Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 889 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Lubię mgłę...

czwartek, 31 grudnia 2009 21:24

 

... pod warunkiem, że nie jest to sylwestrowa noc. Tym razem mgła uniemożliwia skutecznie zrobienie ciekawych zdjęć fajerwerków. Czyli... raczej nie ruszę się z domu i nie pójdę zdjęciować. Trudno, przecież to nie ostatni Sylwester w moim życiu... chyba?  Dzisiaj pracowałam, dzień ciągnął się niemiłosiernie, szary i senny. A zapowiadało się tak ładnie i śnieżnie. Nie zawsze jest tak, jak byśmy chcieli. Trzeba mimo wszystko w każdym zdarzeniu doszukiwać się pozytywnych aspektów. Inaczej życie staje się nie do zniesienia.  Jaki jest pozytywny aspekt pogodowych zawirowań? Otóż, zamiast łazić gdzieś po nocy narażając się na wszelkie możliwe niebezpieczeństwa, z przeziębieniem włącznie, mogę siedzieć bezpiecznie przed komputerem towarzysząc Dieslowi, który bardzo boi się huku i pisząc kolejną notkę. Czyli... Sylwester w doborowym towarzystwie, bo czyż Tubywalcy nie są najlepszym towarzystwem, jakie można sobie wymarzyć? Nie znam lepszego!!! 31 grudnia... czas podsumowań, czas refleksji. Jaki był ten mijający rok? Całkiem niezły, chociaż malkontenci stwierdzą pewnie, że mógłby być lepszy. Pewnie tak, ale nie żądajmy zbyt wiele, bo Los może nam się roześmiać w nos i odwrócić do nas plecami. Czy mogłam osiągnąć więcej? Oczywiście, pod warunkiem, że wykorzystałabym wszystkie szanse, jakie miałam. Ze wielu nie wykorzystałam, ze przegapiłam to i owo, że nie zauważyłam możliwości, jakie otwierał przede mną świat... to już tylko i wyłącznie moja wina. Chociaż, nie oceniajmy tego w kategorii winy. Ale miałam pisać o pozytywach, więc... jestem zdrowa,  mam pracę, mam moje pasje, mam Przyjaciół, zarówno tych realnych jak i wirtualnych, mam rodzinę, mam Diesla, spójrzcie, jak wiele mam.  Wiem, że równie wielu rzeczy nie mam, ale przecież nie można mieć wszystkiego. Wówczas... czyż byłoby na co czekać i o czym marzyć? Siedzę sobie więc spokojnie w ciepłym mieszkaniu i wiem, że jeśli tylko zechcę, mogę to zmienić. Mogę wyjść, żeby przywitać Nowy Rok w tłumie ludzi w centrum miasta. Tyle, że... chyba niezbyt mam na to ochotę. To jest jednak luksus. Nic nie musieć! Nie zazdroszczę nikomu niczego. Cieszę się, że ludzie bawią się na balach, że uczestniczą w koncertach, że są z kimś najbliższym, że są do pary. A że ja nie? Cóż, przynajmniej jest na co czekać, prawda? A z okazji zbliżającego się Nowego Roku 2010 życzę Tubywalcom i Ich Rodzinom spełnienia marzeń, niech nadchodzący czas składa się z samych radosnych chwil. Bądźcie szczęśliwi!!! Pa, pa.
















Podziel się
oceń
0
0

komentarze (11) | dodaj komentarz

Tak jakby...

niedziela, 27 grudnia 2009 22:15

... Święta się skończyły!!! Jak je spędziłam? Tradycyjnie, czyli... gastronomiczno-telewizyjnie!  Skutki? Opłakane!!! Co najmniej dwa tygodnie diety i ćwiczeń.  Moja wątroba, nie mówiąc o woreczku żółciowym, powiedziały pas. Pas z kolei jakoś dziwnie zwiększył obwód, co spowodowało z kolei konieczność odpięcia guzika w spodniach. Guzik z moich wcześniejszych postanowień, że będę jadła skromnie i delikatnie, jak ten wróbelek (a właśnie, czy ktoś wie, ile taki wróbelek potrafi zeżreć?) Jeśli ilość jedzenia przełożyć na masę ciała to... masę! Nigdy więcej takiego obżarstwa. Na dodatek, ponieważ wyjeżdżałam w Wigilię rano do Bielska-Białej w deszczu, więc stwierdziłam, że ilość bagażu, jaki miałam ze sobą nie pozwala na dźwiganie dodatkowo sprzętu fotograficznego. Zostawiłam więc aparat w domu i... popełniłam błąd, bo w Bielsku  było pięknie i słonecznie chociaż bezśnieżne, tyle że bardzo wietrznie. Nie miałam więc po co biegać po mieście. Za to zrobiliśmy sobie z Synusiem maraton filmowy. On ma niesamowitą ilość dobrych  filmów, których ja nie widziałam, więc.... A że przy zastawionym stole lepiej się ogląda... co ja będę więcej opowiadała. Przejadłam się i tyle. Wczoraj wróciłam wieczorem i padłam całkiem nieżywa. To znaczy, żywa, ale chyba nie za bardzo. Dzisiaj natomiast Rodzinka w osobach Kuzynki i jej męża zagarnęła mnie z domowych pieleszy i wywiozła na Jurę Krakowsko-Częstochowską.  Zaliczyliśmy ruiny kościółka pw. św. Stanisława na górze Laskowiec w Żarkach, później był zamek rycerski w Mirowie i zamek  królewski w Bobolicach. Przepiękne widoki, czyste powietrze, dużo ciekawych ujęć, czyli było pięknie! Po wszystkim pojechaliśmy do Kuzynki, gdzie... zostałam zmuszona do skonsumowania obiadu z deserem! O rany, na szczęśćie do obiadu podano świetną nalewkę na wiśniach (na trawienie!).  A wieczorem byłam umówiona z drugą Kuzynką, która przestała się do mnie odzywać, gdy odmówiłam konsumpcji ciast wszelakiego autoramentu. No jak miałam nie odmówić, skoro miałam wrażenie, że za moment pęknę!!! Kuzynka jednak się nie obraziła, ograła mnie w karty, co wybitnie poprawiło jej nastrój i wyekwipowała na drogę w cały zestaw słodkości... żebym nie zgłodniała, a poza tym... czy ona ma to sama zjeść? To nie moje słowa! Jednym słowem... ja pękam z przejedzenia, moja lodówka pęka z nadmiaru wypieków, a kot ... siedzi teraz na moich kolanach, wpatruje się w ekran i mam wrażenie, że czyta moje słowa... i pęka ze śmiechu. Mnie wcale za to do śmiechu nie jest. I tym żałosnym akcentem, pa, pa. Acha, mam nadzieję, że Tubywalcy spędzili święta aktywnie, dietetycznie i zdrowo!!!




Panorama z góry Laskowiec



Riuny kościoła pw. św. Stanisława na górze Laskowiec



Zamek rycerski w Mirowie



Po takiej ilości jedzenia mogę... góry przenosić!



Zamek w Mirowie



Zamek królewski w Bobolicach (własność prywatna, od dziesięciu lat jest odbudowywany  z prywatnych funduszy)



Niestety, na duchy było chyba zbyt widno)



Zamek w Bobolicach - panorama

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Była zima...

środa, 23 grudnia 2009 8:14

... i już jej ni ma. Mokre kapie z nieba, Aniołkom przewróciło się wiaderko, gdy przedświątecznie rajskie podłogi myły.  Za oknem mokre ptaki kołyszą się na wiotkich gałązkach brzozy, mgła szara zatarła kontury  miasta. Brrrrrrr... aż mnie dreszcz przechodzi, bo niedługo będę musiała wyjść z ciepłego domu prosto w wilgotny grudzień. Ale nic to, nic to, Gosiu. Gorzej bywało. Najważniejsze, że Święta tuż-tuż.  Dom pachnie kapustą (nie powiem, żebym była wielbicielką tego zapachu, ale... TRADYCJA!!!). Kapustę robię zawsze na dwa sposoby. Z grzybami i z grochem.  Resztę przygotuję w Bielsku-Białej, u Synusia. Budzę w sobie to dziecko, które z niecierpliwością oczekiwało nadejścia Wigilii. I w związku z tym budzeniem, od kilku dni wyśpiewuję na cały głos wszystkie, zapamiętane kolędy. A pamiętam ich całkiem sporo.  Śpiewam w sklepie, śpiewam w drodze do Firmy (dzisiaj i jutro urlop!), śpiewam w tramwaju i u znajomych. Śpiewam rozmawiając i wsypując do miseczki śniadanko dla Diesla. Na szczęście dla społeczeństwa i samej siebie, bo społeczeństwo mogłoby mnie zamknąć w pomieszczeniu bez klamek, śpiewam w duchu, niemniej na cały regulator!  A tak na marginesie, wczoraj, gdy szłam rankiem do Firmy, wymyślił mi się krótki aforyzm, który teraz dedykuję wszystkim Przyjaciołom, dzięki którym moje pisanie, moje zdjęciowanie ma sens, dzięki którym sens ma prowadzenie tego blogu (bloga?).
"Każde marzenie można pochwycić w dłonie... czasem trzeba tylko lekko wspiąć się na palce. No, ostatecznie można jeszcze podskoczyć!"
Wszystkim Tubywalcom życzę, aby marzenia stawały się rzeczywistością, niech Wasze sny będą zawsze pełne magii, a życie niech im dorównuje, niech uśmiech nie opuszcza Waszych serc i twarzy. Niech najjaśniejsza Gwiazdka przyniesie Wam radość i spełnienie. I tym uśmiechniętym akcentem, pa, pa.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Za oknem...

niedziela, 20 grudnia 2009 8:07


... w lekkiej błękitnawej mgle, gdzieś wysoko nawołują się chrapliwie ptaki.  Na mojej brzozie świeży biały puch dopełnia rysunek delikatnych gałązek. Sypało pięknie całą noc, sypie teraz i stała się cisza, jaka tylko zimą jest możliwa, gdy śnieg tłumi wszelkie odgłosy, otacza nas cichym kokonem bieli. Jest pięknie, jest magicznie.  Wczoraj optymistycznie świecił Słonecznik, wybrałam się więc z aparatem na mały spacerek. Zajrzałam przy okazji do Mamy, Dziadziusiów, Ciotek i Wujków, żeby zanieść im pachnące lasem gałązki, zapalić światełko, żeby mogli ogrzać się przy nim.  Na cmentarzu byłam tylko ja i... wiewiórka, o której kiedyś już tu wspominałam. O rany, dokładnie rok temu, kiedy to śmignęła po grobowcach pozostawiając ślady łapek w świeżym puchu i... tyle ją widziałam. Teraz z kolei, najpierw zobaczyłam ślady głęboko odciśnięte w śniegu, a później ujrzałam mordkę wystającą spomiędzy gałązek tui. Niestety, zdjęcia nie dało się zrobić, bo gdy tylko zorientowała się, że jej się przyglądam, gdy poruszyłam ręką, by przygotować aparat, spomiędzy zieloności wyprysnęła ruda iskierka i w ogromnych susach zniknęła pomiędzy grobami. I.... tyle ją widziałam. Ale to przecież nie jest najważniejsze. Ważne, że jest, że dobrze się miewa, że przez  moment zachwyciła mnie swą obecnością. A właśnie, co do obecności i rudości. Wiele osób ciekawych jest zapewne, co się dzieje z rudym nastroszonym kotem, co złożył mi kiedyś kilka wizyt,  opróżniając przy okazji michę Diesla. Otóż, nie było go przez kilka dni. Później, wracając wieczorem do domu, zobaczyłam na poboczu jezdni kawałek zakrwawionego futerka. Kolor podobny, miejsce prawdopodobne i dłuższa nieobecność. Cóż, stwierdziłam, że to rudy stworek był nieostrożny i zakończył koci żywot... Nie powiem, że nie było mi smutno. Nie napisałam tutaj o tym fakcie, bo wciąż miałam nadzieję, że jednak to nie był mój znajomek. I... dobrze zrobiłam, bo kilka dni temu, po powrocie z pracy, zastałam go na mojej wycieraczce. Znów był nastroszony, wychudzony i głodny jak wszystkie nieszczęścia. Wystawiłam na korytarz miseczkę z żarełkiem, rzucił się na nie łapczywie, co jakiś czas pomrukując z rozkoszą i łasząc się do moich dłoni. Pojadł, napił się wody i... znów poszedł sobie, wolny i niezależny od nikogo. Te typy chyba już tak mają.  Wystawiam w dalszym ciągu jedzonko przy piwnicznym okienku tam, gdzie rura od centralnego ogrzewania nie pozwala, żeby zalegał śnieg i....  zbiegają się w to miejsce wszystkie koty z okolicy. Zresztą, takich osób i miejsc jest więcej, koty więc głodne raczej nie są.  Niestety, nie ma możliwości przygarnięcia wszystkich bezdomnych zwierzaków. Twarde realia, przetrwają najsilniejsi. Samo życie.  A właśnie... życie.  Wczoraj po raz kolejny obejrzałam „Opowieści  z Narnii"...  zresztą film doskonale oddaje bajkowy nastrój książek C.S. Lewis'a. Obejrzałam i stwierdziłam, że ... każdy z nas ma taką swoją „szafę", przez którą może przejść na drugą stronę, do świata marzeń i spełnionych snów. Dla mnie taką szafą jest obiektyw aparatu, który pozwala mi na zatrzymanie chwili,  tak, żeby móc do niej w każdym momencie wrócić. Jestem szczęściarą! Mimo problemów i problemików, mimo smutków, które często nie chcą odpuścić i wgryzają się w moją duszę, mimo wszystko! Jest piękna Zima, której doczekałam w zdrowiu, lada moment będą Święta, które spędzę z Synem, mam Rodzinę, na którą mogę liczyć, mam pracę,  Przyjaciół i tych „realnych", i tych, wcale nie mniej ważnych, „wirtualnych",  mam Diesla i mam moje pasje, moje zachwyty. Czyż nie jestem więc szczęściarą?  Złożyłam sobie przedświąteczne zobowiązanie, że nie będę  narzekać (no, może tylko cichutko i z rzadka), bo przecież... każda z chwil jest tą wyjątkową, najważniejszą i już się nie powtórzy. A poza tym, przecież wszystko jest „po coś", inaczej czyż to, co przeżywamy, kim jesteśmy miałoby sens?  Czyli... jest pięknie. I tym uśmiechniętym, radosnym akcentem, pa, pa.











































PS. Na czwartym zdjęciu pokazałam hałdę na Podlesiu, która została zalesiona, gdy byłam dzieckiem. Ależ to kiedyś była wysoka góra, wręcz niebotyczna, gdy z niej zjeżdżałam na saneczkach... z duszą na ramieniu.  Tyle lat minęło, a z hałdy wciąż zjeżdżają dzieciaki. To optymistyczne!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Pożądamy więcej...

poniedziałek, 14 grudnia 2009 20:32


... niż możemy osiągnąć, lecz osiągamy zwykle mniej niż moglibyśmy zdobyć.  Coś w tym jest, chociaż nawet nie wiem, kto wypowiedział tę myśl. Niemniej podpisuję się pod tym aforyzmem obiema rękami.  Taka jest też i moja natura ... ludzka, jak najbardziej. Frustrująca... niewątpliwie.  Niepoprawna... o, to na pewno. Cały czas gonię za mglistym, ułudnym fantomem szczęścia, spełnienia, zadowolenia. I wciąż pozostaję o krok z tyłu. Czasem już, już wydaje mi się, że uchwyciłam rąbek anielskiej szaty, lecz wyślizguje się z moich osłabłych palców pozostawiając w nich  maleńkie piórko,  naznaczone purpurową kroplą... to krew czy może smuga rozczarowania. I znów po chwili podnoszę się z klęczek, by biec za kolejnym mglistym marzeniem.  Uparcie, bezustannie, bezsensownie goniąc własny ogon, myśląc, ze dokądś podążam, podczas, gdy kręcę się w miejscu.  Są jednak takie momenty, nieliczne niestety i krótkotrwałe, gdy  czuję się spełniona, jestem prawie szczęśliwa. Lecz za moment to uczucie rozwiewa się i znów tęsknię za nim. Więc znowu rozglądam się wokół, czy gdzieś kątem oka nie dojrzę cienia szansy na spełnienie. Ależ mi się zebrało na analizy i pseudopsychologiczny bełkot.  Wzięłabyś się babo, do roboty, coś byś napisała, wysłała jakieś zdjęcia na jakiś konkurs,  może wreszcie wyślesz jakieś prace na portal architektoniczny, dokąd ciebie, laika w końcu, zaproszono. I co? Ano, zbieram się do tego i zabieram od kilku dni.  Cóż,  brak motywacji, brak klarownych i wymiernych efektów zniechęca mnie  i rozczarowuje. Dni podobne do poprzednich i takie same, jak te, które nastąpią po nich. Za oknem zimno i szaro, śnieg  padał od soboty w postaci drobnej, zmrożonej kaszki, którą szybko rozwiewał wiatr.  Posępne nastroje nie opuszczają mnie od kilku dni,  na dodatek, jakby tego było mało, w Firmie choroby i infekcje zataczają wokół  mnie   coraz ciaśniejsze kręgi. Sporo osób już choruje, mam nadzieję, że moja sławetna odporność wykarmiona na kozim mleku i tym razem poradzi sobie z wirusami. Bo jeśli nie... odpukuję w niemalowane drewno trzy razy, trzy razy spluwam przez lewe ramię, już kiedyś chyba tu wspominałam, dlaczego przez lewe, bo na prawym siedzi Anioł, podczas gdy na lewym... siedzi Diabeł,  niedyplomatycznie byłoby Skrzydlatego opluć, jeszcze by się wkurzył i byłoby nieciekawie. Tak, jakby teraz  ciekawie było. Ale, nigdy nie wiadomo, kiedy może się przydać Jego Świetlistość, prawda?  Usiłuję wykrzesać z siebie jakąś pozytywną energię. Cóż, kiedy krzesiwo zamokło, a hubka rozpadła się w dłoniach... albo odwrotnie? Mniejsza z tym, w każdym razie  iskry tylko się sypią i... gasną nieciekawie i  smętnie.  Jakie życie, takie fajerwerki...  Niedługo Święta, prawdę powiedziawszy, jakoś znowu nie mam tego świadomości. Och, oczywiście wiem, że się zbliżają, w końcu mam przecież kalendarz, ale  odbieram to czysto teoretycznie. Zbyt  wiele szarych myśli, żeby móc szczerze  i optymistycznie cieszyć się na zbliżający się czas. Pewnie, że będzie choinka, że będzie obrus, sianko i opłatek, ale bardziej z rozpędu, z poczucia obowiązku wobec Tradycji niż z faktycznej potrzeby serca.  Mam nadzieję, że mi minie to zniechęcenie, w końcu zostało jeszcze dziesięć dni.  Dziesięć dni na obudzenie w sobie dziecka, na przywołanie tamtych emocji i oczekiwań, na  nadzieję, że Pierwsza Gwiazdka w końcu spełni moje marzenia. I tym, optymistycznym w gruncie rzeczy, akcentem, pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 659  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557659

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości