Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 074 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Wybierałam się....

niedziela, 30 października 2011 23:47

 

... wybierałam, aż wreszcie się wybrałam. Mówię o od dawna planowanej wyprawie na Bukową Górę. Pojechałam autobusem jeszcze przed świtem, co jest o tyle ryzykowne, że nie mozna mieć pewności, jaki ten świt będzie. Zapowiadano mgły, zresztą lekki opar widziałam przez moje okno, ale czy bedzie Słońce? no, to już jest loteria. Tym razem, niestety chmury wisiały nisko nad horyzontem i świt wstał w zimnych niebieskich odcieniach. Szłam pod górę ulicą Wysoką, która po jakimś czasie z asfaltowej zmieniła się w zwykłą polną drogę. Po lewej majaczyła Bukowa Góra, na wprost, w wąskiej kotlinie kłębiła się szara mgła. Wybór był prosty, ruszyłam w lewo. Doszłam do podnóża góry, już z daleka widziałam czerwieniejące sie i złocące mimo szarości dnia buki. Weszłam do lasu. Dziwne miejsce. Jeśli byliście kiedyś w bukowym lesie, to wiecie o czym mówię. Dla tych, którzy nie mieli takiej okazji wyjaśniam, że w takim miejscu runo leśne jest bardzo ubogie, właściwie wcale nie istnieje. Nagie, gładkie pnie drzew i ani jednego krzaczka, ani mchu, ani paproci. Tylko opadłe liście i chrzęst buczyny pod stopami. Na dodatek wszechobecna i wszechogarniająca człowieka cisza. Żadnego szelestu, żadnego ptasiego głosu w koronach drzew. I tylko ścieżka opasująca podnóże góry, i tylko łagodne zbocze pnące się wzwyż, porośnięte smukłymi drzewami. Dziwne wrażenie przejmującej pustki i... samotności. Rzadko tak się czuję, zupełnie sie nie spodziewałam takiej reakcji mojego mózgu. Na szczęście, po raz kolejny aparat stał się jakby kotwicą, punktem odniesienia, dzięki któremu nie zaczęło mi odbijać. Robiąc zdjęcia, patrząc na otaczający mnie świat przez wizjer aparatu nie pozwoliłm czającemu sie wśród drzew smutkowi ogarnąć mojego umysłu. Powie ktoś, przesadza. Hmmmmmm, sama pewnie bym tak pomyślała, gdyby ktoś mi takie rzeczy opowiadał. Tym razej jednak doświadczyłam tego na własnej skórze. Dziwne miejsce, czasem ktoś mówi, że jakieś miejsce ma złą lub dobrą energię. Na Bukowej Górze odczuwałam niepokój, jakbym zakłócała czyjś sen, jakbym była intruzem, nieproszonym gościem. Źle się tam czułam, więc nie wchodziłam głębiej w las, trzymałam się ścieżki na jego skraju. W końcu przez chmury zaczęło przeświecać Słońce. Z lekka nieśmiałe, bawiło się ze mną w chowanego, to pojawiając sie, to znów znikając. Niestety, było już dośc wysoko, więc efektownych zdjęć tym razem nie zrobiłam.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wyszłam w końcu na otwartą przestrzeń, w kotlinie wciąż kłebiła sie mgła, ale już nie szara, raczej perłowa i srebrzysta, prześwietlona bladym Słońcem. Jeszcze trochę zdjęć, jeszcze chwila, żeby wykorzystać światło. Ponieważ do odjazdu autobusu pozostało nie więcej niż pół godziny, jeszcze ogarnęłam wzrokiem Bukową Górę i senną dolinę, po czym ruszyłam na przystanek. Miałam mieszane uczucia, z jednej strony cieszyłam się, że w końcu się tam wybrałam, z drugiej zaś czułam niedosyt i lekkie rozczarowanie. Tak bywa, gdy człowiek zbyt dużo sobie wyobraża, zbyt wiele oczekuje. No cóż, życie jest pełne niespodzianek. I tych dobrych, i tych... drugich.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ponieważ znowu mi pokręcili z czasem, więc zbliża się... pierwsza w nocy, chociaż jeszcze przed północą. Idę spać, rano do pracy. Pa, pa.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Tym razem...

poniedziałek, 24 października 2011 0:31

 

… nieźle się urządziłam! Po prostu na cacy! Zaraz wszystko opowiem. Sobotni poranek był przepiękny, chociaż na termometrze było zaledwie pięć stopni. Za to bezchmurne niebo i złote liście drzew wręcz namawiały do spaceru. Wzięłam więc aparat, ubrałam się w ciepłą czarną flauszową kurtkę i poszłam do lasu. Było cudnie, słońce odbijało się w maleńkim, częściowo zarośniętym trzcinami stawie, gdzieś wysoko, wśród żółtych i czerwonych liści urzędowały ptaki.  Szłam sobie powolutku, zachwycając się słonecznymi plamami światła w splątanym listowiu, przedzierałam się przez wysokie szuwary, żeby mieć jak najlepsze ujęcia. Zupełnie nie zwracałam uwagi, że na mojej kurtce z każdą chwilą przybywa różnorakich nasionek, czepliwych i ostrych. Kiedy wreszcie wyszłam z lasu… oniemiałam. Wyglądałam jak nieboskie stworzenie. Cała zaplątana w pajęczyny, nasiona i różne przyczepiajki. Na nic się zdało zdjęcie kurtki i usiłowanie oczyszczenia jej. W końcu… machnęłam ręką. Powędrowałam nad drugie jeziorko, gdzie dostojnie pływał samotny łabędź. Na szczęście, Słońce świeciło mocno i było w miarę ciepło, bo spędziłam nad brzegiem sporo czasu. Łabędź podpływał bliżej na moje „taś-taś?... no cóż, skoro kaczki na to reagują, to i łabędź dał się przywołać. Niestety, nie miałam ze sobą nic do jedzenia, więc skrzydlaty piękniś zaczął posilać się wyłowionymi własnoręcznie, a właściwie własnodziobnie wodorostami. Znów powędrowałam wokół jeziorka i… znów wlazłam w wysokie chwasty, dzięki czemu przegląd nasion na mojej kurtce znacznie się rozszerzył. W końcu wróciłam do domu nie zwracając na dziwne spojrzenia mijających mnie ludzi. Hmmmmm wyglądałąm jak kloszard, na dodatek białe sportowe buty były mocno ubłocone i pełne poprzyczepianych źdźbeł trawy. Ale, tak właściwie, co to ma za znaczenie, że ktoś, kogo nie znam i na kim mi nie zależy patrzy na mnie z dezaprobatą. W domu zrzuciłam zdjęcia na komputer i spędziłam prawie godzinę na oczyszczaniu kurtki. Mam nauczkę, że nawet planując spokojny spacer po leśnych ścieżkach należy się ubrać odpowiednio do przedzierania się przez zarośla. Powinnam znać siebie już na tyle, żeby wiedzieć, że zarośla i dzikie ostępy to coś w sam raz dla mnie. Teraz już minęła północ, a ja chyba nie będę się kładła spać. O 5:30 mam autobus na Podbuczyny. Ostatni raz byłam tam zimą, gdy fotografowałam lodowe pustkowia. Tam jest przepiękna Bukowa Góra, gdzie można spotkać sarny. Mam nadzieję, że buki już poczerwieniały. Zobaczymy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mam pytanie, czy ktoś wie, jak nazywa się to drzewo? Ma ciekawe kwiaty i owoce.

 

 

 

Teraz będzie przydługie post scriptum. Tekst powyżej napisałam w niedzielę po północy. Nie wybrałam się jednak na Podbuczyny. Pogoda zapowiadała się nieciekawie, a jechać i nie zrobić wymarzonych zdjęć, cóż, uznałam, iż najlepszym wyjściem będzie położenie się spać. Co też uczyniłam z dzika rozkoszą. I z Dieslem. Spaliśmy sobie do mniej więcej dziewiątej, od czasu do czasu otwierając jedno oko i sprawdzając, czy wyszło wreszcie to Słońce, czy nie za bardzo. Ponieważ było nie za bardzo, więc zwlokłam się z łóżka koło południa. Jak dobrze, że istnieją leniwe niedziele! Czasami potrzebuję takiego „nicnierobienia”, ze zgroza uświadamiam sobie, że te stany są coraz częstsze. Hmmmmmmm lenistwo może stać się nałogiem. Ciekawe, z jednej strony Ludzkość dąży do luksusowego stanu braku przymusu, z drugiej strony zaś stan taki może poważnie zaburzyć funkcjonowanie jednostek. Takich jak ja, na przykład. I taka właśnie z lekka zaburzona przeczłapałam sobie niedzielę. Powinnam mieć lekkie wyrzuty sumienia, bo planowałam kilka rzeczy, które są dość ważne, niemniej nie mam żadnych, mówię tu o wyrzutach. Przede mną kolejny tydzień, w sumie cieszę się z tego. Bo mam powód, żeby rano wstać i pójść do pracy. No i, co nie jest bez znaczenia, zarabiam jakieś tam pieniądze, które jakoś tam zabezpieczają, mniej lub więcej, z reguły mniej, moje podstawowe potrzeby życiowe. W każdym razie, na kocie żarełko wystarcza. No, i na kilka innych rzeczy też.

 

A  teraz, już na zakończenie, lekka zmiana tematu, chociaż temat do lekkich nie należy. Jakoś mam ostatnio szczęście, albo pecha, zależy jak na to patrzeć, że oglądając programy popularno-naukowe trafiam na, niezwykle interesujące, ale niewątpliwie traumatyczne filmy. Zaczynając od wizji uderzenia asteroidy w naszą Ziemię, poprzez erupcję ogromnego magmowego bąbla pod Yellowstone, a na banalnych trzęsieniach ziemi i tsunami kończąc. O rany, skoro dinozaury i mamuty nie przeżyły, to co zrobi mały człowieczek, gdy przyjdzie mu się zmierzyć z żywiołami? Prawdopodobieństwo takich zdarzeń jest stosunkowo wysokie, a działania zapobiegające stratom mają znikome szanse. I tu zaczynam się zastanawiać nad fenomenem Ludzkości, która w zarozumiałości swej uznaje, że jest niezniszczalna, wyjątkowa i silna. Żyjemy, jakby znany nam świat miał istnieć wiecznie. W ciągłej pogoni za majątkiem, w ciągłym głodzie sukcesu zapominamy o otaczającej nas przyrodzie, niszczymy bezmyślnie to, co powinno stanowić nasze bogactwo, co jest naszym dziedzictwem. A mówię o tym nie bez powodu. Otóż, wędrując w poszukiwaniu ciekawych ujęć często zapuszczam się w leśne ostępy,  czy nad brzegi jezior. Człowiek pozostawia po sobie ślady bytności. Stosy śmieci, plastiku i innych produktów swej działalności. Koszmar. A wystarczyłoby, żeby każdy zapakował swoje własne śmieci i zabrał ze sobą, pozostawiając las czysty i bezpieczny.  Ileż razy muszę tak ustawiać kadr, żeby mi w niego nie weszły różnego rodzaju plastikowe i szkalne butelki, puszki po piwie czy reklamówki. Chociaż ja jestem w tym szczęśliwym położeniu, że zawsze mogę je ze zdjęcia usunąć w programie graficznym, Żart, ale trochę gorzki. I tu apel do Szanownych Tubywalców, chociaż wiem, że kto, jak kto, ale Wy nie śmiecicie. Apel dotyczy więc wychowania dzieci w trosce o przyrodę. Właśnie w sobotę byłam świadkiem jak babcia i dziadziuś wraz z dwojgiem wnucząt wędrowali przez las. Dziadziuś dał wnukom po batoniku, później papierki z tychże batoników wylądowały na brzegu stawu. Szczerze? Nie chciałam zwracać uwagi przy dzieciakach, może to mój błąd, może brak asertywności? Kurczę,. Miałam później sama do siebie pretensje, ale podniosłam te papierki i wyrzuciłam do kosza, gdy wyszłam z lasu. Czyli… oczyściłam maleńki fragment leśnego uroczyska, natomiast niczego nie nauczyłam przedstawicieli homo sapiens. Idę teraz spać, może nie przyśni mi się żaden kataklizm, do następnego miłego, pa, pa.

 

 

A jeszcze jedno. Nie wiem, może ja jestem nienormalna, a może świat zwariował? Zginął Kadafi. Zbrodniarz, dyktator, sprawca nieszczęść i śmierci tysięcy ludzi. Nieważne, czy został zabity podczas ostrzału, czy zastrzelony przez politycznych przeciwników (ponoc to drugie). Sprawiedliwości, według wielu, stało się zadość. I nie mnie osądzać czyny jego i sprawców jego śmierci. Ale publikowanie w wielu gazetach na pierwszej stronie zdjęć zmasakrowanego ciała jest, jak dla mnie, nie do przyjęcia. Może wiele osób się ze mna nie zgodzi, może wiele ma takie samo zdanie, jak ja. Epatowanie śmiercią, przerażającymi obrazami umęczonego ciała (niezależnie od win, jakie miał na sumieniu ten człowiek). Właśnie, człowiek. Dziwimy sie później, skąd w młodych ludziach taki brak szacunku dla życia, dla drugiego człowieka, skąd brak litości i współczucia. Jak to skąd? Z codziennych wiadomości, z brutalnych fotografii, gdzie wszystko jest na sprzedaż, a zwykłe ludzkie współczucie nie istnieje. Ja wiem, że dla Libijczyków Kadafi był potworem, ale dla mnie nade wszystko był człowiekiem. Powstańcy wykonali na nim wyrok, czy wyrok, czy raczej dokonali samosądu? A ja, mimo wszystko, nie chcę oglądać jego zakrwawionej twarzy na pierwszej stronie gazety. Powiem szczerze, ten widok mną wstrząsnął. a ponieważ był wyeksponowany na sklepowej półce, nawet nie miałam jak od niego uciec. To przerażające, a może tylko ja tak to odbieram? Nie wiem i nie  mam teraz ochoty się nad tym zastanawiać, pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Straszna...

środa, 19 października 2011 0:13

 

… rzecz się stała! Królowa została zdetronizowana! I nie mówię tu o pewnej pieśniarce pieśni (a może piersi?) mocno roznegliżowanych, którą wszyscy znają, szczególnie z pudelka, czy jakiegoś innego bulteriera. Mówię o Królowej Jadwidze, której imieniem nazwano ulicę w centrum mojego miasta. A właśnie, jeśli chodzi o ulice w moim mieście, to jest tu ciekawy przypadek. Najdłuższa ulica w mieście, biegnąca od Huty Bankowej do Huty Katowice, ma aż troje patronów. Od punktu będącego jej początkiem do Placu Wolności w samym centrum patronuje jej Król Jan III Sobieski, by później ni stąd ni  zowąd oddać panowanie Królowej Jadwidze i tak do skrzyżowania z Alejami, gdzie panowanie przejmuje… Marszałek Józef Piłsudski, i już nie oddaje władzy, przez Gołonóg aż do Huty Katowice (używam dawnej nazwy z sentymentu i dlatego, że jest bardziej znana). I tak to jedna ulica, fakt, że długa ma trzy adresy.  A tak na marginesie, odcinek od Alei do Gołonoga kiedyś nosił nazwę ulicy Florowskiej, od kopalni „Flora”. Szkoda, że nie zachowano tamtej tradycyjnej nazwy. Ale wracając do Królowej Jadwigi, otóż kilka dni temu przechodziłam obok nowo otwartego sklepu i zobaczyłam taki widoczek. Hmmmmmmm, Hedwiżko, masz ulicę swego imienia.

 

 

 

 

A teraz zupełnie inny temat. W piątek dałam sobie utoczyć krwi mej błękitnej (nie taka ona błękitna, jak się okazało, gdy z paluszka trysnęła  mała fontanna na biała serwetę, a pielęgniarka pisnęła „och, ale pani ma dużo krwi”, na co tym mocniej zacisnęłam oczy, żeby nie zemdleć!). Badania były przeprowadzane w mojej Firmie, która zafundowała swoim pracownikom sprawdzenie poziomu cukru i cholesterolu. Chwała jej za to (Firmie, oczywiście!). No i okazało się, że zarówno cukier, jak i cholesterol mam z lekka powyżej normy. Wprawdzie siostrzyczka miłosierdzia uspokoiła mnie, że poziom cukru może być lekko zafałszowany z powodu tego co piłam i jadłam w tym dniu (badanie było po południu), ale i tak zdziwiłam się mocno. Co jak co, ale moja dieta nie jest zbytnio bogata w cukry proste i tłuszcze. Jem dużo warzyw, owoców, nabiału, bardzo mało mięsa, a tu taka niespodzianka. Będę się musiała tym bliżej zainteresować. Cóż, przez z górą pięćdziesiąt lat byłam okazem zdrowia, nie mam pojęcia, co to znaczy dbać o swoje zdrowie. Chyba traktowałam je do tej pory po macoszemu. Mea culpa… maxima na dokładkę! Ale, żeby płynnie przejść do sympatyczniejszych obrazków, kończę temat mojego zdrowia i prezentuję jesienne widoczki. Trochę tą jesienią poprzynudzam, uprzedzam lojalnie. Ale jest tak pięknie, że nie umiem (i nie chcę) się powstrzymywać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A na koniec, dwa portrety Diesla, bo….  dawno go tu nie było. Prawda, że jest piękny? Cóż,  to pytanie było z rodzaju retorycznych, no!

 

 

 

 

 

 

PS. Biorę sobie do serca wszystkie mądre rady, żeby odpuszczać dyskusje na tematy okołopolityczne. Mam nadzieję, że zdzierżę… ja jestem niespotykanie spokojny człowiek, ale trzymajcie mnie, bo….

 

PS2. Mam małe ogłoszenie. Otóż, moja koleżanka udzieliła schronienia (niestety, z przyczyn różnych tymczasowego) młodej koteczce, która ktos porzucił na terenie ogródków działkowych. Koleżanka nie może zatrzymać koteczki, więc jeśli kroś chciałby mieć przytulnego słodziaka, to proszę o kontakt!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Patrzę...

wtorek, 18 października 2011 6:49

 

... w okno, a tam... ciemnoć widzę, ciemność! Ach, dni krótsze się stają, niedługo będę wychodziła rano w ciemnościach i w ciemnościach będe wracała. Zły czas dla światłolubnych. Dobrze chociaż, że ostatnie dni sa słoneczne, aczkolwiek zimne. Czego nie można powiedzieć, niestety, o nocach. Zmroziło, przymroziło i zamroziło kwiaty w ogrodach. Jeszcze przed chwilą wciągały wysoko piękne głowy, a teraz zwieszają je smętnie, jesiennie. Poczerniałe, szkliste liście cichutko opadają w dół... jak to było? Chłodzik z chmurek prześwituje jesienny... A moje kaloryfery nadal grzeją na pół gwizdka, a może raczej na trzy żeberka. Chiciaż jakby tak się zastanowić, to może i lepiej, bo ostatnio łupnęłi mi dopłate za centralne ogrzewanie, że hej.... hej hej powiem nawet. Aż mnie rozgrzało od środka, gdy zobaczyłam rachunek! Najważniejsze, że trzy żeberka to dla kota w sam raz, ja tam się mogę opatulać w barchany i rozgrzewać herbatką z soczkiem malinowym.

 

A ostatnio znów temperatura mi wzrosła, bo miałam okazję :podyskutować" z przywołanym poprzednio członkiem mojej rodziny (a członków sie nie wybiera, rodziny przynajmniej). Tym razem zostałam zahaczona pytaniem o "ZBOCZEŃCÓW W SEJMIE". Nie, tym razem nie chodziło o posła B., ani o prezesa K,. (tu śmieję się w kułak), ale o kobietę, która była mżczyzną. I na nic zdały się moje usiłowania wytłumaczenia (jak Lojzer krowie, jak mawiała moja Babunia) jaka jest różnica między tranwestytą a transseksualistą, że to nie jest zboczenie. Jedyną odpowiedzią było, że skoro ktoś ma kłopoty z psychiką, to powinien być zamknięty w zakładzie psychiatrycznym. W końcu nie wytrzymałam i odpaliłam, że Hitler też tak uważał, i że wprowadzał swoje poglądy w czyn, i ze szczęściem jest, że mój rozmówca nie ma takiej władzy, bo ciemność widze wokół. Kurczę, ze ja wciąż od nowa daję sie sprowokować do nic nie dających kłótni i jałowych dyskusji. To tak jakby przerzucać sie argumentami z tatusiem dyrektorem, na przykład. Ciemnogród wciąż ma sie dobrze, co najdziwniejsze dotyka ludzi na pozór wykształconych i mających się za inteligentnych. A po co mi to, kurczę. Choxiaz przy moim niskim ciśnieniu taka stymulacja czasem jest potrzebna.

 

O rany.... już za kwadrans siódma, a ja w barchanach!!! Idę się robić na bóstwo (a przynajmniej na pół bóstwa). I do roboty, do roboty... pa, pa


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wreszcie...

czwartek, 13 października 2011 23:21

 

… zaczęli grzać… w kaloryferach, oczywiście! Jak to leciało? „… kaloryfer parzy, znów zaczęli grzać…”. A guzik prawda, kaloryfery grzeją na pół, nie, na ćwierć gwizdka, a może jeszcze mniej.  Mam gorące rurki i dwa, może trzy żeberka. Znakiem tego coś mi się zapowietrzyło i muszę jutro zadzwonić do administracji, niech przedmuchają, czy co tam oni robią.  Tylko Diesel jest zadowolony, bo zwija się na tych dwóch, może trzech żeberkach i wygląda na szczęśliwego. Tez bym tak chciała, niestety, gabaryty mi nie pozwalają na takie zwijanie się na żeberku. Kiedyś istniały takie wynalazki jak na przykład zapiecki… to musiało być rozkoszne zwijanie… się. A tak, to pozostaje mi tylko zawinięcie się w ciepłą odzież sportową żeby nie skostnieć przy komputerze. Proszę więc o docenienie mojego samozaparcia i braku literówek z powodu skostnienia palców. A tak poza tym… Jesień rozrabia jak pijany zając, pogody zmieniają się jak w kalejdoskopie, na przemian chmury z deszczem i Słonecznik. Mam nadzieję, że na weekend zaplanują tam na górze słoneczną pogodę… i mgiełki poproszę ślicznie. A propos mgiełek (i nie tylko), dzisiaj zaniosłam do Klubu HELIKON płytkę z piętnastoma fotografiami na konkurs „Dąbrowa Górnicza jakiej nie znacie”. Ależ miałam problem z wyborem zdjęć. Jest tego całkiem sporo, więc wybór był trudny, a selekcja ostra. Zresztą, konkursy, wszystkie, nie tylko fotograficzne mają to do siebie, że wynik zależy od indywidualnych odczuć członków jury.  Podchodzę więc do sprawy zwycięstwa (potencjalnego) bardzo zdroworozsądkowo. Niemniej byłabym oszustka, gdybym powiedziała, że nie mam nadziei na pozytywną ocenę. Inaczej po co uczestniczyłabym w konkursach? Tak sobie? To nie miałoby sensu. Każdy zgłasza się do różnego rodzaju rywalizacji z myślą o wygranej. Czy to będzie TOP MODEL czy YOU CAN DANCE. Jedyna różnica jest w… wartości nagród! Trzymam więc za siebie kciuki, mam nadzieję, że Szanowni Tubywalcy też chuchną w łapki i zamkną piąstki… wystarczy na moment. Ponoć dobre myśli mogą zdziałać wiele.

 

          A tak poza tym, ostatnio okazało się, że jeszcze kilka miesięcy i będę…. SENIORKĄ!!!! Jasny gwint, wcale to jakoś do mnie nie dociera. A skąd ten pomysł? Otóż jedna z moich koleżanek „firmowych” natknęła się gdzieś na ofertę jednego  z biur podróży pod hasłem „Hiszpania dla Seniorów”. Koleżanka postanowiła dowiedzieć się więcej i zadzwoniła z pytaniem o dolną granicę wieku dla tegoż seniora. I co się okazało? Żeby zostać seniorem trzeba mieć ukończone… pięćdziesiąt pięć tak. Z lekka się załamała, bo ona już się załapuje na takie oferty. Od roku się załapuje. Czyli teraz jeszcze… Uniwersytet Trzeciego Wieku”, bambosze,  szydełko, okulary na czubku nosa i siwe włosy… może jakaś gustowna laseczka? Aha, i ziółka na problemy gastryczne i reumatyczne…. Żartuję, ale to taki śmiech z lekka sardoniczny.  Przecież ja taka młoda jeszcze jestem, a tu wredny kalendarz pokazuje zupełnie cos innego.  Ostatnio przeglądałam zdjęcia z lat młodości (durnej i chmurnej, a nade wszystko szalonej), pokazałam je również znajomym z Firmy i co powiedzieli? Że tak ogólnie to wcale się nie zmieniłam, owszem zmarszczek parę przybyło, ale w sumie nie jest tragicznie! Hmmmmmmm czy opinię „nie jest tragicznie” można uznać za pozytywną? A może trzeba włączyć… pozytywne myślenie? W każdym razie, nie kupiłam sobie czerwonych ani jaskrawo żółtych rajstop (od czasu do czasu nawiedza nas miła dziewczyna z takim towarem)  mimo, że miałam na to dziką ochotę. Kupiłam natomiast w pięknym kolorze dżinsu, bo fioletowe i bordo już mam. Tyle, że przez głowę przebiegła mi nagła i brutalnie ostra myśl… a jeśli będę wyglądała jak Dzidzia-piernik? Ech, chyba jednak człowiek (czytaj kobieta) głupieje stojąc w przedsionku seniorstwa. Och, można sobie mówić i wmawiać, że ma się tyle lat, na ile się człowiek czuje, można się nawet taka myślą pocieszać, co nie zmienia faktu, że… mini już nie założę (no, przynajmniej do pracy) i nie założę żółtych rajstop, a już czerwonych to wcale. A tak na poważnie, to NIGDY nie nosiłam czerwonych i żółtych rajstop! Ale troszkę smutno, że ich już nie założę (chyba, że po domu, ale co to za przyjemność). Żeby jednak nie było tak całkiem jesiennie i minorowo,  patrzę teraz na zdjęcie mojej Babuni, ma na nim 50 lat i wygląda jak…. Babcia.  Czasy się zmieniły, kiedyś nie wypadało, żeby kobieta „poprawiała” urodę, żeby podkreślała figurę… kobieta, szczególnie, gdy była mężatką powinna była wyglądać… statecznie (i przykro to powiedzieć, nudno). Jednak cieszę się, że żyję tu i teraz. I mogę się ubrać w fioletowe rajstopy i fioletowe szpilki i „zaszpanować”. Niech się ludziska dziwują!  Ależ mi się temat rozwinął.

 

          Piję kolejną gorącą herbatkę (żeby nie uświerknąć przed ekranem i dokończyć ten tekst). Uśmiałam się dzisiaj serdecznie, bo zadzwonił BOWN i opowiedział mi kilka dowcipów. Opowiem Wam teraz dwa (bo są krótkie).

 

Mąż pyta żonę – miałaś orgazm?

- Nie miałam…

- To co się mówi?

- Przepraszam…………….

 

Mało śmieszne? No cóż…. to może taki?

 

 

Para wchodzi do hotelu i mężczyzna zwraca się do recepcjonisty:

- Chcielibyśmy wynająć pokój na trzy minuty

- Na trzy minuty? Dziwi się recepcjonista – ależ tak nie można!

Na co kobieta : można, można………………

 

 

Że co? Że też mało śmieszne? Trudno Wam dogodzić Szanowni Tubywalcy! Znikam teraz, Pan Łóżko czeka, jak to dobrze, że jutro piątek!!! Pa, pa.

 

Aha, jeszcze na dobrą noc trochę jesiennych kolorków, czyli bukiet, który stoi w wazonie na stole. Niestety, nie pachnie, ale co nie wypachni to... dowygląda!

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  558 698  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 558698

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl