Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 813 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Magia...

piątek, 27 listopada 2009 19:10


... magia wokół mnie. Wokół mnie magia i we mnie magia.  Tak czuję się o poranku, gdy przez okno sypialni wpada do środka na łeb, na szyję kolorowy świt. Pasiasty, żeby było śmieszniej.  Od dołu złoto-pomarańczowy, delikatnie przechodzący w purpurę, która z kolei niepostrzeżenie zmienia się w błękit w gołębich odcieniach szarości.  Nagle pokój staje się świetlistą bombką magii, w środku której unoszę się wraz z Panem Łóżko i sennym Dieslem jak mały radosny balonik szczęścia. Trącam  stopą śpiącego kota. Czy ty to widzisz? Powoli otwiera niechętne powieki i błyskając szmaragdowym spojrzeniem pogardliwie odwraca kota ogonem. Sam jest magią, więc co się będzie zachwycał jakimś świtem. Jeszcze raz  wypuszcza ku mnie złośliwą turkusowo-złotą strzałę, czytam w jego spojrzeniu jak w otwartej książce. „Chyba ci odbiło, kobieto, złaź prędko na ziemię, bo sobie głupi łeb rozbijesz o żyrandol".  Nic z tego, kocie! Miękko wyskakuję z pościeli, moje stopy nie dotykają podłogi,  lekko poruszam dłońmi, by nadać ciału kierunek i szybuję w stronę łazienki. W ostatniej chwili chwytam wieszak na ręczniki i trzymając się go kurczowo przybijam do brzegów wanny. Moja dusza wyśpiewuje jakieś dzikie i niezrozumiałe hymny ku czci... nieważne, czyjej, ale wyśpiewuje.  Dobrze, że robi to w... duchu, bo fałszuje niemiłosiernie.  Patrzę w lustro przepływając obok... wyglądam normalnie. Tylko w oczach odbija mi się pasiasty świt... różowy, błękitny i purpurowy. Wybiegam z domu. Kolory nadal płyną po niebie, zmieniają natężenie i odcienie, cały świat nabiera barw.   Gdybym nie obawiała się, że ktoś zadzwoni po pogotowie, straż pożarną i policję, pewnie poruszyłabym lekko dłońmi by unieść się w powietrze i poszybować jak mały szczęśliwy różowy balonik.  Wyżej, najwyżej jak się da. Zamykam oczy, rozkładam ramiona i... potykam się o wystający krawężnik. Jasny gwint, byłoby dopiero zabawnie, gdybym się rozłożyła jak długa!  Rozglądam się dyskretnie wokół. Nikt nie widział mojego potknięcia. I. co najważniejsze, nikt nie zarejestrował mojej głupiej miny. Miałeś rację, kocie, tak to jest, gdy głupia baba nie patrzy pod nogi tylko w pasiaste niebo. Magia... też coś! I tym przyziemnym akcentem, pa, pa.



































Gdzieś, kiedyś przeczytałam takie zdanie, nie pamiętam, kto je wypowiedział:

"Jeśli nie można poczuć wiatru na twarzy...
to po co skrzydła..."

Dedykuję te słowa wszystkim tym, którzy wokół siebie... i w sobie mają magię.  I tym, tym razem magicznym, akcentem, pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Minęło kilka...

wtorek, 24 listopada 2009 22:12

 

... dni od mojego ostatniego wpisu. Co się w tym czasie działo? Wszystko i nic.  W niedzielę robiłam na zamówienie plenerową sesję zdjęciową pewnej przemiłej i ślicznej nastolatce. Kilka zdjęć nawet mnie samą zaskoczyło! Na dodatek pogoda była w sam raz na robienie zdjęć. Słonecznie z leciutką mgiełką, więc światło było naturalnie miękkie i ciepłe.  Szkoda tylko, że już mniej kolorów,  paleta barw pełna jest odcieni brązów i szarości. Niemniej powstał pewien klimat, podoba mi się to, co zrobiłam. Modelka również zadowolona, więc wszystko się udało.  Wczoraj natomiast, po męczących ośmiu godzinach w Firmie (tradycyjnie, zwariowany koniec miesiąca się zbliża!)  wzięłam udział w spotkaniu Miejskiej Komisji Historycznej,  której jestem nieformalnym członkiem (bez chichów mi tu!).  Padła pewna propozycja, powstał pewien projekt, którego szczegóły teraz opracowuję i niewiele więcej mogę powiedzieć na ten temat póki nie nabierze  tak zwanej „mocy urzędowej". Obiecuję, że mniej więcej w połowie grudnia napiszę o tym projekcie tutaj. W każdym razie, temat ciekawy i bardzo po mojej linii zainteresowań. Pożyjemy... zobaczymy. Ja jestem dobrej myśli, poza tym dało mi to w  jakiś sposób całkiem spora dawkę optymizmu. Coś się dzieje, coś drgnęło. Byle nie zakończyło się drgawkami. Żartuję oczywiście!  Kolejnym pozytywem jest zbliżający się... Dzień Wypłaty.  Nie bez przyczyny napisałam to z dużych liter. To wielki dzień.  Dzień, w którym patrzę, jak ta wypłata znika pochłonięta przez żarłoczne konta różnych instytucji, które to konta muszę regularnie zasilać, choćby po to, by na przykład móc sobie pisać takie notki, jak ta dzisiejsza. No i (mój Niezapomniany Polonista, profesor B. z punktu obniżyłby mi ocenę za tak rozpoczęte zdanie!), co nie jest wcale  takie proste, zbliżają się urodziny mojego Syna (trzydzieste trzecie, rany Julek, jakie ja mam stare dziecko!!!), a zaraz potem... Mikołaj! Jeśli w najbliższym czasie nie uda mi się sprzedać trochę zdjęć, to będzie cienko.  Mam nadzieję, że jednak znajdą się nabywcy, szczególnie ze względu na czas prezentów właśnie. A wracając do sprawy urodzin Syna, z tej właśnie przyczyny wybieram się w weekend do Bielska-Białej. Jeszcze nie wymyśliłam, co ode mnie dostanie w prezencie. Mam kilka pomysłów, ale może po prostu pójdziemy razem na zakupy?  Zobaczę, pomyślę.  Teraz kończy się wtorek. To był zwariowany dzień, pogoda zmieniała się mniej więcej co pół godziny. Na przemian, Słońce i deszcz. A cały czas wiatr przeganiający po niebie szaro-bure obłoki.  Wróciłam z pracy tak zmęczona, że położyłam się „na chwilkę", która to chwilka przeciągnęła się na prawie trzy godziny. Przynajmniej teraz jestem wypoczęta, wyspana i pełna energii.  Zmieniając  temat, przeczytałam ostatnio, że Izabela Miko, nie wiem, czy wszyscy kojarzą to nazwisko, polska aktorka grająca w Hollywood, będąca równocześnie osobą nastawioną bardzo proekologicznie wymyśliła, że będzie miała wokół swojego domu... plastikowy trawnik!!! Fakt, że wyprodukowany z przetworzonych plastikowych opakowań, ale gdzie tu ekologia???  Ekologicznie byłoby, gdyby wokół swojego domu zasiała trawę i pozwoliła jej swobodnie rosnąć, gdyby w tej trawie pojawiły się chwasty (bardzo eko!) i fruwały motylki, i spacerowały żuczki  czy inne stworki.  Czy świat zwariował, czy może ja nie jestem na bieżąco? Do tej pory nie mogę wyjść ze stanu zadziwienia.  Jeszcze trochę i będę fotografowała plastikowe drzewa bardzo ekologicznie wytworzone z odpadów!  Pozostając w kręgu moich zaskoczeń, tym razem pozytywne.  Rzadko tutaj pisze o moich muzycznych fascynacjach. Tym razem jestem pod wrażeniem ostatniej piosenki Rihanny „Russian Roulette" i teledysku do niej.  Jeśli jeszcze nie słyszeliście, nie oglądaliście, to polecam. Może  się zachwycicie podobnie jak ja. A może nie... wszak gusty są różne, na szczęście. Właśnie a propos gustów... zostałam zdetronizowana w rankingu blogów WP. Cóż, drugie miejsce, to też  miejsce na pudle. Żartuję, nawet nie wiem, jak takie rankingi działają. I tak dobrze, że utrzymałam się na nim przez kilka dni.  Spokojnie, traktuję to z przymrużeniem oka i zdroworozsądkowym podejściem do sprawy.  I tym pozytywnym akcentem, pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Piątkowy...

sobota, 21 listopada 2009 21:57

 

... wieczór.  Moja ulubiona pora dnia, ulubiona pora tygodnia... z porą roku bym się zastanowiła, ale biorąc pod uwagę ostatnie, pogodne w sumie dni, nie mam na co narzekać. No i nie narzekam, tym bardziej, że weekend zapowiada się słoneczny  i w miarę ciepły.  Obym nie przechwaliła, bo aura bywa kapryśna, a Wysoka Instancja czasami robi nam psikusa... jak to mówią... czasem grom z jasnego nieba uderza. Ale bądźmy dobrej myśli. Ciekawe, czy zgadną Szanowni Tubywalcy, co planuję na sobotę i niedzielę... cisza... kto chce odpowiedzieć, jako pierwszy?  Ponieważ  nie widzę chętnych, więc podpowiem... świt... aparat... ja. Brawo!!!! Ja wiem, że to w sumie staje się nudnawe. Znowu będę łazić po jakichś zapomnianych przez Boga i ludzi miejscach, taplać się w błocie, przedzierać przez kolczaste zarośla, które lubią bardzo łapać człowieka za włosy i drapać do krwi dłonie. Znów będę omiatać z twarzy pajęczyny... jest jeden pozytyw... nie ma już komarów. Czasem znajdzie się jakiś niedobitek, ale niemrawy  raczej i mało żarłoczny.  Jeśli uda mi się wstać dostatecznie wcześnie, by zdążyć na autobus w kierunku zielonych dzielnic  mojego miasteczka, to dobrze,  jeśli nie... zastanowię się jutro. Najpiękniejsze jest to, że tak właściwie nie ma żadnego przymusu, nie ma tak zwanego ciśnienia (jak mawia młodzież!), żeby  trzymać się jakiegoś wymyślonego harmonogramu. W życiu codziennym tez to się sprawdza. Jeśli coś, często nie z naszej winy, nie udaje się, warto mieć coś innego w zanadrzu.  Spóźniłeś się na autobus? Idź pieszo!  Wiem, wiem, upraszczam. Nie wiem, jak inaczej to powiedzieć.  A teraz, teraz już noc... notka niedokończona, więc.... Skończę ją jutro. Przecież nie ma przymusu, prawda?

 

I tym sposobem kończy nam się... sobota.  Chyba sobie wykrakałam. Spóźniłam się na autobus, którym chciałam dojechać do Okradzionowa, który jest częścią tzw. trójmiasta w moim mieście, czyli: Łosień, Łęka,  (Ł)Okradzionów.  To trzy z kilku wiosek, które zostały przyłączone do Dąbrowy Górniczej i w ten sposób mamy duuuuże miasto. 188 kilometrów kwadratowych, to całkiem sporo.  No i bilet autobusowy jest tani. Ale tym razem go nie wykorzystałam... autobus o 6:04  pokazał mi zad nieskromnie, a następny był dopiero po 7-mej, co i tak nie miałoby sensu, bo zależało  mi na zdjęciach o świcie. Poczłapałam więc sobie na pobliskie łąki, zmieniłam obiektyw na długi i troszkę popstrykałam. Efekty tego pstrykania poniżej.  Tak minęła mi godzinka... lubię taki czas, taką porę dnia, gdy słońce dopiero wynurza się zza horyzontu, gdy kolory stają się świetliste i niepowtarzalne, gdy ptaki zaczynają szybować wysoko. Jak ja to lubię... co  ja mówię, nie bójmy się tego słowa... ja to  po prostu kocham. I właściwie nie jest ważne, że wiele z tych zdjęć nigdy nie ujrzy światła dziennego (nomen omen), że zapycham sobie komputer (chwała za dysk zewnętrzny), że często zastanawiam się nad sensem tego wszystkiego. Ale... czy prawdziwa miłość ma sens? Jakąkolwiek by nie była. Jest zawsze poza naszym  pojmowaniem.  Niedefiniowalna i nieobliczalna. Miłość, która każe wstać, na pozór normalnej, kobiecie przed świtem i marznąć gdzieś na jakiejś łące.  A tym razem faktycznie zmarzłam. Konkretnie, zmarzły mi dłonie niewyobrażalnie. Czas na rękawiczki i inne zimowe opakowanka. Ale nic to, ważny jest efekt, a dłonie... dłonie ogrzałam sobie w domu obejmując kubek gorącej herbaty. I tym parującym akcentem, pa, pa.



























PS. Dziękuję za wszystkie serdeczne i życzliwe komentarze, zdaję sobie sprawę, że bez Szanownych Tubywalców nie byłoby mnie tutaj, po prostu bym nie zaistniała.  Wiem również, że mam spore zaległości w rewizytach, staram się nadrabiać sukcesywnie, ale czas... nawet mój czas, nie jest z gumy. Pozostaje mi więc obiecać, że zajrzę na moje ulubione strony, chyba moge tak powiedzieć, Przyjaciół. Jeszcze raz dziękuję.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

O rany...

środa, 18 listopada 2009 20:30

 

... ale się porobiło. Mój, a może należałoby napisać Wasz blog zajął pierwsze miejsce w rankingu na najpopularniejszy, czy też najpoczytniejszy blog Wirtualnej Polski. Nie miałam o tym pojęcia do momentu, gdy przeczytałam komentarze gratulacyjne  pod poprzednią notką. Powiem szczerze, wzruszyłam się. I wystraszyłam troszeczkę. Cóż, szlachectwo zobowiązuje, poczułam więc na sobie... brzemię odpowiedzialności.  Żartuję oczywiście, ale tak nie całkiem i nie do końca.  Od początku istnienia tego... jak go nazwać... pamiętnika (?), starałam się brać przede wszystkim odpowiedzialność za Słowo. Nie przypadkiem użyłam tu dużej litery. Słowo potrafi wiele. Potrafi zachwycić, uleczyć, ale też  skrzywdzić, zranić, a nawet czasami zabić.  Banalne stwierdzenie, ale jakże prawdziwe. Jak wiedzą PT Tubywalcy, jako typowy Wodnik najpierw zachwycam się ludzkimi umysłami, później ewentualnie zwracam uwagę na inne szczegóły. Powiem szczerze, nie raz rozczarowałam się, gdy weszłam na czyjąś stronę i moim oczom ukazały się ... słowa. Jedne powszechnie uważane za niecenzuralne, inne przekręcone tak, że wprost rozpoznać je trudno.  A jeszcze następne pełne jadu, złośliwości i nienawiści do świata i ludzi. Czy to jednak wina słów, czy może raczej tych, którzy ich używają.  Tak było na przykład, gdy zajrzałam na stronę znanej aktorki młodego pokolenia... powiem tyle, na murach panuje większa kultura, niż na stronie tej pani. Podobnie było z kilkoma innymi znanymi osobami. Ja rozumiem, że niejednokrotnie autor chcąc podkreślić realizm sytuacji używa potocznego języka. Ale jeśli to staje się celem samym w sobie, by... szokować lub zaistnieć... to już  całkiem inna bajka. Nie moja, na szczęście. Tym bardziej jestem szczęśliwa, że taki  zwyczajny blog  znalazł Wasze uznanie. Postaram się, by ciąg dalszy (bo przecież zawsze jest jakiś ciąg dalszy) był nie mniej interesujący.  Wiem, że dla wielu Czytelników czasami zbyt dużo tu obrazków, a zbyt mało słów. Staram się zachować równowagę, przysięgam... ale są dni, gdy obrazy zastępują słowa i na odwrót. Wiem, wiem... zaczynam już bredzić...  schodzę więc z tej  wysokiej mównicy i już z normalnego poziomu podłogi kilka informacji tak zwanych bieżących. Otóż, kilka minut temu wróciłam z poczty, skąd odebrałam kolejną nagrodę od mojego ulubionego (jedynego, jakie słucham) radia RMF FM.  Tym razem  dostałam śliczną wełnianą czapeczkę z daszkiem i nausznikami (przesłodka!), w komplecie  z szalikiem i rękawiczkami. A wszystko w twarzowym żółtym kolorze z niebieskim logo radia. Obiecuję, że zrobię sobie zdjęcie i umieszczę tutaj... nawet nie wiedziałam, że nieźle mi w żółtym kolorze... odcień słonecznika, czyli bardzo optymistyczny.  Dodatkowo dostałam książkę pt.  „W piżamie do Europy" Katarzyny Szymańskiej-Borginon, która jest korespondentką radia RMF FM w Brukseli i krajach Beneluksu.  Bardzo się ucieszyłam, bo lubię Jej korespondencje i  cenię Ją jako dziennikarkę i osobę.  Książka zapowiada się bardzo interesująco. Skończę tę notkę i zabiorę się za czytanie.  Spyta ktoś pewnie... a co z malowaniem sufitów i ścian??? Noooooo się pomaluje... nie zamierzają raczej nigdzie  uciekać, prawda?  A  na serio, kuchnia już skończona.... Teraz przede mną duży pokój... nie lubię malować tu sufitu, bo przeraża mnie trochę taka wielka płaszczyzna.  A poza tym... do wszystkiego trzeba mieć zdrowe podejście. Do skakania po stołach i krzesłach z pędzlem w dłoni... też!  I tym artystycznym akcentem, pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (15) | dodaj komentarz

Wciąż mamy...

poniedziałek, 16 listopada 2009 3:04


... złotą Polską Jesień... mimo chłodków porannych i jesiennych przelotnych (na szczęście) opadów. I całe szczęście,  bo... nie lubię szarug i błota chlupiącego pod nogami... Zresztą, kto to lubi. Ostatnio napisałam, że zabieram się za malowanie sufitów. No właśnie, okazało się, że od prostych pomysłów się zaczyna, a kończy na... generalnym remoncie. Na razie kuchni. Cóż, rozpoczęłam malowanie sufitu, a po kilku machnięciach pędzlem stwierdziłam, że do przemalowania nadaje się całe pomieszczenie. Trzeba było więc zerwać tapety, które częściowo pokrywały ściany, a następnie, czego nie przewidziałam, musiałam gipsować nierówności. Całą sobotę spędziłam na tej, arcyciekawej zresztą, pracy. Przy wydatnej i  energicznej pomocy Diesla, który z zapałem uczestniczył w demolce. Tym sposobem kuchnia jest przygotowana do malowania, do czego zabiorę się dzisiaj po pracy. Albowiem stwierdziłam w pewnym momencie, że „dzień święty należy święcić"  i wyszłam  przed południem z aparatem na Górkę Gołonoską.  Planowałam godzinkę,  może dwie spędzić na fotografowaniu. W sumie pobiegałam po wzgórzu, zahaczyłam o cmentarz na Górce by w końcu dotrzeć do mojego ulubionego miejsca za dworcem w Gołonogu.   Tutaj spędziłam całkiem  dużo czasu, po drodze jeszcze jakieś zachody... wróciłam do domu po szesnastej. Zaraz policzę... pięć godzin biegania, łażenia, leżenia (gdy kadr tego wymagał) i  brodzenia w podmokłych trawach.  Byłam tak odurzona świeżym powietrzem,  że położyłam się „na pół godzinki". Z pół godzinki zrobiło się godzin kilka, wstałam tuż przed północą, akurat żeby umieścić  zdjęcia na stronach digart-u. Zrzuciłam zdjęcia z karty pamięci do komputera,  przejrzałam je, niektóre od razu wywaliłam, bo albo były nieostre, albo prześwietlone, albo się dublowały.  Te które zostały są chyba (czy to zbytnia nieskromność?) niezłe. Poniżej umieszczam kilka z kilkudziesięciu, może nawet kilkuset, które zachowałam. Są pozytywne i pełne kolorów,  co jest miłą odmianą po kilku dniach szarugi, kiedy fotografowałam jakieś mgły, krople deszczu i smętne krajobrazy.  Nawet nie chciało mi się tutaj umieszczać takich jesienno-depresyjnych nastrojów, żeby dodatkowo nie dołować siebie i Szanownych Tubywalców.  A jeszcze jedno, na Górce Gołonoskiej udało mi się sfotografować kilka znanych mi Aniołów, sadzę, że wyszły ciekawe ujęcia, ale umieszczę je tutaj innym razem, obiecuję. A teraz... teraz zapraszam do oglądania... a sama idę spać, sądzę, że te trzy godzinki mi się przyda przed poniedziałkiem. I tym ziewającym akcentem, pa, pa.
























































Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 714  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554714

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl