nie jest,  mogę znów pokazać kawałek Londynu. Londynu, jaki mnie zachwycił, zaintrygował i zafascynował. Wiem, że zdjęcia, które prezentuję  poniżej niewiele mają wspólnego z typowymi pocztówkami, ale właśnie to było moim zamiarem. Pokazać miasto inaczej, oryginalniej... czy ciekawiej? Pozostawiam to pod ocenę Szanownych Tubywalców. Przed Wami pierwsza część zdjęć... nie wiem, ile jeszcze zdołam ich umieścić. Miejsca już mało. Martwię się, że pewnego dnia będę chciała napisac notkę i nie będę miałą gdzie. Kurczę.... i tym zestresowanym akcentem, pa,  pa.

 

Stara i nowa architektura...

 

Skrzypek na Trafalfar Square... niezwykle pięknie grał...

 

Gwardzista przed Buckingham Palace... regiment szkocki...

 

Widok z mojego okna...

 

Gondole London Eye...

 

A jednak pocztówka!

 

Znajomy Szkot... a było tak piekielnie zimno!

 

London Eye... w tle Big Ben...

 

Inne spojrzenie na Parlament i Big Bena

 

Widok z mostu...

 

Jadąc przez Tower Bridge...

 

Niebieskie londyńskie rowery do wynajęcia...

 

Kup pan rikszę...

 

Celtyckie krzyże na cmentarzu świętego Patryka...

 

Wyprzedaż...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Za oknem...

wtorek, 18 stycznia 2011 23:03

 

... mgła, gdzieś w oddali słychać szum miasta, a ja siedzę nad londyńskimi zdjęciami. Wybrałam na początek kilka, na których jestem. Czyli ja i Londyn, a może właściwiej będzie napisać Londyn i ja. Ponieważ zdjęć jest bardzo dużo, trochę więc potrwa nim wybiorę te najbardziej ciekawe. Zależy mi, żeby to nie były "pocztówki z Londynu", ale troszkę inne spojrzenie na to miasto.  Tym razem cieszę się, że czas szybko mija, bo już myślę o kolejnej, wiosennej tym razem, wyprawie do Londynu. Tyle jeszcze zostało do zobaczenia. Jedno, czego jestem pewna to fakt, że Londyn jest miastem, w którym mogłabym żyć. Pożyjemy... zobaczymy. Teraz zostawiam Szanownych Tubywalców ze zdjęciami... ze mną i z Londynem. Pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Ostatni...

poniedziałek, 17 stycznia 2011 6:50

 

,,, tydzień minął jak z bicza trzasł. Praca - dom, dom - praca. Na dodatek pogoda zrobiła się iście... angielska. Wilgoć, ziąb i mgła. I wszechobecna szarość wciskająca się do mojego mózgu...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Oj, troszkę się...

środa, 12 stycznia 2011 22:52

 

… pogubiłam w ostatnich dniach. Może najpierw opowiem o ostatnich chwilach w Londynie, tak dla chronologii. Jak wcześniej napisałam, w czwartek lało. Było zimno, nieprzyjemnie, wietrznie i wilgotno. Typowa angielska pogoda. Tym samym wszystkie plany turystyczno-krajoznawcze wzięły w łeb.  Wyszłam tylko do sklepu, kilka metrów, a wróciłam w przemoczonych butach i mokrej kurtce, Brrrrrrrr… nie pozostawało nic innego, jak tylko… przespać zły czas. Tym razem pomogło, po południu przestało padać, chociaż nie było słonecznie. Jednak wszystko wydało mi się lepsze od porannej ulewy. Wyszliśmy do typowego angielskiego pubu. Ciekawe, ze każdy z nich jest inny, a jednak są w jakiś dziwny sposób podobne. Ciemne drewno, ciemna skóra kanap i krzeseł, wysokie bary z blatami wyszlifowanymi przez tysiące ludzkich dłoni, lustra, w których odbijają się kolorowe etykiety butelek i sentencje wypisane na ścianach. Jest klimat, jest nastrój. I… piwo smakuje tu inaczej. Smakuje, co jest tym bardziej niezrozumiałe, że ja przecież nigdy nie lubiłam piwa. Tym razem postanowiłam spróbować tradycyjnego ciemnego Guiness’a. Odnalazłam kolejny smak, który mi odpowiada. Siedzieliśmy sobie w półmroku wnętrza, gadaliśmy leniwie, robiłam trochę zdjęć, stali bywalcy pozdrawiali nas uniesionymi w górę kuflami pozując uprzejmie do pamiątkowych fotografii. Czułam się, jakbym bywała tu przez lata. Dzień w dzień o tej samej porze.  Wróciliśmy do domu, było już ciemno, chociaż zegary wskazywały godzinę piątą… PM, rzecz jasna. Wieczór spędziliśmy w wyjątkowej rodzinnej atmosferze, przy smażeniu mielonych kotletów i… placków ziemniaczanych. Czyli…. mimo, że nie pojechałam do centrum, mimo, że nie sfotografowałam kolejnego pomnika, to jednak ten dzień był wyjątkowy. Spokojny, leniwy, angielski i tyle….

 

Noc z czwartku na piątek olśniła mnie światłem gwiazd na granatowym niebie i… nieprawdopodobną ilością samolotów przesuwających się w ramie okna.  To niesamowite, leżeć tak i patrzeć na samoloty. Oświetlone i lekkie… z lewej na prawą, a później na skos… oczy zamykają się same, sen nadchodzi cichutko, na paluszkach. Odpływam w niebyt, a w mojej głowie unoszą się świetliste samoloty…

 

Piątkowy poranek… szósta rano… leje deszcz!!! A przecież zaplanowałam na dzisiaj poszukiwania cmentarza. Kurczę! Anglia pokazała mi swoje mgliste i dżdżyste oblicze. Nie rób mi tego, Anglio. Przecież mam coraz mniej czasu. Jakby w odpowiedzi na moje nieme błaganie deszcz przestał padać, chmury rozrzedziły się. Idę do Layton!  Marcin wytłumaczył mi (mniej więcej) jak mam dotrzeć na miejsce. Ruszam… niestety, moja orientacja w terenie tym razem źle zadziałała i… pogubiłam się dokumentnie! Jedna uliczka podobna bliźniaczo do drugiej, szeregowe domki i… Słońce, które wreszcie oświetla świat jaskrawym światłem. W głowie mam obrazy rozświetlonych słonecznymi promieniami kamiennych anielskich skrzydeł. Gdzie, do jasnej Anielki, jest ten stary cmentarz? Pytam, chłopaka, który mnie mija, niestety, nie wie. Podobnie dziewczyna, którą zaczepiam. W końcu w perspektywie uliczki widzę starszą kobietę. Zaczepiam ją z uśmiechem i… sukces! Pani tłumaczy mi zawile… w prawo, w lewo, potem prosto, z nów w lewo i w prawo… głupieję. Moja tępota chyba odbija się na mojej twarzy, bo miła starsza pani oświadcza, że mnie zaprowadzi… idziemy, rozmawiając sympatycznie. Oczywiście tradycyjne „skąd jesteś”… Aaaaaa Poland, very nice country! W końcu docieramy do kładki nad drogą szybkiego ruchu. Wreszcie widzę cmentarz!!! Dziękuję serdecznie…. God bless You! God bless You too! Wreszcie jestem na miejscu… katolicki cmentarz świętego Patryka. Niezwykłe miejsce. Celtyckie krzyże i Anioły, całe mnóstwo kamiennych Aniołów oświetlonych zachodzącym Słońcem. I kamienne tablice z inskrypcjami. Znamienne, że z angielskich nagrobków oprócz imienia i nazwiska oraz daty narodzin i śmierci można wyczytać mnóstwo innych, osobistych informacji, że Michael O’Brian miał przydomek Mike i lubił grac w rugby,  że osiemdziesięcioletnia Mary kochała swoje dzieci, wnuki i prawnuki, i… swój ogród… i tak dalej, i tak dalej. Cała historia zapisana na kamiennych tablicach, a przecież jakże osobista. Imiona włoskie, francuskie, irlandzkie i… polskie. Tutaj leży wachmistrz ułanów krechowieckich, a tam polski żołnierz brytyjskiej armii. Niesamowite miejsce… niezwykle piękne i spokojne. Robię zdjęcia póki Słońce nie chowa się za strzelistą dzwonnicą urokliwego kościółka. Wracam do domu. Jutro czas powrotu. Jak szybko minął ten czas. Zbyt szybko. Tyle wrażeń, a przecież tyle jeszcze zostało do zobaczenia, do dotknięcia, do posmakowania. Londyn to magiczne miejsce!  Tylko ten ruch lewostronny. Na szczęście, Anglicy są niezwykle praktycznym narodem. Żeby przybysze z kontynentu nie włazili pod koła samochodów postanowili… umieścić napisy na jezdni. Podchodzisz do jej krawędzi i widzisz wielkie litery „LOOK RIGHT”, dochodzisz do środka jezdni i kolejny napis „LOOK LEFT”. Prawda, ze to genialnie proste???

 

Sobota, ostatni dzień mojego pobytu na Wyspach. Nie możemy się nagadać, a wszystko to podszyte jest lekkim smuteczkiem, za kilka godzin odfruwam. Jest rodzinnie, zabawnie i… już tęsknimy za sobą! Równocześnie odczuwam lekkie ściskanie w żołądku. Jaki tym razem będzie lot? Czy równie spokojny, jak ten z Katowic? Mam taką nadzieję. Jeszcze spacer wieczornymi ulicami Londynu. Później lotnisko i… ech, łza się w oku kręci. Do zobaczenia wiosną. Londyn w moim sercu…

 

Już w domu… śpię, śpię i odespać nie mogę. Pogoda iscie… angielska. Wilgoć i mgła… pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 750  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557750

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości