Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 888 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Uziemiona...

niedziela, 19 października 2014 1:01

 

 

...jestem, jasny gwint. Głupia sprawa,  jakiś wredny krawężnik podłożył się pod moją nogę, która ześlizgnęła się jakoś tak krzywo i... bucik do kolana mam, innymi słowy szynę gipsową! I znów miałam (wątpliwą) przyjemność obcowania z naszą kaleką Służbą Zdrowia. Bo to nie jest takie proste – chorować. Żeby ktoś obejrzał nogę i zdecydował, czy ma być unieruchomiona czy nie, najpierw trzeba iść do lekarza pierwszego kontaktu po skierowanie na SOR (dawniej Pogotowie Ratunkowe). I z tym skierowaniem należy udać się do szpitala, gdzie zdajemy sprawdzian z cierpliwości,  najpierw czekamy na korytarzu i czekamy, aż robią nam prześwietlenie kończyny i ze zdjęciem w garści znów siedzimy na korytarzu, i siedzimy, i siedzimy... wreszcie jest lekarz i decyzja, wkładamy kończynę w szynę (ładnie się zrymowało). I znów siedzimy i czekamy, i czekamy aż siostra miłosierdzia założy nam to ustrojstwo na giczałę, a potem czekamy, żeby gips zaschnął.  Patrzymy na zegarek... minęły cztery godziny! Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że od naszego pana doktora nie dostaliśmy zwolnienia lekarskiego,  bo z wypisem ze szpitala musimy udać się na drugi koniec miasta do poradni chirurgicznej, żeby... nie, nie zobaczyć się z chirurgiem, tylko uzgodnić  termin wizyty. I z karteczką z poradni znów udajemy się do naszego pana doktora, żeby wypisał nam zwolnienie lekarskie do dnia, kiedy mamy wizytę u chirurga... uffff. I tak trwało to dwa dni!

 

 

DSC00099.JPG

 

Na dodatek mam sobie codziennie robić zastrzyk... SAMA! W BRZUCH! ZGŁUPIELI? Wykorzystałam okazję, że i tak byłam w przychodni, i poprosiłam siostrę, żeby mi zrobiła to wkłucie. Nie rozumiem, czemu tak się zdziwiła! No co,  mnie się robi słabo i nie patrzę na  takie rzeczy nawet na ekranie, a już samej sobie to robić? NIE MA MOWY!!! Od dzieciństwa bałam się igieł, co zresztą uchroniło mnie później przed podejmowaniem głupich decyzji, u nie mówię tu tylko o wytatuowaniu ciała... ja przecież nawet nie mam przekłutych uszu. Miały siostrzyczki ze mnie niezły ubaw, bo kazały mi naciskać powolutku tłok strzykawki, a ja zamiast na brzuch patrzyłam im prosto w oczy. No i miałam problem. Patrzyłam na tę koszmarną strzykawkę i od razu słabo mi się robiło.  Na szczęście, moja Przyjaciółka Ania zlitowała się nad biedną chorą i przećwiczyła na mnie podawanie zastrzyków! Żeby na razie o tym nie myśleć, wracam pamięcią do sierpniowej wyprawy do Londynu.

 

 

Wiecie zapewne (no, jakżeż nie!) Najmilsi Tubywalcy, że wyjeżdżając gdziekolwiek, choćby kilka przystanków tramwajowych od domu staram się jak najwięcej zobaczyć i jak najwięcej utrwalić na zdjęciach. A co dopiero, gdy jestem w Londynie... tu na każdym kroku odkrywam coś nowego, coś interesującego. Zadeptuję więc Londyn do momentu, w którym moje plecy zaczynają pulsować bólem, a stopy palą żywym ogniem.  Pewnego dnia, jak zwykle wędrowałam nad Tamizą przyglądając się spacerującym nabrzeżem ludziom, barkom towarowym i wycieczkowym statkom kursującym po rzece, chodziłam po mostach i z tej perspektywy fotografowałam panoramę miasta. I tak przechodziłam z lewego brzegu na prawy, później szłam nabrzeżem, i znów z prawego brzegu na lewy...... 

 

 

DSC02690.JPG

 

 

DSC02691.JPG

 

 

DSC02694.JPG

 

 

DSC02715.JPG

U nas ta tęcza by się nie uchowała :)

 

DSC02737.JPG

 

 

DSC02771.JPG

 

 

DSC09201.JPG

 

 

Szłam w słonecznym blasku wzdłuż Westminster Pier w kierunku Parlamentu. W perspektywie ujrzałam charakterystyczną sylwetkę Big Bena, jak potocznie nazywa się tę budowlę. Tak naprawdę, Big Benem nazywano wcześniej dzwon znajdujący się na St Stephen’s Tower (Wieży św. Stefana) zwanej też Wieżą Zegarową. Teraz nazwa Big Ben obejmuje wieżę, zegar oraz dzwon. Od 2012 roku wieża nosi nazwę Elizabeth Tower dla upamiętnienia sześćdziesięciu lat panowania Królowej Elżbiety II. Wieża została wybudowana w połowie dziewiętnastego wieku. Ma 96,3 metrów wysokości i na szczyt prowadzą 334 schody.  Zegar na szczycie wieży został zbudowany w 1854 roku. Tarcze zegarowe mają po siedem metrów średnicy.  Wskazówki godzinowe mają 2,7 metra, a minutowe 4,2 metra. Każda z cyfr ma 60 centymetrów wysokości. Poniżej każdej z czterech tarcz widnieje napis Domine salvam fac reginam nostram Victoriam primam (Panie zachowaj naszą królową Victorię I). Sylwetka Big Bena rysuje się na niebie i jest, obok czerwonych budek telefonicznych,  skrzynek pocztowych i piętrowych autobusów oraz wysokich niedźwiedzich czap królewskich gwardzistów jednym z najbardziej znanych symboli Londynu.  Doskonale to widać w sklepach z pamiątkami i pocztówkami. Wisiorki, kubki, breloczki, pudełka, filiżanki... na każdej z tych rzeczy można zobaczyć Big Bena.  Tym razem coś się zmieniło w doskonale mi znanej wieży. Przyjrzałam się dokładniej. Na tle witrażowej tarczy zegara doskonale rysowały się sylwetki ludzi zwisających na linach. Nastawiłam ostrość i zaczęłam robić zdjęcia dziękując w duchu Michałowi za świetny obiektyw! Nieopodal mnie zobaczyłam równie niezwykły obrazek. Na stołeczku siedział Pan Fotograf, przed nim na solidnym statywie zamontowany był aparat z ogromnym obiektywem! O rany, taką rurą, to można sfotografować piegi na nosie któregoś z czyścicieli! Wokół kręciło się kilka osób, w tym jeden człowiek od podtrzymywania teleobiektywu! Takiemu artyście to dobrze! Jego na pewno plecy od dźwigania sprzętu nie bolą. No i dochody ma zapewne (na pewno!) większe niż ja, skoro stać go na utrzymywaniu kilkuosobowej świty.  Ale, ponieważ, jak mawiają znani fotografowie „Nie aparat robi zdjęcia tylko fotograf” szybko pozbyłam się tej odrobiny zazdrości i właściwie pewnego rodzaju „zadęcie” całej tej grupki zaczęło mnie śmieszyć!

 

 

DSC09230.JPG

 

 

DSC09233.JPG

 

 

DSC09239.JPG

 

 

DSC09391.JPG

 

 

DSC09393.JPG

 

 

DSC09394.JPG

 

 

DSC09395.JPG

 

 

Najśmieszniejsze jednak stało się, gdy późnym popołudniem wróciłam do domu. Weszłam, a Marcin zaczął wołać do mnie:  Mamuniu, nie rozbieraj się tylko jedź na Westminster!!! A dlaczego – spytałam zdziwiona.  Właśnie pokazywali na BBC (nazwa stacji telewizyjnej), że Big Ben jest konserwowany i myty. To się zdarza raz na cztery lata!!! Będziesz miała świetne zdjęcia!!! Jedź!!! Popatrzyłam na rozemocjonowanego Marcina i spytałam ze stoickim spokojem: A zgadnij, Synuś, skąd mamunia właśnie wraca... Mina mojego dziecka – bezcenna! A komentarz? No tak, po co ja się, głupi denerwowałem. Jakbym nie wiedział, że Mamcia jest zawsze tam, gdzie coś się dzieje! No cóż, niestety, nie zawsze, a;e tym razem się udało!

 

 

Ale wracając do wędrówki po londyńskich mostach. Poszłam dalej, na Most Westminster, ustawiłam się przy krawędzi jezdni mając przed sobą Parlament i Big Bena z zupełnie innej strony,  aparat przestawiłam na opcję wyboru koloru (w tym wypadku dla mnie  jedyną możliwą opcją był kolor czerwony) i postanowiłam zrobić trochę zdjęć w stylu pocztówek z Londynu. I tak mi się to spodobało, że w tym samym stylu sfotografowałam jeszcze trochę miejsc nad Tamizą. To niesamowita rzeka. Jak główna aorta   w organizmie miasta... A jeśli chodzi o filtry kolorów, to sympatyczna, chociaż już podobno niemodna opcja. Modna – niemodna, ale czasami mam na nią ochotę.  Z reguły robi€, jak wiecie, zdjęcia kolorowe. Świat wart jest tego, żeby nie pozbawiać go kolorów. Chyba, że zostawimy sobie trzy:czarny, biały i czerwony, jak na poniższych zdjęciach.

 

 

DSC02561.JPG

 

 

DSC02579.JPG

 

 

DSC02607.JPG

 

 

DSC02616.JPG

 

 

DSC02636.JPG

 

 

DSC02639.JPG

 

 

DSC02646.JPG

 

 

DSC02649.JPG

 

 

Jeśli czerwony, to od razu na myśl przychodzą mi odświętne kurtki królewskich gwardzistów. Podobają mi się w tych paradnych strojach, wielkich czarnych czapach albo w złotych hełmach, na ogromnych koniach. I dlatego, kiedy tylko mogę, staram się być przed Pałacem Buckingham w czasie uroczystej zmiany warty, która odbywa się o 11:30.  Przynajmniej jeden raz podczas mojego pobytu w Londynie. Ta parada niezmiennie przyciąga tłumy turystów. I mnie, jeśli tylko mam czas. Tym razem przejechali przede mną żołnierze z The Grenadier Guards, co można poznać po białych pióropuszach.

 

 

DSC02653.JPG

 

 

DSC09325.JPG

 

 

DSC09326.JPG

 

 

DSC09327.JPG

 

 

Po paradzie poszłam w kierunku Stable Yard Road, przecznicy głównej ulicy czyli The Mail prowadzącej od Charing Cross do Pałacu Buckingham. Przy Stable Yard Rd mieści się Clarence House, w którym mieszkają książę Karol ze swoją żoną księżną Kamilą oraz ich syn Harry. Przy wlocie ulicy ustawione są dwie budki strażnicze, przy których wartę pełnią żołnierze w galowych mundurach.  Małe białe butony na ogromnych czapach z futra niedźwiedzi kanadyjskich świadczą o tym, że również ci żołnierze są grenadierami. Jejku... Malutkie takie chłopaczki w wielkich czapach i wielkich butach, z wielkimi karabinami w drobnych rączkach. Może to kadeci, bo wyglądają bardzo młodziutko. Niemniej bagnety osadzone na karabinach wyglądają bardzo groźnie. Za szlabanem zastawiającym wjazd w ulicę kłębi się tłumek turystów. Słychać wszystkie języki świata, istna wieża Babel. W tym tłumie ja podobnie, jak wszyscy robię zdjęcia żołnierzom, którzy wyglądają, jak figurki, jak breloczki do kluczy. Wrażenie potęguje się, gdy żołnierze prezentują broń i maszerują kilkakrotnie w tę i z powrotem, by ponownie stanąć nieruchomo w pozycji na baczność. Zupełnie, jakby to byli nakręcani Toy Soldiers. Patrzyłam, jak maszerują z pewnego rodzaju rozrzewnieniem pomieszanym z... rozbawieniem. Byli tak szczupli, że nogawki spodni łopotały wokół cieniutkich łydek, a buciory wydawały się zbyt duże. Nie mówiąc już o ogromnych czapach opadających  im na oczy. Czyżby kryzys  dopadł również armię brytyjską? Może należałoby lepiej karmić żołnierzy!

 

 

DSC02658.JPG

 

 

DSC09338.JPG

 

 

DSC09344.JPG

 

 

DSC09348.JPG

 

 

DSC09349.JPG

 

 

DSC09352.JPG

 

 

DSC09354.JPG

 

 

 Wróciłam do St James Park i rozłożyłam się na trawie. Zdjęłam buty i wystawiłam twarz do Słońca. Spoza ciemnych okularów obserwowałam otoczenie. Nieopodal mnie odpoczywały rodziny z dziećmi, grupki Japończyków, osoby zatopione w lekturze... Dobrze jest się wyciągnąć na trawie, pod stopami czuć rozgrzaną ziemię bez obawy, że wdepnie się w pamiątkę po jakimś Azorku. Akurat do St James Park pieski i rowerzyści nie mają wstępu, co z uwagi na ogromną liczbę pieszych oraz ptactwa jest w pełni uzasadnione.   

 

 

DSC02663.JPG

 

 

DSC09260.JPG

 

 

DSC09355.JPG

 

 

DSC09357.JPG

 

 

DSC09385.JPG

 

 

DSC09300.JPG

 

 

Tak sobie leżałam i odpoczywałam, gdy nagle zobaczyłam mężczyznę z teleobiektywem. Przymierzał się do zdjęcia, dreptał w miejscu, odchodził na bok kilka kroków, by znów wrócić w to samo miejsce.  Zaczęłam się przyglądać uważnie, ale jakoś nie mogłam zlokalizować obiektu jego zabiegów. W końcu nie zrobił żadnego zdjęcia tylko ruszył w kierunku wielkiego krzewu. Przed nim szedł pomocnik ze statywem, a za nim kolejny pomocnik z walizą na kółkach... cały ten orszak prawie zniknął za krzakiem, gdy zdecydowałam się zrobić zdjęcie kolejnemu Panu Fotografowi. Niestety, prawie mi zszedł z pola widzenia, ale i tak zdjęcie pomocnika mi wyszło, a i Pan Fotograf majaczy w oddali. Pomyślałam, że mogłabym obejść krzak i wyjść naprzeciw całemu orszakowi, ale... nie chciało mi się. Niech sobie idą w spokoju, a ja poleżę na trawie.  

 

 

DSC09299.JPG

 

 

Odpoczęłam trochę i ruszyłam przez park. Mijałam grupki ludzi otaczających ruchliwe wiewiórki-żebraczki. Gdyby były rude mogłabym je pomylić z tymi w Łazienkach. Równie szybkie i równie śmiałe.

 

 

DSC09117.JPG

 

 

DSC01248.JPG

 

 

Z mostu nad jeziorem sfotografowałam przepiękną  fasadę siedziby Foreign Office. Niezmiennie robi na mnie wrażenie! Skądś dobiegły jakieś dźwięki. Okazało się, że jakiś człowiek grał na... kieliszkach. Pięknie grał więc rzuciłam pieniążka. Już się nauczyłam, żeby w kieszeniach zawsze mieć jakieś drobne dla ulicznych artystów.

 

 

DSC09275.JPG

 

 

DSC09369.JPG

 

 

DSC09372.JPG

 

 

Zabawne, są zdjęcia w mojej głowie, których nie zrobiłam albo mi nie wyszły z różnych przyczyn. Teraz mi się przypomniało, gdy pisałam o zakazach, jakie funkcjonują w niektórych parkach, o sympatycznym pubie  Old Chain Pier w Edynburgu nad  Firth of Forth, gdzie byłam z Asieńką i Paulem. Tam z kolei psy są jak najmilej widziane, istnieje natomiast zakaz przyprowadzania... dzieci. Co ma zresztą swój głęboki sens. Wszystkie psy, jakie widziałam w tym pubie leżały spokojnie pod stolikami. Nie wrzeszczały, nie biegały po sali i nie przeszkadzały innym gościom. Już nawet nie wspominając o tym, że  żadna „power mama” nie karmiła dziecka piersią przy stoliku, ani go na tym stoliku nie... przewijała. Przesadzam? Nawet jeśli tak, to tylko odrobinkę.

 

 

DSC03174.JPG

 

 

DSC03175.JPG

 

 

DSC03203.JPG

 

 

I jeszcze, tak na zakończenie taki sympatyczny dudziarz grający na moście... jak wiecie, Szanowni Tubywalcy, lubię facetów w spódniczkach. Pa, pa!

 

 

DSC09115.JPG

 

 

DSC09220.JPG

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Złote...

poniedziałek, 13 października 2014 23:45

 

 

... promienie wlewają się przez okno. Moja brzoza ubrała się w zielono-żółtą sukienkę... jeszcze dzień, jeszcze dwa i zmieni ją na złotą kreację... nim obnaży się całkiem. Teraz jeszcze w cudowny sposób przesiewa światło przez palce gałązek rzucając na ściany migotliwe refleksy. Jest pięknie, zupełnie, jakby to nie był październik, a sierpień. I tylko troszkę mi żal, że takiej pogody nie miałam w sierpniu, podczas pobytu na Wyspach. Och, było też kilka dni pięknych i słonecznych, ale w pozostały czas pogoda mnie nie rozpieszczała. A już najbardziej rozczarowałam się w ostatni weekend sierpnia, gdy odbywał się karnawał w Notting Hill. Uściślając,  w  poniedziałek, kiedy w Anglii był Summer Bank Holiday czyli letni bankowy dzień wolny od pracy.  W takich dniach banki nie pracują, nie mogą więc działać inne firmy. Wolnego nie mają jedynie służby użyteczności publicznej i służby mundurowe.  Każdy z krajów leżących na Wyspach  ma własne terminy Bank Holliday, chociaż niektóre się pokrywają. I tak, na przykład w Irlandii dzień wolny wypada w dzień św. Patryka, a w Szkocji w dniu św. Andrzeja. Summer Bank Holiday obowiązywał w tym roku we wszystkich krajach oprócz Irlandii. To dosyć skomplikowane... Wykorzystując więc dzień wolny wybraliśmy się z Marcinem mimo deszczu i chłodu, bo... nie wybaczylibyśmy sobie straty takiej okazji. Totalne szaleństwo! Aury i ludzi. I sprzętu, a konkretnie mojej lustrzanki, która po godzinie odmówiła posłuszeństwa.  Zaparował wizjer całkiem. Część zdjęć robiłam kompletnie na ślepo, jak to mówią „na czuja”. Z nadzieją, że coś może z nich uda się wybrać. Szaleństwo na ulicach... a zaczęło się już w metrze, gdzie na kolejnych stacjach wsiadały kolorowe grupy podążające w tym samym, co my kierunku. Dziewczyny z fantazyjnymi makijażami, z torbami wypchanymi karnawałowymi strojami, pióropuszami ze strusich piór i maskami. Chłopcy w wielobarwnych bluzach, w kolorach szkół samby... tylko my tacy... normalni! I... ani jednego dziecka! Dzieci miały swój karnawał dzień wcześniej czyli w niedzielę. Dzisiaj jest impreza dla dorosłych!

 

 

Wysiedliśmy na stacji i wyszliśmy na powierzchnię prosto w deszcz. Mój skromny makijaż w momencie przestał istnieć! W d...e makijaż, gdy oczy zalewa rzęsisty deszcz... chusteczki!!! Kupuję w sklepie całą pakę i ładuję do kieszeni Marcina... przydadzą  się dla nas i dla sprzętu... a może odwrotnie.  Na Landbroke Grove tłumy. Poruszamy się noga za nogą. Ja tyłem, żeby fotografować ludzi, a nie ich plecy. Mijamy ogromne platformy zbudowane na przyczepach ciągniętych przez ciężarówki.  Z platform wypełnionych sprzętem nagłośniającym dudni karaibska muzyka. Wszędzie flagi... Barbados, Jamajka, Granada, Dominikana... wiele osób pomalowanych w narodowe barwy. A wokół pióropusze. Na głowach i w pupach. Dziewczyny w kolorowych strojach owinięte przezroczystymi pelerynami. Jeszcze się chronią przed zimnym deszczem. Nie na długo. Niebawem będzie im już wszystko jedno. Podobnie jak wysokim smukłym ciemnoskórym chłopakom poprzebieranym równie malowniczo. W tym tłumie wyławiam kolorowe twarze, uśmiecham się i robię zdjęcia. Zabawne, niektóre dziewczyny wcale dziewczynami nie są...

 

 

DSC00387.JPG

 

 

DSC00390.JPG

 

 

DSC00395.JPG

 

 

DSC00412.JPG

 

 

DSC00413.JPG

 

 

DSC00416.JPG

 

 

DSC00418.JPG

 

 

DSC00424.JPG

 

 

DSC00428.JPG

 

 

DSC00434.JPG

 

 

DSC00439.JPG

 

 

DSC00447.JPG

 

 

DSC00449.JPG

 

 

DSC00456.JPG

 

 

DSC00464.JPG

 

 

DSC00468.JPG

 

 

DSC00471.JPG

 

 

DSC00474.JPG

 

 

DSC00480.JPG

 

 

DSC00482.JPG

 

 

DSC00494.JPG

 

 

DSC00497.JPG

 

 

 

 

 

DSC00498.JPG

 

 

DSC00501.JPG

 

 

DSC00503.JPG

 

 

DSC00505.JPG

 

 

DSC00508.JPG

 

 

DSC00509.JPG

 

 

DSC00516.JPG

 

 

DSC00521.JPG

 

 

DSC00542.JPG

 

 

DSC00546.JPG

 

 

DSC00571.JPG

 

 

DSC00583.JPG

 

 

DSC00584.JPG

 

 

DSC00589.JPG

 

 

DSC00593.JPG

 

 

DSC00594.JPG

 

 

DSC00596.JPG

 

 

DSC00598.JPG

 

 

DSC00613.JPG

 

 

DSC00616.JPG

 

 

DSC00645.JPG

 

 

DSC00653.JPG

 

 

DSC00655.JPG

 

 

DSC00657.JPG

 

 

Na platformach oprócz sprzętu muzycznego wielkie pojemniki z jedzeniem i napojami... i nie są to napoje bezalkoholowe. W 2007 roku zostało opróżnionych 25 tysięcy butelek rumu i 19 tysięcy litrów jamajskiego piwa! Czymś musi się całe to wielotysięczne towarzystwo rozgrzać. Ze zdziwieniem zauważam, że witryny antykwariatów i sklepów są pozabijane wielkimi płytami sklejki. Dziwię się tylko przez moment... wielkie tafle szkła zapewne długo by nie wytrzymały naporu tłumu, a i bezpieczne by to nie było. Tradycyjnie, na wylotach wszystkich przecznic poustawiane zapory pilnowane przez policjantów. Widziałam to już w 2007 roku podczas Sylwestra. Po prostu, służby porządkowe kierują tłum wyznaczonymi ulicami. Łatwiej wówczas kontrolować przebieg imprezy.

 

 

Powoli czuję, jak przemakam do szpiku kości. Marcin szuka odpowiedniego miejsca na schodach któregoś z domów. Nie prywatnego, bo możemy zostać poproszeni o opuszczenie cudzego terenu tylko domu „councilowskiego” czyli kwaterunkowego należącego do miasta. Wreszcie jest odpowiednie miejsce. Wdrapuję się po śliskich schodach i chowam pod mizerny daszek szerokości najwyżej metra. Na schodach stoją dwie szczupłe blade blondynki. Uśmiechamy się do siebie. Wreszcie mogę wytrzeć sprzęt do sucha, w miarę możliwości, oczywiście, usiąść na murku i spokojnie obserwować z góry paradę. Szczerze? Leczę kompleksy! Już nigdy nie powiem o sobie, że jestem za gruba! Patrzę z podziwem na dziewczyny w mocno wyciętych strojach, z których wypływa tu i ówdzie ciałko! Ciałko!!! W ulewnym deszczu, z piórami, które z każdą chwilą stają się bardziej oklapnięte, z makijażami, które jakimś cudem jeszcze nie spłynęły te dziewczyny są po prostu piękne! Z szerokimi uśmiechami, z biodrami falującymi w rytm muzyki, z pupami podrygującymi w shake’u, z włosami skręconymi w pierścionki... każda z nich, nieważne czy nastolatka, czy dojrzała kobieta jest prawdziwą pięknością chociaż może nie ma figury modelki. Zastanawiam się, jak wyglądałaby taka impreza u nas... z naszą mieszanką samokrytycyzmem i fałszywej  wstydliwości. I złośliwością w stosunku do bliźniego swego! I pikietami moherowych beretów oraz narodowców... Apage satanas! Ale teraz wracam na Notting Hill gdzie deszcz raz pada, a raz leje. Z zazdrością patrzę na kolorowe kubki, które dzierżą w dłoniach przechodzący ludzie. W tym momencie żałuję, że nie piję alkoholu. Może by pomógł na ten mokry ziąb.

 

 

DSC03508.JPG

 

 

DSC03513.JPG

 

 

DSC03517.JPG

 

 

DSC03520.JPG

 

 

DSC03554.JPG

 

 

DSC03569.JPG

 

 

DSC03600.JPG

 

 

DSC03602.JPG

 

 

Białe dziewczyny stojące obok nas schodzą na ulicę. Jednej z nich coś wypada z kieszeni. Pusty woreczek z charakterystycznym rysunkiem. Patrzymy na siebie z Marcinem i parskamy śmiechem... a nie wyglądały!

 

 

DSC03545.JPG

 

 

Mijają nas kolejne platformy, za którymi w pochodzie tańczą tancerze z różnych szkół tańca. Niesamowita jest różnorodność i pomysłowość w wykonaniu strojów. Akurat na wprost nas zatrzymała się londyńska szkoła samby. Szeroko biodrzaste matrony w białych sutych sukniach tańczą taniec wzorowany chyba na menuetach białych plantatorów. Starszy pan w białym garniturze zaprasza do samby ciemnoskórą długonogą piękność... cudny jest!  Za nimi dziewczyny w czapkach policjantów... przynajmniej mają osłonę przed deszczem. Ach, ten deszcz!

 

 

DSC00672.JPG

 

 

DSC00694.JPG

 

 

DSC00701.JPG

 

 

DSC00706.JPG

 

 

Nadciąga kolejna grupa. To około stuosobowa grupa bębniarzy. Co za efekt! Trzech dyrygentów panuje nad synchronizacją rytmu i melodii. Dźwięki bębnów odbijają się w kanionie ulicy potęgując wrażenie. To BATALA z Francji, jak czytam na bębnach. Jestem zachwycona!!! Chwilę ich słuchamy po czym przebijamy się przez tłum i idziemy na Portobello na tradycyjne „fish & chips” czyli rybę z frytkami. Deszcz jakby zmalał, a może to tylko moje pobożne życzenie!

 

 

DSC03476.JPG

 

 

DSC03486.JPG

 

 

Przechodzimy kolejnymi ulicami i znów mamy cały pochód przed sobą. Plan tegorocznego karnawału  zamyka się ulicami Landbroke Grove, Westbound Grove, Chepstow Rd i Great Western Rd.  Wewnątrz tego kwadratu zamontowano sceny z tzw. ścianami dźwięku, gdzie muzykę prezentują najlepsi DJ-e z całego świata. Trzydzieści kilka wielkich dyskotek. Masa ludzi podryguje we frenetycznym tańcu, chociaż, czy przestępowanie z  nogi na nogę można nazwać tańcem? Nie ma się jak przebić przez tłum... zaczynam czuć się klaustrofobicznie. Muszę się stąd wydostać. Nie dziwcie się, Najmilsi Tubywalcy. Ja jestem niewysoka więc w tłumie rosłych facetów czuję się niezbyt komfortowo. W końcu jakimś cudem wydostajemy się z ciżby... wokół unosi się wszechobecny zapach ziela. Wiem, że po tej imprezie nie pomylę tego zapachu z żadnym innym! Powoli idziemy w kierunku stacji metra. Po drodze robię kolejne zdjęcia grupek tancerzy. Już porozpraszanych, przemieszanych, bawiących się wspólnie.

 

 

DSC03709.JPG

 

 

DSC03708.JPG

 

 

DSC03706.JPG

 

 

DSC03642.JPG

 

 

DSC03681.JPG

 

 

DSC03690.JPG

 

 

DSC03695.JPG

 

 

DSC03698.JPG

 

 

Pod nogami chrzęszczą kolorowe szkiełka z bogatych strojów, plączą się pióra, gdzieś na stercie śmieci tkwi porzucona korona. Tu i ówdzie widać poprzytulane pary tańczące w rytm hipnotyzującej muzyki. Niektóre dziewczyny ocierają się o siebie nawzajem naśladując ruchy kopulacyjne... szczerze? Bawi mnie to bardzo. Z mobilnych barów dociera zapach smażonych kurczaków i aromatycznych przypraw. Zaczynam czuć głód. Wracamy do domu.  Jeszcze spacer do oddalonej stacji metra, bo ta najbliżej imprezy jest zamknięta. Jestem koszmarnie zmęczona, bolą mnie plecy i nogi. Jest mi zimno, ale... warto było!!! Jeśli w przyszłym roku się uda, to chciałabym zobaczyć to jeszcze raz! W promieniach Słońca... jak na Karaibach!

 

 

DSC03714.JPG

 

 

Jeszcze słowo o londyńskich policjantach. Są cudni! Swobodni, uśmiechnięci, na (pozornym) luzie! Z pobłażaniem patrzą na bawiący się tłum, pozują do grupowych selfie, nawet im nie przeszkadzają dziewczyny zalotnie kuszące swymi wdziękami. Już sobie wyobrażam naszych stróżów prawa... groźnych, nieprzystępnych i nadętych! Kiedyś już pisałam, że luz londyńskich Bobbies może być mylący. Potrafią egzekwować prawo jeśli tego wymaga sytuacja. W każdym innym przypadku po prostu są i to wystarczy.

 

 

DSC00477.JPG

 

 

DSC03632.JPG

 

 

DSC03633.JPG

 

 

Mam nadzieję, że udało mi się choć w części oddać atmosferę i kolory Notting Hill Carnival 2014, co z uwagi na niesprzyjające warunki atmosferyczne i tak zakrawa na cud! mam nadzieję, że nie zanudziłam Was, Tubywalcy Szanowni tak dużą ilością zdjęć. Miałam dzisiaj zahaczyć o inny temat, ale to już następnym razem. Będzie o czasie i zbiegu okoliczności, jaki czasem rządzi naszym życiem. Teraz już czas na sen. Dobrej nocy zatem i karnawałowe pa, pa!

 

 

A na dobranoc, zajrzyjcie pod ten link... mała próbka artyzmu BATALI! http://www.youtube.com/watch?v=22apCnRi3Ac

 

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Początek...

sobota, 11 października 2014 22:00

 

 

... października. Coraz krótsze dni, coraz chłodniejsze poranki i wieczory, jesienne mgły i żółknące liście. W niedzielę wybrałam się do zagórskiego lasu z nadzieją, że może zaskrońce jeszcze nie śpią i uda się jakiegoś sfotografować. Niestety, mimo słonecznego i ciepłego dnia, węże się nie pojawiły. Żebym jednak nie czuła się całkiem rozczarowana staw zaroił się od maleńkich żabek. Zielonych i ruchliwych. Maleńkich niczym paznokieć i ślicznych, jak  klejnociki.

 

 

 

DSC01913.JPG

 

 

DSC01919.JPG

 

 

DSC01951.JPG

 

 

Być może, był wśród nich jakiś Mały Książę, ale jakoś nie miałam ochoty tego sprawdzać... cóż, całowanie tylu oślizłych pyszczków niezbyt mi się uśmiechało. Poza tym, co ja bym z takim księciem zrobiła? Jeszcze by sobie pierogów zażyczył albo uprania skarpetek? Książę też facet i pewnie swoje wymagania by miał. Zostawiłam więc za sobą żabi staw, co najśmieszniejsze pachnący intensywnie... winem. I to nie żadnym porto, ani nawet chardonnay tylko naszym swojskim jabolem. Poczuwszy ten zapach rozejrzałam się niespokojnie wokół, bo gdzieś w tatarakach mogła odbywać się jakaś zakrapiana impreza. Na szczęście, to tylko rosnąca nad brzegiem jabłoń gubiła owoce, które spadając do wody gniły w niej wydzielając intensywny winny zapach. Nagle spomiędzy wysokich szuwarów nadleciała duża ważka i... usiadła mi na ramieniu. Starałam się nie wykonywać gwałtownych ruchów, żeby jej nie spłoszyć. Duży obiektyw w aparacie nie pozwalał na zrobienie zdjęcia.. zresztą jak, lewą ręką?  Usiłowałam delikatnie wyciągnąć z kieszeni mały aparat, ale ważce znudziło się siedzenie bez ruchu i odfrunęła... szkoda.

 

 

Ruszyłam przez las w kierunku drugiego stawu z nadzieją na ciekawe zdjęcia. Niestety,  nie tylko ja wybrałam to miejsce jako cel wędrówki.  Wokół jeziorka tkwiło kilku wędkarzy...  i nici z ujęć cichego nastrojowego jeziorka. Wycofałam się więc dyskretnie i powędrowałam dalej.  Zastanawiałam się, dokąd właściwie mam iść, gdy nagle coś błysnęło wśród zielonych źdźbeł trawy. Kolejna ważka! Susząca w słonecznych promieniach swoje skrzydełka mokre od rosy. Biedne skrzydełka, postrzępione i noszące ślady jakichś nawałnic i dramatycznych zdarzeń.  Patrzyłam na nią myśląc, że lada moment zginie, bo ważki występujące w Polsce  zimują w postaci jaj lub larw. Jedynie straszka północna zimuje w postaci dorosłego owada, ale jest niezwykle rzadkim gatunkiem. Ta, którą spotkałam to była chyba lecicha mała... czyż nie jest piękna?

 

 

 

DSC01851.JPG

 

 

DSC01856.JPG

 

 

DSC01861.JPG

 

 

DSC01863.JPG

 

 

DSC01868.JPG

 

 

Podobnie, jak spotkany na tej samej łące świerszcz... albo konik polny. Nie jestem entomologiem i nie odróżniam tych dwóch gatunków. Ten był wyjątkowo duży i nad podziw spokojny. Również suszący się w promieniach jesiennego Słońca. Kilka zdjęć i skoczył gdzieś między wysokie trawy... i tyle go widziałam.

 

 

DSC01987.JPG

 

 

DSC01991.JPG

 

 

DSC01996.JPG

 

 

Ostatnie dni, ciepłe i słoneczne troszkę poprawiły mi nastrój. Chociaż momentami dopadało mnie jakieś przedziwne zmęczenie. Przesilenie jesienne? A może wpływ halnego wiatru wiejącego w górach? Nie wiem, ale spokojnie się temu poddałam i zwolniłam troszkę tempo. Wczoraj natomiast wzięłam jeden dzień urlopu (tym sposobem, do końca roku pozostały mi tylko cztery dni!) i pojechałam z moją Przyjaciółką Anią do Pszczyny. Raz na pół roku, mniej więcej, wyruszamy wspólnie na krótkie wypady. Tym razem padło na Pszczynę. Pogoda o poranku była niezbyt zachęcająca. Trochę mglisto i sporo chmur na niebie. Czarując aurę nie wzięłam żadnego parasola, natomiast nie zapomniałam o okularach przeciwsłonecznych i... udało się!  Było pięknie, w Słońcu wręcz upalnie, żadnego wiatru... wymarzona pogoda na wycieczkę. Pszczyna jest urokliwa, pełna pięknych kamienic, cichych zaułków, szczyci się także przepięknym rynkiem.

 

 

DSC00026.JPG

 

 

DSC00043.JPG

 

 

Później weszłyśmy do  Zamku Książąt Pszczyńskich. Po raz kolejny zachwyciłam się wnętrzami, bibelotami, freskami i polichromiami, arcydziełami rzemiosła dawnych twórców.  A to wszystko zalane słonecznymi promieniami wpadającymi przez wysokie okna. Jedyne, co niezbyt mi się podobało, to wszechobecne trofea myśliwskie jako, że kolejni panujący tu możnowładcy kochali polowania. Lasy pszczyńskie pozwalały na organizowanie polowań, na które przyjeżdżał nawet sam Cesarz z dalekiego Wiednia. Chodziłyśmy po kolejnych zamkowych pokojach z buziami otwartymi w podziwie. To jest coś, co warto zobaczyć.

 

 

DSC00099.JPG

 

 

DSC00107.JPG

 

 

DSC00109.JPG

 

 

DSC00131.JPG

 

 

DSC00137.JPG

 

 

DSC00141.JPG

 

 

DSC00167.JPG

 

 

DSC00169.JPG

 

 

A już Sala Lustrzana jest niesamowita. Wysoka na 12 metrów z trzema ogromnymi kryształowymi żyrandolami, malowidłami na suficie oraz kryształowymi lustrami obecnie pełni rolę sali koncertowej. Z korytarza na drugim piętrze można wejść na balkony zawieszone wysoko ponad salą. Kiedyś na tych balkonach siedzieli muzycy przygrywający gościom bawiącym się poniżej.  A wśród  gości przechadzała się Księżna  Maria Teresa Oliwia Hochberg von Pless, z domu Cornwallis-West, zwana pieszczotliwie Daisy (stokrotka) lub Sisi, bawiąc się legendarnym sznurem pereł, który ponoć liczył 3,5 tys. sztuk i miał 6,7 m długości. Książę zakupił go w Paryżu za 3,5 mln marek. Księżna Daisy sprzedała część pereł (pozostawiła sobie jedynie sznur około metrowej długości) w 1936 roku by uratować swojego najmłodszego syna z gestapowskiego wiezienia. Niestety, Bolko zmarł kilka tygodni po uwolnieniu.

 

 

DSC00149.JPG

 

 

DSC00151.JPG

 

 

DSC00152.JPG

 

 

DSC00157.JPG

 

 

DSC00164.JPG

 

 

DSC00166.JPG

 

 

 Księżna w swoich czasach  uchodziła za piękność, a już obwód jej talii przyprawiał mężczyzn o sercowe rozterki. Na owe czasy była osobą dość kontrowersyjną. Nie trzymała się sztywno konwenansów, stać ją było na odrobinę szaleństwa, co w środowisku niemieckiej arystokracji, mocno skostniałym i rygorystycznym często nosiło znamiona skandalu. No cóż, wówczas za skandal i niezrozumiałe zachowanie uważano na przykład... jeżdżenie z dziećmi na sankach!!! Nie wspominając nawet o przypisywanych Daisy kochankach, wśród których miał być nawet sam cesarz. Plotki były nieodłączną częścią jej życia. A gdy została w wieku 49 lat rozwódką wielu z jej dawnych „przyjaciół” odsunęło sie od niej... samo życie. Krzywdzące dla Daisy jest to, że patrzono na nią jak na pustą lalkę podczas, gdy była osobą niezwykle inteligentną i szlachetną pomagającą potrzebującym. Szczerze podziwiam tę kobietę i z prawdziwą przyjemnością oglądałem jej ślady pozostawione w Pszczynie.

 

 

 

 

A tak wyglądała Księżna Daisy w latach 20-tych XX wieku. Miała wówczas około 50 lat. Jak dobre wino – im starsza tym piękniejsza.

 

 

Kolejnym punktem programu naszej wycieczki były stajnie dworskie czyli zabudowania gospodarcze nieopodal zamku. Piękny kompleks składający się ze stajni, ujeżdżalni (niestety, w latach 70-tych zamienionej na szkolną salę gimnastyczną), powozowni i garaży. Stajnie robią niesamowite wrażenie. Niezwykłe sklepienia, boksy na około 50 koni i okrągłe okna zalewające pomieszczenie światłem... wręcz ma się wrażenie, że słychać rżenie koni... Teraz te pomieszczenia zmieniły swoje przeznaczenie i są galerią sztuki, miejscem wystaw i wydarzeń kulturalnych. Miałyśmy szczęście, że kupując bilety uzyskałyśmy w promocji usługi profesjonalnej przewodniczki. Niewiele osób zdaje sobie sprawę, że dawne posiadłości szlacheckie to nie tylko zamki lub pałace, ale również zaplecze gospodarcze pozwalające na samowystarczalność i wygodną egzystencję właścicieli. Kuchnia, browar, piekarnia, pralnia czy właśnie stajnie to część tego zaplecza. Niestety, po II wojnie światowej kompleks ten został przeznaczony na magazyny, pomieszczenia różnych firm oraz prywatne mieszkania. N szczęście, nie wszystko uległo zniszczeniu i teraz można w starych murach odnaleźć klimat dawnych czasów.

 

 

DSC00001.JPG

 

 

DSC09993.JPG

 

 

DSC09995.JPG

 

 

DSC00018.JPG

 

 

DSC00016.JPG

 

 

DSC00021.JPG

 

 

Podobnie, jak w skansenie wsi śląskiej, gdzie zgrupowano zabytki drewnianej zabudowy – chat, stodół, obór, kuźni i pasiek ocalając je od zniszczenia. Na szczęście, zachowano te obiekty w niezmienionej formie, nie „ulepszając” ich ani nie naprawiając. Zabezpieczono je jednak przed dalszym zniszczeniem. Wrażenia? No cóż, nie należę do wysokich osób, a w niektórych chałupkach dotykałam głową stropu. We wnętrzach przechowywane są sprzęty domowe, gospodarskie, niektóre izby są zrekonstruowane tak, jakby mieszkańcy wyszli tylko na chwilę.

 

 

DSC00193.JPG

 

 

DSC00195.JPG

 

 

DSC00198.JPG

 

 

DSC00207.JPG

 

 

DSC00227.JPG

 

 

DSC00229.JPG

 

 

DSC00232.JPG

 

 

DSC00235.JPG

 

 

DSC00248.JPG

 

 

DSC00249.JPG

 

 

DSC00258.JPG

 

 

 

Wpis byłby nieważny bez najnowszych zdjęć Diesla i Rudencjusza, prawda? Wiem, że chłopaki mają swoich fanów oraz fanki. Dla wszystkich więc miłośniczek i miłośników biało czarnych i rudych futer kilka zdjęć z ostatnich dni.

 

 

 

DSC00053.JPG

 

 

DSC00064.JPG

 

 

DSC09848.JPG

 

 

DSC09849.JPG

 

 

DSC09852.JPG

 

 

DSC09853.JPG

 

 

DSC09854.JPG

 

 

DSC09872.JPG

 

 

DSC09878.JPG

 

 

DSC09882.JPG

 

 

DSC09902.JPG

 

 

 

I to by było na tyle, przynajmniej na dzisiaj... bolą mnie plecy, trzy godziny przy komputerze... tak, tak... tak to wygląda, gdy wybiera się zdjęcia i przygotowuje je do umieszczenia na stronie.  Nic to, jak się ma szajbę na tym punkcie, to płaci się bólem kręgosłupa. I tym reumatologiczno-ortopedycznym akcentem, pa, pa!


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

I znów...

niedziela, 05 października 2014 2:16

 

 

... wakacje odsuwają się na dalszy plan, bo bieżące tematy warte są kilku słów i kilku obrazków.  A Kraków jest jednym z takich tematów, prawda?  Tak prawdę powiedziawszy, to Kraków również się zdezaktualizował, bo minął już tydzień od dnia, kiedy tam pojechałam. To nie tak, że ja się lenię i nie chce mi się pisać. Tak naprawdę, to każdy tekst, jaki umieszczam na blogu wypływa z głębi mojego jestestwa... o rany, jak to zabrzmiało! Nie miało być tak górnolotnie. Może lepiej napisać „prosto z serca”?  Są momenty, gdy nie czuję słów, jakoś nie składają się w sensowne zdania, jakoś nie umiem znaleźć ich sensu. Gdy po prostu nie umiem nic napisać. Stąd moje dłuższe i krótsze przerwy. To tylko tak, tytułem usprawiedliwienia, wytłumaczenia, że cisza na blogu nie wynika z lekceważenia przeze mnie Was, Szanowni Tubywalcy. Wynika z mojej niemocy, z mojego rozkojarzenia, na które wpływ ma świat, który mnie otacza, rzeczywistość osaczająca mnie niczym szara zimna mgła. Gdy problemy, z którymi muszę się mierzyć przesłaniają wszystko, nawet piękne chwile, którymi chciałabym się podzielić. Ostatnio wszystko jest nie tak... mam wrażenie, że do głosu znów dochodzi mroczna strona mojej natury. Ta ciemna i smutna. I znów zdarzają się dni, kiedy najchętniej wyłączyłabym telefon, zamknęła wszystkie drzwi, zasłoniła okna i nie wpuszczała najmniejszego sygnału z zewnątrz.  Umrzeć – zasnąć. Zasnąć! Może śnić?

 

 

Dzisiaj rano pożegnałam serdecznego Znajomego z przeszłości... niespodziewanie, boleśnie, niezrozumiale. Siedziałam w kościele wśród tłumu ludzi, wspominałam dawno minione chwile, gdy spotykaliśmy się całą paczką na imieninach, rodzinnych uroczystościach, a czasami tak, bez okazji. I zastanawiałam się, jak to się stało, że drogi nas wszystkich się rozeszły.  Porozpadały się związki, dzieci dorosły, czas nie obszedł się łaskawie z wieloma z nas. Pamiętam, spotkałam Tytusa może dwa lata temu, może to było półtora roku. Wpadliśmy na siebie, chwilę wspominaliśmy „stare dzieje”, on nie miał czasu, ja się spieszyłam. Wymieniliśmy się numerami telefonów na zasadzie „zdzwonimy się”... koniecznie! Od tamtej pory czasami przelatywało mi przez głowę, żeby zadzwonić, spotkać się z Nim, z Jego żoną, kiedyś moją bliską koleżanką, choćby w okrojonym gronie, pogadać. Ale znów nie było czasu, znów żaden moment nie był tym odpowiednim. Bo praca, bo obowiązki, bo.... a może to wszystko wymówki? Siedziałam tak w drewnianej ławce i nie mogłam uwierzyć w to, co się dzieje. Gdy odchodzą ludzie z przeszłości dzieje się dziwna rzecz. Wracamy do lat dawno minionych i czas staje w miejscu. Na taśmie pamięci wyświetlają się słowa, zdarzenia i ludzie. Tacy, jakimi byli kiedyś. I nagły ból, że już nigdy nie spotkamy się w tamtym gronie. Przyjaciół i Znajomych Królika. Bo nie ma już Andrzeja, teraz żegnamy Tytusa.. kto wylosuje kolejny numer? Z chóru zabrzmiała pieśń, która zawsze mnie rozwala, po prostu kładzie mnie na łopatki...

Anielski orszak niech twą duszę przyjmie,

Uniesie z ziemi ku wyżynom nieba,

A pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi,

Aż przed oblicze Boga Najwyższego.

Nic na mnie tak nie działa, nic tak bardzo nie kojarzy mi się z ostatecznym pożegnaniem, jak te słowa. I nie ma to nic wspólnego z wiarą bądź jej brakiem... może po prostu uczestniczyłam w swoim życiu w zbyt wielu pogrzebach bliskich mi ludzi? Siedziałam więc nieruchomo, pieśń przepływała przeze mnie, odbijała się echem w mojej głowie, pod powiekami zbierały się łzy i nagle spojrzałam na witrażowe okienko, wysoko pod sklepieniem. I zobaczyłam pajęczynę splecioną z kolorowych błyszczących nitek. Mieniącą się w świetle przefiltrowanym przez kolorowe szkło, drżącą pod odnóżami małego pająka. I wiecie co, Najmilsi Tubywalcy? Pomyślałam sobie, to chyba nie jest normalne, że chciałabym zrobić zdjęcie tej pajęczyny. I wręcz poczułam złość, że nie mogę tego zrobić. I uśmiechnęłam się w duchu myśląc, że Tytusowi pewnie by się to spodobało, gdybym nagle wstała z ławki i zaczęła robić zdjęcia pająkowi i jego pajęczynie. Miał specyficzne, abstrakcyjne poczucie humoru. I to by było wszystko, takie moje pożegnanie z czasem dawno minionym.

 

 

Wracając do tematu, od którego rozpoczęłam ten tekst, to znaczy do Krakowa. Jak wspomniałam, do Krakowa pojechałam w ubiegłą sobotę. Było mglisto, padał drobny deszcz, wszechobecna wilgoć wciskała się pod ubranie. Brrrrrr niezbyt komfortowe warunki na wycieczkę. Szczęśliwie dojechaliśmy na miejsce. Kraków w deszczu jest niesamowity, to miasto ma niezwykły klimat i urok. Mokre kocie łby, w których przeglądają się stare mury, klekot końskich kopyt odbijający się echem w wąskich uliczkach, Wawel niezmiennie robiący na mnie ogromne wrażenie. I w głowie brzmi mi utwór Marka Grechuty i Myslowitz...

Kraków jeszcze nigdy tak jak dziś

nie miał w sobie takiej siły i

może to ten deszcz, może przez tę mgłę

ale w każdej twarzy ciągle widzę cię...

Może tylko nie zgadza się fragment, że „nie zrobię więcej zdjęć, tak, wiem...

 

 

 

DSC09699.JPG

 

 

DSC09700.JPG

 

 

DSC09706.JPG

 

 

DSC09728.JPG

 

 

DSC09730.JPG

 

 

DSC09737.JPG

 

 

DSC09739.JPG

 

 

DSC09741.JPG

 

 

DSC09744.JPG

 

 

DSC09750.JPG

 

 

DSC09779.JPG

 

 

Zwiedzanie Katedry z rewelacyjną panią przewodnik – o ilu rzeczach nigdy do tej pory nie wiedziałam. Na przykład? Nigdy nie zauważyłam, że w fałdach szaty marmurowego posągu Królowej Jadwigi, tuż przy stopach ukryty jest malutki piesek – symbol wierności. A Król Łokietek ma stopy oparte na stołeczku, bo był niewielkiego wzrostu i rzeźbiarz musiał dodać jego wizerunkowi kilkanaście centymetrów. I że jeśli dotknie się serca dzwonu Zygmunta lewą ręką, tą od serca, i pomyśli się życzenie, to ono się spełni. Pomyślałam. Teraz nie pozostaje nic innego, jak tylko cierpliwie poczekać.

 

 

DSC09714.JPG

 

 

Kraków sprawił nam wszystkim niespodziankę, bo nagle rozsłonecznił się i rozświetlił. I nagle zrobiło się ciepło i przyjemnie. W sam raz na spacer po Rynku, na filiżankę latte i lody z owocami pod parasolem przy Sukiennicach, na zdjęcia z gołębiami siadającymi na rękach, na błękit i uśmiechanie się do ludzi. I na przystojnego husarza ze skrzydłami i długą piką (proszę, bez żadnych skojarzeń!).  I na hejnał z Wieży Mariackiej, na handlarkę demonstrującą koguciki-gwizdawki, na dorożki i niesamowite krakowskie siostry bliźniaczki, które przeszły przez Rynek trzymając się za ręce. W wianuszkach na blond włosach i w białych, prawie komunijnych sukienkach. Niesamowite, jak małe dziewczynki uwięzione w ciałach staruszek, zasuszone elfy, zupełnie, jakby czas się dla nich zatrzymał!

 

 

 

DSC01500.JPG

 

 

DSC09842.JPG

 

 

DSC09840.JPG

 

 

DSC09817.JPG

 

 

DSC09810.JPG

 

 

DSC09804.JPG

 

 

DSC01666.JPG

 

 

DSC01665.JPG

 

 

DSC01643.JPG

 

 

Ponieważ była chwila przerwy w programie wycieczki postanowiłyśmy wraz z moją cioteczną siostrą Teresą  zwiedzić podziemia pod Rynkiem. Niesamowite! Między Sukiennicami, a Kościołem Mariackim, pod kamiennym brukiem, na głębokości kilku metrów znajdują się wykopaliska dokumentujące przeszłość Krakowa. Prace trwały od 2005 roku, a dla turystów we wrześniu 2010 roku zostało oddane 4000 metrów kwadratowych wykopalisk. W gablotach wyeksponowano monety z XIV wieku, ozdoby i przedmioty codziennego użytku świadczące o historii Krakowa jako centrum wymiany kulturalnej i handlowej. Dawne trakty komunikacyjne świadczą o fakcie podnoszenia się Rynku na przestrzeni wieków do obecnego poziomu. Można tu zobaczyć zgliszcza starej chaty spalonej najprawdopodobniej podczas jednego z najazdów,  miejsca pochówku dawnych mieszkańców Krakowa, piwnice obecnych Sukiennic. Miejscami chodzimy pomiędzy dawnymi „świadkami archeologicznymi”, miejscami przechodzimy ponad wykopaliskami po przezroczystych płytach. Równocześnie możemy obejrzeć wirtualne inscenizacje obrazujące życie w dawnym Krakowie. Jeśli do tego dodamy wszechobecne interaktywne ekrany, z wyborem języka, w jakim wyświetlane będą informacje, to ogrom przedsięwzięcia budzi szacunek. Połączenie reliktów przeszłości z najnowocześniejszą technologią dało spektakularny efekt. A już kompletnie mnie zachwycił widok Kościoła Mariackiego spod ziemi przez szklaną fontannę. Jedno wielkie chapeau bas! Jeśli chcecie poczytać więcej, Najmilsi Tubywalcy, wystarczy wejść na stronę www.podziemiarynku.com, gdzie znajdziecie wszelkie informacje.

 

 

 

DSC09678.JPG

 

 

DSC09680.JPG

 

 

DSC09687.JPG

 

 

DSC09688.JPG

 

 

DSC09682.JPG

 

 

Jeszcze trochę zdjęć zakola Wisły z widokiem na Wawel w zachodzącym Słońcu i czas wracać do domu.

 

 

DSC09852.JPG

 

 

DSC09849.JPG

 

 

DSC09854.JPG

 

 

Wróciłam do domu, gdy było już ciemno. Pełna wrażeń i obrazów. Zadowolona, aczkolwiek nieprawdopodobnie zmęczona. Przede mną niedziela, pomyślałam, dłużej pośpię, wypocznę. Cóż, nie dane mi było, bo... obudziłam się przede świtem i zobaczyłam za oknem gęstą jak mleko mgłę. Zabrałam więc sprzęt i wymaszerowałam w szary świt... zdjęcia będą następnym razem. Teraz już pa, pa, Tubywalcy Najlsi!

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 718  

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557718

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości