Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 466 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Czy ja się kiedykolwiek...

środa, 31 października 2007 7:46
 

... zmienię? Znów o mały włos a byłabym się spóźniła. Wczoraj zaraz po pracy pobiegłam do zaprzyjaźnionego zakładu fotograficznego. I jak zwykle moje fotografie musiały być zrobione na JUŻ. Komuś innemu pewnie by to nie przeszło, ale ja tam powiększam wszystkie moje zdjęcia, na wystawy, na konkursy, również te, które robię na zlecenia. No i przemiła dziewczyna, która doskonale zna mnie i moje wymagania obiecała, choć z wielkim trudem, że odbitki będą gotowe na... 21-szą. Alleluja, chwalmy Pana. Zawsze, gdy się cieszę, w mojej głowie rozbrzmiewa gospel, cały chór w fioletowych powłóczystych szatach. Serio! Jestem poza tym prawie zdrowa. Na ciele, bo na umyśle... No i ciemną nocą pojechałam czerwonym tramwajem przez deszczowe miasto do odległej dzielnicy. Bo dzisiaj upływa termin wysyłania zdjęć na konkurs do Olsztyna. Pejzaże, znów miałam problem z wyborem. Po długich eliminacjach w końcu wybrałam sześć fotografii. A teraz proszę o trzymanie kciuków. Wcześniej planowałam udział w dwóch konkursach, niestety z powodów, o których nie chcę pisać, nie udało się dotrzymać terminów. No, ale teraz wszystko w porządku. Dochodzi 6-ta. Wstałam przed piątą. Miałam służbowe pismo do napisania, co też uczyniłam. Chciałam jeszcze dokończyć opowiadanie o Eliszce, ale jak to zwykle ze mną jest, tekst zaczął się niebezpiecznie rozszerzać, puchnąć i rosnąć jak ciasto, do którego bez umiaru doda się drożdży. I zaczął wylewać się z wcześniej narzuconych ram. Muszę coś z tym zrobić. Moje chorobliwe gadulstwo mnie samą zaczyna ostatnio denerwować. Co najdziwniejsze, w rzeczywistości nie jestem AŻ taką gadułą. Tylko biała kartka (czytaj: biały ekran) wyzwala we mnie takie przegadanie. Eliszka będzie musiała więc zaczekać. Muszę usunąć kilka pobocznych wątków, które mi się jakoś „urodziły" w trakcie pisania. Ale mam nadzieję, że w ciągu kilku następnych dni uda mi się to opowiadanko dokończyć. I poddać pod surową, acz sprawiedliwą ocenę Szanownych Tubywalców.

Świat szary i zapłakany dostroił się do smutnego Święta. A ja z nim. Pa, pa.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Angielska mgła...

wtorek, 30 października 2007 7:28
 

 

... angielski świt. Niedziela w wyspiarskim nastroju. Herbata też angielska. Rano wybrałam się na długi spacer. Nie przewidziałam jedynie, że będzie aż tak długi. Chociaż to wszystko jest kwestią indywidualnej oceny. Zgodnie z oceną, jaką wystawiły mi dzisiaj mięśnie moich nóg przy niemałym współudziale mojego kręgosłupa, stanowczo zbyt długi. Ten spacer, o ile to jeszcze można nazwać spacerem, miał dystans ponad 10 (słownie: dziesięciu) kilometrów. Było pięknie. Jeziora otulone delikatną mgłą. Gdzieś w oddali majacząca łódź z wędkarzem

w środku. Krzyk mew, łopot łabędzich skrzydeł. Plusk wody, na której lądowały kaczki, odległe poszczekiwanie bawiących się psów (biały malamut z błękitnymi oczami i czarny jak noc niemiecki owczarek). Białe żagle w jednym z ostatnich w tym sezonie rejsów. Gdzieś

w połowie drogi spotkałam znajomych. Teresa i Władek. Wiek bliżej nieokreślony, w każdym razie bliżej sześćdziesiątki niż pięćdziesiątki. Zwariowani zapaleńcy biegający po 20 kilometrów dziennie, biorący udział w jakichś morderczych imprezach dla wytrwałych. Ich pomysł na emeryturę. Lubię ich. I nie tylko lubię. Podziwiam za zapał, za wytrwałość, za sposób na życie. Od wielu lat. I jeszcze jedno. Niejedna młoda dziewczyna, niejeden młody chłopak  mogliby pozazdrościć Tereni i Władkowi figury. I jeszcze to, że oboje potrafili się tak niesamowicie dobrać. Nawet są podobni do siebie. W swej  pasji i w swoim wyglądzie. Niejedna osoba mogłaby wziąć ich raczej za rodzeństwo niż małżeństwo. Truchtałyśmy sobie tak na luziku, Władek odbiegał od nas i zawracał a my nie mogłyśmy się nagadać. W końcu rozstaliśmy się. Oni pobiegli na „czwórkę", ja zawróciłam do Parku Zielona. Szłam wzdłuż Czarnej Przemszy, która zakolami biegnie między wysokimi brzegami porośniętymi trawą

i dębami. W pewnym momencie, przecięta jazem zatrzymuje się na chwilę, jej wody rozlewają się szeroko, ciemnieją i mrocznieją w tajemniczej głębi nim przez przepusty nie spadną pieniście w dół, by znów wartko pomknąć do Będzina, do stóp zamku. Odwiecznie, niezmiennie, tak... właściwie tak pokrzepiająco. Siadłam na kamiennym obramowaniu jazu, zapatrzyłam się w zbełtaną wodę. Tym razem nie doczekałam się nawet maleńkiej tęczy. Słońce, które ją tworzy niestety przysnęło nad chmurami. Ale to nic. Bez tęczy też jest pięknie, bo przecież wiem, że ona jest tam w dole, wśród rozbitych kropli wody, że tylko czeka na jeden promień by znów się pojawić. Nie wszystko musimy widzieć, by to poczuć, by mieć pewność, że to istnieje, prawda? Słońce przecież cały czas jest, tylko czasami oddzielają nas od niego chmury. Miłość też jest w nas, obok nas tylko często nie potrafimy jej dojrzeć, bo oddzielają nas od niej codzienne szare chmury zmartwień. I uśmiech jest tuż tuż pod szklistą warstwą łez. I wystarczy tylko promień, by narodził się od nowa. Więc siedząc tak nad wodą widziałam tęczę chociaż nie zaświecił nawet najmniejszy promyczek. W tamtym momencie przypomniało mi się zakończenie wierszowanej bajeczki o niedźwiedziu i motylce:

Spojrzał w niebo i poprzez słoneczne promienie

dojrzał przez moment skrzydeł tęczowe lśnienie

Uśmiechnął się czule i już się nie smucił -

z tęczą w sercu powoli do lasu powrócił...

Noooooo chyba ze mną jest gorzej. Cytować samą siebie, megalomania jak nic. W każdym razie, z tęczą w sercu powędrowałam dalej. Do parku, gdzie fontanny bijące wysoko w niebo, drzewa kolorowe jesiennie, staw pełen kaczek i tonących w wodzie wierzbowych gałęzi. Daleko, w perspektywie szerokiej parkowej alei dojrzałam nagle ambulans pogotowia ratunkowego i dwa policyjne radiowozy. Wokół kręcili się ratownicy medyczni w czerwonych strojach. Nie podchodziłam bliżej, bo i po co? Moja pomoc nie była potrzebna, a moja obecność mogłaby się wydawać zwykłym ciekawski gapiostwem. Więc nie wiem, co tam się stało. Czyjś ból, czyjeś cierpienie, czyjaś tragedia. Po jakimś kwadransie samochody odjechały i znów park stał się cichy i spokojny. Wracałam do domu przez działkowe ogródki, opustoszałe i kalekie pustymi miejscami po przekwitłych kwiatach i wyrwanych warzywach, smutne jesiennym zaniedbaniem. Gdzieś w środku, tam gdzie serce bije równym rytmem czaił się smutek, taki cichy, z lekka uśpiony jak jesienne opuszczone ogródki. Właśnie zbierałam opadłe czerwone jabłuszka, gdy zadzwonił Były Osobisty Wieloletni Narzeczony. Biedak, odezwał mu się stary ból w kiedyś kontuzjowanym na nartach kolanie. Co ja poradzę na to, że od razu mi się skojarzyło znane i stare powiedzenie, coś o kózce i o skakaniu. Podła jestem, prawda? No jestem. Dziwnym dniem jest niedziela. Tak na nią czekam, a gdy w końcu nadejdzie, nie za bardzo wiem co mam z nią począć. Oj, coś mi się zdaje, że sama nie wiem czego tak naprawdę chcę.

 

A dzisiaj... dzisiaj miałam kolejny ciężki dzień w raju. Nie będę tutaj opisywać moich uczuć, odczuć, po co mam się dodatkowo dołować i nakręcać spiralę zniechęcenia. W każdym razie dobrze, że poniedziałek przeszedł już do historii. Przeczołgałam się przez niego aż do nocy. Za oknem mgła rozmyła kontury latarń. Świat jak poruszona, nieostra fotografia. Może należałoby go wykasować? A może wystarczyłoby go wyostrzyć, troszkę podkolorować, żeby znów był piękny. Szkoda, że tego nie potrafię. Pa, pa.

 

 

PS. Wiadomość dla Rach_Mistrza(yni). Wprawdzie jestem matematycznym antytalentem, żeby nie powiedzieć beztalenciem, ale z językiem polskim jakoś sobie radzę. Wpis, który został tak dogłębnie przeanalizowany mówił o... zaglądaniu w szklaną kulę gdzie, ZA 20 LAT stetryczała stara panna z odzysku z wyliniałym kotem wklepuje kolejną notkę do bloga. A na liczniku odwiedzin jest milion osób... I jeszcze jedno, proszę nie obrażać moich Gości. Klakier to osoba opłacana w celu robienia aplauzu. Nikomu nie płacę za to, że tutaj zagląda. Pozdrawiam w piękny jesienny poranek. Mam nadzieję, że moje wyjaśnienie jest satysfakcjonujące.

 

PS2. Obudziłam się dzisiaj rano i w głowie miałam prawie gotowe opowiadanie. O dziewczynie imieniem Eliszka. Zapisałam szkic, żeby się nie rozwiało. Może już jutro będzie gotowe do przeczytania. Pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Minęła szósta, piątek....

niedziela, 28 października 2007 19:03
 

... barbarzyńska pora na wstawanie. Podobno, kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Nie jest tylko powiedziane, co daje i komu. Mnie akurat same zmartwienia i kłopoty. Od czasu do czasu jedynie, jakby na zachętę, rzuci jakiś okruszek z niebieskiego stołu. Teraz akurat taki właśnie okruszek otrzymałam. Nie wiem, czy wspominałam, że wzięłam udział w ogólnopolskim konkursie „Sacrum w obiektywie". No i nie zajęłam żadnego „medalowego" miejsca. Jedynie wyróżnienie. No, ale na ponad 70 zdjęć wyróżnienie, więc i tak jestem usatysfakcjonowana. Dziś po południu odbędzie się uroczysty finał konkursu. Przed nami weekend. Wreszcie. Już dawno nie byłam taka zmęczona. Bo to i przeziębienie i praca, i inne jeszcze problemy, o których tutaj nie piszę, bo i po co. Ile można narzekać czy się skarżyć.

Za to przez okno zagląda księżyc okrągły jak... właśnie jak co? Nie mam dzisiaj weny tzw. twórczej. Nawet księżyca nie chce mi się do niczego porównać. Sama jestem do niczego.

Au au auuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu... w końcu jest pełnia. Trzeba sobie powyć!

 

Niestety, z przyczyn ode mnie niezależnych, nie zdołałam umieścić powyższej notki w piątek na blogu. Jest teraz już sobotek, dawno minęła północ. Diesel siedzi przy klawiaturze i obserwuje niemrawe ruchy fruwającej pod sufitem muchy. Szczęściarz, nie ma większych zmartwień. Też bym tak chciała. Piątek był takim pięknym dniem. Słońce złociło liście, prześwietlało jesienne mgiełki, niebieściło niebo. Dopiero wieczorem z zachodu zaczęły nadciągać bure chmury. Ciekawa jestem, jaka jutro, a właściwie dzisiaj, w końcu minęła północ,  będzie pogoda. Chciałabym wybrać się na długi spacer. Muszę wymęczyć, wypocić ciało. Może i duszę.

 

Jak sobie obiecałam tak zrobiłam. Wyszłam z domu ciemną nocką czyli po 6-tej. Niestety, oczekiwanych mgieł nawet na lekarstwo. Deszcz wisiał w powietrzu, po niebie przewalały się bure chmurzyska. Mimo to pomaszerowałam sobie dziarsko w kierunku lasu na „Staszicu" (to dzielnica domków jednorodzinnych granicząca z lasami pomiędzy Dąbrową Górniczą, Strzemieszycami i Kazimierzem Górniczym). Kilkakrotnie robiłam tam zdjęcia o różnych porach roku. Las niezmiennie piękny. Zmieniły się jedynie kolory. Teraz przeważa kolor czerwony, chociaż jeszcze tu i ówdzie żółcą się smukłe brzozy i klony. Świt w lesie. Różowiejące na wschodzie niebo, coraz więcej blasku, chociaż przytłumionego przez nisko wiszące chmury. Chodziłam sobie tak, szeleszcząc od czasu do czasu. Delikatnie, żeby nie spłoszyć budzących się ptaków. Idąc głębiej w las, nigdy wcześniej nie zapuszczałam się aż tak daleko, nagle natknęłam się na dziwny obiekt. Fragment łukowatego wiaduktu z czerwonej cegły. Wyrastający niespodziewanie, bez drogi, która by biegła górą, być może kiedyś tym wiaduktem przebiegały tory kolejowe z kopalni (?). Nie mam pojęcia. W każdym razie, wrażenie dziwne, jakbym dotknęła dawno umarłej przeszłości. Pod łukiem wiaduktu, ktoś urządził sobie kryjówkę. Jakieś stare fotele, rozwalająca się kanapa. Może bezdomni, może jakieś pary. Tym razem, na szczęście, nikogo nie było. Nagle zdałam sobie sprawę z podstawowej rzeczy. Oto jestem sama, w środku lasu, z aparatem fotograficznym i komórką, wokół rozpadliska i oczka wodne pełne rzęsy, daleko ciągnące się trzciniska, pies z kulawą nogą by nie wiedział co się ze mną stało, gdyby ktoś chciał zrobić mi krzywdę. Szczerze powiedziawszy, troszkę się wystraszyłam i dość szybko ruszyłam z powrotem. Moja wyobraźnia zaczęła pracować na najwyższych obrotach, cały czas miałam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje, że nie jestem w tym lesie sama. Może to były Duchy Lasu, może Elfy albo inne stworzenia. Nie jestem zbytnio wierząca, a mimo to w duchu zaczęłam modlić się do mojego Anioła Stróża. Niech się obudzi, kawał lenia z Niego. Widocznie podziałało, bo wyszłam z lasu w jednym kawałku. Dziwne, nigdy do tej pory nie czułam takiego irracjonalnego lęku. Wróciłam do domu niesamowicie zmęczona. Po drodze wstąpiłam jeszcze do kuzynki, usiłowałam wejść na mojego bloga, umieścić wpis i poprawić błąd, który zauważyłam w poprzedniej notce. Niestety, problemy techniczne, cały czas mnie „wyrzucało" z wp. Odpisałam tylko króciutko na maila od M. Taki dobry głos z daleka, dziękuję, uśmiechnąłeś mnie. Nie zdołałam zrobić nic więcej. Teraz jest noc, sobotek się kończy. Śpimy dłużej. Za oknem deszcz i mgła. Teraz! A jak jej potrzebowałam to jej nie było! Niepostrzeżenie zbliża się niedziela. W TV Jenifer Lopez ma oczy anioła. I sporą pupę. Alleluja, lubię Cię, J.Lo. Dzięki Tobie spojrzałam na moją własną pupę przychylniejszym okiem. Wcześniej jakoś niezbyt akceptowałam tę część mojej osoby. Całe szczęście, że była z tyłu i nie musiałam jej zbyt często oglądać. Grunt to pozytywne myślenie. Myślę więc sobie pozytywnie, właśnie wyszłam z kąpieli, świeżutka, czyściutka,  pachnąca, nabalsamowana (nie zabalsamowana!!!). Tyle dobra się marnuje ha ha ha! A może tak zabawić się we wróżkę? Co tam widać w szklanej kuli? Hmmmm Stara panna z odzysku z równie starym wyliniałym kotem na kolanach klepie zreumatyzowanymi palcami w starą rozklekotaną klawiaturę kolejną notkę do bloga. Liczba odwiedzających przekroczyła milion. W końcu niedługo będzie święto 20-lecia  tego dziennika. Brrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrr. Aż się otrząsnęłam. Agape! Diesel siedzący na moich kolanach też się wzdrygnął. Prawda kocie, że to straszne? Rankiem planuję Wielką Wyprawę Mgielną. Opowiem innym razem. Teraz idę sobie stąd. Pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Za kwadrans...

czwartek, 25 października 2007 7:32
 

... północ. Zaraz zacznie się czwartek. W dalszym ciągu nie za dobrze się czuję (serio!). Na dodatek „wygonili" nas dzisiaj z firmy. Po dziesiątej został ewakuowany budynek sądu

i prokuratury, który przylega do naszego. Oczywiście, jak oni to i my. Kolejny alarm bombowy. I to nie ćwiczenia. Jakiś idiota zadzwonił, że w budynku sądu podłożony jest ładunek wybuchowy. Policja, straż pożarna, karetki, blokada dróg dojazdowych, zdezorientowani petenci, przerwane rozprawy, w połowie zostawione sprawy, wyłączanie komputerów i... czas wolny, około trzech godzin. Ponieważ mieszkam stosunkowo blisko, więc poszłam do domu. Było zimno, mżył deszcz no i... znów katar, z powrotem mnie „rozbiera". Gdyby nie infekcja zapomniałabym, co to znaczy być rozbieraną ha ha!!! Mam nadzieję, że namierzą tego „dowcipnisia". Nie wszyscy zapewne wiedzą, że takie telefony są nagrywane. Coraz rzadziej udaje się uniknąć złapania. I bardzo dobrze. Niestety, zdarza się i tak, że takie fałszywe alarmy, głupie zagrania, usypiają czujność i w momencie faktycznego zagrożenia może być niezły pasztet. Mam nadzieję, że nie z ludzi! Podsumowując, jeden kretyński telefon zdezorganizował pracę kilkuset ludzi, naraził ich na stres, dodatkowo poniesione zostały ogromne koszty całej akcji.

Wracając do wczorajszego wpisu. I do prawdy. Prawdą jest, że osoby, które opisałam rzeczywiście widziałam, dodałam jedynie troszkę kolorów. Ciut-ciut. Nie jestem kłamczuchą. Czasem tylko troszkę hmmm konfabuluję*. Ładne słówko i jakie wygodne, a jakie mądre.

I lepiej brzmi niż kłamstwo.

Właśnie zaczął się kolejny dzień. W kubku naciąga kolejna herbata. Z cytryną. W RMF FM zapowiedziano, że dzisiaj jest Dzień Kundelka. Przed chwilą życzenia wszystkim współbraciom złożyła Saba, suka Ludwika Dorna. Oprócz standardowych życzeń wybieganych łap, pełnych brzuszków i kogoś, kto zawsze będzie obok i obroni w razie konieczności, na zakończenie życzyła, żeby nie dać się wygryźć i odciągnąć od michy. Hihihihihihi hau hau!

Mam wrażenie, że te życzenia dotyczą nie tylko, skądinąd, sympatycznych kundelków. Ale nie będę się tutaj rozwodziła nad polityką i jej meandrami. Jak kiedyś stwierdziłam, bezpieczniej mówić (i pisać) o d...e niż o polityce. Niestety, politykierstwo opanowało nasze media, życie codzienne i rozmowy. A wszystko to w atmosferze podejrzliwości, wzajemnych oskarżeń i rozgrzebywania przeszłości. Fuj! Brakuje w tym wszystkim normalności, szacunku do przeciwników i, przede wszystkim, kultury. Również osobistej, nie tylko politycznej. 

Co najśmieszniejsze, przeżyłam tyle lat i wciąż pewne rzeczy mnie zadziwiają. Człowiek i jego natura wciąż potrafi mnie zaskoczyć. I niekoniecznie pozytywnie. Ja również jestem człowiekiem. I wciąż potrafię zaskakiwać samą siebie. Niestety, nie zawsze pozytywnie. Cóż, nikt nie jest doskonały. Ale, tak prawdę powiedziawszy, to przecież lepiej. Świat pełen doskonałych ludzi byłby taki... nudny! Pa, pa.

 

PS. Kończę, ponieważ czeka mnie nocne układanie ciuchów w szafce, Diesel nauczył się otwierać drzwiczki szafek i uwielbia buszować w moich sweterkach. Właśnie wyrzucił wszystko na podłogę! A psik, kocie!

 

PS2. Podoba mi się wyjaśnienie słowa „konfabulacja", szczególnie we fragmencie „choroby umysłowe", ale bez patologii, wypraszam sobie!

 

*) konfabulacja  -  opowiadanie zmyślonych faktów, jako wspomnień z okresu objętego niepamięcią,  występujące przy zaburzeniach pamięci oraz w niektórych chorobach umysłowych (bez charakteru patologicznego - także u dzieci)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Świat poszarzał i...

środa, 24 października 2007 7:27
 

... zesmętniał jesiennie. Z góry spadają zimne krople drżące w chłodnym powietrzu. Między nimi przemykają wtulając głowy w ramiona zakapturzeni, zakatarzeni ludzie. Chowają dłonie zziębnięte i zaskoczone zimnem w przepastnych kieszeniach kurtek i płaszczy. Stawiają wysoko kołnierze lub naciągają głęboko na oczy kaptury. Wyglądają jak wielkie dwunożne żółwie, niezgrabne i ślamazarne. Przekraczają ostrożnie głębokie kałuże, przecierają wilgotne twarze brzegiem rękawów, pociągają nosami czerwonymi jak światła opuszczonych na kwintę semaforów. Niektórzy mają większy problem zza zaparowanych zadeszczonych okularów świat jest zamazany i psychodeliczny. Nad wszystkimi unoszą się wielkie parasole, jak szaro bure smętne kwiaty. Od czasu do czasu żółcią lub czerwienią zwiewne delikatne parasolki przełamują monotonię szarości, przez chwile unosząc się wysoko, nim nagły poryw wiatru nie przełamie ich na pół, zaskakując i je i ludzi pod nimi, nagle pozbawionych ochrony i wystawionych na zimny jesienny deszcz. Pod posmutniałą brzozą chłopak i dziewczyna. Zapatrzeni w deszcz, zasłuchani w deszcz, zakochani w deszczu. On poprawia jej opadający na czoło kaptur, delikatnie chowa pod niego niesforny kosmyk skręconych w pierścionki włosów. Ona wtula twarz w jego kurtkę pachnącą wiatrem i jesienią. Brzoza płacze złoto i coraz słabszą daje ochronę. W ogrodzie, wyprostowane dzielnie, mokną strzeliste słoneczniki pochylając brunatne ciężkie głowy. Wokół największego z nich z zapałem, nie zważając na deszcz, uwijają się niebiesko czarne sikorki, niezła spiżarnia. Nieopodal, po czerwonej parkowej ścieżce biegnie chłopczyk uczepiony smyczy, na której drugim końcu przyczepiony jest śmieszny kundelek. Co to właściwie jest... skrzyżowanie foksterierka z jamnikiem ooooo i jakiś buldog dołożył tu swoje hmmm trzy grosze. Piesek jest śliczny i energiczny. Chłopczyk przebiera szybko nóżkami aż wpadają obaj, piesek i dzieciak, na mokrą trawę i tu wpadają... w niekontrolowany poślizg. Spod stóp i łap (razem sztuk sześć!) wysoko w górę fruną kawałki darni, mokre liście podrywają się do ostatniego lotu, nagle ożywione i radosne. Fruniemy, fruniemy, w górę hen wysoko...... niestety jakże złudny i krótki jest ten lot, ulotny moment wolności i szczęścia. Chłopczyk usiłuje podnieść się z wilgotnej trawy, niestety piesek ma całkiem inne plany, wskakuje na piersi malca i sapiąc energicznie liże rumiane policzki, do utraty tchu, do zaśmiania, do zacałowania. W perspektywie alejki ukazuje się jakaś postać. Zamazane deszczem kontury przez dłuższą chwilę są niewyraźne nim po kilku chwilach i kilkunastu krokach materializuje się stara zmęczona kobieta. Płaszcz, dawniej, dawno temu czarny, teraz zrudziały zwisa smętnie z jej ramion, kraciasta szaro-bura chustka okrywa maleńką czaszkę, rozdeptane buty pamiętają lepsze czasy, pomarszczone, sfioletowiałe z zimna dłonie mocno trzymają stary dziecinny wózek na wielkich szprychowych kołach, po brzegi, ponad nie, wysoko i kopiasto wypełniony makulaturą, rozmiękającymi na deszczu gazetami i tekturą. Dzienny połów, parę groszy na bułkę i mleko, ciągnięty z mozołem po nasiąkniętej wilgocią ścieżce. Wózek chybocze się i chwieje niebezpiecznie. Staruszka oddycha chrapliwie, głośno, na jej bladej twarzy wykwitają krwiste rumieńce. Po wyżłobionych na policzkach bruzdach czasu deszcz spływa pieszczotliwie i czule. Nagle zza kępy parkowych krzewów wypada znana nam już para - chłopczyk i szczeniak. Chłopczyk przystaje zaskoczony widokiem starej kobiety, psiak jest jednak znacznie odważniejszy, a może głupszy? Ciągnie swego pana (kto tu jest panem?) w stronę jakże interesującego skrzypienia szprychowych kółek. Chłopczyk zapiera się piętami w miękką trawę i tak przez chwilę trwają w bezruchu. W końcu chłopiec słabnie i otwiera piąstkę zaciśniętą na smyczy. Leci do tyłu i siada z rozmachem z miękkim klaśnięciem na pupie. Szczeniak, nagle uwolniony wyskakuje jak z procy prosto pod nogi starej kobiety. Ta schyla się, nad podziw zwinnie chwyta pętlę czerwonej smyczy i uśmiecha się do dzieciaka, który jakby zastanawiał się, czy ma płakać, czy jeszcze nie, bo przecież troszkę wstyd. Szczeniak usiłując zwrócić na siebie uwagę tańczy na tylnych łapkach podskakując do góry jak włochata piłeczka. Nagle z samej góry wózka potrąconego przez pieska spada chwiejny stos gazet i ląduje w kałuży. Przez twarz kobiety przebiega cień jakby chmura zasłoniła słońce. W tym czasie chłopczyk podbiega do niej i... zbiera mokre gazety układając je na wózku. Szczeniak ofuknięty przez kobietę, na wpół surowo, na wpół z rozbawieniem, cichnie nagle i pokornieje. Chłopiec i stara kobieta uśmiechają się do siebie porozumiewawczo, jakby byli starymi znajomymi, którzy niespodziewanie spotkali się po latach niewidzenia. Potem ruszają w swoją drogę. Świat jakby pojaśniał, jakby wypiękniał. Na szarym przystanku ludzie stoją zbici w ciasną grupę. Razem a jakże osobno. Każdy wręcz emanuje niechęcią do współtowarzyszy niedoli. Pani w beżowym berecie odsuwa się tak daleko jak to tylko możliwe od mętnego, smętnego faceta w ortalionowej kurtce z wielkim czerwonym napisem na plecach „Rally Team",  kibic Kubicy chyba, pewnie jeszcze świętujący niedzielne piąte miejsce na Interlagos (oj Barnabo, zaraźliwy jesteś, czy co?). Równocześnie „pańcia" przysuwa się niechcący do grupy małolatów przeglądających kolorowe motoryzacyjne (sic!) czasopismo. Nadeptuje jednemu z nich na palce. Chłopak burczy pod nosem coś niepochlebnego o starych babach. „Rajdowiec" porozumiewawczo uśmiecha się do beretowej kobiety, jego mina mówi „ta dzisiejsza młodzież". Kobieta nie docenia gestu mętnego i smętnego mężczyzny, wzrusza ramionami i... nadjeżdża autobus. A tak się obiecująco zapowiadało. W autobusie tłok, parne, wilgotne powietrze pachnie skórą i mokrym psem, zwinięte parasolki nagle zawadzają jakby żyły własnym życiem, zmęczone kasowniki nie mają ochoty kasować pomiętych biletów, ludzka ciżba kołysze się, wreszcie zgodna, na wirażach. Oj, kierowca autobusu pewnie przesiadłby się z miłą chęcią do jakiegoś kolorowego oskrzydlonego bolidu. A tu trzeba takim czerwonym smokiem wozić ludzi... nie bydło, panie kierowco! Wreszcie kolejny przystanek, stłamszeni ludzie z ulgą wychodzą na deszcz, przez moment stoją z twarzami wystawionymi na spadające z góry krople nim rozwiną swoje szare parasole i podrepczą do domów. Tam, stojąc przy oknie, będą myśleć „jaki ładny deszcz, jak dobrze, że nie trzeba nigdzie wychodzić". Para spod brzozy siedzi teraz w kącie cichej w tygodniu kawiarenki. Twarz dziewczyny faluje w świetle chybotliwego płomienia świecy. On dotyka delikatnie jej dłoni „zmarzłaś...". Uśmiechają się do siebie i ciemny kąt rozbłyska światłami odległych słońc. Dzieciak z psem  wrócił ze spaceru. Mama zdjęła mu przemoczoną kurtkę i ubłocone spodnie, z niepokojem dotykając spoconego czoła i wilgotnych włosów „a tak cię prosiłam...". Piesek wytarty w przedpokoju kieruje się w podskokach do miski. Chłopczyk pije gorące mleko z miodem. Stara kobieta wreszcie dociera do swojego domu. Partiami dźwiga sterty mokrej tektury i gazet po wąskich drewnianych schodach (trzeba uważać na czwarty stopień, bo od dwudziestu lat się chwieje), mozolnie wraca po kolejne naręcze makulatury. Jutro zawiezie ją do skupu. Będzie bułka i mleko. Wygląda przez małe bajkowe okienko z białą firaneczką i herbacianymi pelargoniami.

W kałużach odbijają się złote słoneczka sodowych latarń, czerwone tylne światła samochodów mknących z sykiem po mokrym asfalcie, rozmazane neonowo kolorowe floresy. Kontury zacierają się, załzawione ze zmęczenia oczy mrugają błękitnie. Może jutro nie będzie padać Może jutro słońce osuszy kałuże i łzy. Może jutro...

 

PS. Mówiąc prawdę, wirus mi wreszcie odpuścił i, niepoprawna łazęga, powędrowałam sobie przez mokre miasto. Powyżej obrazki z tej podróży. Tym razem namalowane słowami.  Pa, pa.

 

PS2. Tak naprawdę, to „wędrowałam" przez deszczowe ulice siedząc w ciepłym pokoju przy komputerze. Nie dość, że kłamczucha ze mnie, to jeszcze leń! Pa, pa.

 

PS3. A tak właściwie, czy to takie ważne co jest prawdą a co nią nie jest? No to pa!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 577  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554577

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl