Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 074 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Obudziłam się...

niedziela, 31 stycznia 2016 23:22

 

 

... dzisiaj nad ranem. Przez moment nie wiedziałam, co się dzieje. Za oknem rozlegał się przeraźliwy huk. Gdybym miała porównać ten dźwięk do czegoś, co już słyszałam, to byłby ryk samolotowego silnika. Tyle, że zwielokrotniony. Wybudzona nagle ze snu, jeszcze na wpół przytomna usiłowałam znaleźć jakieś sensowne wyjaśnienie tego, co słyszałam. Wyjrzałam przez okno spodziewając się zobaczyć nisko lecący odrzutowiec (czasami samoloty przygotowujące się do lądowania w Pyrzowicach przelatują dosyć nisko nad miastem), ale zobaczyłam tylko ciemne ciężkie chmury. Wówczas nagły podmuch wiatru uderzył z wyciem w okna. Miałam wrażenie, że budynek się trzęsie. Aż odskoczyłam, tak mnie zaskoczył ten dźwięk. To było to. Niesamowita wichura z ostrymi podmuchami wiatru. I ten niesamowity ryk, wycie, jakby dusze potępione wyrażały swój ból gdzieś w czeluściach piekieł. Drzewa szarpane wiatrem uginały się prawie do ziemi. Deszcz zacinał i dzwonił o szyby. Gdzieś nad chmurami rozległ się grzmot. Przetaczał się po niebie, jakby nigdy nie miał się skończyć. Spojrzałam na zegarek. Właśnie minęła czwarta. No nie, jeszcze czas na sen, to tylko burza. I tak uspokoiwszy półgłosem koty (i siebie) wróciłam do łóżka. Chłopaki zeskoczyły z parapetu, na którym tkwiły obserwując świat za oknem i również wróciły do łóżka. Zasnęliśmy błogo, a za oknem nadal szalała wichura. Gdybym piła, to pewnie wzniosłabym toast „za tych, co na morzu”...

 

 

Ta burza, to dość dziwne zjawisko o tej porze roku. Mamy przecież, gdyby ktoś nie wiedział, Zimę!!! Przynajmniej, jeśli wierzyć kalendarzom. No cóż, gdyby ktoś nagle wybudził się z długotrwałego snu i spojrzał przez okno, to nie znając aktualnej daty miałby pewnie problem z określeniem pory roku. Żeby jednak potwierdzić, że to jednak Zima mam na to  kilka, może nawet kilkanaście dowodów. W zeszłym tygodniu, w sobotę wybrałam się nad jeziora, żeby poszukać zimowych pejzaży. Po szóstej rano dotarłam nad Pogorię I. Jezioro pokryte grubym lodem lśniło jak kryształowe lustro w pierwszych promieniach dnia. Na gładkiej powierzchni tu i ówdzie widać splątane ślady. Ludzkie i zwierzęce. Nie jestem na tyle odważna, żeby zapuścić się na środek jeziora. Trzymam się bezpiecznie brzegu. Już kiedyś zakosztowałam lodowatej wody. Na szczęście skąpałam się wówczas tylko do kolana. Niemniej mam nauczkę!

 

 

 

DSC08764.JPG

 

 

 

DSC08767.JPG

 

 

 

DSC08778.JPG

 

 

 

DSC08787.JPG

 

 

 

DSC08796.JPG

 

 

 

DSC08801.JPG

 

 

 

DSC08804.JPG

 

 

 

DSC08818.JPG

 

 

 

DSC08876.JPG

 

 

 

DSC08886.JPG

 

 

 

DSC08898.JPG

 

 

 

DSC08902.JPG

 

 

 

DSC08926.JPG

 

 

Gdzieś na środku jacyś szaleńcy tkwili skuleni nad przeręblami i modlili się, żeby jakaś ryba była na tyle otumaniona, żeby dać się złapać na haczyk. Ups, przepraszam! Jak to się mówi? Przyganiał kocioł garnkowi... w końcu, ja też jestem stuknięta, żeby w mroźny (chociaż słoneczny) poranek ganiać po jakichś wertepach.

 

 

 

DSC08916.JPG

 

 

 

DSC08925.JPG

 

 

Przywitałam się ze stadkiem danieli z pięknym samcem o rozłożystym porożu. Przedziwnie wyglądał, bo zaplątały mu się na łepetynie jakieś sznurki i gałązki. A może to nowa moda wśród danieli? W każdym bądź razie przyglądał mi się nieufnie. W przeciwieństwie do uroczego młodziaka, który z zaciekawieniem przypatrywał mi się zza siatki. Łanie trzymały się ostrożnie z tyłu. Zrobiłam kilka zdjęć i odeszłam, nie chcąc niepotrzebnie denerwować płowego towarzystwa.

 

 

 

DSC08824.JPG

 

 

 

DSC08840.JPG

 

 

 

DSC08841.JPG

 

 

 

DSC08842.JPG

 

 

 

DSC08851.JPG

 

 

 

DSC08866.JPG

 

 

Ruszyłam w końcu dalej kierując się w stronę Pogorii II. Tutaj również lód pokrył całe jezioro. Pięknie i cicho. Wokół żywej duszy. Nawet dla biegaczy chyba jeszcze zbyt wcześnie. Jedynym dźwiękiem, jaki do mnie dobiegał był szum wartko płynącej wody. Ależ cudnie. Całe brzegi pokryte koronką z lodu. Niestety, podejście na sam brzeg strumienia groziło skąpaniem się w lodowatej wodzie, ponieważ było bardzo ślisko. Więc ostrożnie i powolutku ześliznęłam się na czterech literach między sitowie i z tej pozycji zrobiłam kilka ujęć. Niedoskonałych, ale jednak.  Ha! Łatwo było zjechać w dół, wydostanie się z powrotem wcale nie było takie proste. W końcu mozolnie, na czterech łapach udało się i znalazłam się na stabilnym lądzie.

 

 

 

DSC08937.JPG

 

 

 

DSC08948.JPG

 

 

 

DSC08950.JPG

 

 

 

DSC08963.JPG

 

 

 

DSC08964.JPG

 

 

 

DSC08967.JPG

 

 

 

DSC08991.JPG

 

 

 

DSC08992.JPG

 

 

 

 

DSC09002.JPG

 

 

 

DSC09004.JPG

 

 

 

DSC09014.JPG

 

 

 

DSC09017.JPG

 

 

 

DSC09029.JPG

 

 

 

DSC09032.JPG

 

 

 

DSC09036.JPG

 

 

 

DSC09039.JPG

 

 

 

DSC09044.JPG

 

 

 

DSC09051.JPG

 

 

 

DSC09055.JPG

 

 

Czas mijał, ruszyłam ścieżką wśród trzcin nad Pogorię III. Niestety, nad jeziorem spędziłam jedynie kwadrans, ponieważ mniej więcej tyle czasu pozostało do przyjazdu autobusu. Tak, tak, tym razem skorzystałam ze środków komunikacji miejskiej. Kwadrans to niewiele, trochę zdjęć, kilka zachwytów nad błękitną mgiełką zasłaniającą drugi, odległy o około półtora kilometra brzeg. Pewnie spóźniłabym się na przystanek, gdyby nie wyczerpanie się baterii... i to w obu aparatach prawie jednocześnie. Pech? No cóż, chyba raczej szczęście. Dopiero siedząc w autobusie poczułam, że nieźle przemarzłam. W cieple pojazdu poczułam, że oczy same mi się zamykają. Obudziłam się na Redenie niezadowolona, że podróż trwała tak krótko.

 

 

 

DSC09060.JPG

 

 

 

DSC09063.JPG

 

 

 

DSC09081.JPG

 

 

 

DSC09083.JPG

 

 

 

DSC09086.JPG

 

 

 

DSC09096.JPG

 

 

 

DSC09099.JPG

 

 

 

DSC09100.JPG

 

 

 

DSC09103.JPG

 

 

 

DSC09104.JPG

 

 

I to był ten jeden, jedyny zimowy dzień, kiedy miałam okazję sfotografować szczątkową, niedoskonałą, ale jednak Zimę.  Chociaż, biorąc pod uwagę moje znalezisko sprzed dwóch dni... ponownie  zastanowiłam się nad fenomenem ostatnich zjawisk meteorologicznych. Otóż, wyszłam na balkon, żeby wsypać ziarno do karmnika, gdy usłyszałam cichutkie kwilenie. Z balkonu sąsiadów poderwał się gołąb. Dźwięk nie ustawał. Wróciłam do mieszkania po aparat. Wysunęłam rękę w szczelinę między balkonami i właściwie na oślep zrobiłam kilka zdjęć. To było to! Mały, świeżo opierzony gołąbek. Ja wiem, że gołębie rozmnażają się przez cały rok, ale raczej zimową porą gdzieś na strychach, gdzie jest stosunkowo ciepło? Ale na balkonie? Niesamowite! Na szczęście, sąsiedzi mają balkon osłonięty jakąś tkaniną, więc jest tam dość zacisznie, a w promieniach Słońca pewnie w miarę ciepło. Mam nadzieję, że mrozy szybko nie nadejdą i gołąbek doczeka Wiosny. Będzie z niego silny i piękny ptak. Powodzenia, maluchu!

 

 

 

DSC09150.JPG

 

 

 

DSC09154.JPG

 

 

 

A na zakończenie jeszcze Diesel Diablo de la Vega i Rudencjusz Desperado von Cinnamon. Jakie poważne imiona. Pomyślałby ktoś, że kotki noszące takie poważne imiona są odważne i dzikie. I takie są! Chyba, że włączę odkurzacz! Wtedy chłopaki zwiewają na górne szafki w kuchni i stamtąd obserwują nieprzyjaciela. Szczerze powiedziawszy, to uciekają jeszcze zanim włączę tę piekielną maszynę. Wystarczy, że ją zobaczą. W sumie to dobrze, bo chyba stres jest troszkę mniejszy niż byłby wówczas, gdybym odkurzacz włączyła znienacka. Tak więc uciekają na z góry upatrzoną pozycję i obserwują czujnie zachowanie wyjącego potwora. Grunt to bezpieczeństwo, prawda?

 

 

 

DSC09136.JPG

 

 

 

DSC09140.JPG

 

 

 

DSC09141.JPG

 

 

 

I tym kocim akcentem, pa, pa Najmilsi Tubywalcy!


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Za oknem...

poniedziałek, 18 stycznia 2016 0:54

 

 

... noc. Kończy się weekend.  Tak właściwie nie jest wart uwagi. Szary, ponury, bez kolorów i światła. Dość przygnębiający. A tak mi się marzyła śnieżna sceneria, białe i skrzące się światłem pejzaże.  Nic  z tego. Zima nieśmiało nadeszła może dwie, może trzy godziny temu. I zawirowało białymi płatkami w powietrzu, Zakręciło i zawiało. Może wreszcie będzie pięknie?  Zabawne, ludzkość dziwnie na mnie patrzy, gdy mówię, że tęsknię za taką prawdziwą zimą. Taką, jaką pamiętam z lat dzieciństwa, gdy Dziadziuś co rano przekopywał drogę od Domu do furtki, a przez okno można było wyjrzeć dopiero, gdy się wychuchało  otwór w lodzie pokrywającym szyby. Gdy bałwany lepiło się z ogromnych śnieżnych kul. Gdy gałęzie drzew uginały się pod ciężkimi białymi czapami. Tak mi się zamarzyła taka piękna zima, więc gdy usłyszałam od znajomych, że w górach jest śnieg postanowiłam pojechać na weekend, żeby sprawdzić te doniesienia osobiście.  Mówię teraz o poprzednim weekendzie. Jechałam porannym pociągiem, za oknami przesuwały się mgliste, rozświetlone Słońcem pejzaże.  Było pięknie. Pomyślałam, że nawet jeśli nie będzie śniegu, to mgły i Słońce wynagrodzą mi jego brak. I tak dojechałam do Goczałkowic.  Niestety, to był już koniec moich nadziei, bo z każdym kilometrem pogoda się psuła coraz bardziej.  W Skoczowie po Słońcu nie było śladu, jedynie w oddali góry majaczyły we mgle. Dojechałam do Ustronia... zimno, ślisko, szaro i śniegu nawet na lekarstwo. Zakwaterowałam się w pensjonacie „Willa Donia” i postanowiłam jednak ruszyć cztery litery, i troszkę połazić.  Tym sposobem znalazłam się na Jelenicy.  W oddali widziałam zarys gór i owinięte mgłą oraz smogiem miasto.  Przedziwny widok. Jakby odrealniony. Ale jakże piękny.

 

 

 

DSC08274.JPG

 

 

 

DSC08287.JPG

 

 

 

DSC08290.JPG

 

 

 

DSC08300.JPG

 

 

 

DSC08306.JPG

 

 

 

DSC08315.JPG

 

 

 

DSC08333.JPG

 

 

 

DSC08336.JPG

 

 

 

DSC08341.JPG

 

 

 

DSC08373.JPG

 

 

Wybrałam się po południu na Równicę. Och, nie pieszo. Na szczęście, zaoferowano mi transport na górę. Na nieszczęście, podwózka była tylko w jedną stronę. Dobre jednak i to, prawda? Z moją kiepską kondycją jakoś nie widziałam siebie wdrapującej się w górę. Chyba musiałabym wspinać się na czterech łapach. A tak, znalazłam się pod szczytem.  A stamtąd widok jest wręcz nieprawdopodobny. Magia w czystej postaci. To nic, że obok byli jacyś ludzie. I tak czułam się, jakbym była sama z górami.  Najchętniej zostałabym tam dłużej, tym bardziej, że Słońce momentami nieśmiało przebijało się przez chmury.

 

 

 

DSC08388.JPG

 

 

 

DSC08393.JPG

 

 

 

DSC08394.JPG

 

 

 

DSC08402.JPG

 

 

 

DSC08408.JPG

 

 

 

DSC08410.JPG

 

 

 

DSC08418.JPG

 

 

 

DSC08420.JPG

 

 

 

DSC08421.JPG

 

 

Niestety, zdałam sobie w pewnym momencie sprawę z faktu, że z góry na dół jest kawał drogi. I że mgła staje się z każdą chwilą bardziej nieprzenikniona. I że idąc szosą jestem narażona na rozjechanie przez jakiś samochód, o ile się nie pospieszę. Szłam i szłam, i szłam... miałam wrażenie, że ta droga jakimś dziwnym sposobem się wydłuża zamiast skracać. Gdzieś w połowie góry stoi pusty dom. Nie wiem dlaczego, ale za każdym razem, gdy go widzę, sprawia na mnie niezwykle silne wrażenie. Jest zaniedbaną ruiną z wybitymi szybami, zdewastowanym wnętrzem. Ale wiecie co, Najmilsi Tubywalcy? Chciałabym w nim zamieszkać. Uratować go od zagłady. Dać mu drugie życie. Wiem, że to nierealne marzenie. Uśmiechnęłam się do wybitych okien i poszczerbionych murów, i poszłam dalej.

 

 

 

DSC08452.JPG

 

 

 

DSC08454.JPG

 

 

W końcu dotarłam do Zdroju.  Właśnie się zmierzchało. Sobota minęła. W pensjonacie padłam. Byłam kompletnie wykończona. Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. A rano...

 

 

Rano obudził mnie deszcz! Lało jak z cebra! Jasny gwint, ja to mam szczęście! Żeby to...  No cóż, znacie mnie chyba już na tyle, Najmilsi Tubywalcy, żeby wiedzieć, że żaden deszcz, nawet ulewny nie jest w stanie odwieść mnie od raz powziętych planów. Wyszłam więc. Z góry kapało na mnie mokre. Chodniki stały się śliskie niczym ze szkła. Dopiero teraz poczułam, jak bardzo bolą mnie nogi. Sobotnie zejście z Równicy dało mi w kość. Wędrowałam pustymi ulicami. Deszcz, mgła. Gdzieś z oddali dochodzący stłumiony dźwięk dzwonów wzywających wiernych do kościoła. I w tym deszczu znalazłam... zimę. Dotarłam nad potok Gościradowiec. To potok wypływający z Równicy i wpadający w Zdroju do Wisły.  Lodowe kaskady. Szum wartkiej wody pod lodową skorupą.  Krople wody kapiące mi na nos z wysokich drzew. Przedziwne miejsce. Cienisty, mroczny wąwóz. Pusto, cicho. Troszkę strasznie...

 

 

 

DSC05872.JPG

 

 

 

DSC05885.JPG

 

 

 

DSC05888.JPG

 

 

 

DSC05890.JPG

 

 

 

DSC05891.JPG

 

 

 

DSC05893.JPG

 

 

 

DSC05897.JPG

 

 

 

DSC05906.JPG

 

 

W końcu wyszłam na odkrytą przestrzeń. Wisła we mgle jest przepiękna. Resztki lodu zalegają na kamieniach. W wodzie taplają się kaczki i łabędzie. Woda huczy na kamiennych progach. Wiruje i burzy się  złowrogo. Tu nie jest głęboko, a jednak uważam na każdy krok, bo brzeg jest śliski i wolałabym się nie skąpać w lodowatej wodzie. Jest w tym jakiś rodzaj magii. Jest pierwotna siła. Wędruję powoli brzegiem rzeki. W oddali majaczą zamglone szczyty gór. Chmury nagle rozstępują się i pojawia się Słońce. Od razu świat nabiera kolorów. Szkoda, że czas wracać. Po trzynastej mam bus do Katowic/ Wprawdzie nie znalazłam śniegu, ale odrobinę Zimy jednak uwieczniłam na zdjęciach.

 

 

 

DSC08463.JPG

 

 

 

DSC08464.JPG

 

 

 

DSC08509.JPG

 

 

 

DSC08534.JPG

 

 

 

DSC08545.JPG

 

 

 

DSC08597.JPG

 

 

 

DSC08599.JPG

 

 

 

DSC08605.JPG

 

 

 

DSC08615.JPG

 

 

 

DSC08616.JPG

 

 

 

DSC08644.JPG

 

 

 

DSC08647.JPG

 

 

 

DSC08684.JPG

 

 

 

DSC08691.JPG

 

 

 

DSC08695.JPG

 

 

 

DSC08668.JPG

 

 

 

DSC08671.JPG

 

 

 

DSC08682.JPG

 

 

 

A teraz najciekawsze. W poniedziałek obudziłam się o szóstej rano, jak zwykle. I stwierdziłam, że nie jestem w stanie ruszyć się z łóżka. Ból łydek był tak okropny, że poruszałam się, jak staruszka. Albo zombie. Albo szmaciana lalka z powyrywanymi nogami. Równica! Zdałam sobie sprawę, że nie ma szans na wyjście w tym stanie z domu. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko urlop "na telefon". Co też uczyniłam i... wróciłam w jeszcze ciepłą pościel. A ból nóg w końcu minął. Tak gdzieś w okolicach środy. Więc może to i lepiej, że ten weekend był szary, ponury i nudny? Przynajmniej mogę chodzić! I tym "radosnym" akcentem, pa, pa, Tubywalcy Najmisi!

 

PS. A Willa Donia jest godna polecenia. Przystępne ceny, sympatyczny nastrój i... genialne domowe ciasto. Więc, jeśli wybieracie się do Ustronia, z czystym sumieniem polecam Wam ten pensjonat.

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

No to...

poniedziałek, 04 stycznia 2016 23:00

 

 

... mamy Nowy Rok! A z Nowym Rokiem nowe nadzieje, nowe plany,  i nowe postanowienia. Takie... optymistyczne. Takie ambitne. I takie, jakby to określić? Nierealne? Chyba się starzeję, bo jakoś nie wierzę w graniczne daty. W symbole, które mają mi pomóc w realizacji wyimaginowanych sukcesów. Ostatni dzień starego roku, a po nim, co jest jak najbardziej oczywiste, pierwszy dzień roku nowego. I co? I nic się nie zmieniło. Nie jestem ani młodsza, ani bogatsza, ani, co najbardziej mnie zasmuca, mądrzejsza. Jakaś wielka ściema z tymi zmianami, co to miały mnie czekać tuż po dwunastym uderzeniu zegara. Poza tym, po wydarzeniach przełomu lat 2012 i 2013 czekałam na Sylwestra z pewną dozą niepokoju. Bo to nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć, prawda? Trzy lata temu zdarzył mi się spektakularny i jakże widowiskowy zawał serca. Kolejny raz miałam więc teraz nadzieję, że moje życie nie będzie podobne do filmów mistrza Hitchcocka. Wiecie, jak to w dobrym thrillerze... najpierw trzęsienie ziemi, a później napięcie rośnie. Na szczęście, nic takiego się nie zdarzyło. Nie było trzęsienia ziemi, nie przeleciała żadna kometa, nawet zorza polarna nie pojawiła się na niebie.

 

 

Za to wybrałam się do centrum pod Pałac Kultury Zagłębia, żeby tam powitać nowy rok. Zdążyłam na koncert zespołu „Poparzeni Kawą Trzy”... rany Julek, kto wymyśla takie nazwy? Chyba twórcy mają dostęp do niezłego ziela. Szczerze powiedziawszy, kompletnie nie znałam tego zespołu. I co ja bym zrobiła bez Youtube? Weszłam, obejrzałam, wysłuchałam.  Całkiem sympatyczna kapela. Koncert też był niezły. Publika mocno przerzedzona podskakiwała pod estradą. Przerzedzenie spowodowane było ostrą akcją ochroniarzy, którzy nie wpuszczali za barierki posiadaczy opakowań szklanych. Czyli szampanskoje igristoje musiało zostać za barierkami. Dobrze, że miałam „pilnowacza” cennego ładunku, więc o północy spełniłam tradycyjny toast!

 

 

 

DSC07900.JPG

 

 

 

DSC07905.JPG

 

 

 

DSC07907.JPG

 

 

 

DSC07908.JPG

 

 

 

DSC07920.JPG

 

 

 

DSC07925.JPG

 

 

 

DSC07928.JPG

 

 

 

DSC07936.JPG

 

 

 

DSC07945.JPG

 

 

A później był pokaz fajerwerków. Jednak jest w ludziach dużo dziecięcego entuzjazmu. Sympatycznie było tak stać w tłumie z zadartą do góry głową i wydawać z siebie głośne „ooooooooooch” i „aaaaaaaaaach”, gdy niebo rozświetlały tęczowe rozbłyski.  I nieważne było, że ręce zaczynają grabieć, a stopy tracą czucie. Ważne były tylko te światła na niebie. Uwielbiam fajerwerki!

 

 

 

DSC05664.JPG

 

 

 

DSC05665.JPG

 

 

 

DSC05676.JPG

 

 

 

DSC05691.JPG

 

 

 

DSC05700.JPG

 

 

 

DSC05707.JPG

 

 

 

DSC05721.JPG

 

 

 

W piątek spałam dosyć długo, jak na mnie oczywiście. Wstałam koło dziewiątej, za oknem pięknie świeciło Słońce. Żal byłoby takiej pogody. Wybrałam się więc na Górkę Gołonoską, żeby poszukać jakichś ciekawych obrazków. Z góry w pogodny dzień rozciąga się niesamowity widok. Tym razem wszystko zasnute było lekką mgiełką, co nie ujmowało nic urodzie tego miejsca, a wręcz przeciwnie, dodawało nastroju i tajemniczości. Wokół żywego ducha,  cóż, nie są to może Himalaje, ani inne Alpy, ale piękno można znaleźć wszędzie. Może nie tak spektakularne, może takie nieoczywiste, nie rzucające na kolana. Po prostu takie, które każe się zatrzymać na chwilę i... pomilczeć.

 

 

 

DSC07966.JPG

 

 

 

DSC07984.JPG

 

 

 

DSC07993.JPG

 

 

 

DSC07997.JPG

 

 

 

DSC08023.JPG

 

 

 

DSC08028.JPG

 

 

 

DSC08038.JPG

 

 

Tam na Górce było przenikliwie zimno. Na badylkach osiadły kryształki lodu. Natura jest niesamowita, nie do ogarnięcia,  zaskakująca i nieprzewidywalna. Po ostatniej fotograficznej niemocy czułam się jak dziecko w fabryce czekolady. Każde ździebełko. Każda gałązka czy suchy listek stały się maleńkimi dziełami sztuki. Pamiętacie może, Najmilsi Tubywalcy, proste doświadczenie z kryształkami soli, które tworzyły się na nitce zanurzonej w słonej wodzie? Podobnie było teraz, tylko jeszcze piękniej, bo słoneczne promienie dawały dodatkowy efekt. Gdyby jeszcze tak nie wiało, tam na górze. I gdyby końce palców nie traciły czucia... no cóż, coś za coś. Bez mrozu nie byłoby kryształków lodu.

 

 

 

DSC05743.JPG

 

 

 

DSC05748.JPG

 

 

 

DSC05753.JPG

 

 

 

DSC05755.JPG

 

 

 

DSC05760.JPG

 

 

 

DSC05790.JPG

 

 

Już wracałam do domu, gdy przechodząc obok ściany dźwiękowej z pleksi zobaczyłam... TO! Czyż muszę pisać coś więcej? A tak, jako ciekawostkę powiem Wam, że na jednym ze zdjęć uwieczniłam swoją twarz... tak mimochodem...

 

 

 

DSC05791 - Copy.JPG

 

 

 

DSC05791.JPG

 

 

 

DSC05792.JPG

 

 

 

DSC05794.JPG

 

 

 

DSC05795.JPG

 

 

 

DSC05796.JPG

 

 

Nadeszła sobota. Kolejny dzień 2016 roku. Wstałam wcześnie rano i postanowiłam pojechać do Będzina, gdzie w soboty odbywa się nieoficjalny i nieformalny targ staroci. Czegóż tam nie ma! Istne „mydło i powidło” Żelastwo, rupiecie, stare ciuchy i niemodne meble. A czasami uważne oko może wypatrzyć coś wyjątkowego. Jakąś starą „barokową” ramę obrazu, albo wazon „prawie Miśnia, szanowna pani”, przedwojenne sztućce nie do pary, zardzewiałą podkowę „na szczęście”... Jednym słowem, dla każdego coś interesującego. Wybrałam się więc w to niezwykle interesujące miejsce. I przeżyłam rozczarowanie. Zaledwie kilku sprzedawców. Mróz skutecznie zniechęcił handlarzy. Pogadałam chwilkę z desperatami tkwiącymi na „wygwizdowie”, dowiedziałam się, że za jakiś czas pewnie pojawi się więcej ludzi. Niestety, nie zamierzałam czekać, aż targowisko się zapełni. Postałam chwilkę, popatrzyłam i postanowiłam wrócić do domu... pieszo. Wzdłuż Przemszy. Głupich nie sieją... sami się rodzą. Podobno. Wyruszyłam więc wysokim nasypem. Nieźle wiało, wiatr smagał moją twarz lodowymi igiełkami. Na szczęście, Słońce wznosiło się z każdą minutą wyżej i było i odrobinę cieplej. Szłam i szłam, i... szłam. Miałam wrażenie, że ta droga zamiast się skracać, z każdym krokiem staje się dłuższa. I znów wokół ni żywego ducha. 

 

 

 

DSC08072.JPG

 

 

 

DSC08092.JPG

 

 

 

DSC08094.JPG

 

 

 

DSC08096.JPG

 

 

 

DSC08103.JPG

 

 

 

DSC08117.JPG

 

 

 

DSC08134.JPG

 

 

 

DSC08138.JPG

 

 

 

DSC08142.JPG

 

 

Nikogo oprócz pięknej sarny, która wyskoczyła wprost na ścieżkę z zarośli nad rzeką. Nie wiem, kto był bardziej zaskoczony. Stałyśmy tak na wprost siebie. Wiedziałam, że nie mam szans na zrobienie zdjęcia, więc tylko z odległości około trzech metrów patrzyłam w przepiękne, ogromne oczy. Chyba przestałam oddychać! W końcu sarenka zrobiła ogromnego susa i popędziła do lasu. Zatrzymała się za krzewami i patrzyła na mnie uważnie. Zrobiłam tylko jedno, niewyraźne zdjęcie. Nie wiem, czy ją dojrzycie, Tubywalcy Najmilsi, ale ja wiem, że ona tam jest. Dla ułatwienia, sarenka jest w centrum zdjęcia!

 

 

 

DSC08154.JPG

 

 

W końcu dotarłam do Parku Zielona. Tutaj natknęłam się na pierwszych ludzi. No tak, biegacze. Podobni szaleńcy do mnie. Trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby w taki mróz wychodzić z domu, a co dopiero biegać po polach i lasach. Doszłam nad Pogorię III. Jeśli wcześniej było mi zimno, to pył mały pikuś w porównaniu do lodowatego wiatru, jaki uderzył we mnie znad jeziora. Temperatura odczuwalna wahała się chyba w okolicach -20 stopni Celsjusza. Byłam nieźle przemarznięta.

 

 

 

DSC08188.JPG

 

 

 

DSC08193.JPG

 

 

 

DSC08194.JPG

 

 

 

DSC08200.JPG

 

 

 

DSC08204.JPG

 

 

 

DSC08207.JPG

 

 

 

DSC08221.JPG

 

 

 

Te kilometry czułam już w nogach i w kręgosłupie. Jedynym, co mnie napędzało, co kazało moim nogom poruszać się w miarę rytmicznym marszu była jedna myśl. Że wstąpię do karczmy nad Pogorią III i napiję się gorącej czekolady. Albo herbaty. Już czułam ciepło ogrzewające moje dłonie obejmujące szklankę.  Nie wyobrażacie sobie nawet mojego rozczarowania, gdy okazało się,  że z powodu urlopu karczma jest zamknięta. A do domu jeszcze kawał drogi!!! W końcu dotarłam do domu. Zmarznięta, skostniała wręcz, ale w dziwny sposób szczęśliwa. Bo znów odnalazłam radość z fotografowania. A na zakończenie, mały mroźny autoportret... pa, pa!

 

 

 

DSC08152.JPG

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (16) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  558 706  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 558706

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl