Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 470 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Siedzę w...

sobota, 29 listopada 2008 8:58

... kafejce internetowej w Katowicach.  przystanek po drodze, czy raczej w drodze do Bielska. Bo, jakże by inaczej, zaspałam na  pociąg jadący bezpośrednio z mojego miasta. Na dodatek jechałam do Katowic dwoma autobusami, z których jeden popsuł się po kilku metrach od przystanku, natomiast w drugim wysiadło ogrzewanie. Jeśli więc będą jakieś literówki, proszę o wybaczenie, paluszki mi zmarznęli i nie pracują jak należy.  Jakby tego było mało,  temperatura obniżyła się i po porannym deszczu wszystko teraz przymarzło, czyli... szklanka.  Gdybym sama nie robiła za sarenkę Bambi na estakadzie przed dworcem katowickim, to pewnie bym się uśmiała. Bo cóż może być zabawniejszego niż taniec pingwinów na szkle?  Może, Gosia z rozjeżdżającymi się kończynami dolnymi, rozpaczliwie machająca kończynami górnymi. Całe szczęście, że skutecznie. A właśnie, ostatnio natknęłam się w mojej ulubionej TV na mini reportaż o kobiecie zbierającej czterolistne i więcejlistne koniczyny. Pokazali panią,  pokazali jej zbiory i na koniec spiker powiedział coś takiego: życzymy pani powiększenia kolekcji kończyn. Cholewcia, własnych czy cudzych?  I jak się to kolekcjonuje? Może trzeba mieć chody na oddziale chirurgii "twardej"? Brrrrrrrrrrrr horror.  Podobnie, chociaż temat troszkę inny, uśmiałam się czytając w Warszawie bilboard z hasłem. "Kocham. Nie biję." I podana była strona www.kochamniebije.pl. Co zinterpretowałam jako "Kocha mnie. Bije". Ale ja jestem stuknięta, o czym już zapewne większość znajomych wie. I tym optymistycznym akcentem, życząc miłego weekendu znikam w czeluściach katowickiego dworca. Pa, pa.

Trochę póżniej, już w Bielsku. Z okna widok na Skrzyczne, odrobina śniegu i czarny, chmurny masyw. Niestety, słoneczka nawet na lekarstwo, ale i tak jest pięknie.  Dawno tu nie byłam, czas nadrobić zaległości. Kończę więc ten wpis, za moment wybiorę się w odwiedziny do dawno nie odwiedzanych blogowych znajomych. Do zobaczenia więc na Waszych stronach, pa, pa.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Mam za sobą...

piątek, 28 listopada 2008 7:15

 

... ciężki dzień. Przed sobą wcale nie lżejszy.  Nie powinna więc nikogo dziwić moja rozedrgana psychika.  Koniec każdego miesiąca to stres, nerwy napięte jak postronki, panowanie nad sobą jakimś nadludzkim wręcz wysiłkiem.  Usiłuję rozładowywać konfliktowe sytuacje uśmiechem, czasem żartem ale często zdarza się, że wrogość i złość ludzka jawi mi się niczym betonowa ściana, o którą rozbijają się moje starania.  Chociaż nie zawsze. Podam maleńki przykład. Do lady podchodzi kobieta. Starsza i... wściekła.  I na dzień dobry rzuca mi się do gardła (prawie), że: ona nie będzie nic pisać, ona nie musi nic wypełniać, od tego ja tu jestem, powinnam przestać ją męczyć a w ogóle, to ona nie ma czasu na głupoty, bo w domu zostawiła swojego pieska i on za nią... płacze.  To wszystko  na granicy górnego „c". Pavarotti byłby pod wrażeniem. Za kobietą  mały tłumek przysłuchuje się z uwagą, co będzie dalej. Ochroniarz czujnie zerka a ja? A ja z uśmiechem mówię do wściekłej pani, że niestety pisać musi a skoro nie jest w stanie, może poprosić kogoś z kolejki, będzie szybciej. A co do pieska, to ja współczuję, sama w domu mam kotka, którego zostawiam na kilkanaście godzin, żeby obsługiwać osoby takie jak pani właśnie... „i jak pani sądzi,  co o tym myśli mój kotek?" Już w momencie, gdy to powiedziałam, zdałam sobie sprawę, że można było to zinterpretować jako czystą złośliwość, popatrzyłam czujnie na kobietę a tu... uśmiech jak słoneczko w samo południe opromienił jej twarz, po czym nastąpiła metamorfoza, ze wściekłego babona nagle stała się miłą starszą panią, która przeprosiła mnie za swoje zachowanie, napisała tych kilka zdań, które musiała napisać, by potem, już na odchodnym poprosić abym pozdrowiła  „biednego koteczka".  Jednym z następnych przy ladzie był bardzo elegancki (choć we fryzjerskim stylu)  pan. Pana kojarzyłam z małej aferki pół roku temu, gdy odesłałam go aby... wytrzeźwiał.  Czujnie pociągnęłam nosem, sam zapach wody kolońskiej (chyba, że stosowana była hmmm doustnie, ale nie chcę  nikogo obrażać), no i zaczęły się schody. Panu tak niemożliwie trzęsły się ręce, że nie był w stanie napisać ani jednej cyfry, ani jednej litery, a połowa dokumentów była niewypełniona.  Pan zawołał na pomoc kolegę.  Niestety, kolega też cierpiał na syndrom trzęsawki.  Przeszłam niezły trening cierpliwości, gdy jedno zdanie było pisane przez blisko kwadrans. Wniosek był tylko jeden, ponieważ poprzednim razem obaj panowie mieli nieprzyjemności związane ze stanem wskazującym więc teraz przyszli trzeźwi no i... rozpadali się na moich oczach.  Wyszłam z Firmy o 15:30, akurat zachodziło słońce. Stanęłam z otwartą buzią, twarz wystawiłam na wilgotne świeże powietrze i... odradzałam się powoli, zrzucałam z siebie balast ludzkich nieszczęść, ułomności i najprostszej w swej postaci biedy.  Użaliłam się nad sobą, to nieprawda,  że można  wykonywać tę pracę i nie zbierać w sobie wszystkich złych emocji, to nieprawda, że urzędnicy to nieczułe roboty biorące pieniądze za nic i myślące tylko o tym jak uprzykrzyć „porządnym ludziom" życie.  Wycierają sobie nami gęby politycy, pomiatają nami dziennikarze uogólniając i wrzucając wszystkich do jednego worka. Czasem mnie to wkurza, czasem boli, a cały czas niszczy.  I nawet nie można zaprotestować, nie mówiąc o zastrajkowaniu.  Normalnie płakać się chce.  A wracając do dwóch przykładów, które przytoczyłam, normą jest, że w ostatni dzień, gdy termin składania dokumentów mija mamy najwięcej ludzi i najtrudniejsze przypadki.  Dlatego właśnie koniec każdego miesiąca jawi mi się niczym senny koszmar.  Jeszcze tylko przeżyć piątek i... odpocznę, przynajmniej psychicznie, bo fizycznie niekoniecznie.  Umówiłam się z moim synem, że przyjadę do Bielska. Syn ma urodziny, nie napiszę, które bo... taka młoda a takiego ma starego syna (rany Julek!!!). No i obiecałam, że trochę pomogę mu w urządzaniu mieszkania. Lubię to,  jakieś firaneczki, jakieś zasłony i tego typu bzdurki. Już się cieszę. Ale to dopiero jutro. Teraz znikam w objęciach urzędniczych koszmarów. Pa, pa.

 

PS. Oj, ależ dzisiaj wykonałam ewolucję na drodze. Nie wiem co to było... piruet śmierci czy może była to spirala za kończona efektownym mostkiem na lewej ręce. Kręgosłup wytrzymał, ręka też (o dziwo!) natomiast ja, ja jeszcze jestem w stanie oszołomienia. Czy to znaczy, że jestem oszołomem? A może po prostu mam talent? Nic to... przed nami zima i wiele jeszcze ciekawych ewolucji...  tańczonych na lodzie, czego i sobie i Wam nie życzę. Pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Wczoraj rano zdołałam...

czwartek, 27 listopada 2008 7:14

... napisać zaledwie kilka słów. Jedno zdanie o szaleństwie tych, którzy są niezrozumiani przez innych. Miał być ciąg dalszy, niestety nie udało się. Może i lepiej, bo...  po powrocie z pracy w skrzynce pocztowej znalazłam prezent. Zupełnie niespodziewany, niespodziankowy prezent od Świętego Mikołaja - Anonima z Łęcznej. Chciało się Mikołajowi, Świętemu zresztą, odszukać mój adres i sprawić mi zupełnie niezwykłą radość. Dostałam tomik „Myśli o człowieku" pełen złotych myśli i aforyzmów wielkich ludzi, lecz najważniejsza była dedykacja od samego Świętego Mikołaja.  Zupełnie wyjątkowa i wzruszająca. Czuję się zaszczycona i wyróżniona. I szczęśliwa, że moje słowa, to co tutaj piszę jest dla kogoś na tyle ważne, że  postanowił mnie uszczęśliwić. I przeglądając ten wyjątkowy tomik nagle przeczytałam krótkie zdanie, autorstwa Platona. Człowiek zupełnie nie dotknięty szałem nie wejdzie do świątyni muz. Może więc warto  mieś w sobie tę odrobinę szaleństwa, tę iskrę, tę pasję. By móc otworzyć ciężkie kute wrota, za którymi schowany jest ogród Muz. Może tam właśnie rodzą się wszystkie pytania i wszystkie odpowiedzi? Może właśnie tam znajdziemy  sens naszego istnienia. 


PS.   W podzięce za prezent, taki mały rymek:


         Drogi z Łęcznej Święty Mikołaju

         (a może raczej Święta Mikołajowo?)

         wzruszyłam się szczerze, daję słowo,

         że chociaż żyję już ponad pół wieku,

         wciąż nie wiem wszystkiego o drugim człowieku!

         Wiem tylko, że choć minie wieków wiek,

         wciąż najpiękniejszym darem będzie drugi człowiek!

 

PS2. Tappa. Moja Najmilsza, uśmiałam się widząc oczami duszy tę Twoją sąsiadkę i słysząc w wyobraźni tę arię! Przez Ciebie cały dzień będę miała "jontkowy", bo mnie jak już coś się przyczepi, to... całuję!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Każdy z nas...

środa, 26 listopada 2008 7:12

...zamknięty jest w ciasnym pudle własnych i społecznych ogranoiczeń. Niewielu ma odwagę aby rozbić pancerz i wyjść prosto w słońce. Ci, którzy tej odwagi nie mają, nazywają ich często szaleńcami. cdn.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Siedzę przed komputerem...

poniedziałek, 24 listopada 2008 7:14

 

 

... z tyłu na poduszce śpi kot grzejąc moją pupę.  Usiłuję napisać coś mądrego... daremny trud, nic nie przychodzi mi do głowy. Wyciągam więc szyję niczym jakaś żyrafa i... mam przed oczami najpiękniejszy widok. Moje miasto nocą, rozświetlone światami zwielokrotnionymi w mokrym asfalcie, bo cały czas pada.  Brzoza za oknem zrzuciła już jesienną złotą sukienkę i stoi naga, bezbronna i wydawałoby się, krucha, Wiatr targa jej gałązkami, szarpie i tarmosi bezlitośnie.  A ona nie stawia oporu, poddaje się a przecież nie daje się złamać.  Za każdym razem prostuje się i wyciąga w górę nagie ramiona. Może tak właśnie należy postępować, może w tym tkwi odwieczna mądrość. Uginać się ale nie pozwolić aby przeciwności nas złamały.

I powracać znów do pionu podnosząc głowę i wyciągając ramiona prosto w niebo......


Tak pisałam w czwartek. Teraz jest już sobota. Wprawdzie dopiero od kwadransa, ale zawsze.  Dzisiaj, a właściwie wczoraj, dowiedziałam się, że czwartego i piątego będę w Warszawie. Służbowo. Z jednej strony cieszę się, bo zawsze cieszy mnie Warszawa, z drugiej zaś nie wiem czy będę miała czas na własne sprawy. Szkolenie jest dość intensywne. Pożyjemy, zobaczymy. Najśmieszniejsze, że istnieje duże prawdopodobieństwo zakwaterowania w jednym z hoteli „pod wezwaniem" trzech muszkieterów, Atosa, Portosa i Aramisa. Wiem, że jest ktoś, kto przeczytawszy o tym będzie wiedział, o czym pomyślę przed snem. A co poza tym? Otóż odbiło mi zupełnie na punkcie robótek ręcznych i właśnie jestem w trakcie robienia kolejnego puchatego i ciepłego sweterka... czyżby zima miała być mroźna, bo Gosia robi swetry na drutach? Udało mi się kupić piękną tęczową wełnę, miękką i moherową. W różnych odcieniach granatu, fioletu i złamanej oliwkowej zieleni. Mam jej dość dużo, a może tak zrobić sobie śliczny moherowy berecik? Jeśli zostanie po zrobieniu sweterka, to czemu nie. Będę taką zimową moherową babcią hi hi hi. Za oknem wiatr znów maltretuje biedną brzozę, chociaż... przecież już wcześniej pisałam, że ona sobie poradzi.  


I znów wracam do tej notatki. Jeszcze jest niedziela.  I... piękną zimę mamy tej jesieni. Biegałam dziś po zimowym lesie, fotografowałam leśne ścieżki w biało-czarnych ramach brzóz, wysokie pałki tataraków strzegących małe ukryte w gąszczu jeziorka,  baldachy roślinek uginające się pod śnieżnymi czapeczkami,  cieniutką warstwę lodu, spod którego przebijały brązem i żółciami spadłe liście.  Biegałam tak, ślizgałam się na błocku ukrytym pod świeżo spadłym śnieżkiem i... czułam jak przemiękają mi buty.  Jednak zamiast wracać do domu, ja wciąż brnęłam przez wysokie zaspy, naprawdę wysokie, daję słowo, bo jeszcze jedno ujęcie, bo akurat słońce na moment pojawiło się między chmurami i rozświetliło suche liście i położyło się plamą na jeziorku, bo tak cudownie skomponował mi się błękit nieba na tle szaroburych śniegowych obłoków.  Jestem nieźle kopnięta.  Wróciłam do domu w kompletnie przemoczonych butach, grube skarpetki niewiele pomogły, jedynym ratunkiem była wanna z gorącą wodą.  Maleńkie pokłosie dzisiejszej wyprawy można zobaczyć w galerii „aktualności". Zamierzałam dzisiaj napisać więcej i mądrzej, ale... w dalszym ciągu mam spadek inwencji i tak zwanej weny twórczej. Może więc na tym zakończyć? Za oknem śnieżyca, w świetle latarń ogromne płatki śniegu tańczą wirując i opadając powoli na senny świat. Teraz spać... pa, pa.


PS Tomku, masz rację, jest radość!  A tak na marginesie, mój wnusio jest oburęczny ze wskazaniem na lewą rączkę. To znaczy łatwiej jest mu się posługiwać jednak lewą ręką chociaż prawa jest równie sprawna.   A co do facetów spod znaku Ryb... cóż, są wyjątki ale one tylko potwierdzają regułę. 


PS2. Krystyno, dziękuję! Szczere życzenia mają niezwykłą moc sprawczą, mam taką wiarę i taką nadzieję.


PS3. Panie A od B. Ha ha ha ha ha! Masz rację,  wirowanie kota może mu nie wyjść na zdrowie, chociaż dobrze, że już nie używa się wyżymaczek! To dopiero byłby horror, prawda? Mogłabym powiedzieć, parafrazując pewien dowcip: ten kot wygląda jak mój, ale mój nie był taki plaskaty!

 

PS4. Alicjo z Krainy Czarów... jest takie stare (chyba chińskie) powiedzenie: uważajcie o co prosicie, bo może się spełnić. No i jest bajka o złotej rybce, prawda? Całuję Cię zimowo!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 593  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554593

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl