Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 889 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Ależ ten czas...

piątek, 26 lutego 2010 23:00

 

... biegnie. Zima ma się ku końcowi, z ziemi zielone wyłazi po cichutku, wyrasta ponad suche badyle spiczastymi stożkami w seledynowym kolorze, wspina się na gałązki bzu i hortensji, po czym rozsiadłszy się wygodnie zaczyna... pęcznieć w ciepłych promieniach, nabrzmiewać zielonością i lepkością, by wkrótce zamienić się w motyle skrzydełka młodych liści. Cud albo co?  Co roku wciąż i wciąż od nowa zachwyca mnie ten proces. Niezmienności pór roku, rozkwitanie życia tam, gdzie jeszcze niedawno leżał zimny całun bieli.  Za moim oknem na brzozie od kilku dni debatuje para srok. Wrzeszczą jak opętane, chrapliwie i niepokojąco. Zupełnie, jakby się kłóciły. Fakt, podczas budowy gniazda niejednokrotnie emocje biorą górę.  Coś ty mi tu przyniósł, ta gałązka jest do niczego, na dodatek... widzisz, zaklinowałeś się z nią między gałęziami... od góry trzeba podejść, od góry mówię, a nie od dołu. Ach, ci faceci... Myślałby kto, wielka budownicza się znalazła, może wolisz sama gniazdo budować? Taaak, a ty sobie będziesz fruwał, niedoczekanie!!!  I tak w kółko i tak bez końca. Zabawne ptaszydła z bardzo złą opinią. Niech sobie ludzie gadają, taka ich natura, ja jednak lubię sroki.  Że wybierają jaja z gniazd, że płoszą mniejsze ptaszki. Znów nie pozostaje powiedzieć nic innego, jak tylko... taka jest też przyroda. Każdy musi żyć. Sroki też.  Za oknem pada deszcz... niech sobie pada, skoro śnieg już przestał mnie zachwycać, bo co ma mi się podobać, te nędzne resztki w szarym kolorze?  Do szarości w takim wydaniu mam stosunek raczej niechętny. Niech więc pada, niech umyje świat. A właśnie, umyje... rano byłam na cmentarzu, bo wczoraj były urodziny, a dzisiaj imieniny Babci Oleńki. Na grobowcu istne pobojowisko, popękane stare znicze, pożółkłe i brunatne gałązki bożonarodzeniowych wiązanek, od których tym wyraźniej odcinają się sztuczne poinsecje jaskrawymi plamami czerwieni.  Jeszcze kilka dni temu  wszystko przykryte było biała  pierzynką. Oj, ależ się napracowałam, nie mówiąc już o tym, że ubrudziłam się jak nieboskie stworzenie. Ale przynajmniej jest czyściutko i wiosennie ze świeżymi gałązkami choiny i wiosennymi kwiatami.  Zapaliłam znicze... pogadałam. Lubię tak postać w ciszy, poopowiadać w myślach o wszystkim, co mi się wydarzyło. To nic, że jest to mój wewnętrzny monolog.  Mam jakieś dziwne i nieodparte wrażenie, że moje słowa nie ulatują w próżnię. Że ktoś ich słucha.  Dzisiaj miałam być w Kielcach, zresztą dlatego wzięłam sobie urlop. Kuria kielecka organizowała kurs dla fotografów chcących robić zdjęcia podczas uroczystości kościelnych.  Koszt  na pozór nie był wysoki. Piszę „na pozór", bo cena za kurs (z licencją ważną trzy lata) to 100 złotych, podróż, około 50 złotych, no i oczywiście hotel, bo kurs miał zacząć się dopiero o 17-tej... w sumie wydałabym około 300 złotych. Na szczęście wcześniej zadzwoniłam do kurii sosnowieckiej i... 20-go marca odbędzie się taki sam kurs kosztujący 50 złotych z licencją ważną na lat pięć! Rachunek ekonomiczny był prosty. Nie pojechałam zatem do Kielc, za to miałam aż dwa dni wolnego. Czyli... nie ma tego złego... cdn... pisze się


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Uwaga... pisze się....

wtorek, 23 lutego 2010 16:59

...  obiecałam w ostatniej notce, że opowiem o minionym weekendzie. Wtorek ma się już ku końcowi, a ja ledwo zaczynam coś sobie układać. Mam nadzieję, że będzie to w miarę strawne. Ale może po kolei, póki jeszcze pamiętam.

W sobotę, jak wspominałam wcześniej, wybrałam się do Katowic na warsztaty z Tomaszem Tomaszewskim. Wybrałam się i... nie żałuję ani jednej minuty poświęconej temu spotkaniu.  Niezwykłe opowieści, dużo ciekawych faktów, fantastyczne fotografie, a nade wszystko mądre i przemyślane rady... w sumie, czas od 10:00 do mniej więcej 15:00 minął jak z bicza trzasł! Jedyne moje zaskoczenie, to sama osoba Pana Tomasza. W końcu znany i uznany fotografik, podróżnik, człowiek dużej odwagi (wszak w różnych miejscach musiał bywać) jawił mi się wcześniej  jako romantyczne skrzyżowanie Indiany Jones'a z Wojciechem Cejrowskim (ha ha ha!). W tu... zaskoczenie, nobliwy pan w garniturze, białej koszuli i okularach... żadnych skórzanych kurtek,  włosów spiętych w kitkę czy choćby hawajskich tatuaży. No, ale gdy zaczął mówić... świetny kontakt z widownią,  pełna spontaniczność i udział tejże widowni w rozmowie... jednym słowem, super!





Zabawna rzecz się stała, gdy wyszłam ze spotkania. Otóż, odbierając płaszcz z szatni dojrzałam w jej głębi dość surrealistyczbny napis... dosłownie mnie powaliło, oczywiście chwyciłam za aparat i zrobiłam kilka zdjęć. Jedno umieszczam tutaj... sądzę, że Tubywalcy nawet nie znając śląskiej gwary, jednak się domyślą,  jaka jest jego treść.





Sądzę, że tłumaczyć nie trzeba! Zarówno treści samego napisu, jak i powodu, dla którego tak mnie to rozbawiło!
Po powrocie z Katowic zostałam odebrana i odwieziona do mojej Kuzynki, która obchodziła urodziny... oczywiście osiemnaste!  Było zabawnie, nalewkowo (ona specjalizuje się w tworzeniu nalewek właśnie, szczególnie czeremchówka mną... wstrząsnęła - dosłownie i w przenośni). Oczywiście, ponieważ z Sarnowa do mnie jest spory kawałek, a wszyscy uczestnicy przyjęcia zachwycali się czeremchówką, musiałam zostać na noc. Obiecałam sobie jednak, że raniutko wstanę i może uda mi się sfotografować sarny, które występują w tej okolicy w dużych ilościach. Jednak co wieś, to wieś... i wstałam z rannym słonkiem po dziewiątej. Oczywiście po sarnach nawet ślad nie został na rozmiękającym śniegu. Za to na tarasie i wokół niego, na wysokich iglakach trwał rejwach nieprzytomny. Chyba wszystkie ptaszki z okolicy zleciały się na śniadanie. Miałam niesamowitą frajdę gdy je fotografowałam. Na dodatek, i tu proszę o oklaski, zdjęcia robiłam z głębi pokoju przez szybę. Jak na takie warunki, to zdjęcia wyszły chyba całkiem niezłe.





























Jak widać, ptaszki nieświadome mojej obecności "pozowały" mi pięknie, jakby były zawodowcami.  W końcu wybrałam się w drogę powrotną. Kuzynka postanowiła odprowadzić mnie wraz z psem przez las. Niestety, w połowie drogi musiała zawrócić, bo z oddali doszedł nas odgłos strzałów. Tyle się ostatnio czyta o myśliwych strzelających do psów, nawet tych, które są w towarzystwie właścicieli, że wolałyśmy nie ryzykować. Ani Gary, ani żaden inny pies nie zasługuje na taki los. Żadne zwierzę nie zasługuje, dlatego nie popieram polowań, no chyba że z aparatem!  Wędrowałam sobie więc dalej sama, droga, a właściwie szeroka przecinka pożarowa jest tam równa jak stół i pusta, nie przymierzając, jak mój stół przed wypłatą. Slońce świeciło nieprawdopodobnie rzucając długie cienie na błękitny śnieg. Jednym słowem kicz i landszaft.  W pewnym momencie, już  na Niepiekle,  z lasu wyszła prosto na mnie jakaś postać. Wprawdzie na głowie miała nie wianek, ale chustkę, a w ręku nie trzymała badylka tylko ogromny kostur dwa razy większy od niej, ale za to towarzyszył jej... nie, nie baranek tylko rudy kudłaty psiak i trochę mniej kudłaty, ale też rudy... kot. Przy bliższym przyjrzeniu się, w postaci rozpoznałam przesympatyczną staruszkę... kostur po to, żeby się podpierać, a pies i kot??? Lubią spacery i tyle. Porozmawiałyśmy sobie, okazało się, że pani jest bardzo mocno starsza, grubo po osiemdziesiątce, przemiła i pełna radości. Na spacery, to ona chadza dwa razy na dzień i tylko jednego się boi... że kiedyś, jak sie położy to już nie wstanie... więc chodzi, póki może. O rany! Daj Panie każdemu tyle energii i życzliwości dla świata. Pani pozowała mi chętnie, zwierzaki również. Czasami spotykamy kogoś na swej drodze, otrzymujemy uśmiech i staje się tak, jakby Anioł dotknął naszego serca. Tak właśnie czułam się po tym spotkaniu. Szłam sobie dalej, cała trójka zniknęła mi już z oczu, a ja wciąż się uśmiechałam.






























Czyż nie jest piękna ta  Pani i jej zwierzaki?  W każdym razie, chciałabym kiedyś być taką piękną staruszką. I też chodzić na spacery z kotem... może i z psem, tylko... kto mnie zniesie z czwartego piętra!!! Czarno to widzę, ale mam jeszcze trochę czasu... chyba. Wracając do niedzieli,  wędrowałam dalej aż do Parku Zielona, gdzie postanowiłam trochę odpocząć. Tak prawdę powiedziawszy, to nogi mi odmawiały posłuszeństwa. A kosturka sobie nie zorganizowałam, głupia misia. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak ciężko się idzie po roztapiającym się śniegu.  Siadłam na zwalonym pniu  wokół siebie mając drzewa, na których wisiały karmniki. Nad moją głową fruwały ptaszki. Kompletnie mnie ignorowały. Po pierwszej chwili zaskoczenia uznały widać, że nie jestem groźna.Siedziałam tak ponad pół godziny, właściwie nie odrywając oka od wizjera. Czułam, jak z każdą chwilą opuszcza mnie zmęczenie,   ramiona prostują się, a nogi przestają boleć. Ja wiem,  że kolejne ptaszki to może być zbyt dużo dla wielu PT Czytelników, ale nie potrafię się oprzeć chęci ich pokazania. A co, w końcu mi wolno, prawda?





























Ufff, chyba już dość tego pierza, prawda? W każdym razie, w końcu ruszyłam dalej. Do domu dotarłam ponad trzy godziny od wyruszenia z Sarnowa. Długo,   ale przeciez po drodze robiłam zdjęcia. W domu jedynie się odświeżyłam, nałożyłam makijaż i... wyruszyłam do kolejnej Kuzynki na urodziny... też zresztą osiemnaste. W naszej Rodzinie, a konkretnie w moim pokoleniu wszystkie jesteśmy "lutówki". Jednym słowem... letnie dzieci licząc od chwili poczęcia, rzecz jasna. No i stało się tak, że w poniedziałek poszłam do pracy koszmarnie zmęczona!  Ale za to... Szanowni Tubywalcy, Wiosna idzie!!! Już ją czuć, już jest w pękających pączkach bazi, w ciepłym wietrze osuszającym kałuże, w znikających zaspach, w strumyczkach szemrzących wesoło i żłobiących sobie koryta, a właściwie maleńkie korytka na jeszcze oblodzonych tu i ówdzie chodnikach. Jest również, niestety, w brudzie i bałaganie, jaki odsłania topniejący śnieg.  Mam nadzieję, że już wkrótce... zacznie odrastać trawa i przykryje nędzę i nieporządek... bo na ludzi raczej bym nie liczyła. Wiem coś o tym, napatrzyłam się w moich wędrówkach,  co potrafią pozostawić po sobie ludzie, jak nie szanują otoczenia... ale miało być optymistycznie i... jest do jasnej Anielki!!!! I tym radosnym akcentem, pa, pa.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Wstałam rankiem...

poniedziałek, 22 lutego 2010 6:37

... gdy jeszcze ciemność i mgła otulała świat.  A teraz świt barwi na różowo okna odległych wieżowców. Jest pastelowo i delikatnie.  Weekend był pełen wrażeń wszelakich, z przewagą znaczącą tych pozytywnych. Mam dużo do opowiadania i jeszcze więcej do... pokazania. Mam nadzieję, że uda mi się opowiedzieć wszystko wieczorem. A teraz... wszystkim Tubywalcom życzę Słonecznika na niebie i w sercach! A wszystkim moim Imienniczkom serdeczne życzenia składam... niech Wam się spełniają najpiękniejsze sny!! I tym radosnym akcentem, pa, pa.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Niepostrzeżenie...

piątek, 19 lutego 2010 23:41


... jakby od niechcenia  minął tydzień. Tydzień bez wzlotów, ale i bez upadków. Troszkę szaro, troszkę nudno i bardzo śpiąco.  Ostatnie ocieplenia zniszczyły piękne lodowe kompozycje z kryształowych sopli, ubiły śnieg i zmniejszyły jego warstwę na połaciach pól. Tu i ówdzie przeświecają brunatne kępy suchych badyli. Droga poranna do Firmy zajmuje mi dwa razy więcej czasu niż zazwyczaj,  nogi grzęzną i rozjeżdżają się niebezpiecznie, jakbym była sarenką Bambi. Co jak co, ale do sarenki za diabła podobna nie jestem, jak w tym starym dowcipie o góralu, który opowiadał o zwierzętach w ZOO... że wszystkie wyglądają jak „kuń"... oprócz jednego, które... za cholerę do kunia podobne nie było. Mam jednak wrażenie, że to... jeszcze nie koniec mrozów. Że Pani Zima tak łatwo nie odpuści. Mam tzw. „mięszane"  uczucia, z jednej strony już chciałabym ciepełka, Słonecznika i Wiosny, z drugiej zaś chętnie pozdjęciowałabym jeszcze jakieś lodowe klimaty. Cóż, będzie, co ma być, na aurę wpływu nie mamy... na szczęście zresztą, bo już sobie wyobrażam ten chaos i zamieszanie, gdybyśmy mogli decydować o pogodzie!!! Za oknem noc, za oknem snuje się mgła, za oknem miękka cisza, a ja... wyspana jestem, jako ten kopnięty skowronek, któremu pory dnia i nocy kompletnie się pomieszały.  Czekam na jutro, bo jutro wezmę udział w warsztatach fotograficznych zorganizowanych przez katowickie Górnośląskie Centrum Kultury. A teraz najważniejsze, warsztaty poprowadzi... Tomasz Tomaszewski. Sądzę, że nie tylko osobom interesującym się fotografią to nazwisko mówi wszystko i wystarczy za rekomendację. Ja osobiście od dawna podziwiam jego prace dla National Geografic. Jestem zatem pełna oczekiwań i niecierpliwości. Ciekawa jestem tych zajęć.  To od rana do popołudnia, wieczorem natomiast szykuje się urodzinowa impreza mojej Kuzynki, czyli... muszę sobie wszystko poukładać logistycznie. Ponieważ nie jestem zmotoryzowana, polegam na miejskiej komunikacji, co często jest dość ryzykowne. Szczególnie o tej porze roku i w weekendy, kiedy autobusy  lubią się nagminnie spóźniać. No cóż, mam nadzieję, że nie będzie problemów.  Chwila przerwy, musiałam zdjąć Diesla z biurka, bo łapką łowił migający na ekranie kursor i skutecznie przeszkadzał mi w pisaniu.  W środę uroczyście obchodził Światowy Dzień Kota i... wyobraża sobie, że w dalszym ciągu wolno mu wszystko... powiem teraz cichutko i w sekrecie, że tak właściwie... ma rację!!!  Kiedyś mawiałam o sobie, że rozpieszczam (na moje nieszczęście) mężczyzn, dzieci i psy. Cóż, teraz muszę dodać do tego jeszcze koty, a właściwie jednego kota, na którego punkcie mam... kota.  Czarno to widzę... starsza panienka „z odzysku" z kotem i drutami do robótek ręcznych.  Pełny seksapil!!!  A tam, czym tu się przejmować?  I tym, w miarę optymistycznym akcentem, pa, pa.

 

A tak na deser i na piękne sny... kilka obrazków jeszcze zimowych.














Czyż te formy nie są piękne? I nie mówię tego wcale dlatego, że zdjęcia są mojego autorstwa... aż tak zarozumiała nie jestem. No, może troszkę... i dlatego pozanudzam Szanownych Tubywalców jeszcze troszkę.























Jeszcze nie nadużyłam Waszej cierpliwości? Ostatnio tak wiele mówi sie o nadużyciach. Co kojarzy mi się nieodparcie z aferami... mam nadzieję, że nie wyjdzie z tego afera... blogowa (nie mylić z hazardową, tam szło o pieniądze jednak!)...















Ja skończyłam, a za oknem zaczął padać deszcz. O parapet bebnią krople niczym tysiące zwariowanych werblistów, co jakiś czas rozlega się stłumiony łoskot, to z dachów spadają  lodowe sople,  Diesel właśnie usilnie pracuje nad zrzuceniem ze stolika długopisu... też lubi śmieszne dźwięki!  Dobrej nocy wszystkim Tuzaglądaczom! Pa, pa (teraz już na dobre!).


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

I jak tu nie być...

poniedziałek, 15 lutego 2010 18:37

 

... sfrustrowaną?  Skoro projekty, które już miały być w fazie realizacji, znów się odsunęły w czasie?  Umowa jeszcze nie podpisana,  jakaś dziwna nieruchawość po stronie zamawiającego usługę,  ponoć „wszyscy się rozchorowali"...  i tak to, co miało być zrealizowane do końca lutego i przynieść mi jakiś finansowy zastrzyk, teraz nie wiadomo czy się uda zrobić w marcu.  Cholewcia jasna i jasny gwint... i niech to dunder świśnie, czy jakoś tak!!! Dostaję szału, bo nic tu nie jest już zależne ode mnie. Ja dałam projekt,  umowę, moje propozycje zostały przyjęte, a teraz gdzieś papiery utknęły.  A dopóki nie ma papierów... dopóty nie ma roboty.  Już  nie jestem taka głupia, żeby zmieniać bieg urzędowych spraw. Kilka razy w moim życiu zaufałam kontrahentom i uwierzyłam „na słowo", na czym zresztą wyszłam jako ten Zabłocki na mydle. Płakać mi się chce... ze złości i z bezsilności.  Uffff.... Na szczęście poniedziałek minął jakoś dziwnie szybko. Mówię o poniedziałku w Firmie, bo sam dzień przecież jeszcze trwa. Za oknem robi się chlapato i ciapciato...  jakieś dziwne odwilże, z nieba mokre leci... czyżby już koniec pięknej zimy??? Mam nadzieję, że jednak nie. Że jeszcze kilka widoczków uda mi się zarejestrować. Tylko... po jaką jasną Anielkę? I co ja z tego mam?  Zapchany dysk i całe megabajty fotografii. Wiem, że powinnam zorganizować kolejną wystawę. Od poprzedniej mija właśnie rok!  Tylko... gdzie? W mojej wiosce już moje wystawy były, w wioskach sąsiednich również. A poza tym, aby zorganizować wystawę, trzeba mieć fundusze. A jeśli nie własne to przynajmniej konkretnych sponsorów. A jak ich znaleźć, skoro nie organizuje się medialnych wydarzeń... i tak kółko się zamyka.  A owszem, owszem, wiele osób byłoby zainteresowanych wystawą,  pracami na ścianach,  tyle że... za darmo.  Zaczyna mi brakować energii, entuzjazmu, radości z tego, co robię.  Wiem, powie mi ktoś, że nie należy się załamywać, że wkrótce się wszystko odmieni na lepsze, że w końcu moje wysiłki zostaną docenione.  Tylko... kiedy?  I czy wówczas będę potrafiła się z tego cieszyć?  Już kiedyś tu napisałam, że świat jest pełen sfrustrowanych optymistów. Do tego grona dołączyłam teraz i ja.  Na szczęście nie ogryzam paznokci, bo pewnie klawiatura krwią by spłynęła.  Potrzebuję jakiegoś sukcesu,  jakiegoś błysku, jak przy narodzinach Supernowej.  Cóż, gdy wokół mnie zacieśnia się krąg szarej nijakości.  I nie jest to wcale mój stan ducha, a jedynie realia, w zderzeniu z którymi moja krucha szklana skorupka uśmiechu pęka i rozpryskuje się raniąc mnie przy tym dotkliwie.  Wczoraj wieczorem biegałam po parku, po pokrytych lodem i śniegiem ulicach miasta. Oczywiście z aparatem... i był to jedynie aparat fotograficzny!  A ludzkość łaziła sobie „do pary", w łapkach żeńskiej jej połowy zamarzały róże,   jednym słowem... Walentynki.  Z jednej  ze śródmiejskich knajpek dobiegała muzyka...  zatrzymałam się na chwilę i... pomyślałam sobie, że jestem jak ta dziewczynka z zapałkami zaglądająca do okien rozjarzonych świątecznym blaskiem.  Tylko siąść sobie w jakiejś przytulnej zaspie i zasnąć z głową pełną obrazów i dźwięków muzyki.  A tak marzyłam, że moje problemy w nowym roku wreszcie się skończą, że wreszcie odzyskam spokój... widocznie jeszcze nie jest mi pisane.  I tym, w gruncie rzeczy zrezygnowanym akcentem, pa, pa.



























W gruncie rzeczy nie jestem zadowolona z efektu.  O wiele lepiej "czuję się" w obrazach pełnych blasku, w słonecznych klimatach. Chyba usunę wszystko z niedzieli...  bo mi się nic nie podoba.



Żeby jednak nie kończyć dzisiejszej notki takimi beznadziejnymi klimatami, umieszczę jeszcze kilka zdjęć. Tym razem robionych w domu, po prostu zamroziłam na balkonie kilka gałązek głogu, jakieś zasuszone różyczki i inne badylki. Polewałam je cierpliwie wodą co jakiś czas, żeby nabrały zimowego  wyglądu.  Diesel przyglądał się temu z rozbrajającą ciekawością, na szczęście stwierdził, że zimne i mokre nie nadaje się do zabawy i tylko asystował mi z bezpiecznej odległości. Efekt...  no jakiś efekt jest.







































Na dwóch ostatnich zdjęciach mój wierny asystent, który teraz czuwa nad poprawnością umieszczonych tu zdjęć. Oczywiście siedząc mi na kolanach, bo to najlepsze miejsce dla kociego asystenta.  Wszystkim Tubywalcom przekazuję w jego imieniu (i swym własnym, rzecz jasna) mnóstwo serdeczności. Bez Was nie byłoby pewnie już dawno tego blogu (czy może bloga?).  I tym, o wiele bardziej pogodnym akcentem niż godzinę temu, pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 752  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557752

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości