Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 889 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Dłonie jak ptaki...

czwartek, 31 października 2013 20:48

                                 … dedykuję mojej Babci Oleńce…

 

 

Najpiękniejsze, najczulsze, najukochańsze. Szorstkie, zniszczone, pulchne. Nie klasycznie piękne ręce artystki, ze smukłymi palcami o zadbanych paznokciach. Nie zachwycające piękną, gładką skórą ręce kobiety, która o nie dba wklepując kremy, zakładając rękawiczki do najprostszych domowych prac. Ale to właśnie te ręce kochałam najbardziej na świecie. I kocham nadal, bo przecież wciąż żyją w moich snach. To one są moim ratunkiem w chwilach słabości, bólu i zwątpienia. To one są kotwicą łączącą mnie z przeszłością. Dłonie mojej Babci.

 

 

Jedno z najwcześniejszych moich wspomnień. Jestem mała, tak mi się wydaje, bo przecież gdyby było inaczej dostawałabym stopami do podłogi, a tu nogi w białych bucikach majtają się wesoło w powietrzu. Babcia trzyma w dłoniach grzebień i czesze moje włosy. Przymykam oczy, czuję Jej dłonie rozdzielające pasma i szybko splatające je w warkoczyki. Au, to boli! Dłonie nieruchomieją na moment, by za chwilę podjąć na nowo splatanie. Delikatnie, najdelikatniej wplatają w moje włosy kolorowe wstążki zawiązując je w kokardy. Jej dłonie są szorstkie, spękane, brunatne od słońca i ogrodowej ziemi. Przyglądam się im, gdy wiążą moje sznurowadła „na kokardkę”,  przyszywają urwany guzik do letniej sukienki, przesuwają materiał pod igłą maszyny do szycia marki Singer. Patrzę na szybko poruszającą się igłę i głowa mi opada, opada.. Przez sen czuję, jak dobre chłodne dłonie rozbierają mnie delikatnie, palce zapinają guziczki piżamy. Jeszcze delikatne pogładzenie po włosach. Śpię.

 

 

Kolejny dzień, kolejne wspomnienie. Jesteśmy w ogrodzie. Wiosna rozpanoszyła się żółtymi żonkilami, szafirkami w kolorze kobaltu i fioletowymi krokusami. Ścinamy naręcza żółtych kwiatów o wysmukłych łodygach. Babcine dłonie sprawnie układają żonkile w pęczki wiązane wstążką. Po sto sztuk. Za godzinę przyjedzie handlarka, która sprzeda je na targu. Wówczas jeszcze nie wiem, że z kilkakrotnym zyskiem.  Klęczymy obie w ogrodzie. Ziemia pachnie  tak, jak tylko ziemia potrafi pachnieć. Babcia kantem dłoni robi rowki na grządkach a ja, ostrożnie bardzo, wysiewam nasionka w wilgotną przyjazną czerń. Zasypujemy je, nasze dłonie delikatnie uklepują  ziemię. Będą rzodkiewki i marchewka. I sałata będzie,  i pietruszka. Patrzymy na siebie z uśmiechem. Babcina dłoń delikatnie dotyka mojego policzka. Moja mała pomocnica, bez ciebie bym sobie nie poradziła, słyszę. Ależ jestem dumna.

 

 

Poranek. Idę z Babcią do komórki. Tam, gdzie nocują kozy i owce.  Na „górce” siedzą na drążkach kury. Wspinam się po drabince z koszyczkiem w dłoni. W słomie wyczuwam palcami obłość chłodnych, gładkich jajek. Kury przyglądają mi się nieruchomym wzrokiem przekrzywiając głowy. Do moich uszu dobiega charakterystyczny dźwięk strumienia mleka uderzającego o dno wiadra. Babcia doi kozę. Szybko zbiegam po szczeblach  drabinki. Chwytam  fajansowy garnuszek, zawieszam na nim siteczko. Babcia chochelką nalewa do niego jeszcze ciepłe kozie mleko. Nie ma nic lepszego na świecie. Wokół ust mam białe wąsy. Koza patrzy na mnie obojętnie. Zaraz wyprowadzę ją na łąkę. Niech się pasie, żebym miała dobre ciepłe mleko z pianką. Prosto od kozy. Żebym urosła duża. Śmiejemy się z Babcią, ot tak, z samej radości istnienia.

 

 

Lato. Zamknięte w zielonych włochatych kulkach agrestu, w lepkiej słodyczy malin, w dusznym zapachu róż , w klapsach dziurawionych przez szpaki. Moje dłonie, podobne do babcinych są brunatne od słońca, popękane od ogrodowej ziemi i poranione kolcami róż, agrestu i malin. Siedzimy na ganku w upalne popołudnie i czyścimy agrest. Trzeba uważnie usuwać ogonek i szypułkę. Drylujemy wiśnie. Nasze ręce zabarwione na czerwono, rozbryzgi soku znaczą ubranie i skórę. Będą dżemy, kompoty,  galaretki. Moja Babcia jest czarodziejką. Potrafi zamknąć lato w słoikach. Wieczorem zagniatamy ciasto. Będzie placek z konfiturą. Czekam aż ciasto trafi do formy. Wówczas jest czas dla mnie. Drewnianą kopyścią wybieram ukradkiem resztki ciasta z makutry. Dłoń Babci daje mi lekkiego klapsa. Jej oczy śmieją się do mnie. Będzie cię bolał brzuszek, ostrzega. Uwielbiam surowe ciasto. Uwielbiam zapach naszej kuchni.  Zapach ciasta. Zapach domu.

 

 

Powoli w czerwieni liści nadciąga jesień. Jesień to czas sekatorów i dymów snujących się nad ogrodem. Czas zapachu ziemniaków wyciąganych ostrożnie z popiołu, przerzucanych gwałtownie z reki do ręki, bo parzą. Po rozerwaniu ziemniaka na pół z wnętrza bucha obłoczek pary. Babcia podaje mi na osmalonej dłoni upieczony kartofelek. Patrzymy na siebie i wybuchamy śmiechem. Wokół ust obie mamy czarne obwódki od sadzy. Babcia wyciera usta wierzchem dłoni i nagle Jej uśmiech staje się asymetryczny, gdy czarna smuga wędruje aż na okrągły policzek. Wieczory coraz dłuższe, o szyby uderzają krople deszczu i długie pędy winogronowe. Podwiązujemy je do drabinek, przetrwają zimę. Wieczorami siadamy w kręgu kuchennej lampy. Siedzę na babcinych kolanach. Jej palce przewracają kartki książki, okulary na nosie odbijają światło. Czytamy bajki. Bezpieczny świat chociaż za oknem wiatr szarpie konarami drzew. Jak dobrze jest żyć.

 

 

Przychodzi pewien poranek, gdy za oknem nagle jest biało. Dłonie Babci mocno ściskają styl łopaty. Pewnymi miarowymi ruchami odrzuca na bok śnieg, który zasypał chodnik. Jej dłonie czerwienieją i pierzchną na mrozie. Wracamy, kuchnia pachnie glicerynowym kremem, którym Babcia smaruje ręce. Za oknem zawieja, świat traci kontury zamazane wirującymi płatkami. Kaszlę. W gardle drapie, łzy lecą z oczu. Uważne dłonie trzymają łyżeczkę z jakąś miksturą, A fe! Gorzkie. Babcia smaruje mi plecy i piersi ostro pachnącą maścią. Dłonie tulą mnie i kołyszą. Zasypiam. Przez niespokojny sen czuję lekki dotyk na czole. Wtulam się w bezpieczną szorstkość. Odpływam w ciepłą ciemność snu. Rankiem budzę się powoli, patrzę przez okno na śnieżny, bajkowy ogród. Z kuchni dobiega brzęk naczyń, ciche babcine kroku przemierzają przestrzeń od kaflowego rozłożystego pieca do stołu. Jeszcze chwilkę pośpię. Zanim znów zacznę żyć.

 

 

Mijają kolejne wiosny, następujące jedna za drugą zgodnie z odwiecznym porządkiem pory roku. Rosnę. Babcia szyje na maszynie Singer kolejne sukienki, z zakładką, żeby było z czego odwinąć, gdy znów urosnę. Sprawne dłonie przesuwają śliski materiał pod igłą. Cały dom wypełnia głośny terkot maszyny. Świat zamknięty kręgiem światła lampy. I ręce Babci, jak gwarancja bezpieczeństwa. Rozpoczynam własną wędrówkę przez świat. Już nie wystarcza mi bezpieczny kokon domu. Szkoła, przyjaźnie, zakochania. Wieczorem migające druty, na których Babcia robi najmodniejszą kamizelkę w kolorowe kwiaty. Spieszy się, bo już jutro idę na prywatkę.  Wracam do Niej z każdej dalekiej wyprawy po życie. Przypadam do chłodnych spokojnych dłoni by schronić się przed nie zawsze przyjaznym światem. Są przystanią i azylem. Osłaniają mnie przed niebezpieczeństwem. Po prostu są.

 

 

Jestem już nastolatką. Coraz mniej mam czasu, a jednak nigdzie nie jest tak dobrze jak tutaj. W kuchni pachnącej ciastem, w kręgu światła rzucanego przez lampę. Nie zauważam, że czas znaczy twarz Babci ostrym rylcem. Wokół oczu tworzy się gęsta siateczka dobrych, uśmiechniętych zmarszczek. Dłonie stają się słabe, pokryte cienką, wręcz przezroczystą skórą. Az przychodzi moment, gdy Babcia nagle upuszcza niespodziewanie trzymaną w ręku szklankę. Gdy łyżka wysuwa się z Jej palców.  Jej ciało ogarnia drżenie, drżą wargi, ręce, głowa. Nogi nie zawsze chcą Ją nieść tam, dokąd chce. Zapomina o ograniczeniach i traci równowagę chcąc zbyt szybko się odwrócić. Sztywniejące palce nie potrafią włożyć guziczków w dziurki. Nocami leżę w ciemnościach nasłuchując Jej oddechu. Każde stęknięcie, każdy cichy jęk podrywa mnie na nogi. Biedna, nie potrafi sama przekręcić się z boku na bok. Bolą zmęczone plecy, sztywnieją mięśnie. Poprawiam poduszki, masuję dłonie leżące bezwładnie na pierzynie. Uciszam ciche słowa przeprosin, że nie chciała mnie budzić, że jest Jej przykro, że nie pozwala mi na sen. Połykam łzy, tak chciałabym przelać na Nią wraz z moją miłością całą siłę młodości, jaka jest we mnie. Żeby tylko była, żeby mnie nie zostawiała. Obiecuję szeptem, że zawsze będziemy razem, że nigdzie się nie wybieram. Że przecież zaczyna się wiosna i będziemy się wygrzewały w słońcu patrząc na ukwiecony ogród. Niespokojne dłonie opadają bezwładnie na pierzynę, prawie tak samo białe jak poszwa, którą jest obleczona. Zasypiają. Wtulam twarz w ich ciepło. Dobranoc.

 

Mija czas. Zbyt szybko. Zbyt nieubłaganie. Przychodzi moment, gdy Babcia nie ma już siły walczyć. W ciemnych oczach widzę bezradność i smutek. Opowiadam o wesołych zdarzeniach, zagłuszam paplaniną własny lęk. Czuję nadchodzący moment rozstania. I nie chcę się z tym godzić. Nocami, wsłuchana w lekki oddech Babci toczę zaciekłe dyskusje        z Panem Bogiem. Usiłuję dobić z Nim targu. Zostaw mi Ją jeszcze trochę Panie Boże, potrzebuję Jej, nie zabieraj mi Jej. Masz tam na górze tak dużo dusz, po co Ci jeszcze jedna. Ja mam tylko Ją. Daj nam jeszcze jeden świt. Jeszcze jeden zachód słońca. Ale Bóg ma inne, sobie tylko wiadome plany.  Nadchodzi ta chwila, gdy ustaje cichy, lekki oddech, dłonie nieruchomieją i Babcia odchodzi. Tak cicho, z lekkim uśmiechem. Trzymam w dłoniach Jej ręce. Nieruchome i spokojne jak uśpione ptaki. Dobre ręce, spracowane przez lata niełatwego życia. Czas na odpoczynek. Czas na sen. Do zobaczenia.

 

 

Minęły lata. Czas biegnie nieubłaganie. Ostrym rylcem znaczy na mojej twarzy radości i smutki. Mam mocne, zdrowe dłonie. Tak bardzo podobne do dłoni Babci. Jeszcze fruną, jeszcze są silne. Wiem, że za jakiś czas przyjdzie kres mojej wędrówki. Moje dłonie znieruchomieją, zasną spokojnie jak zmęczone długim lotem ptaki. I wówczas wejdę przez ganek do kuchni dzieciństwa. Prosto w przyjazny krąg światła, w ciepły zapach ciasta...

 

 

I poczuję na włosach lekki dotyk chłodnych, szorstkich dłoni. Przypadnę do nich z westchnieniem ulgi, w oczach mając dobre, gorące łzy radości. Babciu, wróciłam do domu.

 

 

PICT1380.JPG


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Osiemnaście...

poniedziałek, 28 października 2013 23:19

 

... mieć lat, to nie grzech! A przejść „za jednym zamachem”, jak to mówią „z buta” osiemnaście kilometrów? Cóż, osiemnastu lat nie mam już od dawna, a ten sobotni dystans dał mi w kość nieźle. Troszkę przeceniłam własne siły. Co najdziwniejsze, to nie serducho było problemem, ani nawet kończyny dolne tylko... kręgosłup. Ból pleców nie do opisania, ostatni kilometr prawie przeczołgałam się na czterech łapach. Jakby powiedziała jedna z moich ulubionych koleżanek... na starość, moja droga nie ma mocnych. A mój kręgosłup chyba jest dwa razy starszy niż moja metryka by wskazywała.  Cóż zrobić, jak się nie słuchało kiedyś starszych i mądrzejszych, to się człowiek dorobił skrzywienia kręgosłupa. To noszenie wypchanej książkami, ciężkiej torby na jednym ramieniu, garbienie się przy stole i nie tylko  teraz mi się odbija... czkawką. A zdjęciowanie też dołożyło swoje trzy grosze. Dźwiganie ciężkiej torby ze sprzętem, statywu, ciągłe napięcie ramion i pleców podczas fotografowania skutkuje koszmarnym bólem pleców. Na szczęście, plusów jest więcej niż minusów. A plusy to niezmienna radość z robienia tego, co kocham. Bez czego moje życie całkiem straciłoby sens. Na szczęście ostatnio pogody mnie rozpieszczają porannymi mgłami, złotymi wschodami słońca i purpurowymi jego zachodami. Kicz i istny landszaft. I bardzo dobrze mi w tym anturażu. W tym klimacie i nastroju. A jeśli jeszcze mogę wystawić twarz do Słońca. Pełnia szczęścia! Już kiedyś chyba tu wspominałam, że czasem mam wrażenie, jakbym w poprzednim życiu była kotem. Też kocham słoneczne plamy. Szczególnie, gdy promienie przedzierają się przez leśny gąszcz, tworzą migotliwe refleksy na wodzie i maleńkie nietrwałe tęcze. A jeśli jeszcze trafi się mgła.... o, to już czysta rozkosz.  Dość grafomanii, wracam do mojej sobotniej wyprawy. Miałam niewielki problem na Bagrach, bo każda najmniejsza przecinka w gąszczy trzcin, która prowadziła do tafli jeziora była już zajęta przez wędkarza. Nie pozostawało mi zatem nic innego, jak tylko podejść do takiego faceta moczącego kij, a czasem nawet dwa kije, przywitać się grzecznie, spytać z „ogromnym” zainteresowaniem o branie (ryb, rzecz jasna!) i po takim krótkim zagajeniu dotrzeć nad samą wodę i liczyć na to, że jakieś ujęcie jednak da się zrobić. Chyba się udało, jak sądzicie, Szanowni Tubywalcy? Znad jeziora pomaszerowałam sobie wzdłuż rwącego strumienia, błotnistą i śliską ścieżynką. Jeszcze trochę zdjęć wody, które robiłam zwisając w przedziwnej pozycji nad strumykiem. Utopić w nim bym się nie utopiła, ale skąpanie w lodowatej wodzie i późniejszy powrót w przemoczonym obuwiu nie należałby chyba do przyjemności. Na szczęście obyło się bez przykrych niespodzianek. Pomaszerowałam zatem przez las. Niewiele jest piękniejszych widoków niż cichy i kolorowy jesienny las. Istna magia. Szelest spadających kropli, gdy mgła skrapla się w słonecznym cieple, gdzieś w oddali nagły trzask suchej gałązki... sarna czy człowiek? Wolałabym to pierwsze. Przystaję nasłuchując uważnie. Zapada cisza... ruszam więc dalej.  Na twarzy osiadają mi lepkie i wilgotne nitki pajęczyn... no cóż, niezbyt za tym przepadam. Tym razem na dodatek miałam bardzo bliskie spotkanie z pająkiem, który zwisał mi na wprost nosa. Zrobiłam zeza, on też... wszystkimi czterema oczami. Zdziwienie było chyba obopólne. Po prostu, zgarnęłam go włosami razem z dziełem jego życia... idź pajączku, świat jest wystarczająco duży, żeby pomieścić nas oboje... Piękne słowa, niestety, nie ja je wymyśliłam tylko zapożyczyłam.  Pamiętam, w dzieciństwie czytałam przygodową książkę o wyprawie Livingstone’a i tam padło to zdanie. I tak mi zapadło w pamięć. Nie pamiętam tytułu książki, a ta jedna kwestia wciąż powraca przy różnych okazjach. Na przykład, podczas spotkania z pajączkiem.  Maszerowałam sobie więc tak przez las, a głowę miałam na zawiasach, żeby nie przegapić żadnej okazji. Niestety, wszystkie sarenki schowały się przede mną w leśnych ostępach, udało mi się za to trafić do ich jadłodajni. Jeszcze pustej, ale już przygotowanej na srogą zimę, gdy leśnicy będą w niej umieszczali sianko. Jeszcze trochę wędrówki i wynurzyłam się z lasu prosto w Słońce. Grunt zmienił się z wilgotnego i pachnącego zbutwiałymi liśćmi w piaszczyste wzgórki porośnięte brzozami i wyschniętą trawą ozdobioną srebrzystymi pajęczynami błyszczącymi od rosy. Kolejne cudeńka warte uwiecznienia. I z każdym krokiem zbliżałam się do cywilizacji. Od czasu do czasu gdzieś nieopodal przejeżdżał pociąg, docierał szum samochodów. Czas wyjść do ludzi. Niestety, z każdym krokiem bardziej odczuwałam te moje plecy. A do domu jeszcze kilka kilometrów. Nie ma głupich! Pojadę komunikacja miejską. Wprawdzie nie miałam biletu, ani drobnych, za to w kieszeni tkwiła, jak koło ratunkowe karta bankomatowa. Ostatkiem sił dotarłam do „wieżowca” (jeszcze o nim napiszę) i do bankomatu. Wyciągnę pieniążki, kupię sobie bilet i pojadę do domku. Wiśta wio, łatwo powiedzieć! (To tez cytat)... bankomat miał w nosie mnie i moje plecy... zastrajkował i już! Dobrze, że mi nie zeżarł karty... bo one (te bankomaty) czasem tak mają. Nieważne, ważne, że... nici z autobusu, nici z jazdy do domu. Zabawne, gdybym się nie nastawiła na takie wygody, pewnie zmagazynowałabym resztki sił na końcowy etap wędrówki. A tak, to moje rozczarowanie siadło mi na plecach powodując jeszcze większe dolegliwości. Lazłam więc w tym jesiennym Słońcu, jak jakaś pokraka, a każdy kolejny krok był okupiony niesamowitym wysiłkiem. Ma dodatek było mi piekielnie gorąco, bo zbyt ciepło się ubrałam nie spodziewając się aż takiej temperatury. Płakać mi się chciało. Serio! Pewnie dlatego, że się nastawiłam na ten cholerny autobus. W końcu zobaczyłam mój blok. Jeszcze trochę wysiłku... jeszcze schody. Po raz nie wiadomo który w moim życiu mam problem z włożeniem klucza do zamka. Wreszcie finisz! Weszłam w przyjemny chłód mieszkania. Zrzuciłam buty, zdjęłam przemoczone (jednak!) skarpetki i kurtkę. Siadłam w kuchni na krześle i miałam wrażenie, że już nigdy się z niego nie podniosę. Zabawne, już po chwili jednak wstałam, zaparzyłam świeżą mocną i aromatyczną herbatę i... znów zachciało mi się żyć!  Słońce świeciło tak radośnie, tak, jakby to był środek lata, a nie koniec października. Zabrałam się za przeglądanie zdjęć. I gdzieś w kąt poszło zmęczenie, ból pleców przeszedł jak ręką odjął, a ja znów nabrałam ochoty na... kolejną wyprawę!  Chyba jestem niereformowalna!

 

 

A, zapomniałabym, miałam opowiedzieć o naszym „wieżowcu”. Cudzysłów jest tu jak najbardziej na miejscu. Otóż, dawno, dawno temu w moim mieście, a konkretnie w dzielnicy Gołonóg wybudowano sześciopiętrowy blok. Był najwyższy w mieście, więc siłą rzeczy stał się wieżowcem. Na miarę ówczesnej architektury. Zabawne było obserwowanie po latach, gdy w moim mieście stanęły o wiele wyższe budynki, jak reagowali przyjezdni, gdy ktoś mówił im, że mają wysiąść z autobusu przy „wieżowcu”. Teraz ten blok nie wyróżnia się niczym, dla mieszkańców już na zawsze pozostanie wieżowcem. Siła tradycji. W każdym mieście, w każdej społeczności funkcjonują takie miejsca, takie nazwy, które są czytelne jedynie dla „tubylców”. To w jakiś sposób pocieszające. Tworzy więź przez lata, bo za jakiś czas niewielu już będzie, którzy pamiętają skąd się wziął wieżowiec, a jednak to określenie pozostanie. Podoba mi się to. Jakoś tak...

 

 

Kończę już ten tekst, zmiana czasu zupełnie mnie zakręciła. Kompletnie mi się to nie podoba, chociaż podobno właśnie teraz jesteśmy we właściwym, astronomicznym czasie. Ja tego i tak nie ogarniam. No cóż, było trochę do czytania, teraz trochę do oglądania. Pa, pa, Najmilsi Tubywalcy!

 

 

DSC07988.JPG

 

 

DSC07992.JPG

 

 

DSC08016.JPG

 

 

DSC08039.JPG

 

 

DSC08041.JPG

 

 

DSC08042.JPG

 

 

DSC08053.JPG

 

 

DSC08062.JPG

 

 

DSC08082.JPG

 

 

DSC08091.JPG

 

 

DSC08132.JPG

 

 

DSC08109.JPG

 

 

DSC08102.JPG

 

 

DSC08143.JPG

 

 

DSC08213.JPG

 

 

DSC08253.JPG

 

 

DSC08285.JPG

 

 

DSC08338.JPG

 

 

Och, zapomniałabym o wędkarzach. Ten akurat łowił w towarzystwie pięknego husky. Wyjątkowo malownicza para, prawda?

 

 

DSC08045.JPG

 

 

Dobrej nocy. Od Rudencjusza i Diesla również :)


Podziel się
oceń
5
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Siedzę...

środa, 23 października 2013 1:03

 

... przed komputerem i zastanawiam się, co mam napisać. Czasami nie ma się żadnego pomysłu, żadnej inspiracji. Cóż więc mam napisać? Że Jesień, że słonecznie, że mgły, że poranne Słońce budzące koty i mnie? Przecież to już było...

Łapię każdy dzień jak kolorowy liść spadający z drzewa. Jak okruch tęczy tańczący na ścianie. Jak srebrzystą nitkę babiego lata zaplątaną w moich rzęsach. Jak... życie! Jak piękno kolejnego różowo-złotego poranka, gdy budzę się w jego miękkim blasku. Jak obietnicę niespodziewanego. Jak podarunek. I wychodzę z domu maszerując energicznie, choć czasem mnie „przytyka”. Staję wówczas, czekam na uspokojenie oddechu i zauważam kroplę rosy na źdźble trawy, szarego kocura przemykającego w sobie tylko wiadomym kierunku pod osłoną cienia rzucanego przez żywopłot, pajęczynę, w która zaplątane są owoce jarzębiny. Takie małe cuda. Takie prezenty od Losu. I przez głowę przebiega mi nagła myśl, że w tym całym pięknie problemem jest tylko... człowiek. Z jego skomplikowaną, niszczycielską naturą. Z jego arogancją i okrucieństwem. Z jego potrzebą niszczenia piękna. Każdego dnia jestem bombardowana obrazami zła, którego autorem jest człowiek. Eskalacja nienawiści. Kto nie z nami, ten przeciw nam. Polityka, ekonomia, przepaść rosnąca między tymi, którzy mają wiele, a tymi, którzy nie mają nic. Codzienna walka o przetrwanie. Z racji mojej pracy codziennie stykam się z obrazem biedy. Gdy zastanawiam się, na co ja tak właściwie narzekam. Gdy tuż obok trwa walka o przetrwanie. W bezlitosnym świecie twardych reguł. Nie nadążasz – odpadasz z gry. I jesteś wyrzucony poza linię boiska. Nagle znajdujesz się na marginesie życia. A całym twoim majątkiem jest kilka zniszczonych reklamówek, w których przechowujesz cały swój świat. Gdy największym problemem jest znalezienie przed nocą suchego miejsca na sen. Każdego dnia mijam tych ludzi i zastanawiam się, jak przetrwają kolejną zimę. Twarde prawa, gdzie nieprzystosowanie oznacza ryzyko śmierci. Och, powie ktoś, że wielu z nich żyje tak na własne życzenie. Że mogli inaczej pokierować swoim życiem. Ze skoro dokonali złych wyborów, to teraz zbierają tego owoce. Ale co to tak właściwie oznacza? Może tylko tyle, że na pewne sprawy nie mamy wpływu? Że jedna błędna decyzja wpływa na naszą przyszłość, a nikt nie może przewidzieć jej skutków. Jak to mówią, gdybyś wiedział, że się potkniesz, to być sobie usiadł. W każdym razie, jesień jest zapowiedzią zimy. Tak już jest niezmiennie. A zima to zły czas dla tych, którzy nie mają dachu nad głową. Dla ludzi i zwierząt. Ale jeszcze trwa słoneczna jesień. Jeszcze można się wygrzać w ciepłych promieniach. Jeszcze jest pięknie. Jeszcze....

 

 

DSC07521.JPG

 

 

DSC07527.JPG

 

 

DSC07563.JPG

 

 

DSC07575.JPG

 

 

DSC07594.JPG

 

 

DSC07602.JPG

 

 

DSC07629.JPG

 

 

DSC07692.JPG

 

 

DSC07509.JPG

 

 

DSC07685.JPG

 

 

Tak było w ostatni weekend. Stali Tubywalcy pewnie poznają te miejsca. Tak, to mój ulubiony las w Gołonogu. Takie tam...obrazki.

 

Teraz jeszcze kilka zdjęć moich "chłopaków". To cała historyjka. Siedziałam w sypialni, a Diesel leżał sobie na łóżku śpiąc smacznie w słonecznej plamie. Zauważyłam, że Rudencjusz wsuwa się delikatnie pod narzutę i czołga w kierunku śpiącego kolegi. A później...

 

 

DSC07767.JPG

 

 

DSC07768.JPG

 

 

DSC07769.JPG

 

 

DSC07772.JPG

 

 

DSC07773.JPG

 

 

DSC07774.JPG

 

 

DSC07776.JPG

 

 

DSC07777.JPG

 

 

DSC07778.JPG

 

 

I to by było na tyle. Pa, pa, Najmilsi Tubywalcy!


Podziel się
oceń
6
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Świat...

poniedziałek, 14 października 2013 21:53

 

... jest taki piękny, taki niewyobrażalnie nieprzewidywalny i zaskakujący. Tylko pory roku następują jedna po drugiej, tak samo, jak rok temu, jak przed setkami lat. Przedziwnie się czuję, gdy sobie uzmysławiam, że to już pięćdziesiąta szósta moja jesień. A każda z nich równie piękna, równie kolorowa.  Chodzę sobie z twarzą wzniesioną ku Słońcu, zgarniam z twarzy srebrzyste i lepkie nitki babiego lata, szuram stopami w przepychu złotych i czerwonych liści, czasem schylam się po obłą kulkę kasztana jeszcze częściowo schowaną w kolczastej łupince i fotografuję, zapisuję w obrazach to piękno, żeby je zachować na dłużej. A równocześnie wspominam tamte przeszłe jesienie. Uczucia, jakie wówczas mi towarzyszyły. Uśmiecham się do tamtych chwil i zdmuchuję z nich kurz czasu. I znów jestem tamtą dziewczyną w parku pod kasztanami. Mam na sobie krótką spódniczkę w biało czarną kratkę, czarny blezer, czarne rajstopy i włóczkową torbę pałętająca się w okolicach kolan. I tyle przede mną. Całe życie. Tyle planów i pragnień, tyle marzeń... niespełnionych. Cóż, życie zweryfikowało tamte zamierzenia, coś się spełniło, coś wygrałam przegrywając coś innego. Wolę tego nie analizować, bo i co to zmieni? Nic, więc jaki byłby w tym sens? Ważne jest to, co tu i teraz. A teraz jest piękna jesień. Czuję się nieźle, te pogody widocznie mi odpowiadają, bo podczas moich wędrówek nie odczuwam zmęczenia i coraz rzadziej muszę się ratować nitrogliceryną. To chyba znaczy, że wszystko idzie ku dobremu. Jutro idę na kontrolną wizytę do kardiologa. Wcześniej musiałam zrobić całą serię badań, między innymi prześwietlenie klatki piersiowej. I co się okazało? Że na zdjęciu wyszło złamanie dwóch żeber. Sądzę, że to efekt tego mojego lipcowego walnięcia w ścianę. Pisałam o tym 28 lipca. Długo trwało zanim jakoś doszłam do siebie, a ponieważ przestało mnie boleć, więc o tym zapomniałam. A to jednak było złamanie żeber. Hmmmmm wiem, wiem, powinnam była pójść do lekarza. Chyba do starości nie zmądrzeję! Najważniejsze jednak, że żebra zrosły się prawidłowo... przynajmniej tak to wygląda na zdjęciach.  A propos zdjęć. Wykorzystuję piękną pogodę i zdjęciuję, zdjęciuję i jeszcze raz zdjęciuję. Efekt tego macie, Najmilsi Tubywalcy poniżej.

 

 

DSC07195.JPG

 

 

DSC07191.JPG

 

 

DSC07180.JPG

 

 

DSC07148.JPG

 

 

DSC07143.JPG

 

 

DSC07139.JPG

 

 

DSC07138.JPG

 

 

DSC07135.JPG

 

 

DSC07133.JPG

 

 

DSC07131.JPG

 

 

DSC07130.JPG

 

 

DSC07110.JPG

 

 

DSC07109.JPG

 

 

DSC07099.JPG

 

 

Taka jesienna mozaika. A w domu chłopaki też korzystają z każdej słonecznej chwili wyszukując sobie słoneczne plamy i okupując moje łóżko. Hmmmm tak właściwie, to chyba ich łóżko, opanowały je przecież całkowicie. Ach, gdybyście tylko widzieli, w jakich dziwnych pozycjach muszę układać moje ciało, żeby się zmieścić i w miarę wygodnie przespać. Och, uspokajam wszystkich oburzonych (bo przecież spanie ze zwierzętami jest ponoć niehigieniczne), że poza tym to ze mną wszystko w porządku! Moja znajoma ostatnio skarciła mnie mówiąc, że powinnam zgonić koty z pościeli i zamknąć przed nimi drzwi sypialni. Cóż, ona nie ma w domu żadnego zwierzaczka, bo to... niehigieniczne właśnie. A przecież to nie ja mam koty, tylko one mają mnie. Tak to właśnie działa.

 

 

DSC07358.JPG

 

 

DSC07311.JPG

 

 

DSC07293.JPG

 

 

DSC07275.JPG

 

 

DSC07059.JPG

 

 

DSC07268.JPG

 

 

DSC07333.JPG

 

 

A teraz, w dalszym ciągu poruszając się w temacie kotów chciałabym poruszyć pewną sprawę, która ostatnio mocno mnie zbulwersowała. W sieci funkcjonuje strona Leszka Ciupisa. Myśliwy, rusznikarz, znawca tresury psów myśliwskich. I na tej stronie właśnie można przeczytać następujące wskazówki, jak przyuczać psy do polowania.

 

„Do polowania na drapieżniki jak i na inną zwierzynę najodpowiedniejsze są psy o spokojnym temperamencie, zrównoważone i opanowane. Tylko takie, bowiem potrafią (odpowiednio ułożone) działać rozważnie nie popełniając błędów w pracy. Nie spłoszą też przedwcześnie zwierzyny. Rozpoczynamy od pokazania młodemu psu kota domowego. Najlepiej przechadzając się po terenie w pobliżu zabudowań, gdzie o takie spotkanie jest najłatwiej. Kiedy zauważymy polującego w polu kota, naprowadzamy psa na jego trop i zachęcamy do szukania. Można też podprowadzać psa pod wiatr, aby sam zwietrzył kota. Kiedy pies pobiegnie za uchodzącym kotem, dodajemy mu odwagi wołając głośno: "bierz go!", "dawaj" itd. Pies słysząc nasze okrzyki i widząc uchodzącego drapieżnika pobudza się bardzo do pracy. Jeżeli uda mu się dogonić kota w polu to zazwyczaj i tak nic nie wskóra, gdyż stare wiejskie koty umieją sobie poradzić z młodym psiakiem. Kot przybiera natychmiast postawę obronną, nastroszy się i parska groźnie oraz uderza łapą z ostrymi pazurami. Czasem może również boleśnie ukąsić. Praktycznie nigdy nie udaje się młodemu psu wygrać ze starym kotem, ale o to właśnie chodzi. Jeśli kot ucieknie na drzewo to należy psa również ostro zagrzewać do pracy, wołać aby dawał głos i nie odstępował od ukrycia kota. Po paru minutach dobrze jest pomóc psu, czyli spędzić kota z drzewa przy pomocy długiej gałęzi lub potrząsając pniem. Można też wejść na drzewo a wówczas kot szybko zeskoczy i będzie uciekał. Nam o to właśnie chodzi. Pies szybko pojmuje, że to dobra zabawa i chętnie w niej uczestniczy. Niemal natychmiast zauważa, że bez pomocy człowieka sam nic nie wskóra i z czasem uczy się oznajmiania, czyli jeśli drapieżnik uchodzi na drzewo, a w pobliżu nie ma przewodnika, to należy natychmiast go przywołać, czyli biec i oznajmiać, doprowadzają do kryjówki zwierzyny lub oszczekiwać aż do nadejścia pomocy bacznie obserwując drapieżcę. Pies po pierwszym "razie" może zrozumieć, że gdy przyjdzie przewodnik to albo zrzuci zwierzynę na ziemię i będzie można ją dalej gonić, dając upust pasji myśliwskiej, bądź zastrzeli zwierza (późniejszy etap) a to pozwoli dopaść go przy pochwałach z ust pana a później nosić w kufie i nasycać się zwycięstwem wśród pochwał i poklepywań przewodnika.”

 

 

 

„Oczywiście przy treningu z domowym kotem nie można być okrutnym i bezwzględnym. Należy zawsze postępować etycznie nawet z napotkanymi drapieżnikami. Zawsze może obserwować nasze poczynania, ktoś, kto jeśli nie jest to właśnie od tej chwili stanie się przeciwnikiem łowiectwa. Należy też wiedzieć, że kot osaczony w szczerym polu, zwłaszcza przez dwa psy, czując że nie zdąży dobiec do odległych drzew, może w skrajnej desperacji próbować wskoczyć nam na głowę boleśnie kalecząc, Widziałem raz podobny przypadek. Myśliwy ten nie tylko nie nauczył psów polowania, ale sam siebie oduczył, gdyż całkiem stracił temperament do łowów...”

 

„... Po wstępnym okresie treningu na domowych kotach można przy psie odstrzelić kota ewidentnie kłusującego w łowisku w przepisowej odległości od zabudowań i w porozumieniu z zarządem koła, gdyż do odstrzału kłusujących kotów przez myśliwych konieczna jest stosowna uchwała wewnętrzna koła (Uwaga! Aktualne przepisy zabraniają odstrzału kłusujących kotów). „

 

Tak właśnie, wg „znawcy tematu” szkoli się psy myśliwskie... a teraz jeszcze ciekawsze cytaty, tym razem wyjęte ze strony dla myśliwych, którzy niestety nie są podpisani własnymi imionami i nazwiskami, jedynie używają nicków. Ta akurat dyskusja dotyczyła wyboru rasy psów, które najlepiej zwalczają koty...

 

"Wydaje mi się, że jakiś terrier będzie najlepszy. Może foxterier- na ulicy u mnie żaden kot nie został, jak nie było mojej foxterierki to było chyba ze 4. Niespodziewanie zniknęły Dla właściciela bardzo miłe psiaki."

"Koledzy, w moim obwodzie walczymy z ze zdziczałymi kotami, które są dokarmiane przez nieodpowiedzialnych ludzi. Poradźcie jaką rasę psa kupić z myślą właśnie o tych kotkach? Chodzi o podjazd (głównie saniami). Pies puszczany z sań ma za zadanie zdławić kota lub wpędzić na drzewo. Powinien być mały, zwinny, szybki i skoczny”

 

 

 Nigdy nie rozumiałam „idei” myślistwa. Jako sport? Jako współzawodnictwo? Kosztem życia niewinnych istnień? I nie mówię tu tylko o kotach, chociaż właśnie koty są mi najbliższe. Mówię również o sarnach, jeleniach, dzikach, zającach i całej rzeszy niewinnych zwierząt zabijanych dla czego... dla trofeum na ścianie? Dla wzajemnego poklepywania sie po plecach przez kolesiów z jednego łowieckiego kółka? Dla opowieści przy kominku udekorowanym szablami dzika? Bo przecież nie po to, żeby wykarmić swoją rodzinę. A mnie się to w głowie nie mieści.I nade wszystko, cieszę się, że moje koty nie wychodzą z domu, bo jaką mam pewność, że w mojej okolicy nie mieszka jakiś myśliwy?

 

Cóż, powie ktoś, co znaczy jakiś tam kot czy jakiś tam jeleń w czasach, gdy zabijane są dzieci, gdy zewsząd bombardowani jesteśmy „newsami” o przemocy wobec słabszych. Ale jak zważyć poziom przemocy, jak określić granicę okrucieństwa?  A tak na marginesie, w niedzielę szłam przez łąki porośnięte wysokimi trawami gdy dobiegł mnie dziwny, powtarzający się trzask. Jakby łamanej suchej gałązki, tylko znacznie głośniejszy. Rozglądałam się uważnie, ale niczego nie widziałam. W końcu wyszłam na otwartą przestrzeń i co się okazało? Nad strumieniem siedział starszy pan z chłopczykiem, może pięcioletnim na kolanach i uczył go, jak przeładowywać broń. Nie znam się na tym, ale był to pistolet, podobny do tych, jakie mają policjanci. Dzieciak celował w krzaki i naciskał na spust. Stąd ten suchy trzask wystrzału.  Powiem Wam szczerze, Najmilsi Tubywalcy, że zgłupiałam. Niestety, nie miałam jak zrobić zdjęcia, bo starszy pan przyglądał się mnie i mojemu aparatowi uważnie. Przez głowę przebiegła mi głupia myśl, że jestem na pustkowiu, facet mnie zastrzeli, wrzuci do strumienia i nawet przysłowiowy pies z kulawą nogą nie będzie wiedział, co się ze mną stało. Jakaś paranoja, Moi Mili, ale porządnie się wystraszyłam. Zastanawiałam się tylko, co kiedyś wyrośnie z tego dziecka? Życie, oprócz tego, że jest piękne, to nade wszystko jest przedziwne i momentami go nie ogarniam. Jakoś tak...  pa, pa.

 


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Nienawiść...

wtorek, 01 października 2013 2:55

 

... wokół nas. Jest wszechobecna, zaciskająca się na gardle niczym pętla, odbierająca ludziom rozsądek i człowieczeństwo. To przerażające i, niestety, powszechne. „Biegam” sobie czasami po różnych stronach w sieci i czytam komentarze. Ileż w nich jadu, zapiekłej złości i bezinteresownej nienawiści właśnie. Zastanawiam się, kim są ci ludzie siedzący gdzieś, daleko lub blisko mnie, ziejący ogniem złości na wszystkich i na wszystko. Skąd ten temat? Otóż, przeczytałam ostatnio artykuł o Polkach mieszkających za granicą. Według jakichś tam badań okazało się, że wyjeżdżając i mieszkając w innych krajach nasze rodaczki nabierają hmmm jakby to określić, seksualnej śmiałości. Przygodny seks, przelotne związki z  obcokrajowcami, często dla korzyści materialnych, jednym słowem, Sodoma i Gomora czyli czysta rozpusta. Cóż, badania są różne, te akurat dotyczyły Polek. Sądzę, że podobne wyniki, a może nawet bardziej drastyczne można osiągnąć badając inne nacje. Często bowiem jest tak, że oddalenie się od rodziny, znajomych i znanego sobie środowiska skutkuje pogonią za wrażeniami, często ekstremalnymi. I nie dotyczy to tylko wyjazdu do pracy za granicę, czasami wystarczy wyjazd na kurację lub wczasy. Zachowania ludzi są czasem dziwne, czasem nietypowe, a często zaskakujące. I nie to jest najważniejsze. Ciekawe, również z punktu widzenia socjologii czy psychologii są komentarze jakie internauci umieścili pod tym akurat artykułem. Stwierdzenia typu „wszystkie polki to k...y. szmaty, suki...” należą do najłagodniejszych. Oczywiście, słowa „Polska, Polki” są pisane z małej litery i okraszone inwektywami. Zadziwiające, że na przykład osoba twierdząca, że mieszka w Wielkiej Brytanii, a z nicka można stwierdzić, iż jest kobietą, pisze, że „polki dla pieniędzy zrobiłyby wszystko i każda jest k...ą”. W porządku, ale kim ty jesteś, przecież ponoć mieszkasz tam, jesteś Polką, a sama piszesz, że „każda”, więc tym samym dotyczy to również ciebie, czyż nie? Miałam okazję kilkakrotnie być w Londynie. Na krótko, ale poznałam sporo Polek, które tam mieszkają, ciężko pracują, uczą się. Jednym słowem żyją. I jakoś nie zauważyłam rozwiązłości czy nadmiernego rozpasania seksualnego. Nie w porównaniu do wielu Angielek, których zachowanie w piątkowe czy sobotnie wieczory może zadziwiać, a często zawstydzać postronnego obserwatora. Ale nie w tym tkwi sedno problemu, który zauważyłam. Problemem jest nasza potrzeba oplucia wszystkiego, co polskie. Niepotrzebna nam wroga, obca propaganda. Sami jesteśmy własnymi najgorszymi wrogami. Nie ma chyba drugiego narodu, który z taką dziką satysfakcją plułby we własne gniazdo, że nie powiem ostrzej. Gdzie duma z bycia Polakiem? Gdzie wiara w nasz naród i społeczeństwo? Gdzie się to wszystko zagubiło? Nie ma tego w innych narodach. Może śmieszyć nas na przykład amerykański patriotyzm, ich uwielbienie dla gwiaździstego sztandaru, dla własnej historii i własnej wielkości, co czasem graniczy z zarozumiałością. Ale przeciętny Amerykanin nie oczernia swoich rodaków ani nie gnoi własnego kraju. Jest z niego dumny. A my? Popatrzcie, co się dzieje, gdy nasz rodak osiąga sukces. Ileż pomyj jest wylewane na jego głowę. Trzeba mieć skórę nosorożca, żeby sobie z tym poradzić. Ostatnio pojawiła się na naszym podwórku kolejna postać, która rozgrzała emocje i wzbudziła nieprawdopodobną falę nienawiści. Mówię tu o pani, która propaguje ćwiczenia fitness proponując ruch jako sposób na osiągnięcie zdrowia i sukcesu. No i zaczęło się, te zjadliwe, nienawistne komentarze, te ociekające jadem inwektywy. Podobnie jest z Panią Magdą Gessler czy Panią Małgorzatą Rozenek czyli „Perfekcyjną Panią Domu”.  Podobnie jest z każdym, kto wyrasta ponad przeciętność i nieważnym jest w jakiej dziedzinie. Osiągając sukces, choćby w skali własnego podwórka od razu stajesz się wrogiem publicznym, którego można bezkarnie obszczekać, obsmarować do woli, bezpiecznie, bo nie twarzą w twarz, nie prosto w oczy lecz z bezpiecznego kąta własnego pokoju. Anonimowo więc hulaj dusza piekła nie ma.  Zastanawiam się czasami, czy jest coś lub ktoś czego byśmy nie chcieli zniszczyć. To przerażające. Brak autorytetów, brak podstawowych zasad współistnienia w społeczeństwie. I brak szacunku dla własnej tożsamości narodowej, dla własnej historii i dla rodaków. Kreujemy idoli, chyba po to, żeby będąc już na szczycie stali się łatwiejszym celem ataków. Tak się więc zastanawiam czasami, kto tam jest, po tej drugiej stronie ekranu. Kim są ci ludzie, którzy z taką łatwością ferują wyroki? Czy to arogancka młodzież czy może sfrustrowani emeryci? Czy może znudzone i niespełnione panie domu? Z góry przepraszam przedstawicieli tych grup, które wymieniłam, tak się tylko zastanawiam, kim są ci hejterzy (od hate – nienawidzić). Na szczęście, podobno już niedługo przestaną być anonimowi, więc może skończy się bezosobowość i bezkarność w sieci. Oby, ale czy to zmieni myślenie tych ludzi? Czy nauczy ich szacunku dla drugiego człowieka? Nie sądzę. Tyle tylko, że nie będą mogli dawać upustu swoim frustracjom na forum. Pewnie znajdą jakiś inny sposób, żeby okazać swój brak szacunku dla społeczeństwa.

 

Ale dość o tym, teraz kilka słów o... jesieni. Czyli o tym, co tygrysy (czyli ja!) lubią najbardziej. Te poranne mgiełki, te słoneczne promienie przebijające się na podobieństwo strumieni światła. Te poranne rosy i kolory. Złoto, brąz i wszystkie odcienie pomarańczu. Jest pięknie. Kocham to. Czasem ogarnia mnie przedziwna euforia, granicząca z ekstazą, gdy widzę tyle piękna. Taką magię. Mówi się, że serce się ściska... tak to właśnie jest, gdy wychodzę przed świtem. Och, oczywiście, że zdarzają się chwile zwątpienia, że gubi mi się sens robienia tego wszystkiego. Ale to mija i znów mogę zachwycać się światem.

 

 

 

DSC05816.JPG

 

 

DSC05780.JPG

 

 

DSC05900.JPG

 

 

DSC05764.JPG

 

 

DSC05747.JPG

 

 

DSC05917.JPG

 

 

DSC05948.JPG

 

 

Miałam opowiedzieć o moim czwartkowym wernisażu. Byłabym zapomniała. Cóż, to już było. Żartuję oczywiście. Wracam więc do ostatniego czwartku. Było sporo ludzi, pięknie przygotowana sala, porcelana, imbryki z herbatką i ciasteczka. I w tym wszystkim ja, mająca opowiadać o Londynie. Chyba mi się to udało, bo ludzie słuchali z zainteresowaniem, zadawali ciekawe pytania, na które starałam się odpowiedzieć jak najpełniej. Mówiłam o mieszkańcach Londynu, o komunikacji, kolorach, smakach i zapachach. Po prostu, opowiadałam o Londynie, jaki pokochałam. I za którym tęsknię każdego dnia. Bezustannie. Satysfakcję sprawił mi fakt, że potrafiłam słuchaczy zainteresować tym miastem, pokazać jego blaski i cienie, a kilka osób stwierdziło, że koniecznie muszą tam pojechać. I bardzo dobrze, cieszę się, że moje londyńskie opowieści znalazły taki dobry odbiór.

 

 

DSC05638.JPG

 

 

DSC05639.JPG

 

 

DSC05640.JPG

 

 

DSC05642.JPG

 

 

DSC05643.JPG

 

 

DSC05644.JPG

 

Na koniec, bo nie może być inaczej, kilka zdjęć moich chłopaków-miziaków. Czyż nie są piękni?

 

 

DSC05837.JPG

 

 

DSC05841.JPG

 

 

DSC05846.JPG

 

 

DSC05848.JPG

 

 

DSC05859 - Copy.JPG

 

 

DSC05867.JPG

 

 

DSC05875.JPG

 

 

DSC05881.JPG

 

 

DSC05885.JPG

 

 

Już niedługo świt, muszę złapać jeszcze kilka godzin snu. Dobrej nocy, Przyjaciele. Pa, pa.


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 685  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557685

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości