Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 813 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Niepokojąco...

piątek, 26 listopada 2010 22:34

 

... szybko mija czas. Krótkie dni, mało światła, to wszystko sprawia, że mam wrażenie, jakby czas biegł nieprzytomnie. Jestem zmęczona, senna i zmarznięta. Wewnętrzny chłód ogarnia moją duszę, mój umysł. Dziwny stan, jakby przygotowanie do zimowego snu. A tu trzeba rano wstawać, wychodzić w ziąb i półmrok, pracować, a tu nie ma miejsca na pomyłki, na "odpuszczenie" sobie, na spadek uwagi. Zastanawiam się czasami, jak to się dzieje, że jeszcze funkcjonuję, że jeszcze myślę. Chyba to tylko siła przyzwyczajenia, siła rozpędu. Zima stuka do moich okien zimnymi, kościstymi palcami. Szarpie nagłymi podmuchami lodowatego wiatru nagie gałązki brzozy, szarpie moje nerwy. Jesienno-zimowa depresja, albo dołek psychiczny? Jak go zwał, tak go zwał, nieważne. Przespać ten czas, obudzić się wiosną, jak świstak albo inny futerkowiec. Diesel przesypia jesień na ciepłym kaloryferze. Dobrze mu, mruczy sennie i melodyjnie. Na dodatek, jakbym miała mało problemów, wczoraj fachowcy rozwalili mi scianę w kuchni. Na szczęście, w samym kącie, za obudową zlewozmywaka. Na nieszczęście, żeby sie dostać do ściany musieli najpierw zdemontować zlewozmywak i wysunąć szafkę. Szafka stała sobie w tym miejscu lata całe, od czasu do czasu dostawało się pod zlewozmywak trochę wody... wystarczyło, ze panowie hydraulicy (kudy im tam do polskiego hydraulika z reklamy, niemniej mili) ruszyli szafkę i... rozpadła sie na części. Ach, jakie mieli przerażone miny!!! Nie ich wina, ale mnie czeka nieprzewidziany wydatek. A prawda, nie powiedziałam jeszcze, dlaczego trzeba było burzyć mury. Otóż, dwa piętra niżej, u sąsiada zaczął przemakać sufit. Sprawdzono i faktycznie, rury rozszczelniły sie ze starości, w końcu instalacja ma ponad trzydzieści lat. Reasumując, w kuchni straszy puste miejsce, zlewozmywak podpiera ścianę w pokoju, woda w kuchni zakręcona. A przecież niedawno remontowałam kuchnię. Powiem szczerze, nienawidzę takich sytuacji, czuję się bezsilna. Są czasem takie chwile, gdy problemy piętrzą sie na podobieństwo piramidy. Wystarczy jednak jeden dodatkowy kamyczek i... wszystko wali mi sie na biedną  łepetynę. I jak ja mam być normalna? Nie da się!!! I jak tu mam pisać optymistycznie i sympatycznie? Szczerze powiedziawszy, moja Muza odfrunęła sobie w cieplejsze rejony. Chyba Jej skrzydła zmarzły, o gołych stopach nawet nie wspomnę. Przywołuję Ją uparcie, ale to głos wołającego na puszczy... w pustyni i w puszczy. A moja Muza to złośliwe i niepokorne stworzenie, na dodatek głuche jak pień!  Idę spać, może jutro będzie lepszy dzień? Może....   I tym, mimo wszystko pełnym nadziei akcentem, pa, pa.

 

PS. PADA ŚNIEG! Lubię, gdy pada śnieg... dzisiaj nastrój poprawił  mi się znacznie. Dlaczego? A kto go tam wie. Nie zamierzam analizować, ważne, że uśmiecham się do swoich myśli. Uśmiecham się do kota, który siedząc na parapecie śledzi z uwagą białe płatki wirujące w powietrzu. Uśmiecham się to Tubywalców. Uśmiecham się do życia. A problemy? Nagle stały się mało istotne i odległe. Nie z takimi dawaam sobie radę. Mam chyba troszkę z kota. Spadam na cztery łapy. A że czasem poobijana? Poraniona? Wszystkie blizny, wszystkie zagojone rany są częścią mojego życia. Każda z nich wpłynęła na to, jakim teraz jestem człowiekiem. Podobnie jak każda zmarszczka i każdy siwy włos świadczą o tym, że... żyję. Że trwam, że nadal walczę. Jest taki utwór Christiny Aguilery "Fighter".  Posłuchajcie go, gdy wydaje Wam się, że już nie macie sił, by walczyć. Mnie pomaga. Na jak długo? A czy to ważne? Ważne, że teraz, tutaj, w tym momencie uśmiecham się do życia. I tym optymistycznym, śnieżnym akcentem pa, pa.

 

PS2. Link do "Fighter"   http://www.youtube.com/watch?v=PstrAfoMKlc



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Jakoś mi ostatnio...

czwartek, 18 listopada 2010 23:22

 

... jesiennie. Nie, nie babioletnio czy złotopolskojesiennie, raczej mgliście, szaro i bylejako. Żebyż chociaż było jako tako, to bym nie narzekala, ale nie, jak już to jesienność na całego.Nic mi jakoś ostatnio nie wychodzi, o pisaniu nawet nie wspominając. To już trzecia wersja wpisu. Obiecałam sobie, że tym razem umieszczę to, co mi się napisze, niezależnie od tego, w jakim kierunku to moje myślenie pójdzie. Obawiam sie jedynie, że może mnie wyprowadzić na manowce. Manowce smutku i złych emocji. Za oknem mokro, szaro i ponuro. Dzisiaj siedziałam w pracy do siedemnastej. Wyszłam i... weszłam w noc! O tej porze roku, szczególnie gdy pada deszcz, noc jest o wiele piękniejsza niż dzień. Noc z jej kolorami, z odblaskiem świateł na mokrym asfalcie, z tajemnicą. Dzień, szary, mglisty, jakby wytrawiony z kolorów nie może się z nią równać. Wracałam więc pustymi ulicami, z góry spadała drobna mżawka i pozwalałam myślom błądzić swobodnie. I z tego błądzenia nagle wykluły sie jakieś głupawki, rymki bez ładu i składu. Część uleciała w górę, by wylądować w opustoszałych ptasich gniazdach, część została ze mną do chwili, gdy mogłam je zapisać.

Momencik, jak to było?

 

Pada sobie deszczyk

pada sobie cicho

w kącie najciemniejszym

szczerzy zęby licho

 

Siąpi z nieba siąpi

i mży kapuśniaczek

w kropli werblach wygrywa

skoczny kujawiaczek

 

Kujawiaczek oj dana

a może mazurek

Aniołki ciekawskie

spoglądają z chmurek

 

... dali zamazali!!! No i widzicie sami, PT Czytelnicy, że w taki stanie ducha lepiej... milczeć. Żegnam się więc po cichutku życząc dobrej nocy i pięknych snów. Pa, pa.

 

 

PS. Jutro też jest dzień, a ranek jest mądrzejszy od wieczora... podobno!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Życie jest...

wtorek, 09 listopada 2010 21:23

 

… pełne niespodzianek. Czasami sympatycznych, wywołujących uśmiech zadowolenia, czasem nieprzyjemnych i smutnych. O tych drugich nie będę teraz opowiadać, bo… bo nie. Natomiast o tych pierwszych, tu nie mam zahamowań. Zabawne, ale ostatnio zaskoczyły mnie listopadowe pogody. Po telewizyjnych zapowiedziach, że deszcze, że zimno i że byle jak, spodziewałam się najgorszego. A tu, proszę, niespodzianka. Świty budzą mnie różowościami i złotem, aż chce się wstawać i wejść w nowy dzień. Tak było również w sobotę, kiedy postanowiłam, ubrawszy się ciepło i stosownie do stanu mojego zdrowia, które jeszcze troszkę szwankuje, wybrać się nad Trójkę. Tym  razem, ze względu na czas, bo chciałam zdążyć na wschód Słońca, podjechałam na miejsce autobusem. Wysiadłam nad jeziorem, wokół była jeszcze cisza, Słońce powoli wschodziło za drzewami oświetlając świat i wydobywając z półmroku coraz więcej szczegółów. Jak ja kocham takie chwile, gdy mogę zanurzyć się w ciszy, słuchać początkowo nieśmiałych głosów budzących się ptaków, wstrzymując oddech i stąpając ostrożnie, by nie spłoszyć chwili, nie uronić ulotnego piękna. Nic się wówczas dla mnie nie liczy. Znikają problemy,  świat mojej codzienności oddala się przestając mieć znaczenie. Liczy się tylko światło i ten jedyny moment, kiedy mogę nacisnąć spust migawki. I ogromna radość zmieszana z niepokojem. Radość, że udało mi się uchwycić promień słoneczny przebijający się przez liście, niepokój, czy zdjęcie będzie takie, jak sobie wymarzyłam. I nie liczy się zmęczenie, ból pleców obciążonych torbą ze sprzętem, często marznące dłonie… najważniejsze jest tylko światło i ten jeden, jedyny moment. Niejednokrotnie widziałam na twarzach ludzi, którym opowiadam o moich wędrówkach uśmiech politowania, może lekceważenia. Czasem ktoś mówi „że tez ci się chce” lub „a kto by mi kazał wstawać i łazić po nocy”. Cóż, są różne zboczenia, moje nie należy do kategorii tych najgorszych… raczej. A że raczej dokładam do tego interesu, co samo w sobie normalnym nie jest, cóż… za to wódki nie piję! To był żenujący żart prowadzącej tę stronę, parafrazując  Pana SM… hmmmm ciekawe inicjały, ale ja nie o tym. Czy mówiłam już, że ostatnio wysłałam trochę fotografii na różne konkursy? Ciekawa jestem jakie będą decyzje jury. Na szczęście, chociaż mam nadzieję, że moje zdjęcia się spodobają, mam zdroworozsądkowe podejście do tematu ocen. Wiadomo, że ile osób tyle opinii. Ludzkość ma gust rozmaity i z tym nie zamierzam dyskutować. Pożyjemy, zobaczymy. O wynikach oczywiście poinformuję Szanownych Tubywalców. A wracając do mojego fotografowania.  Słońce wznosiło się wciąż wyżej i wyżej, w czapce było mi wciąż i wciąż cieplej, rozsądek jednak zwyciężył i nie ściągnęłam jej mając na uwadze moje niewyleczone jeszcze przeziębienie. Tym bardziej, że na jeziorze wiała sobie taka sympatyczna „szóstka”. Skąd wiem, ze to była „szóstka”? Otóż, wstąpiłam tradycyjnie do Jacht Klubu Pogoria III, gdzie zaprzyjaźniony Komandor stwierdził „jeśli wiatr gwiżdże na olinowaniu, to jest szóstka”… wierzę mu bez zastrzeżeń. Gwizdał więc sobie wiatr, na jeziorze tworzyły się malownicze fale, po niebie mknęły szybciutko fotogeniczne chmurki, a wokół jeziora zaczęło robić się tłumnie i sportowo. Ludzkość wyległa tłumnie, pieszo i na rowerach starając się złapać jeszcze trochę słonecznych promieni. Światło zmieniało się, już minęła ta właściwa chwila. Czas wracać, czas zrzucić zdjęcia na komputer i sprawdzić, czy było warto. Czy było? Przekonajcie się sami. Nie mnie oceniać. Pozostawiam Was więc ze światłem i obrazami, które zatrzymałam. Miłego (mam nadzieję) oglądania. Pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PS. Słonecznika na niebie i w sercach życzę, Szanownym Tubywalcom. Co ja bym bez Was zrobiła, mówię to jak najbardziej serio!!!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Pada...

poniedziałek, 08 listopada 2010 6:51

 

... pada deszcz. Za oknem mokry półmrok, a tu trzeba wyjść do pracy. Ech, niesprawiedliwość wielka. Na szczęście, ten tydzień jest ślicznie krótki. Może uda mi się załatwić urlop na piątek i wówczas... całe cztery dni wolnego. Pożyjemy, zobaczymy. A teraz niestety nie mam już czasu na dłuższe pisanie, bo o siódmej muszę wyjść, więc zostawiam tylko trochę Światła jako przeciwwagę dla tego mokrego, zimnego i szarego za oknem. Pogadamy wieczorem, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

O rany... jakie zmiany...

czwartek, 04 listopada 2010 23:58

 

... jak kolorowo, ślicznie i... inaczej. Nie lubię zmian, nie lubię się uczyć własnej strony od nowa. Cóż, będe to musiała zaakceptować, bo skoro nie można czegoś pokonać, to... należy to polubić, prawda? Zdrowieję powoli, acz sukcesywnie. Jeszcze od czasu do czasu dopada mnie gwałtowny kaszel, ale w porównaniu do tego, c było, to... hmmm Pan Pikuś, cytując reklamę. Serdeczności dla Tubywalców. Jutro będzie nowy tekst imoże kilka złotojesiennych zdjęć. A teraz pa, pa, pięknych kolorowych snów!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 751  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554751

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl