Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 074 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Kochani Tubywalcy!

poniedziałek, 24 grudnia 2012 15:56

 

W tym wyjątkowym Dniu, Dniu Wigilijnym pragnę życzyc Wam samych dobrych, radosnych dni, w kręgu Rodziny i Przyjaciół, pod jasnym niebem pełnym gwiazd. Niech lażdy moment Waszego życia będzie tym najpiekniejszym i najciekawszym. Niech Wam dopisuje zdrowie, a troski i zmartwenia niechaj nie marszczą Waszych czół... a jeśli już muszą być zmarszczki, to tylko te najmilsze od uśmiechów. Niech Wasza przyszłość będzie radosna i jasna, niech Wasze sny pełne będą kolorowych obrazów, jak z najpiękniejszych fotografii. Cóż jeszcze mogę Wam życzyć? Wszystkiego najpiękniejszego, tak prosto i od serca. Dobrze, że jesteście! 

Gosia, Diesel Diablo de la Vego i Rudencjisz Desperado von Cinnamon

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Poddałam...

poniedziałek, 17 grudnia 2012 6:37

 

... się,  wprawdzie bez większych obrażeń, ale i tak nie zdołałam podać temu potworowi lekarstwa. Potwór czytaj Diesel. Nie na darmo i na moje nieszczęście daam mu na drugie imię Diablo. Poddałam się, gdy wymieszałam pokruszoną tabletkę z ulubionym przez Diesla czekoladowym deserkiem a następnie władowałam mu łychą tę papkę do gardła. Nie macie pojęcia, jak trudno wyczyścić plamy po czekoladzie z tapety. O mojej bluzce nawet nie wspominam, bo... już jej nie ma. Pluł na oślep powarkując przy tym złowrogo.  Jeszcze na dodatek Rudencjusz był bardzo zainteresowany cała sytuacją i plątał się nam pod nogami. Zrezygnowałam więc z dalszych prób i postanowiłam oddac sprawę w ręce fachowców. W sobotę więc, po długich i ciężkich działaniach mających na celu wtłoczenie Diesla do transportera.... a spróbujcie to zrobić, gdy kocisko się zapiera wszystkimi czterema łapami, łbem, ogonem i całym ciałem. I jeszcze usiłujcie nie znaleźć się w zasięgu wystawionych pazurów i wyszczerzonych zębów. W końcu się udało i zatrzasnęłam drzwiczki. Całą drogę słyszałam dochodzące z wnętrza głuche pomruki. I co się wydarzyło u weterynarza? Moje kocię zmieniło się w aniołka. Grzeczniutki, spokojniutki i te niewinne oczęta. Pani weterynarz pogłaskała, otworzyła pysio kotu i wpakowała jednym ruchem tabletkę do gardła. Po czym przytrzymała zamknięty pysk Diesla, aż przełknie... aż przełknie... no, kiedy on wreszcie przełknie! Pani weterynarz stwierdziła, że kot MUSI oddychać, ale może ona sie myli, bo ten nie oddycha.... tylko łypie oczami. W końcu... poszła... tabletka poszła. Jeszcze chwile odczekałyśmy, bo pani weterynarz stwierdziła, że kocisko i tak może zwrócić tabletkę, bo mu źle z oczu patrzy. Na szczęście tak się nie stało. To było wczoraj. Dzisiaj powtórka z rozrywki z wkładaniem kota do transportera. No i w przychodni okazało się, że Diesel już doskonale wie, po co przyszliśmy. I już tak łatwo nie było... odpadł nam element zaskoczenia.  W końcu przemiły pan weterynarz zdołał rozewrzeć kotu szczęki i za pomocą pęsety umieścił tabletkę w gardle. I czekaliśmy, aż Diesel przełknie.... zastanawiam się, może Diesel powinien trenować nurkowanie na bezdechu? Ma niewątpliwy talent, nawet  zatykanie nosa nie pomagało. Jeszcze jutro i pojutrze będe miała takie przeprawy. A tłumaczę baranowi jak dziecku, że to dla jego dobra... dabra, dobra, on wie swoje!

 

A tak poza tym, na zachodzie bez zmian. Czyli koty jeszcze sie nie pozagryzały, chociaż zaczyna dochodzić między nimi do napięć. Mały atakuje Diesla znienacka, na przykład spadając mu na grzbiet z wysokości krzesła, albo stołu. No, powiedzcie mi, Najmilsi Tubywalcy, który szanowany kot by sobie na takie coś pozwolił? No właśnie.... Ale niezaprzeczalnie mam świetną zabawę podczas obserwacji ich zachowań.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tyle na tematy kociowe. Co poza tym? Święta coraz bliżej, a tu nagle zniknął prawie cały śnieg! I zrobiło się znów szaro-buro. A tak było ładnie. Uśmiałam się w piątek, bo koleżanka stwierdziła, że w weekend ma być plusowa temperatura, więc będzie musiała umyć okna. Bo tak sobie powiedziała. Będzie mróz, to nie myje. Ja też wczoraj zabrałam się za mycie okien. Nie, żebym koniecznie musiała, ale jakoś ma to człowiek (czytaj: kobieta) zakodowane. Jak to, na święta nie umyć okien? Tradycji musi stać się zadość. Podobnie, jak tradycją u nas są ogromne „świąteczne” zakupy. W sklepach, na targowiskach, w hipermarketach tłumy. Powiem szczerze, że nie lubię tego przedświątecznego zamieszania. Nigdy nie dałam sie ponieść konsumpcyjnej fali i często jestem zadziwiona, co tak właściwie ci wszyscy ludzie kupują. To niesamowite. Czasami mam wrażenie, jakby na co dzień nie jadali, a jedynie odbijali sobie to w święta. No  i stoi człowiek w kilometrowej kolejce z dwoma bułkami i masłem w koszyku. Okropność.  To kupowanie telewizorów, dywanów, mebli... szaleństwo jakieś kompletne. Ludzie, nie dajmy się zwariować! No, ale jeśli ktoś lubi... nie mnie oceniać, a tym bardziej krytykować. No nie, jedno tylko muszę skrytykować. Kompletny brak gustu, jakieś koszmarki sprowadzane z Chin. A już kompletnym zaskoczeniem były dla mnie... choinko-bałwany, które zobaczyłam na targowisku. Przecież, gdybym sie obudziła i zobaczyła coś takiego... jejku! Strach się bać... i dziwić się później, że dzieci maja koszmary?

 

 

 

I Ludzkość to kupuje! I ustawia w swoich wypucowanych domach! O rany!

 

Cóż, Najmilsi Tubywalcy, tekst miał sie ukazać wczoraj, tj. w niedzielę, ale sie poślizgnął i jest dzisiaj, tj. w poniedziałek. Przynajmniej dobrze zaczęłam tydzień, bo na wozmowie z Wami. Teraz już słyszę dzwony z dużego kościoła... duży kościół, bo tak się u nas mówi. Faktycznie, bazylika jest największa, to i dzwony ma donioślejsze. Czyli, jest 6:30. Włosy jeszcze mi dosychają... o siódmej wyjdę z domu i ruszę do pracy. Może nie ze śpiewem na ustach, ale z determinacją, żeby jakoś przetrwać poniedziałek... bo z każdym przeżytym dniem będę bliżej... weekendu! Pięknego czasu Wam życzę, Najmilsi Tubywalcy i... nie podźwigajcie się robiąc świąteczne zakupy! Żartowałam, ale przepuklina jest podobno bardzo nieprzyjemną rzeczą, więc.... i tym ostrzegawczym akcentem, pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Ostatnio...

środa, 12 grudnia 2012 21:02

 

... dużo się działo i nie za bardzo miałam czas, a może i nastrój, żeby coś tu napisać. Małe się rozchorowało i od poniedziałku sporo  czasu spędzamy u weterynarza. Okazało się, że Rudi złapał zapalenie oskrzeli, więc antybiotyki musiały zostać zaordynowane.  Przy okazji przeprowadzam odrobaczanie obu kotów jednocześnie, bo tylko wówczas ma to sens. Diesel pół tabletki, a maluch niecałą ćwiartkę. No i tu zaczynają się schody. Maluchowi jakoś udało mi się wepchnąć do gardła tabletkę, podczas gdy z Dieslem... z Dieslem to nie taka prosta sprawa. Próbowałam z tabletką „na sucho”, później rozpuściłam ją w wodzie i usiłowałam podać mu zawiesinę... pamiętam, że ryczałam  ze śmiechu, gdy znalazłam w sieci humorystyczną wersję aplikowania kotu tabletki. Teraz zupełnie mi do śmiechu nie jest, chociaż porcelana jeszcze jest cała, a i firanki nie wiszą w strzępach. No i nie mam żony! I oczywiście nie zamierzam kupować chomika! Niemniej, zawiesina znalazła sie na mnie, na tapecie i na podłodze. Wszędzie, tylko nie w żołądku Diesla. Poczytałam sobie na „kociarskich” forach o sposobach, jakie stosują inni. Hmmmmm, niektóre są przezabawne, jak na przykład rozgniecenie tabletki i wymieszanie z miodem, a następnie wysmarowanie tą pastą kocich łap.... podobno POWINIEN to kocur zlizać. No, chyba, że wytrze łapy w pościel! I tak dalej, i w tym duchu. Powiem szczerze, że po całej tej akcji i koty, i ja byliśmy mocno zestresowani. Kociaki poszły spać na swój hamaczek, a ja piszę teraz ten tekst. Poniżej wklejam wyżej wspomniany przepis, jak podać kotu tabletkę. Mam nadzieję, że też się tak ubawicie, jak ja... kiedyś!

 

JAK ZAAPLIKOWAĆ KOTU TABLETKĘ

  1.        Weź kota na ręcę i otocz go lewym ramieniem tak, jak się trzyma niemowlę. Umieść palec wskazujący i kciuk prawej reki po obu stronach pyska i nacisnij lekko trzymajac tabletke w pozostalych palcach prawej reki. Gdy kot otworzy pysk wpuść tabletkę, pozwol kotu zamknąć pysk i przełknąć.
  2.      Podnieś tabletkę z podłogi i wyciągnij kota spod tapczanu. Ponownie otocz kota lewym ramieniem i powtórz caly proces jeszcze raz.
  3.     Wyciągnij kota z sypialni i wyrzuć rozmamlaną już tabletkę.
  4.       Wyjmij nową tabletkę z opakowania, otocz kota lewym ramieniem jednocześnie trzymając lewą ręką wierzgające tylne nogi. Rozewrzyj pysk kota i palcem wskazującym prawej ręki wepchnij tabletkę tak głęboko, jak się da. Przytrzymaj kotu zamknięty pysk i policz do dziesięciu.
  5.     Wyciągnij tabletkę z akwarium a kota z garderoby. Zawołaj żonę do pomocy.
  6.      Przyduś kota do podłogi klinując go między kolanami jednocześnie trzymając wierzgające przednie i tylnie łapy. Nie zwracaj uwagi na niskie warczące odgłosy wydawane w tym czasie przez kota. Niech żona przytrzyma głowę kota jednocześnie wpychajac mu drewnianą linijkę między zęby. Następnie wsuń tabletkę wzdłuż linijki między rozwarte zęby i intensywnie pogłaszcz kota po gardle co skłoni go do przełknięcia.
  7.     Wyciągnij kota siedzącego na karniszach i rozpakuj nową tabletkę. Zanotuj sobie, żeby wymienic firanki. Pozbieraj kawałki porcelany z potłuczonej wazy, możesz je posklejać później.
  8.    Owiń kota w ręcznik kąpielowy, a następnie niech żona położy się na kocie tak, żeby tylko jego głowa wystawała spod jej pachy. Umieść tabletkę w środku plastikowej rurki do napojów. Przy pomocy ołówka otwórz kotu pysk i wcisnąwszy rurkę między rozwarte zęby mocno wdmuchnij tabletkę do środka.
  9.       Sprawdź na opakowaniu, czy tabletki nie są szkodliwe dla ludzi, a następnie wypij jedną butelkę piwa, żeby pozbyć się nieprzyjemnego smaku w ustach. Zabandażuj żonie rozdrapane ramię, a następnie przy pomocy wody z mydłem usuń plamy krwi z dywanu.
  10.   Przynieś kota z altanki sąsiada. Rozpakuj następną tabletkę. Przygotuj następną butelkę piwa. Umieść kota w drzwiczkach od kredensu tak, żeby przez szczelinę wystawała tylko jego glowa. Rozewrzyj mu pysk łyżeczką od herbaty i przy pomocy gumki recepturki strzel tabletką miedzy rozwarte zęby.
  11.    Przynieś śrubokręt i przykręć wyrwane zawiasy z drzwiczek na swoje miejsce. Wypij piwo. Weź butelkę wódki. Nalej do kieliszka i wypij. Przyłóż zimny kompres do policzka i sprawdź, kiedy ostatnio byłeś szczepiony na tężec. Przemyj policzek wódką w celu zdezynfekowania rany i wypij kolejny kieliszek aby ukoic ból. Podartą koszulę możesz już wyrzucić.    Zadzwoń po straż pożarną, żeby sciągnęli tego pier… kota z drzewa. Przeproś sąsiada, który wjechał samochodem w płot próbując ominąć kota przebiegającego przez ulicę. Wyjmij kolejną tabletkę z opakowani    Skrępuj tego drania przy pomocy sznurka od bielizny związując razem przednie i tylnie łapy, a następnie przywiąż go do nogi od stołu. Weź grube, skórzane rękawice ogrodnicze. Wciśnij tabletkę kotu do gardła popychając dużym kawałkiem polędwicy wieprzowej. Już nie musisz być delikatny. Przytrzymaj głowę kota pionowo i wlej mu dwie szklanki wody wprost do gardła, żeby spłukać tabletkę.
  12.   Wypij pozostałą wódkę z butelki. Pozwól żonie zawieźć się na pogotowie. Siedź spokojnie, żeby doktor mógł zaszyć ci ramię i wyjąć resztki tabletki z oka. Po drodze do domu wstąp do sklepu meblowego i kup nowy stół.    Zadzwoń do schroniska dla zwierząt, żeby zabrali tego mutanta z piekła rodem i sprawdź, czy w pobliskim sklepie zoologicznym nie mają chomików.

 

JAK ZAAPLIKOWAĆ PSU TABLETKĘ

  1.      Zawiń tabletkę w plaster szynki i zawołaj psa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A tak poza tym, dzisiaj jest szczególna data.... 12.12.12. Cokolwiek byśmy o tym nie myśleli, to taki zbitek liczb za naszego życia już sie nie pojawi. Bo przecież nie istnieje trzynasty miesiąc. Kolejna "magiczna data to będzie chyba 01.01.2101. Nie sądzę, żebym jej doczekała. Niestety, a szkoda. Wyobraźcie sobie, Najmilsi Tubywalcy, że dokładnie 37 lat temu rozpoczęlam moją pierwszą pracę. Wiem, że wielu z PT Czytelników nawet tyle lat nie przeżył. Kiedy to minęło... i dlaczego tak szybko! Cóż, jak wszystkim wiadomo, czas jest bardzo dziwnym zjawiskiem. Najpierw czekamy na dorosłość i jakoś dłuży nam się ten czas, a później jakby przyspieszał i gnał bez opamiętania. Znikam teraz, zgłodniałam, czas więc na kolację. Pa, pa.

 

PS. Marku, ja jechałam do Pszczyny w przeddzień zmian, w sobotę ósmego grudnia. No, chyba że Koleje Śląskie się pospieszyły.Mam nadzieję, że w Mazowieckich Kolejach wszystko w porządku.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Opowieści...

niedziela, 09 grudnia 2012 23:15

 

...  z frontu ciąg dalszy.  I wcale nie jest to przesadzone stwierdzenie. Nie miała baba kłopota, wzięła sobie drugiego kota! Kocurki chodzą za sobą krok w krok. Diesel czasami ma chyba dość, bo ucieka na najwyższe szafki i z góry patrzy na małego szaleńca, którego rozsadza energia. Oczywiście, maluch nie lubi być ignorowany, więc wspina się za Dieslem i atakuje... atakuje co się da. Ogon, łapę, ucho. Starszy usiłuje być mądrzejszy, ale czasami ma wyraźnie dość i  wówczas jest pac-pac łapą i zaganianie małego agresora do kąta. A co robi agresor zapędzony w koci, och, przepraszam, w kozi róg? Agresor udaje wówczas malutkiego i bezbronnego, i  oczywiście niewinnego, co udowadnia przewracając się na grzbiet i prezentując bezbronny brzuszek, czym rozbraja zarówno Diesla, jak i mnie.  Największym i  niepodważalnym dowodem na zaakceptowanie przez Diesla nowego kolegi był moment, gdy maluch załatwił się do swojej kuwetki, po czym niezgrabnie usiłował zakopać swoją „pamiątkę”. Niestety, niezbyt dobrze mu szło więc zostawił nie do końca posprzątaną toaletę. Diesel podszedł, powąchał, wszedł do kuwety i... dwoma sprawnymi machnięciami łapy zakopał nieszczęsny dowód „winy”. Byłam zaskoczona, bo potraktował małego, jakby był jego matką, a przynajmniej starszym bratem. Kamień spadł mi z serca w tym momencie. Diesel, tak przy okazji, zakopał wszelkie moje obawy o ich wspólną przyszłość pod jednym dachem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A, zapomniałam powiedzieć, że maluch wreszcie ma swoje imię. Propozycje, te tutaj i te na fejsbuku były świetne. Postanowiłam jednak zrobić kompilację wielu imion żeby stworzyć dla malucha coś wyjątkowego. Wymyśliłam więc, że będzie się nazywał Rudencjusz Desperado von Cinnamon... dla przyjaciół Rudi! W papierach ma napisane Cynamon, bo jakies imię u weterynarza musiałam podać.  A tak na marginesie, czy wiecie, że Cynamon to anagram słowa... Ancymon? Nieźle to rokuje na przyszłość.

 

Teraz czas przejść do wydarzeń jeszcze nieprzeszłego weekendu. Jakoś od dłuższego czasu wybierałam się do Pszczyny, żeby znów odwiedzić tamtejszy zamek oraz niezwykły park z zagrodą żubrów.  Ustaliłam godzinę odjazdu pociągu i jeszcze przed świtem wyszłam na dworzec... kurczę, tak sie przecież mówi, czy to moja wina, że w moim mieście dworca niet? Na dworze był mróz, gęsta mgła osiadała na wszystkim wokół lekką warstwą szadzi. Było magicznie, cicho i pięknie.  Spod pantografów przejeżdżających pociągów sypały się zielone iskry, to oszronione przewody elektryczne tak iskrzyły. 

 

 

 

 

 

W pewnym momencie podeszła do mnie stara kobieta, która spytała, czy jadę w kierunku Sosnowca, bo ona wraca do córki. Oczywiście, odpowiedziałam, że jej pomogę i powiem, kiedy będzie miała wysiąść. Babcia była niesamowita, okazało sie, że ma 83 lata więc spytałam dlaczego podrużuje sama. A bo nagle się zdecydowała wrócić do swojego mieszkania, gdzie mieszka z drugą córką i wnuczkiem. To własnie wnuczek przywiózł ja samochodem do Dąbrowy, ale „pani kochana, ten mój zięć to Hitler jest, podły taki, wyzywa mnie od najgorszych, a ja całe zycie uczciwa byłam”. I postanowiła starowinka sama wracać. W mróz, bez rękawiczek i w lekkim paltociku. Na dodatek pani Gienia, „bo ja pani tak na imię mam, Gienia” nie miała klucza od własnego mieszkania. „Bo mówią, że ja zgubię, ale ja całe życie przezyłam i nigdy nie zgubiłam klucza”. Zapewniła mnie jednak, że w domu ktoś będzie, to ja wpuszczą do mieszkania! Zanim przyjechał pociąg, a później podczas krótkiej jazdy poznałam w obszernych fragmentach niezły kawałek zyciorysu mojej rozmówczyni. Powiem Wam szczerze, Najmilsi Tubywalcy, że jeśli ktoś mówi, że ma podłe życie i narzeka na los, to powinien posłuchać pani Gieni. Czego  tam nie było... przemoc domowa, mąż pijak i damski bokser, później zięciowie „z tej samej półki”,  choroby, szpitale i w tym wszystkim Gienia. Mimo wszystko pogodna i życzliwa ludziom. I ufna, jak małe dziecko. Spytałam, czy nie boi się, że ją ktoś skrzywdzi, napadnie. Popatrzyła na mnie naiwnymi oczami pełnymi błękitu i spytała „a czemu miałby ktoś to robić, przeciez ja nikomu nigdy nic złego nie zrobiłam”.  W Sosnowcu kilka osób rzuciło się do pomocy pani Gieni przy wysiadaniu, a jakaś pani zaoferowała podwiezienie samochodem do domu, bo przecież mróz i ślisko! Pani Gienia, już z peronu pomachała do mnie i mrugnęła porozumiewawczo. „Są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie” odczytałam z jej oczu.

 

Dojechałam do Pszczyny po ósmej. Mróz trzymał, śnieg skrzypiał pod stopami, gdy maszerowałam przez jeszcze senne miasto. Na pszczyńskim Rynku spotkałam siedzącą na ławcę księżnę Daisy czyli Marię Teresę Oliwię Hochberg von Pless. Buzię miała oszronioną, w dekold wpadł śnieg i chyba zimno jej było, niemniej uśmiechała się tajemniczo. Cóż, całe życie uważano ją za szalona kobietę.Nie trafiła w swój czas, gdyby urodziła sie jakieś sto lat później...

 

 

 

 

 

Niestety, Zamek jest w remoncie i do lutego nie można go zwiedzać. Za to park... park jest przepiękny, pełen mostków, świątyń dumania, wysepek, strumyków i jezior. Ach, ileż plenerów do fotografowania. Zima przynosi zupełnie inne obrazki niż te, które widziałam tu latem. Wędrowałam sobie powolutku szukając odpowiednich kadrów, a końce palców  dłoni zamarzały mi nieuchronnie. W pewnym momencie miałam wrażenie, że zaraz odpadną mi paznokcie. I nie pomagały nawet dwie pary rękawiczek. Zresztą, podczas robienia zdjęć rękawiczki trzeba zdejmować. „Uroki” zimy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W końcu zawędrowałam do zagrody żubrów. Panienka z okienka była mocno zdziwiona, że tak wcześnie rano ma już pierwszego klienta. To znaczy klientkę. Pooglądałam zwierzaki, weszłam do pawilonu, gdzie wreszcie troszkę odtajałam.

 

 

Sierotki...

 

konkury :)

 

karmienie najmłodszej sierotki

 

Pan Żubr

 

Parka

 

Łania z młodym

 

Mordo ty moja!

 

A owca w milczeniu pokazuje język!

 

I trzeba było ruszać z powrotem. Jak rano po przyjeździe się dowiedziałam w dworcowej kasie, pociąg powrotny Kolei Śląskich miałam mieć o 12:22. Powolutku, przez zimowy park powędrowałam na dworzec. Stanęłam na peronie i czekałam, i czekałam i... jasny gwint, gdzie ten pociąg? Była już prawie trzynasta, z megafonów ani słowa. W końcu, razem z kilkoma towarzyszami niedoli ruszyłam do kasy. Pani powiedziała, że nie ma żadnej informacji, żeby pociąg miał nie jechać. Że ona nie ma żadnej łączności z dyspozytorem i ona nic nie wie. Poprosiłam więc o zwrot pieniędzy za bilet.  Pani zdziwiła się mocno (czyżbym była pierwszą pasażerką, która żąda zwrotu pieniędzy?), ale wypłaciła mi pełną kwotę. Poszłam do kasy Kolei Regionalnych, gdzie dowiedziałam się, że ten pociąg o 12:22 jeździł tylko... latem! I że pociąg Interregio będe miała o 13:53. Zaopatrzona w nowy bilet, niestety tylko do Katowic poszłam do przydworcowej knajpy, żeby sie ogrzać i może zjeść coś gorącego.  Na szczęście, oprócz bigosu, którego nie było, bogracza, którego nie było, był żurek z jajkiem, którego nie było. To znaczy jajka, nie żurku. Żurek, wprawdzie bez jajka, ale za to z chlebem był kwaśny, gorący i pyszny. Taki tradycyjny śląski żur!  Powiem szczerze, że dopiero ta micha żuru postawiła mnie na nogi i pozwoliła odmarznąć.  Po posileniu się poszłam po raz kolejny na kolejowy peron. Na szczęście TEN pociąg przyjechał punktualnie. Dojechałam do Katowic przysypiając w cieple wagonu. Kolejne szczęście, już będąc na dworcowym holu usłyszałam, że zapowiadaja pociąg do Częstochowy przez Sosnowiec, Będzin i... Dąbrowę Górniczą! Alleluja... pognałam rączym kłusem na peron i zdążyłam wsiąść do kolejnego pociągu. Powiem Wam szczerze, że byłam już tak koszmarnie zmęczona, że z dąbrowskiej stacji wzięłam do domu taryfę. I padłam, po prostu padłam na łóżko myśląc tylko o tym, żeby sie rozgrzać i zasnąć. Co mi się zresztą udało. I jedno i drugie.

 

A dziś rano... no cóż. Za oknem znów była piękna szadź, miękka mgiełka otulała świat. Co robi więc Gosia w taki śliczny niedzielny poranek? Pytanie, rzecz jasna, z gatunku retorycznych, bo Gosia robi TO! I znów wyszłam o świcie, chociaż dzisiaj troszkę później, a i wróciłam troszkę wcześniej.  Niemniej palce zdążyły mi zamarznąć. Co ja mam z tymi palcami? Zawsze marzły mi dłonie, ale teraz to już jakaś przesada! Ale to wszystko nieważne, gdy pod butami skrzypi śnieg, a cały świat wygląda, jakby był utkany z białej koronki. Niestety, tym razem nie było Słońca, ale i tak wrażenie jest niepowtarzalne. I ta cisza wokół, i żadnych ludzi. Spotkałam jedynie pięć żywych istot, z czego dwie to były sarny, jedną był pies, a dwie to  łabędzie. Gdzieś w oddali majaczyły jedynie od czasu do czasu sylwetki biegaczy. Ale ponieważ byli daleko, to tak, jakby ich wcale nie było. A było tak:

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz już czas na sen... pa, pa, Najmilsi Tubywalcy!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Jest...

niedziela, 02 grudnia 2012 16:59

 

 

... już nowy lokator. Wprawdzie nie ten, którego widziałam w środę, bo jż znalazł dom i swojego człowieka. Ale okazało się, że zaledwie wczoraj przybyli do schroniska dwaj bracia, czarny i rudzielec. Z|gadnijcie, którego wybrałam?  Wiecie, że martwiłam sie reakcją Diesla. No cóż, początki były zniechęcające. Prychanie, syczenie, warczenie, nawet na mnie z rozpędu powarkiwał. Byłam z lekka przerażona, bo co byłoby, gdyby Diesel odrzucił przybysza? Nusiałabym mu znaleźć nowy dom, przecież do schroniska bym go za żadne skarbt nie zwróciła. Na szczęście okazało się, że maluch ma charakterek i nie dał się zastraszyć. Przezabawne było patrzeć, jak odsykuje Dieslowi.  A nawet startuje do niego z pazurkami! Teraz jest już całkiem dobrze, nawet spały na łóżku, dobrze, że Pan Łóżko pomieściłby jeszcze z tuzin kotów. Wszystko idzie więc w dobrym kierunku. Jedyne czego mi brakuje to.... imię dla malucha. Jest wojowniczy, szybki jak błyskawica i rudy.

 

Ogłaszam więc konkurs na imię dla kocurka. Żeby długo nie był bezimienny, finał wyznaczam na czwartek, na Św. Mikołaja. Czekam na propozycje, A poniżej kilka zdjęć rudzielca. Niestety, tylko kilka bo ruchliwy jest bardzo i większośc jest... zamazanych, jakby właśnie błyskawica przeleciała. Ale mam zabawę! Pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  558 719  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 558719

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl