Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 470 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Potęga...

czwartek, 21 listopada 2013 0:26

 

... słowa. Cóż to oznacza? Czy w codziennym życiu mamy okazję doświadczyć tej siły? Czy i kiedy zetknęliście się, Tubywalcy Najmilsi z takim zdarzeniem, gdy słowo zmieniło rzeczywistość?  Siedzę teraz przed komputerem i uśmiecham się od ucha do ucha, bo sprawiłam, że słowo pokonało głupotę. I może chociaż na chwile zmieniło rzeczywistość. Ale może od początku. Wracałam od mojej ciotecznej Siostry, gdy po raz kolejny zauważyłam super elegancki (i bardzo drogi, jak to mówią wypasiony) samochód. Samochód, nie po raz pierwszy był zaparkowany na trawniku mimo, że wzdłuż ulicy były wolne miejsca parkingowe. Ale po cóż dumny właściciel ma się męczyć, kręcić tą kierownicą żeby zaparkować przy krawężniku skoro całkiem sympatycznie jadąc na wprost można zaparkować samochodzik na przyjaznej i miękkiej trawce. W końcu super samochodzikowi (a właściwie jego drogim oponkom) też się należy odrobina luksusu. Niejednokrotnie mijałam ten samochód i za każdym razem szlag mnie trafiał na bezmyślność i arogancję jego właściciela. Tym razem... bingo! Cała celebracja parkowania odbyła się na moich oczach. Zatrzymałam się nieopodal, ale tak, żeby pan kierowca mnie zauważył i ostentacyjnie zaczęłam się przyglądać jego manewrom. W końcu pan wysiadł, a ja wyciągnęłam i włączyłam telefon. Po czym zaczęłam „rozmowę” od... Dobry wieczór, czy to Straż Miejska? Chciałabym dowiedzieć się, jak wygląda sprawa parkowania samochodów na trawnikach w naszym mieście... taaak... rozumiem.... no właśnie, zauważyłam taki problem na ulicy „takiej to a takiej” przy bloku „takim to a takim”... Przyjedziecie Panowie? Tak, dziękuję bardzo....  Moja „rozmowa” z wyimaginowanym rozmówcą  trwała minutę, może dwie. W tym czasie zauważyłam kątem oka, że właściciel samochodu najpierw się zatrzymał nieopodal mnie i wyraźnie strzygł uszami słuchając, o czym  i z kim rozmawiam. Odwróciłam się tyłem na pozór nie zwracając na niego uwagi, a jednak dostrzegłam kątem oka, ze facet pomknął rączym truchtem do swojego samochodziku i... sprawnie go przeparkował na drogę osiedlową, po czym dostojnie przeszedł obok mnie z pełnym wyższości uśmieszkiem, który mówił wyraźnie „No i co mi zrobisz? Przyjadą strażnicy i zastaną pusty trawnik... głuuupia baba”.  Jejku, o mało nie wyłożyłam się na mokrej trawie, bo zaczęło mnie skręcać od tłumionego śmiechu. A niech sobie myśli, że jestem głupia, najważniejsze, że jego samochodzik zniknął z trawnika. Może to go czegoś nauczy? Powie ktoś, że mogłam to załatwić inaczej objeżdżając faceta jak święty Michał diabła. Ale co by to dało? Pewnie zmieniłoby się w ordynarną pyskówkę, a ja nie lubię takich konfrontacji. To nie na moje zdrowie. Liczy się efekt, a ten był spektakularny. Wróciłam do domu uśmiechając się szeroko po drodze, uśmiecham się też i teraz. W końcu mam jakąś moją małą satysfakcję. Dobre uczynki mają różne oblicza, ale każde z nich jest... uśmiechnięte.

 

Teraz kilka zdań na temat mojej infekcji, która na szczęście wreszcie ustąpiła i mogłam od poniedziałku wrócić do pracy w mojej wyjątkowej i ukochanej Firmie (łubu dubu... niech żyje naaaaam!). A wcześniej, w sobotę i niedzielę wykorzystałam niezłą pogodę i troszkę połaziłam po lesie. W sobotę mimo, że było trochę mglisto i dość chłodno wybrałam się do lasu zagórskiego, a tam... istny plac budowy.  Gdzieś między drzewami migocące kolorami kaski drwali, na ścieżce prowadzącej przez las ułożone w stosy pnie ściętych drzew, wykopane  rowy, koparki, spychacze i wszechobecne błoto. Ratunku!!! Psują mój las!!! Jak zwykle, gdy fotografuję wzbudziłam zainteresowanie panów drwali, była więc okazja, żeby dowiedzieć się „u źródła”, co tu właściwie się dzieje. Okazało się, że kopane są rowy odwadniające, a ponieważ podkopane drzewa i tak by uschły, więc trzeba je ściąć. Widocznie tak trzeba, ja się na tym nie znam. Las zagórski był pełen podmokłych zapadlisk, małych jeziorek i oczek wodnych, gdzie kiedyś fotografowałam zaskrońce. Nie wiem, czy ten system odwadniający nie naruszy jego specyficznego ekosystemu. Gdybym to ja mogła decydować zostawiłabym ten las w stanie jak najbardziej dziewiczym. Gdybym mogła i gdybym się na tym znała. W końcu decyzje podejmują fachowcy z nadleśnictwa. Mam nadzieję, że wiedzą, co robią.

 

 

DSC09326.JPG

 

 

DSC09358.JPG

 

 

DSC09359.JPG

 

 

DSC09377.JPG

 

 

DSC09388.JPG

 

 

DSC09391.JPG

 

 

DSC09392.JPG

 

 

DSC09395.JPG

 

 

DSC09396.JPG

 

 

DSC09399.JPG

 

 

DSC09404.JPG

 

 

DSC09466.JPG

 

W niedzielę natomiast było słonecznie, ciepło i wyjątkowo pięknie. Znów pomaszerowałam do lasu, tym razem na Staszic. To osiedle domków jednorodzinnych, które swoją nazwę wzięło od Stanisława Staszica. Tego lasu na szczęście jeszcze nie „naprawiają” więc jest pełen uroczych i dzikich zakątków.  Co zresztą usiłowałam uwiecznić na zdjęciach. Było pusto, cicho i wyjątkowo urokliwie. Chodziłam sobie powolutku chłonąc całą sobą to wszechobecne piękno. Jak ja to kocham.  Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby nagle ktoś mnie tego pozbawił. Umarłabym? Może moje ciało nie, ale moja dusza na pewno. Zostawiam Wam więc, Najmilsi Tubywalcy okruchy moich zachwytów, kawałki mojej duszy. Że zbyt górnolotnie? Że zbyt infantylnie? A niech tam. Komu to przeszkadza? Bo mnie nie! I tym „dusznym” akcentem, pa, pa.

 

 

DSC09591.JPG

 

 

DSC09595.JPG

 

 

DSC09605.JPG

 

 

DSC09652.JPG

 

 

DSC09657.JPG

 

 

DSC09665.JPG

 

 

DSC09669.JPG

 

 

DSC09688.JPG

 

 

DSC09704.JPG

 

 

A tak na dobrą noc i na piękną Jesień jeszcze kilka migawek... takie tam drobiażdżki :)

 

 

DSC09619.JPG

 

 

DSC09502.JPG

 

 

DSC09498.JPG

 

 

DSC09491.JPG

 

 

DSC09488.JPG

 

 

DSC09487.JPG


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Wpadłam...

środa, 13 listopada 2013 19:40

 

... w czarną dziurę i mam wrażenie, jakbym wciąż spadała. Ponoć trzeba sięgnąć dna, żeby mieć się od czego odbić. A tu nic, zero oparcia dla stóp, nawet echo nie odpowiada. Jestem chora, boli mnie całe ciało, od paznokci u stóp począwszy, a na włosach na głowie skończywszy. Jakiś wredny wirus mnie dopadł i puścić nie chce. Zaczęło się jeszcze przed weekendem, ale dzielnie przetrwałam mając nadzieje, ze trzy wolne dni pozwolą mi zwalczyć paskudztwo. Paskudztwo okazało się wyjątkowo odporne i oporne na zwykłe środki, tak zwane ogólnie dostępne w aptece. Ponieważ jestem teraz wyjątkowo ostrożna, zresztą zawsze byłam, jeśli chodzi o stosowanie medykamentów, więc „dla spokojności” przedzwoniłam do kliniki i spytałam, co mogę zażywać. I zgodnie z tym próbowałam się leczyć. Do tego babcine sposoby czyli mleko, czosnek, syrop z cebuli. Ogromne ilości witaminy c na deser. I co? I rozstrój żołądka sobie zafundowałam. Tak na dokładkę. Chłopaki towarzyszyły mi wiernie grzejąc moje obolałe ciało, zaglądając czujnie w oczy i pomiaukując współczująco. Czułam się okropnie i nadal tak się czuję. Żal mi tych trzech dni, bo planowałam jakieś „szalone” wyprawy w plener w poszukiwaniu tych najpiękniejszych ujęć. Może jestem rąbnięta, ale chyba tak nie do końca, bo sobie odpuściłam tym razem. Niemniej żal straconego czasu pozostał. We wtorek postanowiłam, że koniec tej dzielności i poszłam do mojej Pani Doktor. Zostałam osłuchana, przebadana i zdiagnozowana. Jeszcze będę żyła! Zwolnienie do końca tygodnia z zaleceniem, żeby to cholerstwo wyleżeć. Leżę więc, gnaty mnie już bolą od tego leżenia. Na dodatek i tak mam pobudkę o szóstej rano, bo panowie ocieplacze zaczynają działania nocką ciemną. Piłują, stukają, hałasują za moim oknem. I jak tu, biedna chora ma się wysypiać? Ale nie narzekam, przynajmniej nie muszę wychodzić z domu bladym świtem. Wreszcie poszłam po rozum do głowy i zrozumiałam, że czasami trzeba sobie odpuścić obowiązki, bo zdrowia nikt mi nie zwróci. Ani nawet nie doceni poświęcenia.  Moje chłopaki też szczęśliwe, że jestem, i że ich obronię przed tymi obcymi „człowiekami” za oknem. Nawet Rudencjusz już się tak nie ukrywa w najciemniejszym kącie tylko „kuka” ciekawsko, co tam się za oknem dzieje. Dodatkowo powiększyłam zestaw kocich fotografii o łóżkowe impresje. Jest przezabawnie, czasami fundują mi taki odlot, że ze śmiechu nie mogę fotografować, tak mi się łapki trzęsą. Wiem, że jest kilka osób, które czekają na najnowsze zdjęcia moich modeli. Tym razem więc nie zawiodę oczekiwań.

 

 

Na początek trochę higieny czyli jak Diesel dba o Rudencjusza:

 

 

DSC08984.JPG

 

 

DSC08860.JPG

 

 

DSC08849.JPG

 

 

Jeśli to nie jest przyjaźń, to cóż nią jest?

 

 

DSC08949.JPG

 

 

DSC08948.JPG

 

 

A to moje szczęście zielonookie:

 

 

DSC08937.JPG

 

 

DSC09125.JPG

 

 

DSC09078.JPG

 

 

DSC09061.JPG

 

 

DSC09049.JPG

 

 

Na zakończenie, wielka pościelowa wyprawa Rudencjusza. Poszwa wytrzymała, na jak długo? Nie wiem!

 

 

DSC09188.JPG

 

 

DSC09182.JPG

 

 

DSC09192.JPG

 

 

DSC09150.JPG

 

 

DSC09138.JPG

 

 

DSC09117.JPG

 

 

DSC09092.JPG

 

 

DSC09024.JPG

 

 

DSC09022.JPG

 

 

DSC09006.JPG

 

 

DSC08996.JPG

 

 

DSC08992.JPG

 

 

I na zakończenie bardzo groźny tygrys!

 

DSC08968.JPG

 

 

I to by było na tyle, Najmilsi Tubywalcy, pa, pa.


Podziel się
oceń
6
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 616  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554616

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl