Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 074 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Słońce...

poniedziałek, 24 listopada 2014 13:11

 

 

... obudziło mnie o poranku. I zrobiło się radośniej, zrobiło się jaśniej i cieplej jakby. We mnie również. Ostatnie, niezbyt optymistyczne nastroje odeszły w dal, jak burzowe chmury przegnane porywistym wiatrem. Cóż... jestem, żyję, chociaż niezbyt aktywnie ostatnimi czasy. Najważniejsze, ze z nogą jest już prawie dobrze. Jeszcze nie zakładam butów na obcasie, jeszcze czasem, przy mocniejszym stąpnięciu odczuwam, że mam kostkę, ale różnica na plus jest znaczna. W przyszły poniedziałek do pracy. Hmmmm... nie sądziłam, że to kiedyś napiszę, ale jakoś mi się już przykrzy. Bez szczegółów, tak ogólnie sprawę ujmując. A wracając do mojego (już półtoramiesięcznego) pobytu w domu – chłopaki dzielnie mi towarzyszyły, a że niezmiennie kontakt z nimi sprawia mi wiele radości, więc i ta codzienność stawała się odrobinę znośniejsza. Znacie mnie, Tubywalcy Najmilsi już na tyle, żeby wiedzieć, że to zamknięcie w domu było dla mnie ciężką próbą... jakoś to przetrwałam. W jakiej takiej formie psychicznej. Poniżej kilka domowych obrazków Diesla i Rudencjusza. Właśnie, a propos zdjęć... wczoraj utopiłam aparat fotograficzny w kociej misce z wodą. I chyba ostatecznie szlag go trafił. Prawdopodobnie „poszedł” wyświetlacz... nie znam się na tym, ale nie działa! Uspokajam, na szczęście to nie lustrzanka, a mały kieszonkowy Sony, którym robiłam całą masę zdjęć i miałam zawsze w torebce bądź kieszeni. Trudno wszędzie targać ze sobą dużą i ciężką lustrzankę, prawda? I mam kłopot! Obejrzałam na Allegro takie słodkie cudeńka Sony, małe i poręczne, a jednak posiadające dwudziestomega pikselową matrycę, ale moje przedświąteczne finanse mogą tego nie udźwignąć. A że św. Mikołaj już dawno uznał mnie za niereformowalną niegrzeczniuchę, to i nie spodziewam się, że zajedzie saniami pod mój dom. I tak sobie siedzę, i tak sobie myślę. Coś muszę posprzedawać, chyba wystawię część dzwonków na licytację, trochę szkła... Ale dość o tym, nie rozpamiętuję niepowodzeń, bo jest ich tyle, że nie robiłabym nic innego, jak tylko siedziała i myślała, że ta moja urodzeniowa trzynastka robi złą robotę i sieje ferment w moim życiu. A od tego jeden krok do totalnej depresji. Cicho sza! Jest pięknie! Świeci Słońce! Koty siedzą przed prywatnym telewizorem (czytaj: oknem) i obserwują ptaki. Niebo błękitne wokół mnie. Błękit we mnie... od nowa chce się żyć!

 

 

DSC00652.JPG

 

 

DSC00664.JPG

 

 

DSC00986.JPG

 

 

DSC00995.JPG

 

 

DSC01008.JPG

 

 

 

Portobello Road. Notting Hill. Londyn. Anglia.... Ziemia. Są miejsca na Ziemi, do których wracam. Takim właśnie miejscem jest Portobello. Główna ulica w dzielnicy Notting Hill o długości 2,1 kilometra, która jest najpiękniejsza o poranku, gdy nie ma jeszcze tłumu turystów i amatorów zakupów. Gdy można przysiąść na krawężniku bez obawy zadeptania i chłonąć magię tego miejsca. Zapominam wówczas, że ceny domów i mieszkań tutaj dochodzą do kilku milionów, że czynsze są niewyobrażalne dla nas, szczególnie, gdy zaczniemy sobie przeliczać funty na złotówki.

 

 

 

DSC00828.JPG

 

 

DSC03472.JPG

 

 

DSC03474.JPG

 

 

DSC03492.JPG

 

 

DSC03505.JPG

 

 

 

Jest za to coś, czego nie trzeba kupować. Atmosfera i koloryt tego miejsca. I ludzie. Zarówno sprzedawcy, właściciele małych antykwariatów, sklepów muzycznych, modnych niezależnych butików,  małych dziupli, w których można znaleźć mydło i powidło i to, bez czego Portobello nie miałaby swej wyjątkowości. Uliczne stragany, a często tylko płachty na chodniku i jezdni, na których powystawiane są stare meble (niektóre przepiękne!), lalki, szkło, biżuteria, ciuchy (od jednego funta za sztukę) i wszystko, o czym może sobie zamarzyć kolekcjoner. No i mam problem. A nawet dwa. Pierwszym są, bo jakżeby inaczej, finanse. Drugim, koszty ewentualnego transportu zakupów do Polski. I tym sposobem... daję sobie na luz i już bez napięcia oglądam wystawione przedmioty. Czasem tylko czuję lekkie ukłucie w sercu, gdy widzę jakiś cudny mebelek albo bibelot. A kysz, pokuso, a kysz!!! Idę dalej, kolejne stragany, tym razem z jedzeniem, z owocami z całego świata. Na jednym z nich dwaj przemili Jamajczycy wielkimi maczetami odcinają wierzch orzechów palmowych, do środka wkładają słomkę i napój już gotowy do spożycia. Wielka grupa Japończyków oblega stoisko, kupują i fotografują na potęgę. Mam z nimi coś wspólnego... też fotografuję.

 

 

 

DSC00041.JPG

 

 

DSC00053.JPG

 

 

DSC00411.JPG

 

 

DSC00412.JPG

 

 

DSC00423.JPG

 

 

DSC00724.JPG

 

 

DSC00961.JPG

 

 

DSC00962.JPG

 

 

DSC00963.JPG

 

 

DSC00972.JPG

 

 

DSC01005.JPG

 

 

DSC01022.JPG

 

 

DSC01024.JPG

 

 

DSC01025.JPG

 

 

DSC01040.JPG

 

 

DSC01043.JPG

 

 

DSC01060.JPG

 

 

DSC03485.JPG

 

 

DSC03486.JPG

 

 

DSC03488.JPG

 

 

DSC03494.JPG

 

 

DSC03496.JPG

 

 

DSC03497.JPG

 

 

DSC03498.JPG

 

 

DSC03523.JPG

 

 

DSC03527.JPG

 

 

DSC03589.JPG

 

 

DSC03596.JPG

 

 

DSC03605.JPG

 

 

DSC03597.JPG

 

 

DSC03615.JPG

 

 

 

Wspomniałam o lalkach. Sporo ich tutaj. Fascynują mnie i hmmmmm.... straszą. Mam wrażenie, że patrzą na mnie szklanymi oczami, wodzą za mną wzrokiem. Diabli wiedzą, co im się tam roi w tych małych łepetynkach pod przerzedzonymi fryzurami. Cóż, kłania się tu laleczka Chucky.

 

 

 

DSC01038.JPG

 

 

DSC01039.JPG

 

 

DSC01054.JPG

 

 

DSC01092.JPG

 

 

DSC03634.JPG

 

 

 

Na rogach ulic instalują się muzycy. Wiek – bez ograniczeń. Od bardzo młodych ludzi do tych mocno nadgryzionych zębem czasu, jak śpiewaczka z gitarą, której głos mnie zelektryzował. Niezła jest i mocno zalkoholizowana. Może właśnie alkohol dodaje jej głosowi tej charakterystycznej chrypki i jakiejś nostalgii. Amy Winehouse po przejściach. No cóż, ta kobieta nie stanie się raczej legendą, może jedynie elementem kolorytu Portobello?

 

 

 

DSC00978.JPG

 

 

DSC01013.JPG

 

 

DSC01028.JPG

 

 

DSC01090.JPG

 

 

DSC01101.JPG

 

 

DSC00983.JPG

 

 

DSC00984.JPG

 

 

DSC01080.JPG

 

 

Dochodzę do kolejnej przecznicy i... ulica zamknięta. Policja, ludzie w kombinezonach i maskach, jednym słowem przejścia nie ma. Rozmawiam z przemiłą policjantką cierpliwie udzielająca informacji. Tłumaczy mi, którymi ulicami mam iść, żeby ominąć zablokowaną część Portobello. Kieruję się w lewo i omijam łukiem zamknięty teren.

 

 

 

DSC00988.JPG

 

 

DSC00991.JPG

 

 

DSC01002.JPG

 

 

DSC01003.JPG

 

 

DSC01072.JPG

 

 

Wychodzę na Portobello Market czyli wielkie targowisko z nowymi i używanymi ciuchami, z biżuteria, i czego sobie tylko dusza zapragnie. Robi się upalnie, jestem troszkę zmęczona, kupuje więc coś do picia i siadam na ławce na małym skwerku. Obok mnie przysiada potężny Murzyn. Pierwsze pytanie”Skąd jesteś?”. Zaczynamy rozmowę o  wszystkim i o niczym. O Londynie, o imigrantach, o muzułmanach i o zagrożeniach. O fotografii i o życiu. Wystawiam twarz do Słońca. Rozmawiamy leniwie. Odpoczywam. Podobnie, jak ludzie śpiący na trawniku. Tak właściwie mam ochotę wyciągnąć się w pozycji horyzontalnej (jak śpiewał nieodżałowany Maciek Zembaty) i dać odpocząć mojemu kręgosłupowi.

 

 

 

DSC00047.JPG

 

 

DSC01016.JPG

 

 

DSC01015.JPG

 

 

Żegnam się z moim przemiłym rozmówcą i ruszam dalej z nadzieją, że ulica jest już odblokowana. Niestety, sytuacja bez zmian. Ekipy czyścicieli wynoszą jakieś nylonowe wory z kamieniczki. Zastanawiam się, co tam zaszło. Może ktoś umarł, może to scena zbrodni, a może było to przytulisko szczurów i lisów? Tego się nie dowiem. Obchodzę znów zamknięty obszar bocznymi uliczkami. Nagle, na wprost mnie widzę znajomą sylwetkę. Uśmiecham się od ucha do ucha. Mój "znajomy" staruszek ze swoim  niesamowitym psem. Fotografowałam ich obu, a właściwie ich oboje, bo to suczka  trzy lata temu na warzywnym bazarze na Portobello. Też było lato tyle, że bardziej upalne. Uśmiecham się i pozdrawiam sympatycznego pana, który zatrzymuje się i zaczyna rozmowę. Wspominam, że robiłam mu zdjęcia w 2011 roku. Przypominam sobie, jasne, dałaś mi pieniądze na jedzenie dla mojej żony! Moja mina wyraża chyba niebotyczne zdumienie pod tytułem „JAKIEJ ŻONY?”. Pan wyjaśnia, że sunia, która cierpliwie siedzi na jego plecach, to właśnie jego „żona”. I ma już szesnaście lat, czyli poważny wiek, jak na pieska. Pan też jest już stary...Nie robię im tym razem zdjęć, nie wypada wyskakiwać z obiektywem, gdy tak sympatycznie sobie rozmawiamy. Stwierdzam tylko ze smutkiem w duchu, ze oboje mocno się postarzeli. Ja przecież też. Żegnamy się, życzymy sobie zdrowia. Odchodzę mając nadzieję, że za rok lub za trzy lata spotkam ich oboje na Portobello. I jednocześnie mi smutno, bo to może być nasze ostatnie spotkanie... nic nie jest oczywiste w naszym życiu. Na zdjęciach sprzed trzech lat oboje jeszcze tacy... młodzi. Na szczęście, duch w nich nie umarł... i ten blask w oczach.

 

 

 

DSC00519.JPG

 

 

DSC00520.JPG

 

 

DSC00521.JPG

 

 

DSC00531.JPG

 

 

Wędruję dalej, rozglądam się i... dziwię. Sławne Portobello, kultowa dzielnica, a co trzeci sklepik straszy zabitymi dechami i dyktą oknami. Sypiące się gzymsy, a tuż obok idealnie wypacykowane elewacje edwardiańskich kamienic... takich typowych – ze schodkami, kolorowymi drzwiami, kwietnymi donicami, jak w filmie „Notting Hill”. Dzielnica kontrastów.

 

 

 

DSC00050.JPG

 

 

DSC00463.JPG

 

 

DSC03528.JPG

 

 

DSC03530.JPG

 

 

Na jednej z kamienic wielki mural. Postać z gitarą i napis „Bez ludzi jesteś nikim”. To hołd złożony Joe Strummerowi, człowiekowi-legendzie, muzykowi, kompozytorowi, wokaliście, założycielowi zespołów  The 101'ers, The Clash i The Mescaleros. Chciałabym, abyście w wolnej chwili posłuchali jego wersji znanego utworu Boba Marley’a „Redemption Song”. Niesamowite! 

 

http://www.youtube.com/watch?v=jvnHFl2WuEE

 

 

 

DSC00057.JPG

 

 

Żegnam Portobello z poczuciem niedosytu. Ale to stan dla mnie naturalny. Może to właśnie mnie napędza? Ten wieczny niedosyt? To dążenie do poznania świata, ludzi i rzeczy.... chociaż wiem, że nigdy nie uda mi się poznać świata i pewnie samej siebie do końca... Ale może to właśnie w tej wędrówce jest najpiękniejsze? Wędrowanie, a nie sam cel wędrówki? Bo przecież, gdybym osiągnęła cel, co wówczas miałabym robić? Znaleźć sobie nowy? A tak, to wędruję sobie niestrudzenie,  przed oczami, hen w perspektywie mając majaczący niewyraźnie CEL. Nienazwany i migotliwy, jak miraż pustynny. Fatamrugana cholerna...

 

 

 

DSC00408.JPG

 

 

Trochę się zmęczyłam, czas wracać do domu, przejrzeć zdjęcia, a najważniejsze to wyciągnąć się na płasko i dać odpocząć plecom. I jakoś przychodzą mi na myśl słowa, które doskonale obrazują mój stosunek do Londynu. Samuel Johnson napisał  w XVIII wieku, "Jeśli człowiek zmęczy się Londynem, oznacza to, że zmęczył się życiem, bo Londyn ma wszystko, co życie może nam zaoferować". Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko stwierdzenie, że zmęczyło się moje ciało, moje serce i moja dusza wciąż są zafascynowane tym miastem. Odpocznę i jutro ruszę w dalszą wędrówkę.

 

 

Teraz już kończę, Tubywalcy Najmilsi. Mam tyle do opowiedzenia, ale to następnym razem. Pa, pa!

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Chodząc...

czwartek, 06 listopada 2014 12:54

 

 

... ulicami Londynu chłonę koloryt miasta, wdycham jego zapachy, pod stopami czując rozgrzane latem chodniki. Mijają mnie ludzie w ciągłym pośpiechu, gdzieś pędzący, zapewne w bardzo ważnych sprawach. Gdzieniegdzie, na ławkach czy na murkach siedzą ci, którym się nie spieszy.  Może nie mają za czym albo do kogo biec? A może już im się nie chce tylko siedzą bezczynnie wystawiając zmęczone życiem twarze do Słońca.

 

 

DSC00741.JPG

 

 

DSC00750.JPG

 

 

Londyńczycy. Niezwykła mieszanka wszystkich ras, wszystkich narodów świata. Kocham londyńskie ulice z ich różnorodnością, z gwarem tysięcy różnych języków. Jeśli kiedyś faktycznie istniała wieża Babel, to zapewne taki gwar się w niej rozlegał. Twarze przepływają obok mnie... czasem ktoś rzuca w moim kierunku słoneczny pocisk uśmiechu, czasem zwyczajowe „morning”,  innym razem badawczy rzut oka szybki niczym błyskawica obejmujący mnie i mój sprzęt. Obojętność, nieufność,  czasami życzliwe zainteresowanie, które jednak nie trwa dłużej nić mrugnięcie powiek... tutaj każdy jest osobną, samotną wyspą. I niech was nie zwiedzie rzucone w waszym kierunku „How are you?”. Tutaj nikt nie oczekuje odpowiedzi typu: dziękuję, ale bardzo boli mnie głowa, szef mnie objechał, a dziecko przyniosło dwóję ze szkoły. To takie samo zwyczajowe pozdrowienie, jak nasze „Dzień dobry?”. Odpowiedź może być tylko jedna... thanks, and how are you? Oczywiście, istnieje jeszcze kilka kurtuazyjnych zwrotów, które „załatwiają” temat. Tutaj nie wypada się na kogoś patrzeć zbyt długo, lub przypatrywać uważnie. Może to być uznane za naruszenie czyjejś prywatności. Za to zdjęcia można robić do woli. Czasem tylko ktoś pokręci głową w geście zaprzeczenia lub zrobi gest dłonią mówiący, że nie życzy sobie fotografowania. Ale z tym spotkałam się rzadko, właściwie to jednostkowe przypadki.

 

 

Wschodni Londyn jest fenomenem sam w sobie. Na jednej ulicy obok siebie koegzystuje kościół katolicki,  anglikański, protestancki, meczet, świątynia hinduska i jeszcze kilka innych... mormoński chyba? A na pewno wielbicieli spirytusu... 

 

 

DSC02220.JPG

 

 

DSC08811.JPG

 

 

DSC08819.JPG

 

 

DSC08824.JPG

 

 

DSC08826.JPG

 

 

DSC08838.JPG

 

 

Kolory mieszają się ze sobą, zgodnie współgrają jaskrawe szyldy karaibskich jadłodajni, czerwone fasady pakistańskich sklepików i biało czerwone polskich delikatesów. 

 

 

DSC00001.JPG

 

 

DSC00003.JPG

 

 

DSC00092.JPG

 

 

DSC00908.JPG

 

 

DSC08814.JPG

 

 

Ale najważniejsi są ludzie. Sikhowie w kolorowych turbanach z długimi brodami, przepiękne Hinduski w kolorowych, bogato haftowanych sari obwieszone złotą biżuterią, skromnie ubrane Pakistanki w chustach na głowach, czarne sylwetki owiniętych w hidżab Arabek rzucających zza niqabu uważne spojrzenia czarno obrysowanych oczu. Nie znam się na narodach i plemionach arabskich, więc nie rozróżniam kobiet w arabskich strojach. Jedne mają odsłonięte twarze, inne nie, wszystkie natomiast mają szczelnie zasłonięte włosy.  Nierzadko już małe dziewczynki chodzą w chustach na łepetynkach. Patrzę na to z zadziwieniem. Szczególnie latem. Upał, od murów i chodników bije żar. Arabscy mężczyźni w koszulach z krótkimi rękawami, swobodni i na luzie. A tuż obok okutane kobiety... nie umiem sobie nawet wyobrazić, jak musi im być gorąco! No cóż, prawo szariatu reguluje również sposób ubierania się kobiet oraz ich miejsca w społeczeństwie zdominowanym przez mężczyzn. Ci ludzie przyjeżdżają do europejskiego kraju i w żaden sposób nie asymilują się, co więcej, usiłują narzucić własny styl i zasady. Gorzej, uczą tego swoje dzieci, już urodzone w Europie, a jednak żyjące według praw ustanowionych przed wiekami. Ale to temat-rzeka, który wzbudza coraz większe emocje. A te problemy nie znikną, a wręcz będą się pogłębiały. Niestety, na zderzeniu arabskiej ekspansji i europejskiej poprawności politycznej wynik może być tylko jeden. Stopniowa islamizacja Europy. I nie jest to z mojej strony przesada. Wystarczy porównać modele rodzin europejskich, gdzie normą jest 2 + 2,  z rodzinami arabskimi, gdzie najczęściej  jest pięcioro, sześcioro i więcej potomków.  Miałam okazję widzieć wycieczkę szkolną z jednej z londyńskich szkół. Maluchy, około siedmioletnie z paniami opiekunkami. Było tych dzieci około trzydziestu, z czego może dziesięcioro to były dzieci o białej skórze. Wystarczy przejść się londyńską ulicą... wnioski nasuwają się same.

 

 

DSC00073.JPG

 

 

DSC00075.JPG

 

 

DSC00089.JPG

 

 

DSC00090.JPG

 

 

DSC00933.JPG

 

 

DSC08851.JPG

 

 

DSC00742.JPG

 

 

DSC00748.JPG

 

 

DSC00911.JPG

 

 

DSC00913.JPG

 

 

DSC00918.JPG

 

 

DSC00768.JPG

 

 

DSC08810.JPG

 

 

Teraz zmiana tematu, czyli to, do czego przymierzałam się od dłuższego czasu. Ponieważ czas jest odpowiedni, więc  wracam do moich wędrówek po londyńskich cmentarzach.

 

Cmentarze... nie ma chyba żadnego innego miejsca, które tak dobitnie mówiłoby o historii miast i ich mieszkańców. Zastanawiałam się właśnie ostatnio, co nasze współczesne cmentarze powiedzą o nas i naszym pochodzeniu... niewiele. Na prostokątnych tablicach wyryte imiona, nazwiska i daty.   Czytelne tylko dla rodzin i znajomych,  nic nie będą mówiły przechodniom za sto lat. Pozostaną niemymi kamieniami z tajemniczymi imionami... Smutne.  Może dlatego tak fascynują mnie stare cmentarze?  Londyn jest bogaty w nekropolie. Wieki historii miasta zaklęte w kamienne anioły, w wystawne nagrobki, w piękne epitafia. Jednym z najpiękniejszych cmentarzy, nie tylko w Anglii, ale również na świecie, stawianym w jednym rzędzie z Pere Lachaise w Paryżu czy Cmentarzem Łyczakowskim we Lwowie jest Highgate Cemetery. Położony na wzgórzu i otoczony przepięknym parkiem właściwie cudem ocalał przed zrównaniem go z ziemią. Został założony w 1839 roku i działał do 1975 roku, kiedy to zamknięto go dla pochówków. Był zaniedbany i zrujnowany, na szczęście, w 1981 roku zakupiło go Towarzystwo  Przyjaciół Cmentarza. Wówczas też rozpoczęto prace konserwatorskie i renowacyjne. Cmentarz Highgate jest ogromny, na powierzchni 37 akrów czyli prawie 15 hektarów zostało pochowanych około 170 tysięcy zmarłych, samych nagrobków zaś jest około 53 tysięcy.  Niestety, nie wiedziałam, że do najstarszej części cmentarza (West Highgate) można się dostać jedynie z przewodnikiem, po wcześniejszym zarezerwowaniu wycieczki. Koszt wynosi 12 funtów. Nowsza część (East Highgate),  która jest czynnym cmentarzem jest otwarta dla również dla indywidualnych zwiedzających. Bilet kosztuje 4 funty dla turystów, osoby, których bliscy są tu pochowani mają wstęp wolny.  W cenie biletu dostałam przewodnik z mapą cmentarza, na której zaznaczono najciekawsze nagrobki i ich usytuowanie w gęstwinie drzew i zarośli. Cmentarz Highgate położony jest  na obszarze leśnym, stąd naturalne zadrzewienie całego terenu. Owszem, wytyczone są główne aleje i boczne ścieżki, ale niejednokrotnie idąc jakąś alejką nagle trafiałam na splątany gąszcz i musiałam się wracać. Mino pięknej pogody zwiedzających, na szczęście, nie było zbyt wielu, a ci, którzy byli rozproszyli się po terenie obejmujących 19 akrów i nie wchodzili mi w kadr. Tradycyjnie, jak na każdym cmentarzu, który odwiedzam zapaliłam znicz na jednym z zaniedbanych, na wpół zagłębionych w ziemi grobów.  Za wszystkich, którzy tu spoczywają. I z prośbą o wybaczenie, że zakłócam ich spokój. Teraz już mogłam spokojnie oglądać wyniosłe Anioły, obeliski...

 

 

DSC02510.JPG

 

 

DSC02479.JPG

 

 

DSC02530.JPG

 

 

DSC02525.JPG

 

 

DSC09004.JPG

 

 

DSC09012.JPG

 

 

DSC09035.JPG

 

 

DSC09071.JPG

 

 

DSC09083.JPG

 

 

DSC09086.JPG

 

 

DSC09092.JPG

 

 

DSC09097.JPG

 

 

DSC09108.JPG

 

 

DSC09140.JPG

 

 

DSC09145.JPG

 

 

DSC09151.JPG

 

 

... i najbardziej chyba angielskie nagrobki z wizerunkami osieroconych czworonożnych pupili tęskniących za zmarłymi właścicielami i pilnujących ich spokoju. Wzruszające i jakże dalekie od naszych miejsc ostatniego spoczynku.

 

 

 

DSC02463.JPG

 

 

DSC09027.JPG

 

 

DSC09050.JPG

 

 

DSC09053.JPG

 

 

Cmentarze, poza nastrojem i wyciszeniem pozwalają mi na rozszerzenie mojej wiedzy o świecie i ludziach. Chociażby grób Malcolma McLarena z wkomponowaną w płytę maską pośmiertną muzyka, był okazją do wyszukania informacji o nim w internecie. Bo pamiętałam tylko, ze był menadżerem grupy Sex Pistols, że nagrał z  Catherine Deneuve piosenkę „Paris, Paris”. Nie wiedziałam natomiast, że wspólnie z Vivienne Westwood projektował i sprzedawał w swoich butikach awangardową odzież, że naprawdę nazywał się Malcolm Robert Andrew Edwards i miał szkocko-żydowskie pochodzenie, że był producentem muzycznym, filmowym i publicystą. Zabawne, właśnie w tym momencie zorientowałam się, że te wszystkie informacje nie są mi do niczego potrzebne, że spokojnie mogłabym żyć bez tej wiedzy. To jest jednak silniejsze ode mnie. Nie macie pojęcia, Tubywalcy Najmilsi, jaki bałagan jest w mojej głowie.

 

 

DSC02491.JPG

 

 

Kolejne nazwisko - Pat Kavanagh - które jakoś mi się kojarzyło, ale nie pamiętałam z czym lub z kim. I teraz już wiem, że była agentką wielu sławnych pisarzy, za których karierami niejednokrotnie stała i miała na nie wpływ. Niezwykle inteligentna, piękna – kobieta instytucja. Była agentką miedzy innymi Roberta Harrisa i Johna Irvinga.. i tu znów szperam w internecie, żeby przeczytać więcej informacji o tych pisarzach... to nigdy się nie kończy. I po co ci to, kobito?

 

 

DSC02486.JPG

 

Ale powróćmy do wędrówek po Highgate Cemetery.  Tutaj znalazł miejsce ostatniego spoczynku człowiek, którego nazwisko niekoniecznie dobrze nam się kojarzy.  Karol Marks. Ma tutaj dwa nagrobki. Ten pierwotny i drugi, ostateczny, okazały i bogaty. Nie miałam pojęcia, że zmarł w Londynie, że w ogóle  mieszkał w Londynie. Jak widać na zdjęciu, jego idea wciąż jest żywa, ludzie składają kwiaty, a przeczytałam ostatnio, iż coraz więcej osób zaczyna się przekonywać do jego teorii kapitalizmu i ekonomii.

 

 

DSC09082.JPG

 

 

DSC02518.JPG

 

 

Mansoon Hekmat (prawdziwe nazwisko Zhoobin Razani) – irański teoretyk marksizmu, uczestnik irańskiej rewolucji w 1979 roku, działacz i społecznik leży prawie na wprost swojego mistrza Karola Marksa. Czemu go tutaj wspominam? Zafascynowała mnie po prostu jego twarz...

Zresztą, nieopodal grobu Marksa spoczywa wielu socjalistów i komunistrów... z Hiszpanii, Kurdystanu, Iranu i Iraku... wielu z nich przybywało do Londynu uciekając przed represjami w ich krajach.

 

 

DSC02519.JPG

 

 

DSC02520.JPG

 

 

Wśród wielu zanurzonych w gąszczu bluszczu nagrobków odnajduję niezwykle wzruszający, poświęcony strażakom, którzy zginęli podczas pożaru Alhambra Theatre w 1882 roku. Teatr został później odbudowany, a w 1936 roku zburzony, Na jego miejscu znajduje się teraz Odeon Leicester Square.

 

 

DSC02483.JPG

 

 

DSC02481.JPG

 

 

Poruszam się w ciszy wśród drzew i aniołów. Muszę uważnie patrzeć pod nogi, bo wiele nagrobków jest przewróconych, obmurówki pozapadały się w ziemi, zieleń pochłania kamień...  a ponieważ cały teren Highgate Cenetery ustanowiony jest zabytkiem, więc ingerencja ludzi ogranicza się jedynie do prac porządkowych i koniecznych prac restauracyjnych.

 

Tyle nazwisk, tyle grobów... Anna Mahler – rzeźbiarka, córka kompozytora Gustava Mahlera spoczywa pilnowana przez anioła, którego sama wyrzeźbiła.

 

 

DSC08999.JPG

 

 

 O, i jeszcze jedno znajome nazwisko, chociaż nie do końca zdaję sobie sprawę, skąd je znam. Bruce Reynolds... ależ tak! Napad stulecia! To właśnie Bruce Reynolds był pomysłodawcą sławnego napadu na pociąg w 1963 roku i kradzieży 2,6 miliona funtów, czyli w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze ok. 40 mln funtów.  Chociaż sławniejszy był jego kompan Ronnie Biggs, którego walka o pozostanie w Brazyli i obrona przed ekstradycją do Wielkiej Brytanii była swego czasu szeroko komentowana na całym świecie. Udało mu się, ponieważ jego ówczesna brazylijska przyjaciółka urodziła ich wspólne dziecko. Obaj, zarówno Reynolds, jak i Biggs zostali po napadzie złapani, po czym po piętnastu miesiącach... uciekli z więzienia. Reynolds ukrywał sie przez pięć lat, dopiero w 1968 roku został osadzony i skazany na 25 lat więzienia z czego odsiedział  dziesięć. Ronnie Biggs wrócił na własne życzenie do Wielkiej Brytanii w 2001 roku, gdzie został osadzony w więzieniu. W 2009 roku został zwolniony ze względu na stan zdrowia. Bruce Reynolds zmarł w lutym 2013 roku w wieku 81 lat i został pochowany ze swoją żoną Angel (naprawdę miała na imię Frances, ale zmieniła je, gdy ukrywała się wspólnie z mężem), zmarłą trzy lata wcześniej . Ronnie Biggs, który na wózku inwalidzkim towarzyszył kumplowi w ostatniej drodze dołączył do niego w grudniu tego samego roku. Ronnie Biggs jest pochowany w Golders Green Crematorium. Zastanawiacie się pewnie, Szanowni Tubywalcy, dlaczego tak się rozpisuję o dwóch, bądź co bądź, ale przestępcach. Owszem, byli bandytami, zgadzam się, że zasłużyli na surową karę. Tym bardziej, że napad stulecia nie był jedynym ich przestępstwem. Niemniej, o  ich życiu powstało tyle filmów, biografii i piosenek, że funkcjonują w świadomości ludzi, jak Al Capone czy Bonnie i Clyde. Jak Robin Hood...

 

 

DSC02538.JPG

 

 

A tak w ogóle to wszystkie londyńskie cmentarze, również ten na Highgate stanowią przedziwną mozaikę narodowości, religii i kultur. Stanowią doskonałe odbicie struktury mieszkańców Londynu. Cyrylica, alfabet grecki, japoński... ateiści, chrześcijanie, buddyści, prawosławni, anglikanie... wszyscy leżą spokojnie obok siebie.  Przystaję przed kolejnym nagrobkiem. Na zdjęciu uśmiechnięta kobieta. Opal Whiteley alias Francoise Marie de Bourbon – Orleans. Kim była?  Jaka była jej historia? Nazwisko nic mi nie mówi, ale zaciekawia mnie jej spojrzenie... sprawdzam. Urodziła się w 1897 roku w stanie Waszyngton w rodzinie drwala. Później twierdziła, że jest córką Henryka, księcia Orleanu czemu stanowczo zaprzeczała jej rodzina. Była tak zwanym cudownym dzieckiem natury, w bardzo młodym wieku znała ogromną ilość zwierząt i roślin. W wieku 16 lat podjęła studia na uniwersytecie. W  1920 roku opublikowano „Historię Opal” na podstawie jej dziecięcego pamiętnika. Najpierw w odcinkach w gazecie, później w formie książki. Jako Francoise Marie de Bourbon – Orleans wybrała się do Indii, gdzie była podejmowana przez maharadżę z należnymi honorami. Pisała stamtąd artykuły do brytyjskich magazynów. Była niezwykłą osobą, karty jej książki zapełniają zwierzęta i... magia. Prowadziła pogadanki dla dzieci, w których przybliżała im świat natury. Od czasu publikacji jej pamiętnika do dnia dzisiejszego trwają dyskusje na temat autentyczności tych zapisków. Wielu naukowców podważa prawdziwość dziennika twierdząc, że mała dziewczynka nie mogła mieć tak rozległej wiedzy. Niech tam się kłócą, najważniejsze, że Opal czerpała radość z obcowania z naturą. Niestety, została ranna w głowę podczas bombardowania Londynu i od tamtej pory aż do śmierci w roku 1992 przebywała w szpitalu psychiatrycznym w Napsbury. Do samego końca pracownicy szpitala nazywali ją księżniczką.

 

 

DSC02548.JPG

 

 

DSC02551.JPG

 

 

I kolejny pisarz, tym razem Douglas Adams, autor powieści sf, m.in. „Autostopem przez Galaktykę”, a także dziennikarz i publicysta. „Jeśli ludzkie istoty nie poruszają nieustająco ustami, zaczynają pracować im mózgi” to cytat z powieści „Restauracja na końcu świata”.  Prosta płyta, u stóp której ktoś postawił pojemnik z długopisami i ołówkami. Żeby mu ich nie zabrakło tam, gdzieś w odległej galaktyce, po drugiej stronie światła.

 

 

DSC02448.JPG

 

Zaczynają boleć mnie plecy, w końcu spędziłam tu kilka godzin. Jeszcze zdjęcie pięknego, bardzo podobnego do Diesla kota, który właśnie upolował mysz i konsumował ją kompletnie nie zwracając na mnie uwagi.

 

 

DSC09125.JPG

 

 

DSC09127.JPG

 

 

Czas iść... jeszcze tu wrócę. Kolejnym razem koniecznie będę musiała odwiedzić West Highgate. Ruszam przez piękny park, jeszcze kilka zdjęć kwiatów.

 

 

DSC02441.JPG

 

 

DSC02439.JPG

 

 

DSC09028.JPG

 

 

DSC09167.JPG

 

 

DSC09173.JPG

 

 

DSC09177.JPG

 

 

Zaglądam jeszcze go rzymsko-katolickiego kościoła pw św. Józefa. Niezwykłe wnętrze, piękne światło. Siedzę przez chwilę w ciszy. Czekam, aż ból pleców stanie się mniej dotkliwy, nic z tego. Ruszam więc powoli w dół ulicy do stacji metra. Czeka mnie jeszcze jazda „czarną” linią i przesiadka na „centralkę” czyli Central Line. Koniec wycieczki.

 

 

DSC02430.JPG

 

 

DSC02434.JPG

 

 

DSC02437.JPG

 

 

DSC09032.JPG

 

 

DSC09033.JPG

 

 

Uffff... mam nadzieję, że się zrehabilitowałam za zbyt długie milczenie.  A teraz aktualności. Nogę mam już wypakowaną z gipsowego opatrunku. Niestety, jeszcze puchnie kostka i boli. Ale to ponoć normalne. Dziękuję, Najmilsi Tubywalcy za wszystkie słowa otuchy i pocieszenia. I to by było na tyle... na razie! Pa, pa...

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  558 692  

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 558692

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl