Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 466 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Jeszcze...

środa, 28 marca 2012 5:24

 

...  noc rozciąda się za oknem. Gdzieś w koronach drzew nieśmiało odzywają się pierwsze ptaki. Diesel śpi zwinięty w kłębuszek na moich kolanach. Wykorzystuje chyba ostatnie dni przed moim wyjazdem.

Jakby przeczuwał, że nie będzie mnie całe długie dwa tygodnie. A ja wstałam znów o piątej i wiedziałam, że już nie zasnę. Przez tę zmianę czasu na letni kompletnie pomieszały mi się pory snu o pory jawy. I komu to potrzebne? Powie ktoś, że to tylko jedna godzina, ale jednak odczuwa się przez jakiś czas (jedni dłuzej inni krócej) tę zmianę. Cóż, niestety na pewne sprawy człek nie ma wpływu... trzeba to przeżyć, choć niekoniecznie polubić!

 

Nie opowiedziałam jeszcze o wydarzeniach poprzedniego tygodnia. Tak mnie zaaferowała afera z policjantem broniącym swojej miedzy (teraz już wiem, że emerytowanym, ale to nie zmienia postaci rzeczy... natura człowieka pozostaje), że inne sprawy odeszły na bok. A warto tu o nich opowiedzieć.

 

Otóż, w Wyższej Szkole Biznesu po raz kolejny odbywał się Festiwal Nauki. Ściślej mówiąc, po raz ósmy. Pamiętam, gdy to się rozkręcało. Miałam okazję uczestniczyć prawie we wszystkich wykładach i warsztatach kilka lat temu z ramienia mojej Firmy. Teraz niestety mogłam wybrać sobie jedynie spotkania popołudniowe. Ale i tak udało mi się być na dwóch z wielu. We wtorek (20. marca) byłam na wykładzie, który prowadziła Pani dr Daniela Dzienniak-Pulina. Wykład pt. „Fotogafia spoeczna czy społeczeństwo w obiektywie? – dylematy i zapytania” poruszał zagadnienia z zakresu przede wszystkim socjologii. Ciekawe spojrzenie na rolę fotografa jako kronikarza rzeczywistości. Na granice etyczne w rejestrowaniu zdarzeń, często okrutnych i przerażających. I podstawowe pytanie, czy ludzkie emocje można zamknąć w kadrze tak, żeby były czytelne i jednoznaczne dla oglądających te zdjęcia po latach ludzi. Świetny wykład, Pani doktor jest specjalistką od analizy obrazów reklamowych i ich wpływu na społeczeństwo oraz kulturowych mitów i symboli. Pzrekonałam się, że istnieją pewnego rodzaju „kalki”, zgodnie z którymi często komponowane sa aktualne kadry fotograficzne. Motyw Piety, albo obrazów dawnych mistrzów nalarstwa często mamy zakodowane gdzieś w pokładach naszej świadomości (czy może raczej podświadomości) i często korzystamy z nich przy kompozycji własnych obrazów. Korzystają z nich również twórcy fotografii reportażowej czy reklamowej. Czy nie zastanawialiście się czasami podczas oglądania zdjęć ilustrujących jakieś wydarzenie, że coś Wam to przypomina? Temat ogromny i, niestety, bez zilustrowania go zdjęciami nie da się go właściwie rozwinąć. W każdym razie, wykład był świetny i niech żałują ci, którzy nie byli. Ja byłam, chociaz w tym samym czasie odbywał się wykład pt. „Żeby mi się chciało, tak jak mi sie nie chce”... czyli coś dla mnie! No, ale przecież sie nie rozerwę, jak powiedziała pewna żaba!

 

W czwartek natomiast (22.marca) odbyły się warsztaty fotograficzne prowadzone przez Panią dr Patrycję Dołowy.  Niezwykłe spotkanie, niezwyka osoba. Fotografka artystyczna, mikrobiolożka, genetyczka drobnoustrojów, doktor nauk przyrodniczych, a przy tym niezwykle charyzmatyczna, pełna ciepła i bezpośredniości osoba. Jestem nadal pod wrażeniem tych warsztatów.  Zaprezentowane podczas spotkania  zestawy fotografii różnych autorów prowokowały do zajmowania stanowiska,. Do oceny nie tylko wartości estetycznych ale także wartości  duchowych czy emocjonalnych. Rozgorzała dyskusja  nad niektórymi z prezentowanych zdjęć... ocena sztuki jest tak indywidualną sprawą, że niejednokrotnie dochodziło do kompletnie rozbieznych opinii.  Ha, dowiedziałam się, że niektóre z moich ocen prezentowanych dzieł mają emocjonalność dziecka... przyjęłam to, jak najpiękniejszy komplement. Zawsze jakoś to w sobie ceniłam (nie uznajcie tego za nieskromność, bo to nie ma nic z nią wspólnego), chociaz pewnie nie do końca sobie to uświadamiałam.  Dzieci mają w sobie czystość duszy, która pozwala im powiedzieć, że... król jest nagi. Nie znają autorytetów więc ich ocena jest jak najbardziej naturalna. To mi się podoba, a tamto nie i nieważne, czy jest to arcydzieło, czy tylko nazwisko autora. My, dorośli często patrzymy przez pryzmat sławy autora i nawet „gniot” zyskuje uznanie, jeśli jest podpisany przez Mistrza. I znów ograniczenie słowa nie pozwala mi na pełne zaprezentowanie tego z czym miałam styczność podczas warsztatów.  Reasumując, było świetnie.  Zapamiętajcie to nazwisko, wejdźcie na strony poświęcone Pani dr Patrycji Dołowy, obejrzyjcie Jej fotografie, bo warto. Podziwiam wrażliwość i artyzm tych prac, i ogrom zaangażowania w ich stworzenie.  Tym bardziej, że rzeczywistość w nich jest wykreowana, inscenizowana... jakby z pogranicza jawy i snu. Są świetne i tyle. Jeśli obejrzycie te prace, będziecie wiedzieli, dlaczego słowa są tu niewystarczające. Nie da się opisać wrażeń wizualnych, a przynajmniej nie do końca. Można opisać kolor, pozę modela, ale jak oddać to wszystko, ten cały ładunek emocjonalny, jaki jest w nich zawarty? Nie da się i tyle.  Polecam Waszej łaskawej uwadze, moi Mili Tubywalcy tę Artystkę i Jej Sztukę. A duże litery są jak najbardziej na miejscu.

 

Tak było w ubiegłym tygodniu i niestety, Sztuka przegrała z brutalną rzeczywistością, dlatego najpierw opisałam wydarzenia z soboty.  Teraz dwa słowa (i kilka zdjęć) z niedzieli. Znów wstałam o piątej rano (a właściwie o czwartej według czasu zimowego!) i wyruszyłam nad jeziora. Tym razem ta godzina była dla mnie błogosławieństwem. Zdążyłam przed świtem. Ziemia była jeszcze zmarznięta, więc udało mi się wejść w miejsca, gdzie jest z reguły grząsko i bagiennie. Zresztą, co ja będe Wam opowiadała. Zobaczcie sami!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tak było mglistym przedświtańcem. Później zajęłam się ptaszkami...  wdzięczne modele, jak potrafią pozować :)

 

 

 

 

 

 

 

 

A tak na podsumowanie, Wiosna już jest, widać to w ogrodach, na polach... wszędzie wokół. Jest pięknie!

 

 

 

 

A że Wiosną Miłość rozkwita, więc jak plaster miodu na serca dedykuję Wam, Najmilsi Tubywalcy fotografię pewnej pięknej pary. Zachwycił mnie ten widok i tyle!

 

 

 

 

 

Teraz już pa, pa. Pięknej środy Wam życzę i macham łapką z wysokiego brzegu!

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Ludzie...

sobota, 24 marca 2012 14:27

 

... trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam! Już dawno nikt tak mnie nie wkurzył! Poziom adrenaliny skoczył mi chyba do maksimum. Ale może od początku... otóż, dzisiejszym przedświtem (czyli o 5:24) pojechałam do Łaz Błędowskich „złapać” trochę mgieł i słonecznych promieni. A mgła była jak mleko, kompletnie nic nie było widać na odległość 8 – 10 metrów. Wysiadłam w tych Łazach Błędowskich,  rozejrzałam się i poszłam przez łąki w kierunku majaczących w oddali drzew. W pewnym momencie zza wysokich krzewów wyskoczyło kilka saren... parę podskoków i już mi zniknęły we mgle. Nawet nie zdążyłam podnieśc aparatu do oczu. Cóż, bywa i tak. Jedynie z daleka słychać było dobiegające stłumione pobekiwanie kozła.  W końcu i ono ucichło. Pozostały tylko ślady racic na gliniastym gruncie, wygnieciona trawa, gdzie pewnie leżały i trochę czarnych bobków. Gdyby nie to, mogłabym przypuszczać, że miałam jakies omamy.  Chodziłam sobie po tych łąkach czekając na pojawienie się Słońca. W końcu świat wokół zaczął się rozjaśniać. Niestety, mgła była zbyt gęsta, żeby promienie słoneczne mogły sie przez nią przebić. Czyli nici ze spektakularnych efektów świetlnych. C’est la vie, nie zamierzałam się tym faktem załamywać ani zatrzymywać nad nim na dłużej. Postanowiłam sfotografować trochę drzew, pól płotów, jakieś sady, jakieś stodoły. Ruszyłam szosą rozglądając się wokół w poszukiwaniu ciekawych kadrów.  W końcu... jest! Rozświetlone Słońcem pole, gdzieś w oddali kilka brzóz... pastelowo i eterycznie czyli to, co lubię najbardziej. Skręciłam z szosy na gruntową drogę, częściowo podsypaną żwirem biegnącą wzdłuż ogrodzenia jakiegoś gospodarstwa. Droga skręcała do bramy na podwórko, ale dalej prowadziła zwykła gliniasta ścieżka. Czyli można było tamtędy przejść.

 

W chwili, gdy już mijałam bramę podszedł do niej jakiś mężczyzna i napastliwym tonem zapytał:

- A pani co tutaj za zdjęcia robi? - Zgłupiałam!

- Widoczki sobie fotografuję, a tak na marginesie, to dzień dobry. - To było z uśmiechem. Facet się nie „odśmiechnął”, nie odpowiedział na powitanie, tylko dalej tym samym tonem:

-  A dla kogo te zdjęcia?

- Jak to „dla kogo”? Dla siebie robię.

- A dlaczego?

- Bo lubię! – Zaznaczam, że w dalszym ciągu odpowiadałam z uśmiechem, ale już nieco ostrzejszym tonem. Mężczyzna patrzył spode łba przez chwilę i w końcu powiedział:

- Ja sobie nie życzę, żeby pani robiła zdjęcia na MOJEJ drodze!!!

- To pana droga? – ja na to - skoro tak, to gdzie jest szlaban i znak, że to droga prywatna i jest na nią zakaz wstępu?

- Niech sobie pani sprawdzi na mapie czy to droga publiczna, a potem na nią włazi!

Powiem Wam szczerze, Najmilsi Tubywalcy, że facet zaczął mnie już wkurzać. Tym bardziej, że (cholewcia!) światło mi uciekało, a ten tu mi głodne kawałki wciska...

- Ja nie muszę mieć żadnej mapy, proszę pana... słyszał pan o czymś takim jak służebność? A tak na marginesie, to nigdzie nie spotkałam się z takim zachowaniem, jak w Łazach, pogratulować! I jeszcze jedno, zastanawia mnie, czy za tę drogę odprowadza pan podatek, bo skoro należy do pana, to....

- Niech mi pani tu nie podskakuje, bo porozmawiamy inaczej! Jestem policjantem!!!

Kurczę, teraz już nie wytrzymałam i roześmiałam sie na całe gardło.

- Że też od razu tego nie wiedziałam. Teraz już wiem, dlaczego pana firma ma takie niskie notowania w społeczeństwie. I wie pan co? Mam już dosyć pana i pańskiej drogi. Zostawiam ja panu w stanie nienaruszonym.

Odwróciłam sie na pięcie i pomaszerowałam ku głównej drodze. Mężczyzna jeszcze coś wykrzykiwał za mną, ale mu tylko pomachałam nie odwracając się na pożegnanie i kontynuowałam swój marsz. I co Wy na to, Najmilsi Tubywalcy? Kargul i Pawlak mogą się schować.  Podkreślam jeszcze raz, że droga nie wiodła tylko do bramy na podwórko  tego człowieka, tylko dalej w pola. No, chyba że chodziło mu o ten żwirek. I zapomniałam jeszcze dodać, że facet powiedział mi w tzw. międzyczasie, że „różni tu chodzą i zdjęcia robią nie wiadomo na co i dla kogo” oraz że „powinna sobie pani plakietkę z nazwiskiem przyczepić”,  i że „może w każdej chwili wezwać Straż Miejską”!!!  I tu miałam mu życzyć powodzenia, bo nie za bardzo miałby kto przyjechać po ostatnich zatrzymaniach w naszej Straży Miejskiej.

 

Na początku byłam okropnie wściekła, tym bardziej, że wcześniej spotykani  tubylcy uśmiechali się do mnie i mówili dzień dobry, na co odpowiadałam z uśmiechem. A z jakimś starszym Panem to sobie nawet pogawędziliśmy o sarnach, lisach, sokołach i zającach. I o koniach sobie pogwarzyliśmy chwileczkę. No i masz babo placek, albo raczej nie masz babo prawa do drogi!!! I wiecie co, Moi Mili Czytelnicy? Nigdzie nie spotkałam się z taką dziwną podejrzliwością, jak u nas. „A po co, a dla kogo, a dlaczego”. Powiedziałabym czasami do rymu, ale człowiek sie opanowuje, stara się uśmiechem przełamać niechęć czy agresję... niestety, czasami się to nie udaje. Szłam tak sobie i w myślach układałam kolejne riposty strofując samą siebie, że jeszcze nie powiedziałam tego czy owego. Mogłam na przykład powiedzieć, że jego płotu ani domu W ŻYCIU bym nie sfotografowała, bo jest w takim złym guście, mogłam mu powiedzieć, gdzie sobie tę drogę może wsadzić... ale po co?

 

Słoneczko powolutku rozpędzało mgłę, jeszcze trochę zdjęć i czas było ruszać na przystanek autobusowy. W domu byłam około 9:30. Dlatego własnie lubię wychodzić tak wcześnie, mogę wówczas równie wcześnie wrócić i zabrać się za porządki, na przykład. Albo za pisanie tekstu na blog.

 

A tak w ogóle, to od wczoraj mam pecha do agresywnych mężczyzn (Wiosna czy co... samcze zachowania się budzą?). Otóz, wracałam z pracy, gdy zobaczyam po drugiej stronie ulicy kilku przepychających sie młodych ludzi. Szczególnie jeden z nich był bardzo agresywny w stosunku do drugiego, chudszego chyba o połowe i mniejszego o głowe od agresora. Akurat przeszłam przez jezdnię, gdy zobaczyłam, że za szpalerem żywopłotu leży ten chudzina, a byczasty facet bije go pięścią po głowie i kopie. Nie wytrzymałam i wrzasnłam na całe gardło: zostaw go w tej chwili, co to ma znaczyć!!!??? Na co „byczek” mi odwrzasnął, żebym się odczepiła, bo to.... no, kolega jego to jest!  To ładnie traktujesz kolegę, zostaw go w tej chwili w spokoju! Chyba się opamiętał, bo zostawił tego sierotę i poszedł w kierunku kumpli. A sierota? Sierota z krwawiącym nosem poszedł... za nimi!!! Jak to mówiła piosenka... i pomaszerował dalej. W  tym wypadku pomaszerowali. Rąsia w rąsię, ramię przy ramieniu. Jasny gwint, to ja się narażam dla jakiegoś palanta, a ten lezie za tym, który go lał!. Ha, widocznie tamten mięśniak miał rację, że go tłukł! Na wszelki wypadek zrobiłam im ukradkiem kilka zdjęć, gdyby się okazało, że bicie będzie miało ciąg dalszy, a skutki tego opłakane i dostępne w kronice kryminalnej. A tak na marginesie. Gdy już było po całej akcji rozejrzałam się wokół i co? Pełno ludzi, jacyś panowie z psami „obronnymi”, jakieś panie w kwiecie wieku, trochę nastolatków... jak to u nas na Plantach. Zabawne, ale miałam wrażenie, że przyglądają mi się z politowaniem i zdumieniem. Bo czemu właściwie ta baba się wtrąca i się wydziera?  I mogę się założyć, że gdyby agresja „byczka” zwróciła się w moją stronę, najprawdopodobniej, tak na 99,9% NIKT by mi nie przyszedł z pomocą! Świat zwariował, Ludzkość również! Chociaż, może to ja jestem nieprzystosowaną idiotką? Na zakończenie tego przydługiego wpisu będzie jeszcze kilka dzisiejszych (jeszcze ciepłych) zdjęć. Miłej, wiosennej soboty i jeszcze piękniejszej niedzieli, Szanowni Tubywalcy. Pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A teraz, tak na zakończenie dwie panoramki. Aparacik się sprawdza, nieprawdaż?

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Piąta...

środa, 21 marca 2012 6:36

 

,,, rano, no może piąta dwadzieścia to pora, gdy większość Tubywalców jeszcze smacznie śpi, podczas gdy ja, pomna wcześniejszej obietnicy, której i tak nie udało mi się dotrzymać, pracowicie klepię w klawiaturkę, żeby oporanku powitał Was nowy tekst. Ach, czy ktoś to zauważy? Czy ktoś to doceni? Wiem, wiem... i doceni, i zauważy, i pochwali na dokładkę. To był żart piszącej, pewnie nie najwyższych lotów, ale i tak lepszy od żenujących zartów prowadzącego pewien show w pewnej stacji, którą do pewnego czasu oceniałam dość wysoko. Po kilku „wpadkach” programowych tejże  stacji ja programowo oglądam jedynie dwa programy... „X factor” i „You can dance”. W „X factor” mam już swoich faworytów, są jednak utalentowani ludzie. I można psioczyć na tego typu programy, ale dla wielu są one szansą na pokazanie się światu. Trampoliną do osiągnięcia sukcesu. Powie ktoś, że przecież tak wielu laureatów poprzednich wielorakich programów zniknęło gdzies bez echa. No cóż, takie są prawa rynku, dość mocno nasyconego zresztą. Nie oskarżajmy jednak o to programów. Wiele osób, laureatów bądź uczestników jednak zaistniało w szerszej świadomości odbiorców i jakoś sobie radzą. Tym razekmw „X factor” wystąpił Dawid Podsiadło z Dąbrowy Górniczej. Niezwykle utalentowany chłopak i nie mówię tego tylko dlatego, że pochodzi z mojego miasta.  Podziwiam chłopaka za determinację i konsekwencję w dążeniu do celu. I za pasję... wiem coś o tym, ile taka pasja może znaczyć w życiu człowieka. Jak determinuje ludzkie działania. Na przeków wszystkiemu czasami, czasami wbrew wszystkiemu... wbrew logice i wbrew rozsądkowi. I będę trzymała kciuki za powodzenie tego uczestnika. Skoro na tak nasyconym rynku muzycznym jaki jest na Zachodzie (że pozostanę przy starej nomenklaturze) zaistniały tak utalentowane osoby jak Susan Boyle, Cheryl Cole czy Leona Lewis i stały się gwiazdami, to znaczy, że udział w tego typu programach ma jak najbardziej sens.  A Susan Boyle i jej wykonanie utworu z „Les Miserables” podczas eliminacji do angielskiej wersji „Mam talent” do tej pory jest dla mnie inspiracją, gdy na przykład mam chwile zwątpienia... a mam ich wiele, uwierzcie mi. I spojrzę sobie na tę Susan, na te kpiące uśmieszki widowni nim zacząła śpiewać, później widze reakcje niedowiarków i słyszę owacje, które prawie zagłuszaja jej głos i... znów zaczynam wierzyć w siebie. Bo skoro jej się udało, skoro miałą odwagę i determinację, żeby stanąc na scenie i zaśpiewać, poddać się ocenie innych... to i mnie sie uda zrealizować moje plany. Och, Moi Mili Tubywalcy. Uspokajam, że nie zamierzam śpiewać! Chociaż... podobno nigdy nie należy mówić nigdy! Które to stwierdzenie samo w sobie zawiera niekonsekwencję, prawda?

 

A teraz, wracając do minionego weekendu. Jak zwykle (to chyba stało sie już jakąś normą) wstałam przed świtem na przystanku autobusowym byłam o 5:30, żeby być na miejscu, gdy wstanie Słońce. W sobotę pojechałam do znanego już niektórym osobom z moich wczesniejszych wypraw lasku w Gołonogu. Był świt, była lekka mgiełka, była cisza i była magia... i są zdjęcia. Zawsze mam nadzieję, że uda mi się choć w niewielkim stopniu pokazać na fotografiach moje uczucia, jakie towarzyszą mi w danym momencie. Że uda mi się zatrzymać chwilę i podzielić sie nia z osobami, które będa oglądać moje zdjęcia. Czy mi się to udaje? Nie do końca. Wciąż czuję niedosyt, wciąż mam wrażenie, że mogłam więcej, że mogłam lepiej... cóż, próbuję wciąż od nowa. Chociaż, może to ilepiej, że jeszcze nie osiągnęłam stanu zadowolenia z siebie... przynajmniej mam przed sobą jakiś cel.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tak było w sobotę, natomiast w niedzielę wybrałam się nad „starą” Pogorię. Zamierzałam zrobić trochę zdjęć, a później wrócić autobusem tej samej linii, którą przyjechałam. Ale nie dało się.... ze „starej” Pogorii pomaszerowałam nad Pogorię II czyli Bagry, a stamtąd nad „Trójkę” albo inaczej nad „Nową” Pogorię.... Efekty można zobaczyć na fotografiach. Ciche, puste ośrodki wypoczynkowe, opustoszałe przystanie, łodzie wyciągnięte na brzeg, jeszcze trochę, jeszcze lód musi puścić i znów zacznie się kolejny sezon żeglarski, znów oślepiająca bielą będa się odcinać żagle od granatowej wody... ale póki co, trwa tutaj senna cisza.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czasami, gdy robię zdjęcia żałuję jedynie, że nie ma w nich dźwięków. Nad jeziorami, szczególnie nad Bagrami unosza się niesamowite wszaski ptaków. Szczególnie mewy drą się jak opętane, łyski i kaczki biją się zapalczywie wznosząc wokół fontanny wody a eleganckie łabędzie szczypią się po szyjach przeganiając młodsze osobniki, wzbijają się do lotu biegnąc po wodzie dla lepszego startu. A że czasem „przytopią” jakiegoś mniejszego ptaka... zabawne jest takie podpatrywanie zachowań zwierząt. Poniżej znów kilka widoczków, tym razem niedzielnych. Tylko troszkę, żeby nie zamęczyć Szanownych i Szacownych Czytelników.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czas mija tak szybko. Za chwilę musze wyłączyć komputer, żeby szykować sie do pracy. Minęła właśnie szósta rano. Jeszcze niecała godzinka, bo wychodzę o siódmej. Zapowiada się piękny słoneczny dzień... dzisiaj znów mam zaplanowane wywiady środowiskowe. Mam tylko nadzieję, że w żadnej szafie nie będzie sie ukrywał zaden facet, bo moje serce moze tego nie wytrzymać.

 

A propos serca. Jak wiecie, byłam na badaniach okresowych... serce mam jak dzwon, wszystkie wyniki idealne, a pani okulistka powiedziała mi, i tu cytuję „Juz dawno nie widziałam takiej pięknej plamki”! Wzrok mam idealny. Powinnam sobie jednak kupić okulary antyrefleksyjne do komputera i zakraplać oczy sztucznymi łzami.  Cóż, klimatyzacja ma zgubny wpływ na oczy, po prostu się wysuszają. Zamierzam więc posłuchac pani doktor. Najbardziej martwiłam się właśnie o wzrok. Czasem, gdy zbyt długo siedze przed komputerem ostrość mojego widzenia spada. Ale nie narzekam... w tym wieku taki wzrok... oby tak dalej. I tym optymistycznym akcentem, życząc pięknego dnia, pa, pa.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

I co...

wtorek, 20 marca 2012 6:42

 

... ja mam zrobić, gdy jakoś ostatnio "mi się" słowa nie składają. Jakoś "mi się" nie myśli, och nie umiem tego sprecyzować. O weekendzie napiszę wieczrem, przynajmniej mam taki ambitny plan. Teraz tylko trzy zdjęcia z pokazu mody. Ciekawe modele płaszczy, prawda? Oj, kończę, bo zaraz wychodze do pracy. Żeby mi się jeszcze tak chciało jak mi się nie chce! Pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

Tym razem zdjęcia nie są mojego autorstwa (dziękuję Lideczko!).


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Minął...

piątek, 16 marca 2012 1:06

 

... czwartek. Właściwie pierwszy, prawdziwie wiosenny dzień. Wprawdzie rano było kilka kresek poniżej zera, ale był to tylko leciutki przymrozek. Wiosna u drzwi, Szanowni Tubywalcy.  Doczekaliśmy kolejnej Wiosny, mam nadzieję, że w niezłej kondycji. Słonecznik szalał dzis na niebie, jakby chciał nadrobić kilkumiesięczne lenistwo.  Wśród gałęzi uwijają się ptaki, spieszą się, żeby zdążyć z budową gniazd. Każdy ptak, począwszy od gawrona, a na wróbelku kończąc uwija się jak w ukropie, bo nie dość, że budowa, to jeszcze zaloty.  Wczoraj po raz pierwszy usłyszałam miłosną pieśń, a właściwie melorecytację w wykonaniu gawrona. I niech nikt mi nie powie, że to wielkie, czarne ptaszydło nie jest romantyczne. Ależ on wydawał dźwięki. Mruczał jak kot, pogruchiwał jak gołąb, żadne tam prymitywne kra-kra. Byłam pod wrażeniem, tym bardziej, że wcale tych ptaków nie podejrzewałam o taki talent. Trawa jeszczeżółtobrunatna, ale powolutku i nieśmiało gdzieniegdzie wychylają się już jasnozielone ździebełka. Na gałązkach pęcznieją pąki... jeszcze kilka ciepłych dni i pękną z leciutkim trzaskiem, żeby uwolnić ukryte w środku lepkie i delikatne listki. Wiosna i tyle!

 

Taaak... to pozytywy, a teraz może kilka słów o negatywach? Pozimowe remanenty widać szczególnie na jezdniach i na trawnikach. Jezdnie tradycyjnie zima przozdobiła nowymi dziurami, chyba się lubuje w ażurach, czy co? I jak co roku ludzie psioczą i narzekają. Kurczę, jakby się wczoraj urodzili!!! Przez te wszystkie lata powinna Ludzkość już się przyzwyczaić, a nie narzekać bez sensu! Co roku ta sama melodia... że dziury, że brud, że „gdzie są słuzby miejskie”. Jak to, gdzie? W pracy są! I urzędnik d...a, kiedy dziur jest kupa... A właśnie, a propos kup. Śnieg stopniał i odsłonił niechlubną pozostałość po zimie, a właściwie po naszych milusińskich. Kiedy wreszcie właściciele czworonożnych przyjaciół nauczą się sprzątać po nich chodniki i trawniki. Mam wrażenie, że jest to u nas nieosiągalne. Chyba, żeby przy każdym skwerku ustawić przynajmniej jednego strażnika, co jest technicznie niewykonalne. Nie pozostaje więc nic innego tylko zaczekać, az trawa urośnie na tyle wysoka żeby zasłonić wstydliwy problem. Problem... cóż, psie kupki są (jakby na to nie spojrzeć) materiałem organicznym, czego nie można powiedzieć o butelkach, puszkach, plastikowych opakowaniach czy torebkach jednorazowych, które zalegają na uwolnionych od śniegu skwerach. Czasami mam ochotę wziąć jakiś wielki wór i pozbierać trochę tego badziewia z trawy, którą widzę z mojego balkonu. Ale zaraz przychodzi mi do głowy prosta myśł. A dlaczego? Przecież ten teren należy do marketu dużej sieci handlowej. I jest to ich psim obowiązkiem, żeby teren był wysprzątany. Nie pamiętam, rok czy dwa lata temu poszłam do kierowniczki tegoż marketu i w „tajemnicy” powiedziałam jej, że na następny dzień strażnicy miejscy przyjadą na inspekcję. Nie macie pojęcia, co się działo od rana. Gdy wróciłam z pracy następnego dnia cały teren był idealnie wysprzątany. No cóż, teraz musiałabym wymyślić coś innego, bo stary numer może nie przejść. A może tak faktycznie zawiadomić Straż Miejską, niech się chłopaki wykażą!

 

Czy jesteśmy narodem bałaganiarzy i niechlujów? Niekoniecznie. Może tydzien temu oglądałam program, w którym dwaj projektanci, Collin i Justin urządzali szkockie osiedle. To był, jak na nich nietypowy projekt, bo z reguły urządzaja mieszkania. Tym razem chcieli poprawić wygląd osiedla komunalnego.  Wspólnie z zarządem i kilkoma mieszkańcami odnowili klatki schodowe. Po kilku dniach te same klatki wyglądały jakby wcale nie było żadnego remontu. Popisane spray’em, pomazane... szok. Później chcieli ujednolicić balkony w blokowisku. Jeden pion błękitny, a sąsiedni słonecznie żólty. I zaczęło się. A dlaczego ja mam mieć niebieski? Bo w tym pionie wszystkie będą niebieskie... no to ja i tak swój przemaluję na kolor zielony!!! Jak to mówią... jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził. Projektanci, przemili skądinąd, polegli w zderzeniu z szarą blokową rzeczywistością.

 

No to sobie ponarzekałam. Teraz z sympatyczniejszych spraw. Dzisiaj idę na badania okresowe. Nie powiem, że się nie boję, bo bym skłamała. Boję się pobierania krwi, bo u mnie kończy się to często omdleniem, czasami zapaścią. Jasny gwint... głupio byłoby tak zejść z tego świata z igłą w żyle!!! Trzymajcie zatem kciuki tak około dziesiątej, dobrze? Tym bardziej, że muszę być w formie po południu. Namówiono mnie, żebym wystąpiła w charakterze modelki na pokazie wiosennej mody dla... seniorek!!! Hi hi hi... nie wiem, czy mnie taki zaszczyt „kopnął” bo taka śliczna jestem, czy może że taka stara?  W każdym razie, z racji wieku się kwalifikuję i tyle! Żartuję, będzie fajna zabawa, tym bardziej, że jeszcze nigdy nie byłam modelką! Jak to nigdy nie wiemy, co nas w życiu spotka.

 

Zbliża się pierwsza w nocy. Na biurku pachnie hiacynt, ja pachnę Armanim, dostałam w prezencie perfumy „Idol”. Na spełnienie planów. A plany mam ambitne. Przede mną Londym. Jeszcza dwa tygodnie z małym hakiem i frunę.  Na temat fruwania i mojego stosunku do tego sposobu przemieszczania się napiszę kilka słów następnym razem. Teraz, na zakończenie jako, że czas spać umieszczę starą, sprzed kilku lat fotografię Kubusia, ulubionego zwierzaka moich serdecznych Przyjaciół, Kasi i Julka. Przy okazji możecie przeczytać kilka rymowanych wersów, jakie mi się w głowie narodziły, tak zupełnie niespodziewanie i spontanicznie. To taka hmmmmmm... wisienka na torcie. Pa, pa.

 

 

 

 

O czym śnią koty?

 

Kotom śnią się marcowe zaloty

Mysie dziury

i wysokie płoty

Pełna miseczka

i miła dłoń człowieka

Ptaszek, co na gałęzi

cierpliwie czeka

Świat pełen tajemnic

do odkrywania

 

Żeby tak jeszcze ktoś

zmusił kota do...

wstania

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 573  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554573

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl