Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 888 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


jestem...

niedziela, 27 lutego 2011 16:10

 

… jestem, a że nie pisałam ostatnio, cóż… czasem ogarnia mnie szarą chmurą niemoc twórcza. Nie powiem, że nie próbowałam sklecić jakiegoś sensownego tekstu. Tyle, że efekty były mizerne raczej. Te typy tak czasem mają. Tydzień temu napisałam długi tekst. Niestety, znów popełniłam stary błąd pisząc bezpośrednio na blogu. Dodałam do tekstu zdjęcia, kliknęłam „publikuj” i… w tym momencie „wyautowało” mnie całkiem z sieci. Gdy weszłam ponownie okazało się, że wszystko zniknęło. Byłam tak wściekła na samą siebie, że nie wróciłam do odtwarzania tekstu. Ja piszę „z głowy i od ręki”, więc napisanie ponownie tego samego nie wchodzi w rachubę. To już nie ten moment, nie te same nastroje i myśli. Do głosu doszedł gniew, więc i  charakterek na chwilę się zmienił. Na dodatek, nie mogłam na kogoś zwalić winy, powiem Wam… okropne uczucie, gdy samej sobie trzeba w łeb dać.  Kolejną przyczyną mojego milczenia było… lenistwo, nie bójmy się tego słowa. Wracałam z pracy na ostatnich nogach, marząc tylko o zakopaniu się w pościeli. Przesypiałam po dziesięć, dwanaście godzin na dobę. To chyba objaw dziecinnienia, bo przecież niemowlęta tak długo śpią. Poza tym, nie pisałam z szacunku dla Tubywalców. Nie zasługujecie na jakieś mierne i mizerne wypociny samozwańczej, pożal się Panie Boże, literatki. Tyle tytułem wstępu. Co się działo przez te dwa tygodnie, oprócz napadowego przesypiania zimowego czasu? Otóż… świętowałam. Moje urodzinki, walentynki, imieninki. Moje i mojej rodzinki, jako że kuzynki też miały urodzinki, a nawet dwie z nich imieninki. Czyli imprezy w domu, imprezy poza domem. Było kolorowo, nastrojowo, odlotowo i prezentowo. Było też firmowo. Niestety, akurat w dniach okołourodzinowych przeprowadzałam kontrolę w jednej z podległych instytucji, więc całość obchodów przeniosła się w okolice imienin. Tradycyjnie było ciasteczkowo i bezalkoholowo (trzeba dbać o miejsce pracy czyli alkohol wykluczony, a o talię można zadbać po kulinarnych szaleństwach). Troszkę zdjęciowałam, chociaż zimowe światło, a raczej jego ciągły deficyt trochę dały mi się we znaki. Pewnie też z tego powodu jeszcze nie robiłam zdjęć moim kultowym aparatem Minolta. Zostawiam sobie to na lepsze pogody i lepsze światło. Za to szalałam fotograficznie w moich czterech ścianach, z których wreszcie zniknął po kilku miesiącach mój „sublokator”. A prawda, przecież nie wszyscy wiedzą, że od września (jakoś tak) mieszkał u mnie mój… były mąż!  Szok? Dla mnie również. A stało się to z powodu rozpadu jego wieloletniego związku i w związku z tym, pewnego deszczowego (pogoda się czasem dostosowuje do nastrojów) poranka stanął u drzwi moich z torbą pełną ciuchów, i  z prośbą, czy nie mogłabym użyczyć mu schronienia na krótki czas. Nie miałam sumienia odmówić, bo przecież psa czy kota bym nie wyrzuciła, prawda? No i tym sposobem nagle zyskałam sublokatora (nie powiem, że z radością, a wręcz z przerażeniem, jak to ma wyglądać). Na szczęście, jakoś się dogadaliśmy, nastąpił nieformalny podział mieszkania, na moje, twoje i nasze. Nie wchodził mi w drogę i właściwie starał się być jak najmniej kłopotliwym. Niemniej, to przecież obcy człowiek w domu. Powiem Wam, co mnie najbardziej wkurzało w całej tej nienormalnej sytuacji. Otóż… pytania części rodziny, niektórych przyjaciół… a może z powrotem się „zejdziecie”? Kurczę, nie po to się rozwodziłam, żeby teraz się schodzić. A przy tym, przecież powody, dla których prawie dwadzieścia lat temu się rozstaliśmy, wcale nie zniknęły. W końcu doszliśmy do jakiegoś stanu równowagi, tym bardziej, że cały czas starał się znaleźć jakieś stałe lokum. W końcu wszystko się udało i w zeszłym tygodniu opuścił me gościnne progi. Ach, znów poczułam się „u siebie”, swobodnie i luźno! Mogę godzinami siedzieć w łazience, mogę nago biegać po mieszkaniu, mogę spać w dzień, a buszować w nocy…. Właściwie wszystko mogę. Zabawne było jeszcze i to, że pewnego razu mój eks wspominając stare czasy rzucił takie stwierdzenie: „wiesz, właściwie, to my byliśmy świetnym małżeństwem i rozwiedliśmy się kulturalnie i przyjaźnie”. Popatrzyłam na niego z ogromnym zdziwieniem. Cóż, facet chyba pamiętał inne małżeństwo i inny rozwód. Ale skoro tak to widzi, niech mu i tak będzie. Nie miałam zamiaru czegokolwiek prostować po latach. I jeszcze jedna śmieszna historia. Ponieważ użyczyłam mu jeden z pokoi, więc władował się tam ze swoimi torbami, ciuchami i telewizorem. Niestety, nie skonsultowałam wcześniej mojej decyzji z … Dieslem. No i kotecek najmilszy zakradł się pewnego dnia do pokoju i… oznaczył swym zapachem wszystkie obce bagaże. Ale była jazda! A jaki zapaszek!!! Wyłam ze śmiechu (podła baba!). Diesel nie mógł zrozumieć, dlaczego nagle drzwi jednego z pomieszczeń są dla niego zamknięte. Ale teraz za to mam rozwiązany problem opieki nad kotem podczas moich dłuższych wyjazdów. Eks zadeklarował się, że będzie brał kota do siebie. Uffffffff… cieszę się, bo zawsze to spędza mi sen z powiek. Tyle na temat ostatnich wydarzeń. Teraz troszkę o przyszłości (tej najbliższej).  Otóż, osiemnastego marca w Klubie „Helikon” odbędzie się wernisaż wystawy moich fotografii „Cztery Pory Roku” oraz wieczór poświęcony moim kolekcjonerskim fascynacjom, czyli „Dzwonki ze Wszystkich Stron Świata”. Zaproszono mnie, żebym wzięła udział w cyklu prezentacji zbiorów kolekcjonerskich. Zaskoczyło mnie to, ale i ucieszyło bardzo. Wymyśliłam sobie, że podczas tego spotkania zaprezentuję kilka moich wierszy inspirowanych dzwonkami oraz trochę klasyki, to znaczy wiersze i cytaty z utworów poetów i prozaików również związane z tym tematem. Zaczęłam trochę grzebać i co się okazało? Temat zainspirował ogromną rzeszę twórców. Począwszy od Hemingway’a poprzez Herberta, Iłłakowiczównę, Leśmiana i wielu, wielu innych. Dodawszy do tego piosenki, na przykład „Kałakolczik”, „Wiecziernyj zwon” czy „Komu dzwonią, temu dzwonią”, robi się z tego całkiem spory zbiór … a poza tym jest cała masa cytatów „bije zegar, cichy dzwon, słyszę go tak samo jak ty” czyli Czesław Niemen albo „I tylko dzwony dzwonią i ciało mi płonie kocham cię tak… tak” Kory i Maanamu, czy „dzwoń, dzwoń dzwoń dzwoneczku, mój stepowy skowroneczku”… każdy chyba zna „Sokoły”. Trochę „dzwonkowych” rymów również i ja popełniłam. Reszta zostaje niespodzianką. Zapraszam więc Tubywalców 18. marca bieżącego roku o godzinie 17. do Klubu „Helikon. Będzie klimatycznie, troszkę lirycznie, a na sto procent sympatycznie. Tyle na ten temat, wrócę do niego oczywiście w marcu. Jeszcze wracając do zdjęciowania. Znów troszkę bawiłam się światłem, wodą i hiacyntami. Mam nadzieję, że przynajmniej kilku osobom spodoba się ten klimat. A na koniec jeszcze powtarzam apel, który umieścił pod poprzednim wpisem „Sąsiad z za…” , zima jeszcze trzyma, jeszcze nie odpuszcza, jeszcze wody jezior są zamarznięte. Czyli… jeszcze trzeba pomagać ptakom, zwierzynie. Gdzieś, obok Was są takie miejsca, gdzie zbierają się ptaki. Pomóżmy im, póki same nie będą w stanie znaleźć pożywienia. I tym apelem żegnam się, mam nadzieję, że tym razem na krócej niż ostatnio. Słonecznik świeci za oknem, może pobiegnę na Górkę Gołonoską, ostatnio widziałam tam gile, ale miałam tylko mały aparacik, może tym razem znów je spotkam. Jeszcze nie wiem, w każdym razie tym fotograficznym akcentem, życząc Wam pięknej niedzieli i cudownego tygodnia, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i nie zniechęciłam do odwiedzania mojego świata. Jest różny, ale przynajmniej kolorów w nim nie brakuje. Ja wiem, że jest wielu odbiorców, dla których jeśli fotografia, to tylko czarnobiała. Cóż, moim skromnym zdaniem, świat jest wystarczająco szary i mdly, żeby mu jeszcze zabierać kolory, prawda? A, i jeszcze jedno. Od wczoraj usiłowałam wkleić tu tekst, dopisując do niego "po drodze" kolejne zdania, ale niestety wirtualna coś strajkowała. I jeszcze jedno, jednak nie wybrałam sie z aparatem w plener. Dzisiaj naszła mnie nieodparta chęć  na "shopping" czyli po naszemu swojskie bieganie po sklepach. Co tez i uczyniłam z radością wielką. Teraz już naprawdę i  ostatecznie (na dzisiaj, rzecz jasna), pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Chyba mam...

wtorek, 15 lutego 2011 22:08

 

... pourodzinową depresję. A może okołourodzinową? Jaka by nie była, to dopadła mnie i wgryza się w mój nieszczęsny mózg... a może raczej w jego pozostałości. Nawet kot patrzy na mnie z politowaniem i wciska sie na kolana... pocieszyciel od siedmiu boleści. Niemniej, dobrze, że jest. Bo przynajmniej mam się kim zająć. Co tam depresja, gdy trzeba wyczyścić kocią kuwetkę. W sobotę byłam na urodzinowej imprezie. Ponieważ prawie wszystkie kobiety w mojej rodzinie urodziły się w lutym, więc zrobiłyśmy sobie potrójną imprezę. Jubilatki, same "lutówki", na dodatek czwarta z kuzynek zadzwoniła do nas z Toronto... Ona też z lutego. Było zabawnie, wspominkowo i... nalewkowo! Jedna z kuzynek, będąca zresztą gospodynią imprezy, jest równocześnie specjalistką od tworzenia genialnych nalewek... żurawinówka, limonkówko-cytrynówka, aroniówka, tradycyjna wiśniówka i różne inne specjały. Hihihihihiihihihihihi... "skułyśmy" łepetyny az miło! Od czasu do czasu każdemu polecam takie lecznicze działanie tego rodzaju trunków. Zakończyłyśmy imprezę już w niedzielę, a tu... ani kaca, ani innych, spodziewanych i niespodziewanych nieprzyjemnych reakcji! Niech żyją nalewkji Kuzynki Lali! Przespałam sie kilka godzin i postanowiłam wybrać się na urodzinowy spacer... z aparatem, rzecz jasna. Ponieważ wcześniej zaopatrzyłam się w słoninkę, więc wyruszyłam w odwiedziny do ptasiej stołówki. Ptaszki były w komplecie, na dodatek pozwoliły mi podejść wyjątkowo blisko. Poniżej prezentuję kilka zdjęć. Oczywiście dzięcioł, sikorki modre, kowalik, który wyjatkowo uroczo mi pozował i pełzacz leśny, który wolał sie ze mną bawić w berka, chowając sie za pnie drzew. Było świetnie, poza nielicznymi momentami, gdy hałaśliwi spacerowicze wypłaszali ptaszki i musiałam później stać w bezruchu w mroźnym powietrzu i czekać, aż cała gromadka powróci. Czy Ludzkość nie może zachowywać się ciszej w parkach i w lesie? Lezie to to i wrzeszczy, nic nie widzi wokół siebie, na nic nie zwraca uwagi. Bezmyślność ludzi jest czasem porażająca. Ale to detal... powrzeszczeli i poszli sobie, a ja zostałam z ptaszkami. Było cudnie do momentu, gdy zaczęły mi grabieć ręce. Przecież to luty! Oprócz  zdjęć ptaków chcę pokazać kilka zdjęć z sobotniego wypadu nad staw nieopodal mojego domu. Mam nadzieję, że się spodobają. Na koniec, bo jestem dziś zmęczona, zresztą, wczoraj wróciłam z pracy i... położyłam się spać. Obudziłam się tuż przed północą, zrobiłam sobie herbatę i... położyłam się z powrotem! W sumie spałam dwanaście godzin... jak niemowlak! Kurczę, dziecinnieje człowiek na stare lata, czy cóś? I tym refleksyjnym akcentem, pa, pa.

 

PS. Niestety, mam jakiś problem z dodaniem zdjęć. Za diabła mi sie to nie udaje... może jutro. Niemniej bedą, obiecuję! Oooooooo, jednak się udało... spróbowałam jeszcze raz i jest w porządku!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


A teraz kilka ptaszków, z którymi spędziłam moje urodziny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I jeszcze jedno! Serdecznie dziękuję za wszystkie piękne słowa, pełne serdeczności i uśmiechu, jakie przyfrunęły do mnie esemesami,, mailami, na moich stronach digartowych, na facebooku i naszej klasie, dziękuję za telefony i tradycyjne kartki pocztowe.  To wzruszające, ile osób o mnie pamięta. Jeszcze raz dziękuję z całego serca, pa, pa.

 

PS. Wszystkim sympatycznym "nie-świętym" Walentym tez dziękuję!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

No, Szanowni...

niedziela, 13 lutego 2011 23:14

 

... i jakże mili memu robaczywemu serduszku, Tubywalcy!  Cóż mogę dzisiaj powiedzieć? Może tylko tyle, że minął kolejny rok mojego życia. Ciekawy, dobry i zły, czy to jednak ważne? Ważne, że to był mój rok. Mój i... Wasz! Tak się stało, że moje urodziny zbiegają się z momentem  rozpoczęcia tego bloga. Od 2007 roku towarzyszycie mi w chwilach smutnych i w chwilach radości. Pragnę Wam serdecznie podziękować za już i... prosić o więcej lat mojego pisania. Bo przecież trwam tutaj tylko i wyłącznie dla Was... i dzięki Wam. Bo jaki byłby sens, gdyby Was nie było? Ale mi się dzisiaj nie składa pisanie. Może dlatego, że zrobiłam się właśnie na... nie, nie... nie na szaro, na rudo się zrobiłam i tyle! Mam nadzieję, że jutro napiszę więcej. I pokażę kilka zdjęć, jakie udało mi się zrobić wczoraj i dzisiaj. Teraz wybaczcie, jestem trochę zmęczona. Czas na sen. Może przyśni mi się coś pięknego? Jeszcze raz dziękuję za Waszą stałą i życzliwą obecność. Pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Co robi...

niedziela, 06 lutego 2011 22:35

 

... człowiek, gdy pogoda raczej barowa nie zachęca do wypadów w plener? To oczywiste, człowiek robi zdjęcia we wnętrzu. Tym razem za model posłużył mi przecudnej urody... hiacynt. Nie marudził, dawał się ustawiać, a nawet chwilami miałam wrażenie, że mu się to... podoba! W każdym razie,nie protestował mimo, że był poddawany różnym praktykom, łącznie ze zraszaniem wodą. Na dodatek, jakby w dowód wdzięczności, pachniał odurzająco, do utraty tchu. Kiedyś tu napisałam, że dzień bez fotografowania jest dla mnie dniem straconym. Wynika z tego, że weekend jednak nie poszedł na marne.

 

Co działo się poza tym? Cóż... koszmarny wypadek Roberta Kubicy. Jestem całym sercem z Nim, bo mocno Mu zawsze kibicowałam. I mam szczerą nadzieję, że jeszcze będzie okazja, by podziwiać Go na torach F1. Robert, trzymam kciuki!

 

Kolejnym smutnym wydarzeniem jest śmierć Gary'ego Moore'a. Jego muzyka towarzyszyła mi przez wiele lat, wiele pięknych wspomnień łączy się z gitarowymi riffami i głosem tego Artysty.   Miał tylko 58 lat.   Pozostaną po Nim wspomnienia i muzyka.

 

Żeby jednak nie kończyć tak smutnym akcentem, powiem Wam, że zrobiłam sobie prezent urodzinowy. Że troszkę wcześniejszy? Co za różnica, zresztą, nigdy nie potrafiłam czekać na prezenty. Dlatego też nabyłam drogą zakupu niesamowity zestaw: analogowa lustrzanka Minolta X-700 wraz z sześcioma (!!!) obiektywami, dwoma lampami błyskowymi i super "wypasioną" torbą.  Całe to ustrojstwo bęe miała już w połowie przyszłego tygodnia. Wówczas wypróbuję i przekażę Wam pierwsze wrażenia. Ważne jest również to, że obiektywy są kompatybilne, a mówiąc ludzkim głosem, pasują do mojej alfy. Ogromnie się cieszę! Wręcz rozsadza mnie z radości!!!  Jak ja lubię prezenty!!!

 

A teraz, wracając do hiacynta. Mam nadzieję, że pozwolicie abym zadedykowała je Jakubowi czyli Kub63. Dlaczego? Bo Go lubię, bo życzę Mu zdrowia, a zapach hiacynta ma właściwości lecznicze. Jeszcze jedno "bo"... bo Wiosna z każdym dniem jest bliżej! I tym wiosennym akcentem... pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A, i jeszcze jedno, wszystkim Tubywalcom życzę spokojnego, owocnego i pogodnego tygodnia.  Pa, pa.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zima nie...

czwartek, 03 lutego 2011 22:21

 

... odpuszcza. Proszę na mnie nie krzyczeć... bardzo mnie to cieszy. To znaczy, nie cieszy mnie, gdy się na mnie krzyczy, a jedynie cieszy mnie Zima.  Jeszcze tyle obrazków mam w głowie. Potrzebuję jedynie czasu, żeby je znaleźć, sfotografować i zatrzymać na dłużej. W niedzielę wybrałam się znowu nad jeziora. Po drodze zajrzałam do ptasiej stołówki. Porozwieszałam na gałęziach przygotowane wcześniej kawałki słoniny. Później pozostało tylko uzbroić się w cierpliwość, poczekać aż ptaszki przyzwyczają się do mojej obecności i pstrykać do woli. Udało się. Na dodatek ponownie przyfrunął znajomy kolorowy dzięcioł. Tym razem byłam od niego około trzech metrów. Na szczęście, zapach słoninki zagłuszył naturalny instynkt i zupełnie nie przejmował się moją obecnością. Podobnie zresztą jak inne ptaszki. Było... magicznie. I, co najśmieszniejsze, wcale nie trzeba wyjeżdżać na drugi kraniec świata, nie trzeba przedzierać sie przez deszczowe lasy czy przez spiekotę pustyń by przeżyć niezwykłe chwile. Trwało to dość długo, czas zapętlił się i zatrzymał. Dopiero dojmujące uczucie zamarzania zmusiło mnie do odejścia stamtąd. Pomaszerowałam do Jachtklubu Pogoria III. Postanowiłam tam poczekać na zachód Słońca. Na dodatek spotkałam tam przemiłego czworonożnego kolegę, który postanowił się ze mną zaprzyjaźnić. Siedzieliśmy tak cichutko na wyciągniętym na brzeg pomoście i patrzyliśmy jak świat pogrąża się w czerwieni i złocie. Kolejna magia. Wstrzymałam oddech. Spod lodu dobiegały dziwne dźwięki. Jakby rozmawiały ze sobą wieloryby. Odgłosy były niezwykle wyraźne i niezwykłe. Zrozumiałam, że to śpiewa... lód! Słońce roztapiało wierzchnią warstwę, a teraz przedwieczorny mróz ponownie skuwał wielkie spiętrzone tafle. Kot również był zafascynowany. Dziwny moment. Niezwykły moment. Życie składa się z kilku takich chwil i całego oceanu szarości. Zbieram je cierpliwie, zachowuję w jednej z wielu szufladek pamięci. Kiedyś, gdy szarość zacznie mnie zagarniać nieuchronnie, odszukam te wspomnienia i rozsypię wokół cekiny wspomnień. Ponieważ, jak już wcześniej napisałam, zniesiono ograniczenia, mogę znów umieścić kilka zatrzymanych obrazków. Wiem, wiem, że PT Czytelnicy, zwłaszcza jedna PT Czytelniczka (też Cię  lubię, Siteczko!), mogą mieć za złe zbyt dużą ilość fotografii, ale przecież zawsze można je pominąć. A tak w ogóle, to zaczęłam znów pisać... wiersze. Nie, to nie tak... raczej  zaczęłam zapisywać wiersze. Słowa, które układają sie  w wersy w najdziwniejszych momentach. W sklepie, na ulicy, rano, wieczorem, przed snem i tuż po przebudzeniu. Krążą wokół mnie, natrętne i niesforne. Uśmiałby się ten, kto zobaczyłby te świstki, na których zapisuję fragmenty myśli, frazy i skojarzenia. Co najzabawniejsze, to wszystko ma sens, gdy jest jeszcze w mojej głowie, gdy tylko usiłuję nadać temu ostateczny kształt, myśli wymykają się i rozpierzchają złośliwie. To jest podobne do snu, który jest wyraźny, gdy go śnisz i w momencie przebudzenia, by za moment rozmyć sie i rozwiać. Męczę się jak potępieniec! Mam nadzieję, że moje męki nie pójdą na marne. Oczywiście, gotowym produktem podzielę sie z Wami, obiecuję! Teraz natomiast kilka "niedzielnych" zimowych zdjęć. Miłych wrażeń i do następnego zobaczenia. Pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czyż nie jest magicznie? Jest i nie jest ważne, że to moje fotografie, daleka jestem od chwalenia się  tutaj... jestem tylko skromną rejestratorką, kronikarzem mijającego Czasu. Mnie już nie będzie, a gdzieś w otchłaniach cyberprzestrzeni pozostaną te obrazy, te zamrożone chwile.  To... pocieszające. Przypomniał mi się maleńki końcowy fragment większej całości, wiersza, który ostatnio uformował sie w mojej głowie. Posłuchajcie, proszę...

 

... Czasem przed snem

    odczuwam tę dziwną pokusę

    by wyjść z ciepłej pościeli

    nago w zimę

    i zakwitnąć na wiosnę

    fioletowym krokusem...

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 735  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28      

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557735

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości