Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 813 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Stonehenge...

poniedziałek, 30 grudnia 2013 1:00

 

... mistycyzm i magia. Ślad dawno wymarłych ludzi, którzy ustawili kamienny krąg w sobie tylko wiadomym celu. Miejsce kultu? Ogromny, terenowy kalendarz? Grobowiec wielkiego wodza? Możemy tylko spekulować. Niezależnie od celu, w jakim ustawiono ogromne głazy, Stonehenge od dawna było w pierwszej dziesiątce miejsc, jakie chciałam odwiedzić. I udało się! Piątek, 27. grudnia w przeddzień wylotu do Polski. Poranek wstał pochmurny i mało zachęcający do podróży. Podobnie zresztą, jak ostatnie dni pełne deszczu i wiatru. Gdybym nie miała wykupionej wycieczki, pewnie bym zrezygnowała.  Najpierw musiałam się dostać na dworzec Victoria. Nieprawdopodobny moloch. To połączenie stacji metra, dworca kolejowego i dworca autobusowego. W części kolejowej znajduje się dziewiętnaście peronów, już samo to świadczy o ogromie tej budowli. Dworzec autobusowy z kolei to dwadzieścia jeden stanowisk, na które podjeżdżają autokary różnych przewoźników. Ja odjeżdżałam ze stanowiska dwudziestego pierwszego. Miła dziewczyna odhaczyła mnie na liście rezerwacji, spytała o narodowość, gdy dowiedziała się, że jestem z Polski powiedziała „priwiet” i przeprosiła, że nie mówi po polsku, a jedynie po rosyjsku.  No cóż, przynajmniej się starała. Podjechał autokar i ruszyliśmy. Jak zwykle, pod prąd. Dojazd na miejsce trwał troszkę ponad dwie godziny.  Nie uważam jednak tego czasu za stracony. Angielska prowincja ma niesamowity urok. Zielone łąki ogrodzone kamiennymi murkami lub szpalerami krzewów. Inaczej niż u nas, gdzie łąki i pola układają się w pasy, tutaj z reguły mają nieregularne kształty i wydają się kolorowym patchworkiem. Tu i ówdzie stada krów i owiec, od czasu do czasu jakaś grupka jeźdźców na koniach, w oddali jakieś malownicze zabudowania. Klimat jak z kart powieści Jane Austin. Po takich łąkach musiała się przechadzać dumna Elizabeth, a tamtą ścieżką pod lasem jeździł Pan Darcy. Im bardziej oddalaliśmy się od Londynu tym pogoda stawała się ładniejsza, a niebo bardziej błękitne. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Kierowca zaparkował, a nasza międzynarodowa grupa (Niemcy, Hiszpanie, Amerykanie, Japończycy i ja) ruszyliśmy do centrum turystycznego.  Powstało ono ogromnym nakładem finansowym i zostało otwarte 18. grudnia tego roku.  Czyli całkowita nowość. Stanowiska kasowe, bary szybkiej obsługi, sklep z pamiątkami oraz pojemne parkingi, a wszystko przygotowane na obsługę gości. Ponieważ do samego Stonehenge jest około 3 kilometrów na lekkie wzniesienie, więc turyści są dowożeni wagonikami ciągniętymi przez samochody terenowe oraz małymi busami. Wreszcie wysiadłam na kolejnym parkingu, rozejrzałam się i... jest. Zza wzniesienia wynurzały sie ogromne kamienne kolumny.  Wokół zielone pola, na których pasą się owce. Widok sielski i jakby... nierealny.  Sam krąg jest ogrodzony, a wokół niego są wytyczone ścieżki pokryte zielonym gumowatym tworzywem.  Wszystko pięknie, tylko jak zrobić zdjęcia, gdy wokół jest pełno ludzi? Jakoś nie chciałam ich uwieczniać na zdjęciach.  Zależało mi na oddaniu nastroju i wyjątkowości tego miejsca. Miejsca dziwnie cichego mimo wielojęzycznego tłumu. Z ręka na sercu oświadczam, że się starałam. Na dodatek Słońce zaczęło powoli zniżać się za pobliskie wzgórza. Zajęłam odpowiednie miejsce i... udało się! Miałam to! Dopiero teraz poczyłam, że jestem przemarznięta do szpiku kości. Przewiało mnie na dziesiątą stronę mimo dwóch kapturów i wielowarstwowego ubrania.  Wreszcie sprawdziłam czas. Zostało mi dwadzieścia minut do odjazdu autokaru, pognałam więc w kierunku miejsca, z którego odjeżdżały wagoniki. Jeszcze zdjęcie centrum turystycznego i mogłam wsiąść do autokaru. Pięć minut przed czasem. Pan kierowca zaczął odczytywać listę. Nawet nieźle mu szło do momentu, gdy zaczął odczytywać...  „kap...”, „kułp...kaj...łajc”...  KORPIKIEWICZ – to już powiedziałam ja i podniosłam łapkę w górę. „Yesssss ehmmm YES!”. Pan kierowca odetchnął z ulgą, a roześmiany Japończyk, który siedział obok mnie zapytał, skąd jestem.  Aaaaaa, polski to trudny język, powiedział. Nie zaprzeczyłam, uśmiechnęłam się tylko i pomyślałam, że japoński chyba jednak trudniejszy.  Wracaliśmy do Londynu stosunkowo luźną trasą, to w przeciwnym kierunku ciągnął się wielokilometrowy korek. Londyńczycy wyjeżdżali na weekend. Po obu stronach trasy rozciągało się lotnisko Heathrow. Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Do lądowania podchodziły kolejne maszyny, rozświetlone na ciemnym niebie. Dosłownie w odstępach pięciominutowych. Coś niesamowitego. Ma się wrażenie, że za moment któryś z tych samolotów wyląduje na dachu autokaru. Co na szczęście się nie zdarzyło. Niemniej wrażenie jest nieprawdopodobne. W końcu dotarliśmy do Victoria Station. Jeszcze marsz do metra, dwa przystanki Victoria Line do Oxford Circus, a stamtąd już Central Line do Stratford. Powiem szczerze, ze byłam umarznięta na kość, zmęczona i koszmarnie głodna. Rano zjadłam tylko jedną kanapkę, bo jakoś rano nigdy nie jestem głodna. Jeszcze tylko zrzuciłam zdjęcia na dysk zapasowy i weszłam pod gorący prysznic. Powoli odtajałam. Warto było.  I nie dlatego, że „zaliczyłam” kolejne z moich marzeń na liście. Warto było, bo nie rozczarowałam się. Stonehenge jest niezwykłym miejscem. Można tam dotknąć prehistorii, czasów dawno minionych, o których wiemy tak niewiele, a może nic nie wiemy? Bo jak ludzie żyjący tysiące lat przed naszą erą zdołali stworzyć tak niezwykłe miejsce? Bez dźwigów, współczesnej technologii i inżynierii? To niepojęte i fascynujące. Mam nadzieję, że udało mi się chociaż odrobinę tej magii zawrzeć w obrazach. Następna moja opowieść będzie o Muzeum Madame Tussaunds. Do zobaczenia więc w następnej odsłonie londyńskich opowieści. Teraz idę spać, bo rano do pracy. Pa, pa.

 

 

DSC07141.JPG

 

 

DSC06994.JPG

 

 

DSC06997.JPG

 

 

DSC07007.JPG

 

 

DSC07016.JPG

 

 

DSC07025.JPG

 

 

DSC07032.JPG

 

 

DSC07045.JPG

 

 

DSC07085.JPG

 

 

DSC07100.JPG

 

 

DSC07102.JPG

 

 

DSC07105.JPG

 

 

DSC07114.JPG

 

 

DSC07124.JPG

 

 

DSC07128.JPG

 

 

I na koniec, bo jakżeby inaczej, moja sweet focia, na dowód, że tam byłam. Ja i moje dwa kaptury!

 

 

DSC07072.JPG


Podziel się
oceń
9
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Podobno...

czwartek, 26 grudnia 2013 9:54

 

... kazdy Anglik potrafi godzinami rozprawiac o pogodzie.  Ja tez, ale ostatnie dni podsumuje jednym, a moze dwoma slowami tyle, ze niestety musialyby byc niecenzuralne, wiec... o pogodzie mozna w nieskonczonosc, ja powiem tylko... blada dooopa!   Lalo, wialo, bylo paskudnie zimno i w ogole tylko siedziec w domu przy kominku. Niestety, w Londynie wszystkie kominki zaslepiono, pozostaly tylko wiktorianskie obudowy, niektore niezwykle piekne. Dopiero wczoraj zza pedzacych po niebie chmur zaczelo pokazywac sie Slonce,  wiec spakowalam sprzet i pognalam raczym (zauwazyliscie, jakie dziwne , czasem niezrozumiale efekty mozna uzyskac, gdy nie stosuje sie polskich znakow?) a zatem pognalam raczym klusem na metro, a tam.... kraty zamkniete i komunikat: szanowny podrozny, bardzo cie szanujemy, lubimy cię wręcz,  ale możesz pocalowac nas w nasze angielskie cztery litery, bo dzisiaj świętujemy i to, że chcesz się dostać z punktu a do punktu b najmniej nas interesuje. Autobusy nie kursowaly również,  a na ulicach nie było żywego ducha. Oprócz mnie, ale ja przecież jestem nienormalna. Są zdjęcia,  ale mamje zgrane na dysku zzewnętrznym,  wiec prosze o cierpliwość,  podzielę się nimi po powrocie, czyli w sobotę.  Teraz kończę,  po nocnym deszczu z okna widzę kawałek błękitnego nieba (nic mi dzisiaj nie potrzeba), metro dzisiaj też nieczynne, ale ponoć działają autobusy. Wszystkim, którzy czują pewien niedosyt powiem tylko, że notuje wszystkie wrażenia,  spostrzeżenia i ciekawostki i opowiem o nich już z domku. Teraz piszę jednym palcem na tablecie i jakoś słabo mi to idzie. Dopiero przed chwilą odkryłam polski słownik.  A wyżej chodziło mi o raczy klus.... no tak, tego słownik nie przewidział.  Znikam teraz, może mi się uda dotrzeć do centrum. Dzisiaj Boxing Day.... dzień wielkich wyprzedaży.  Biegnę więc i do zobaczenia, pa, pa.

Korzystając z okazji, życzę Wam, Tubywalcy Najmilsi szczęścia,  spełniania marzeń i wszystkiego, czego zapragniecie. Wam i Waszym Rodzinom przesyłam sto tysięcy uśmiechów,  aby ich nigdy nie zabrakło w Waszym życiu.  Pa, pa!

 

 

 

 


Podziel się
oceń
4
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Londyn...

sobota, 21 grudnia 2013 15:32

 

... tradycyjnie potrafi zaskakiwac pogoda. Wczoraj wyladowalam w pieknym Sl

oncu,, chociaz bylo zimno i wietrznie. Sadzilam w nnaiwnosci swej, ze tak juz bedzie zawsze, a przynajmniej przez okres mojego pobytu. Niestety, nad ranem zaczelo padac i padado tej pory. O samym locie napisze wiecej w nastepnym wpisie, jednak pisanie na tablecie nie jestzbytwygodne. Beda rowniezzdjecia, ale to jutro, teraz pa, pa

 

 

 

 

 

.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Pogoda...

środa, 18 grudnia 2013 2:10

Pogoda...

 

... jakoś nas ostatnio nie rozpieszcza. Szaro, buro, wietrznie, mglisto, deszczowo. Jednym słowem, pogoda, że tylko w domu siedzieć, a nie łazić z aparatem. A przynajmniej po jakichś opuszczonych wertepach. No przecież nie byłabym sobą, gdybym tak całkiem odpuściła zdjęciowanie. Moja „pracowa” koleżanka poprosiła mnie o robienie zdjęć podczas zajęć plastycznych dla dzieciaczków w wieku różnym.  Zajęcia odbywały się w Młodzieżowym Ośrodku Pracy Twórczej, a tematem prac były prawa dziecka. Oczywistym jest, że większość dzieciaków ilustrowała prawo dziecka do zabawy, ale były też inne, prawo do życia w rodzinie, prawo do nauki, do ochrony zdrowia, a nawet prawo do adopcji. Niesamowite jest „podglądanie” dzieci podczas pracy, to jak zajrzenie w ich świat, w zamknięta przestrzeń ich widzenia rzeczywistości. A ponieważ dzieciaki są świetne, zabawne i niezwykle otwarte, więc bawiłam się doskonale obserwując, jak rysują, niektóre nawet całą sobą, co wyraźnie było widać na brudnych buziach. Fajny czas, fajny projekt.  Przez chwilę sama poczułam się dzieckiem.

 

 

DSC00258.JPG

 

 

DSC00291.JPG

 

 

DSC00430.JPG

 

 

DSC00498.JPG

 

A właśnie, teraz jest taki czas, że chcąc nie chcąc człowiek powraca myślami do dawno minionego czasu. Czasu, kiedy wszystko było proste, a świat wydawał się otwarty na marzenia, przyjazny i bezpieczny. Świat zaklęty w magicznym kręgu pachnącej lasem choinki, na której wisiały własnoręcznie wykonane ozdoby z wydmuszek (kto teraz, oprócz „dinozaurów” wie, co to takiego, ta wydmuszka?), pracowicie lepione wieczorami łańcuchy z kolorowego papieru, orzechy owinięte w złotka z cukierków. Takie złotka i sreberka zbierało się do pudełeczka przez cały rok, delikatnie wygładzając każde z nich paznokciem i składając w schludny stosik. Do tego na choince nie mogło zabraknąć cukrowych laseczek i sopelków, małych, czerwonych, zimowych jabłuszek, przepięknych szklanych bombek, bogato zdobionych i przechowywanych w pudłach na strychu. Były tak unikatowe i cenne, że każda z nich była owinięta w bibułkę, żeby się nie zakurzyła i nie stłukła. Do tego srebrna lameta, czyli „anielskie włosy” oraz, bo przecież bez tego choinka nie byłaby kompletna, małe świeczki osadzone w metalowych uchwytach. Takie świeczki zapalało się w Wigilię, pod uważnym nadzorem Dziadziusia, bo przecież wystarczyłaby chwila nieuwagi, żeby drzewko stanęło w płomieniach. Pamiętam, miałam może cztery, może pięć lat, gdy dostałam od mojego Taty pierwsze choinkowe lampki. Co to było za wydarzenie. Paczka prosto z Warszawy, a w środku prawdziwe lampki! A pamiętacie piernikowe Mikołaje? Twarde jak kamień pierniki, na których był naklejony papierowy obrazek św. Mikołaja. Były też piernikowe szopki i piernikowe choinki. Jak mawiał Jan Pietrzak w jednym ze swoich skeczów... „i komu to przeszkadzało”.  Teraz nie ma takich pierników, a dzieciaki już nie robią własnoręcznie choinkowych ozdób. Tak sobie teraz wspominam i znów staję się tamtym dzieckiem, z nosem przylepionym do szyby wypatrującym pierwszej Gwiazdki. Nie śmiejcie się, to było bardzo odpowiedzialne zadanie. Beze mnie i bez mojej spostrzegawczości przecież nie odbyłaby się Wigilia. Pamiętam, że czułam się taka ważna stojąc tak na zimnym ganku i nasłuchując gwaru dobiegającego z pokoju, gdzie już zbierała sie rodzina, szczęku talerzy i sztućców rozkładanych na stole, szurania garnków na blasze kuchennego pieca. Tak bardzo mi tego brakuje. Tak bardzo tęsknię za Domem i ludźmi, którzy napełniali go radosnym gwarem.  Nie  ma już dawno Babuni i Dziadziusia, nie ma Mamy, nie ma Cioć i Wujków... i Dom tez umarł. Został tylko w mojej pamięci.  I znów się wzruszam, bo przecież jestem tym, kim jestem dzięki tym wszystkim cudownym ludziom, którzy mnie kochali.  I znów, gdzieś z dalekiej przeszłości dociera do mnie zapach makowych ciast i kompotu z suszonych owoców.  I dobiega głos Babuni pytającej, czy już widzę pierwszą Gwiazdkę. Pa, pa.

 

 

I jeszcze na koniec, jako "zajawkę" przed piątkowym lotem do Londynu  Tower Bridge olimpijski czyli wspomnienia z lata 2012. Ponieważ Tower Bridge jest mostem zwodzonym trzeba było wymyślić sposób na podwieszenie olimpijskich kółek. Symbol olimpijski też był... zwodzony.

 

 

DSC06498.JPG

 

 

DSC06546.JPG


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Pisze...

wtorek, 17 grudnia 2013 6:34

 

... się. Z oporami i z przerwami, ale jednak coś tam się pisze. I będzie na jutro rano. A teraz, niestety, czas się szykować do pracy. Niestety, bo jakże chętnie zakopałabym się w jeszcze ciepłej pościeli. No cóż,czasem nie ma wyjścia. Najważniejsze, to przetrwać te trzy dni, jakie dzielą mnie od lotu. Ach, prawda, że nic nie mówiłam. Otóż, w piątek lecę wreszcie do Londynu. Na prawie dziesięć dni! Cieszę się niesamowicie. Ale więcej o tym w następnym wpisie. Teraz tylko kilka jesiennych obrazków i miłego dnia, Tubywalcy Najmilsi!

 

 

DSC07064.JPG

 

 

DSC07070.JPG

 

 

DSC07114.JPG

 

 

DSC07179.JPG

 

 

DSC07182.JPG

 

 

DSC07186.JPG

 

 

DSC07312.JPG

 

 

DSC07346.JPG

 

 

DSC07378.JPG

 

 

Tym razem troszkę klimatów żeglarskich. Zdjęcia robione w ubiegłym roku, mniej więcej o tej samej porze. Czyli z szuflandii. Mam nadzieję, że klimat Wam wynagrodzi fakt, że są z lekka odgrzewane... i odgrzebane. Pa, pa.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 699  

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554699

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl