Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 466 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Budzę...

poniedziałek, 25 lutego 2013 21:24

 

... się każdego ranka i... cieszę się, że się budzę. Może potrzebny był mi taki zimny prysznic, żebym zwolniła? Żebym spojrzała na pewne sprawy z dystansu? Zebym przestała się wreszcie szarpać, walić głową w mur albo pracować nad wymyśleniem prochu?  Powoli, systematycznie i spokojnie porządkuję świat wokól siebie. Zaczęłam od przemeblowywania mieszkania. Zabawne, zlikwidowałam segment (z dużą pomocą moich Przyjaciół), który stał w tym samym miejscy przez blisko trzydzieści lat. Niestety, oprócz pajęczyn nic interesującego za nim nie znalazłam. Przez kilka dni w dużym pokoju stały na stosach szafki, które czekały na wyniesienie. Koty miały radochę bawiąc się w chowanego. Rzeczy z segmentu poupychane w pudłach, workach... skąd się tego tyle bierze?  Patrząc na to wszystko stwierdziłam, że obrosłam w rzeczy, które, tak na serio, do niczego nie są mi potrzebne, a tylko zajmują masę miejsca. I oplatają mnie niczym duszące pnącza trującego bluszczu.  Czyli teraz pozbywam się nadbagażu. Część poszła do śmieci, część wystawiam sukcesywnie na allegro. Cóż, siedzę w domu, to przynajmniej mam się czym zająć zamiast wsłuchiwać sie w mój organizm, prawda?

 

Tyle najnowszych doniesień. Czekam cierpliwie na kolejny zabieg, jak chyba wcześniej wspominałam, termin mam wyznaczony na 8. marca o 11:00.  Najgorsze w tym wszystkim jest to, że teraz naprawdę sie boję. Ten pierwszy raz był dla mnie kompletnym zaskoczeniem, wzięli mnie na stół „z marszu”, nawet nie miałam czasu, żeby się wystraszyć. Teraz... oooo, teraz to coś zupełnie innego. Już wiem, jak to wygląda i po prostu się boję. Nie jestem dzielna, nie jestem silna, boję się bólu, bo mój próg odporności na niego jest stosunkowo niski. Zabawne, nie boję się śmierci... pewnie dlatego, że jeśli nadejdzie, to też nie będę miała żadnej skali porównawczej, nigdy tego nie próbowałam.  Nie wiem, czy zauważyliście, Najmilsi Tubywalcy, że teraz śmierć jest spychana na margines, ludzie umierają za parawanem,  jakby w ukryciu, jakby robili coś nieprzyzwoitego. A przecież oni po prostu umierają. To naturalna kolej rzeczy. A my nawet nie mówimy, że ktoś „umarł”, tylko, że „odszedł”. Paradoksalne jest to, że z jednej strony „pozbywamy się” bliskich, żeby umarli w szpitalu, a z drugiej strony gapimy sie na wypadki, w których giną inni... bo nas to bezpośrednio nie dotyczy, bo to jacyś inni, obcy, więc można sobie popatrzeć. Z jakąś dziwną, chorobliwą fascynacją patrzymy na tragedie, którymi faszerują nas media.  Obojętniejemy? Chyba tak. I to jest w tym wszystkim najgorsze.

 

A teraz pozytywy. Mój przypadek spowodował, że kilka znajomych osób poszło do lekarza i poddało sie dokładnym badaniom. Na zasadzie, że skoro ją (czyli mnie) to spotkało, co było dla wszystkich ogromnym zaskoczeniem, to może warto wreszcie zadbać o własne zdrowie. To taki bonus i drobna satysfakcja dla mnie, że mój przykład podziałał na kogoś otrzeźwiająco.

 

Kolejnym pozytywem były moje urodziny. Chociaż, jakby tak się w ten fakt zagłębić, to ni cholery, żadnego pozytywu tu nie widzę. No, może oprócz jednego, ze jakoś dobrnęłam do tej 56. rocznicy. Jakim cudem? Pewnie jest w tym jakiś sens. Chociaż nie mam zamiaru przywoływać tu żadnej „siły wyższej” ani rozważać odwiecznego tematu istnienia. Jakoś tak dziwnie ostatnimi czasy mi sie myśli. Mam wrażenie, że nie spełniłam swoich marzeń, że nie udało mi sie osiągnąć dawno temu wytyczonych celów. A teraz... teraz już na tak wiele spraw jest zbyt późno. Tyle zaprzepaszczonych szans, zmarnowanych okazji i nietrafionych decyzji. Czy, gdybym mogła cofnąć czas postąpiłabym inaczej? A jeśli tak, to gdzie byłabym teraz? Chyba jednak lepiej nie zagłębiać się w takie rozważania. Prowadzą donikąd, a mogą spowodować jedynie ból głowy. Poza tym, to przecież czyste science fiction.

 

Wracając jednak do rzeczywistości... Wiosna się zbliża, Najmilsi Tubywalcy!  Śniegi stopniały, Słońce coraz śmielej wychyla się spoza chmur i wiatr wiele jakby cieplejszy. I jakoś na sercu robi się cieplej, jakoś radośniej i optymistyczniej patrzę w przyszłość (mimo wiszącego nade mną jak ten miecz Damoklesa 8. marca). Wyszłam dzisiaj na spacer. Ziemia rozmiękła pachnie (tfu!) psimi odchodami nim trawa zasłoni pozimowe pobojowisko. Jeszcze gdzieniegdzie widać brudne spłachetki ostatniego śniegu. Jest szaro, buro i brudno, a przecież cieszę się, że już-już, jada moment nadejdzie Wiosna. Zabawne, przez to moje siedzenie w domu nawet nie zauważyłam, że dni są już trochę dłuższe. Jest dobrze i tego będe się trzymać. Teoretycznie... znając mój pokręcony charakter.

 

Co jeszcze? Aaaaaa... imieniny też miałam! Akurat w rym dniu zadzwoniła do mnie moja Kuzynka Oleńka. A tak właściwie, jeśli Jej Tato i moja Mama byli rodzeństwem, to czy Ola jest moją kuzynką czy może siostrą cioteczną, a może raczej... wujeczną? Ale wracając do rozmowy. Zadzwoniła z Toronto, dokąd los Ją wywiał lata temu. A ponieważ  zbyt rzadko mamy okazję porozmawiać, więc gadałyśmy ponad godzinę. O wszystkim, a w pewnym momencie rozmowa zeszła na tramwaje jeżdżące w Toronto (kurczę, nie wiedziałam, że tam też jeżdżą). I okazało się, że są brudne, jeżdżą niepunktualnie i stadami... Metro jest brudne i niebezpieczne, koleje fatalne. No i wyobraźcie sobie Najmilsi Tubywalcy, że ucieszyłam się, że komunikacja nie tylko u nas szwankuje! A czasem bywa i lepsza. Bardzo mnie to podniosło na duchu i w tym miejscu pozdrawiam wszystkich Tramwajarzy, Kolejarzy, Kierowców autobusów i wszystkich tych, dzięki którym każdego dnia tysiące ludzi docierają na czas w zaplanowane miejsca. I tu chcę powiedzieć kilka słów na temat naszej narodowej przypadłości. Narzekamy na  wszystko... na rząd (jakikolwiek by nie był, zawsze jest zły), na urzędników (tradycyjni chłopcy do bicia), na podatki, na służbę zdrowia, na komunikację, na brak komunikacji, na telewizję, na szkolnictwo, na handel, na... długo by wymieniać, no bo narzekamy na wszystko! Tylko na samych siebie nie narzekamy. Oooooooo MY jesteśmy super! To INNI, jacyś mityczni OBCY są źli. Jak mówi stare przysłowie: źdźbło w oku bliźniego zauważysz, a we własnym belki nie widzisz. Gdyby każdy z nas robił swoje odpowiedzialnie i uczciwie, w swoim małym zakresie, to nie byłoby problemów. Wiem, wiem... to utopia. Ale czasami mnie złości takie narodowe malkontenctwo. Lata temu Wojciech Młynarski śpiewał „róbmy swoje, Panowie, róbmy swoje...”. I wciąż ten apel brzmi jak głos wołającego na puszczy. A  najdziwniejsze, że jeśli ktoś robi swoje, zaraz znajdzie się tłum krytykantów, opiniotwórców, znawców od siedmiu boleści, którzy zrobią wszystko, żeby zniszczyć efekty czyjejś pracy. Ot, tak... bezinteresownie. Żeby bliźni się za dobrze nie poczuł, żeby mu nie było zbyt komfortowo. Zniszczyć, stłamsić, wdeptać w ziemię.  Niestety.

 

Na dzisiaj dość tego dobrego, bo jeszcze mi ciśnienie skoczy, a tego byśmy nie chcieli, prawda? No właśne. Zostawiam więc jeszcze kilka zdjęć moich „chłopaków”. Im to dobrze, czasem chciałabym być kotem. W odpowiednim domu, rzecz jasna! Pa, pa.

 

 

Jeszcze go tam nie widzieli!

 

Do czego służy wiadereczko?

 

Diesel na wysokościach

 

Żadnych zdjęć!

 

Troszkę mi się łapki rozjechały...

 

To się nazywa zdrowy sen!

 

Diesel testuje nowe meble...

 

Rudi nocną porą...

 

... w świetle nocnej lampki... podobno nie nalkeży robić zdjęć pod światło!

 

A na zakończenie, na szczęście dla wszystkich Cierpliwych i Życzliwych Przyjaciół!

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Sie żyje....

wtorek, 19 lutego 2013 17:56

 

... sie pisze... jeszcze chwilkę cierpliwości, Szanowni Tubywalcy!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Obiecany...

niedziela, 10 lutego 2013 22:07

 

... ciąg dalszy następuje. No proszę, jaka jestem akuratna (to był sarkazm, bo doskonale znam moje wady... nieliczne wprawdzie {ha, ha}, ale dokuczliwe, przynajmniej dla otoczenia). Co do mojej, nie boję się użyc tego słowa, rozlazłości, to rzeczywiście mam ostatnio z nią problem. Jakby to ująć? Rozsądek swoje, a serce (!) swoje. I tak odkładam sporo spraw na "później" i sama na siebie jestem zła. Teraz czekam na dostawę cudnego kompletu mebelków. Trzy komody i przeszklona serwantka (kto jeszcze używa tego słowa?). Mebelki są śliczne, lekkie i "ludwikowskie", na dodatek całkiem za darmo, bo znajomi się "przemeblowują" i tym sposobem wzbogaciłam się o nowy wystrój. A teraz zgadnijcie, Najmilsi Tubywalcy, co tez ja będe robiła, gdy juz te mebelki do mnie dotrą? Otóż, będe je... przemalowywała na biało, z elementami złotymi. Jak "ludwik" to na całego, prawda? Tak, że zajmę ręce robotą, to i  umysł nie będzie wariował... przynajmniej taką mam nadzieję. A właśnie. Moja Mądra Pani Doktor przepisała mi Pramolan. Łykam sobie po jednej tabletce dwa razy dziennie i mam wrażenie, że mój nastrój się zdecydowanie poprawia. Już nie mam tak czesto depresyjnych myśli, a pewne sprawy potrafię "przyjąć na klatę". Hmmmmm teoretycznie, ale chyba jest lepiej. Tyle komunikatów zdrowotnych. Teraz ciekawsze tematy.

 

Kilka dni temu poszłam sobie (powolutku i dostojnie) na spacer do znajomego Wam lasu. Piszę "znajomego" bo już wielokrotnie o nim wspominałam. Było cicho, mgła snuła się między drzewami. Poniewaz temperatura oscylowała w okolicach zera, więc było grząsko, ślisko i mokro. O kaptur bebniły krople wody spadające z drzew, lód na rozlewiskach i jeziorkach znikał w błyskawicznym tempie. Robiłam zdjęcia, gdy na drugim brzegu zauważyłam stado pięciu lub sześciu dużych psów. Chyba to była jedna suka z kilkoma absztyfikantami. Zrobiłam im zdjęcia (akurat trzem), z daleka słyszałam warczenie i kotłowaninę, ale ponieważ dzielił mnie od nich spory dystans, więc w końcu przestałam zwracać na nie uwagę. Ruszyłam dalej i okazało się, że psy wybrały tę samą drogę. Kurczę. Łypały na mnie, a ja na nie... tez łypałam z coraz większą obawą. Na szczęście, gdzieś zza drzew dobiegł warkot samochodu. Okazało się, że to stary, zdezelowany Żuk. Zatrzymałam go rozpaczliwym machaniem. Młody chłopak otworzył drzwiczki, ale nie mógł mnie wpuścić do kabiny, bo drzwi od strony pasażera miał zatrutowane na amen. Na szczęście stwierdził, że pojedzie powoli odgradzając mnie od niespokojnej watahy. I tak, krok za krokiem pod osłoną starego Żuka dotarłam do ulicy, a psy zostały daleko za mną. Nie macie pojęcia, jaka byłam wdzięczna chłopakowi z Żuka za pomoc. Bo na jednego psa można krzyknąć albo tupnąć... kilka psów rządzi się swoim własnym instynktem. Najważniejsze, że wszystko skończyło się szczęśliwie i dzisiaj mogę Wam zaprezentować zdjęcia... pieski też są na jednym z nich.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 A tak na zakończenie, to zapomniałam dodać, że mam teraz sporo zachodu z wystawianiem wielu przedmiotów na Allegro. Postanowiłam sprzedać znaczną część moich zbiorów "dzwonkowych", trochę bibelotów, jakieś szkliwo, jakąś porcelanę. Zbyt dużo mam tego i wiele rzeczy przestało mi się podobać. Może komus innemu się przyda i przyniesie zadowolenie. A pieniądze się przydadzą, bo pieniądze przydają się zawsze. Jak śpiewała kiedyś Danuta Rinn... pieniądze szczęścia nie dają, być może, lecz kufereczek stóweczek, daj Boże! Kurczę, a wszystko zaczęło się od tych cholernych Fenicjan. I po co oni te pieniądze wymyślili? I tym, materialistycznym w gruncie rzeczy, akcentem, pa, pa.

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Niedziela...

niedziela, 10 lutego 2013 12:24

 

... ach, niedziela. Zabawne, obudziłam się dziś rano, jeszcze przed świtem i... zaczęłam przygotowywać się )na początek duchowo) do wyjścia do pracy. Wszystko mi sie poplątało. Po pierwsze, byłam przekonana, że jest już poniedziałek. A po drugie, jakoś "mi sie zapomniało", że przecież jestem na zwolnieniu lekarskim i wcale nie muszę iść do pracy. Powiem szczerze, że chwile to trwało nim umiejscowiłam się w czasie i przestrzeni. Ostatnio jakoś wszystkie dni zlewają się w jeden ciąg. Chyba dlatego, że... nie mam na co czekać. Mówię tu o weekendzie. W "normalnej" sytuacji "normalny człowiek tak gdzieś koło srody wygląda z utęsknieniem piątku. A tu? Wszystkie dni wolne, zbyt dużo czasu, jakoś nie umiem się w tym odnaleźć. Co najgorsze, trudno jest zmobilizować się do jakiegokolwiek działania. Dowodem na to jest choćby taka długa przerwa w pisaniu.  Za co gorąco przepraszam. Ale uwierzcie, że niewiele się dzieje, Serducho bije miarowo, jedynie czasami podczas spacerów muszę przystanąć na chwilkę (raz dłuższą, a raz krótszą) i poczekać aż wyrówna się oddech. Najgorsze, że teraz zwracam na takie rzeczy uwagę. Wsłuchuję sie uważnie we własny organizm. Wcześniej "przed" taka zadyszka byłaby jedynie oznaką naturalnego zmęczenia, teraz "po" od razu ogarnia mnie podszyta złością obawa, że może to coś niepokojącego. Złością, bo wkurzona jestem na mój własny organizm, że mnie tak zawiódł.... cdn... pisze się :) Teraz idę coś zjeść, bo w brzuszku mi burczy. Wrócę do tematu wieczorkiem.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 565  

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728   

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554565

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl