Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 813 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Zdarzyło się...

niedziela, 29 marca 2015 12:30

 

 

... tak wiele, że aż nie wiem, od czego mam zacząć.  Może zacznę od poniedziałku? Poniedziałek jest tak samo dobrym dniem, jak i pozostałe dni tygodnia. No właśnie,  w poniedziałek zatem obudziłam się przed szóstą, a właściwie obudziło mnie Słońce zaglądające do sypialni. Leżałam jeszcze przez chwilę w takim rozkosznym stanie zawieszenia między snem, a jawą. Wiedziałam, że lada moment rozlegnie się alarm w telefonie...i zaczęłam z lekka przysypiać, gdy nagle zerwałam się na równe nogi...  czyżbym nie usłyszała alarmu?  Chwyciłam telefon... nic! Czarno, głucho, nie działa! Rozładowany? Nie! Umarł, zdechł, padł, szlag go trafił!!! Nie wiem, kto z Was, Tubywalcy Najmilejsi miał podobny problem. Jeśli tak Wam się przydarzyło to wiecie, że nagła utrata kontaktów z przyjaciółmi, z rodziną jest niezwykle frustrująca. Na dodatek moja strata zbiegła się w czasie z wielką awarią sieci mojego operatora i dopiero w środę odzyskałam mój numer. Niestety, straciłam część zapisanych danych, w tym numery telefonów. Cóż, jak pech, to pech... Tutaj zwracam się do Przyjaciół...  wyślijcie mi Wasze numery telefonów... sms-em, albo na maila, dobrze?

 

 

Troszkę z powodu wiosennego znużenia, a troszkę, aby odreagować kłopoty z komunikacją międzyludzką i bolesne zderzenie ze współczesną technologią wzięłam sobie dwa dni urlopu. Wtorek i środa były przepiękne – upalne i słoneczne. Nawet zastanawiałam się, czy nie wykorzystać ich i nie wybrać się nad jeziora. Stwierdziłam jednak, że zostawię sobie tę przyjemność na weekend. Mimo wszystko, nie odpuściłam sobie tak do końca fotografowania i zapolowałam na Wiosnę w parku. Pierwsze fiołki, zagony fioletowych i żółtych krokusów, delikatne seledynowe listeczki, pierwsze owady, tęczowo mieniące się szpaki i parkowe ławeczki dające chwilę wytchnienia emerytom... lubię takie powolne wędrowanie,  podpatrywanie  świata przez obiektyw aparatu.

 

 

DSC04042.JPG

 

 

 

DSC04043.JPG

 

 

 

DSC04047.JPG

 

 

 

DSC04052.JPG

 

 

 

DSC04060.JPG

 

 

 

DSC04098.JPG

 

 

 

DSC04126.JPG

 

 

 

DSC04127.JPG

 

 

 

DSC04104.JPG

 

 

 

DSC04106.JPG

 

 

 

DSC04108.JPG

 

 

 

DSC04220.JPG

 

 

 

DSC04184.JPG

 

 

 

DSC04124b.JPG

 

 

 

DSC04187.JPG

 

 

 

DSC04141.JPG

 

 

 

DSC04147.JPG

 

 

 

DSC04091.JPG

 

 

 

DSC04228.JPG

 

 

 

DSC04230.JPGDSC04230.JPG

 

 

 

Czwartek... cóż, czwartek właściwie bez historii, nie będę Wam nim głowy zawracać.

 

 

 

I wreszcie nadszedł piątek. I wcale nie trzynastego! Przebudziłam się rano, za oknem padał deszcz... jasny gwint, pięknie się zapowiada! Na szczęście, gdy o siódmej wyszłam z domu deszcz przestał padać, chmury skierowały się gdzieś na zachód, a na wschodzie pojawiło się Słońce. Powietrze pachniało wilgotną ziemią, kolejny zapach zapamiętany z mojego dzieciństwa! Szłam powoli do Firmy,  czarne chmury przewalały się po niebie gdzieś daleko przede mną, a Słońce grzało mnie w plecy. I tak sobie pomyślałam, że to doskonałe warunki, żeby pojawiła się tęcza. Tak na szczęście! I co powiecie? Ukazała się... wprawdzie niepełna, zaledwie część łuku, niemniej była. To niezwykłe zjawisko. Na dodatek, często pojawia się wówczas wyjątkowe światło. Niespotykanie ostre, intensyfikujące kolory, nieporównywalne z niczym innym.  Chmury zmieniały kształty, w końcu tęcza stawała się coraz bledsza i bledsza, aż w końcu zniknęła. Może nie całkiem, jednak kilka okruchów tej tęczy pozostało w moim sercu. Będę miała dobry dzień, pomyślałam...

 

 

 

DSC04240.JPG

 

 

 

DSC04241.JPG

 

 

 

DSC04242.JPG

 

 

 

DSC04243.JPG

 

 

 

DSC04244.JPG

 

 

 

DSC04245.JPG

 

 

 

Czas mijał normalnie, jak to w pracy. Wracałam właśnie do mojego pokoju. Weszłam dość energicznie i jakoś tak, nawet nie wiem jak, poplątały mi się nogi i gruchnęłam jak długa na podłogę. Jeszcze usiłowałam chwycić się krzesła nie pamiętając zupełnie, że nasze krzesła są na kółkach. Krzesło, oczywiście odjechało, a ja zniknęłam za biurkiem. Wręcz usłyszałam chrupnięcie w kostce. Dziewczyny rzuciły się do mnie, sądziły, że zasłabłam, że to kolejny zawał! Uspokoiłam je, że to kostka. Ta sama, którą miałam zwichniętą zaledwie kilka miesięcy temu. A później wszystko potoczyło się błyskawicznie.  Pogotowie przyjechało dosłownie po kilku minutach. Sympatyczni i przystojni ratownicy medyczni usztywnili moją giczałę i powieźli mnie na fotelu windą... nie, nie do nieba tylko do karetki.  Kostka i stopa zaczęły przypominać dobrze napompowaną chirurgiczną rękawiczkę... wielka nabrzmiała bania z małymi paluszkami... okropny widok. Troszkę zaczęło mną telepać, ciśnienie spadło gwałtownie, jak to u mnie po stresie, tętno również zaczęło pikować w dół, spadła saturacja... tylko nie mdlej, Korpikiewicz! Na szczęście, sympatyczny ratownik rozmawiał ze mną cały czas  i zdołałam opanować zbliżający się atak paniki. Dojechaliśmy do szpitala. Jeszcze nigdy nie byłam załatwiona tak błyskawicznie! O 10:10 zostałam przyjęta na SOR, a o 10:49 byłam już zagipsowana i wypisana do domu. Okazało się, że staw skokowy jest nie dość, że zwichnięty, to jeszcze naderwany. Zgadnijcie, jakie słowo pętało się po moim mózgu... wiem, nie możecie się brzydko wyrażać! Tak, to właśnie TO słowo!

 

 

Teraz jestem w domu,  mało chodzę, Pan Doktor ostrzegł mnie, że z tą kostką mogę mieć coraz większe problemy. Po zakończeniu leczenia najprawdopodobniej będę musiała chodzić ze stabilizatorem, zapomnieć o obcasach, a najlepiej kupić sobie buty trzymające mocno kostkę. Inaczej grozi mi kolejne zwichnięcie, bo staw jest niestabilny. Chłopaki są mocno zainteresowane tym dziwnym bucikiem, jaki pańcia ma na nodze i bawią się w kocich terapeutów.

 

 

 

DSC04109.JPG

 

 

 

DSC04110.JPG

 

 

 

DSC04124.JPG

 

 

 

DSC04133.JPG

 

 

 

DSC04135.JPG

 

 

 

Dzisiaj niedziela... w normalnych warunkach najprawdopodobniej byłabym gdzieś w terenie z aparatem, bo pogoda się poprawiła. Rano była cudowna mgła, a ja zrobiłam zaledwie kilka zdjęć z balkonu... czy mogę tutaj trochę poprzeklinać?........................................................................... i jeszcze ....................................................................................!!! Ja wiem, nic nie mogę na to poradzić, trzeba to przyjąć na klatę, z godnością! No do jasnej ...............................................!!!  A  teraz pozytyw. Na brzozie rosnącej na wprost mojego balkonu uwiła sobie gniazdo para gołębi leśnych czyli grzywaczy. Wysiadują sobie jakieś jajeczko, może dwa? Nie wiem, bo zmieniają się w gnieździe i nie widzę dokładnie, ile tych jajeczek jest. Mam miłe sąsiedztwo, a i jakieś zdjątka już udało mi się zrobić...  Co ciekawe, ptaki te, w odróżnieniu od gołębi miejskich, których są krewniakami, są monogamiczne. W sezonie mogą mieć nawet kilka lęgów. Co najdziwniejsze, w razie ataku jakiegoś drapieżnika na młode w gnieździe, rodzice nie bronią potomstwa, tylko z bezpiecznej odległości obserwują, co się dzieje... Po czym... jeśli gniazdo opustoszeje, również po wylocie młodych natychmiast samica składa kolejne jaja... w końcu któreś z młodych zdoła przeżyć. W ubiegłym roku też nagle opustoszało gniazdo  i nawet nie wiem, może sroki porwały młode pisklęta? Tak to, nawet nie opuszczając mieszkania można dowiedzieć się ciekawych rzeczy.  Trzeba tylko chcieć!

 

 

 

DSC04194.JPG

 

 

 

DSC04196.JPG

 

 

 

DSC04203.JPG

 

 

 

DSC04208.JPG

 

 

 

DSC04210.JPG

 

 

 

DSC04211.JPG

 

 

I to by było na tyle, Najmilsi Tubywalcy, przynajmniej na razie. Obiecuję, że teraz będzie troszkę więcej mnie tutaj. Jeszcze Was zanudzę... w końcu, czymś trzeba się zająć, skoro jestem mało mobilna...a teraz pa, pa. Muszę się położyć z nogą uniesioną wyżej, bo wręcz czuję, jak mi puchnie...

I jeszcze sobie zaklnę, a co mi tam ............................................................!!!


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Przewrotność...

niedziela, 22 marca 2015 23:26

 

 

... Losu właściwie już nie powinna mnie zdumiewać. A jednak! Czasami myślę sobie, że Los ma twarz złośliwego, małego i zgarbionego skrzata, który czai się gdzieś w kącie i podsłuchuje moje marzenia. Przycupnie gdzieś na granicy nocy i dnia, wysłucha wszystkiego, co roi się w mojej głowie i zatrze suche żylaste rączki podczas, gdy jego pobrużdżona twarz rozciągnie się w diabolicznym i złośliwym uśmieszku.  A pod szpiczastą czapeczką zrodzi się przewrotna myśl: ha ha ha zaplanowałaś sobie, że w sobotę pójdziesz przed świtem fotografować? Nic z tego, sypnę ci piaskiem w oczy i zaśpisz! Sądzisz, że mnie przechytrzysz i swój plan zrealizujesz w niedzielę? Nie ciesz się zawczasu, bo ja ściągnę chmury, zasłonię Słońce i nie będziesz miała swojego upragnionego światła! Ładna pogoda? Owszem, będzie, ale od poniedziałku, gdy będziesz zajęta... i co mi zrobisz? Obrazisz się na mnie? No, no, tylko bez takich pomysłów, bo jeszcze zechcę sprawdzić twoją wytrzymałość. Mam ci przypomnieć, jakie mam dobre serce? Przecież nie jestem złośliwy cały czas. Od czasu do czasu rzucę ci jakiś mały okruszek... tak na osłodę.  Przecież udało ci się sfotografować piątkowe zaćmienie Słońca, więc nie narzekaj!!!  No cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przyjęcie z pokorą tego, co mi daje ten  mały, złośliwy gnom zwany potocznie Losem. 

 

 

A odnośnie fotografowania zaćmienia Słońca.  Zrobiłam sporo zdjęć, niestety większa część była albo nieostra, albo miała fatalne bliki. Na moje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że nie jest łatwo fotografować trzymając równocześnie aparat, płytkę spawalniczą i czarną kliszę, a wszystko to  w wyciągniętych rękach. Po jakimś czasie łapki się trzęsą jak liście osiki na wietrze. A wiatr wiał i przewiewał mnie do szpiku kości. Nie wybaczyłabym sobie jednak, gdybym odpuściła taką okazję. Następna taka może się trafić za jedenaście lat... nawet nie chce mi się myśleć, ile ja będę miała wówczas, o ile, rzecz jasna, doczekam, i nie będą mi się ręce zbyt trzęsły, żeby aparat w nich utrzymać. Tfu! A kysz, z czarnowidztwem!

 

 

DSC03710.JPG

 

 

DSC03716.JPG

 

 

DSC03722.JPG

 

 

DSC03740.JPG

 

 

DSC03751.JPG

 

 

Teraz Wiosna, na szczęście z każdym dniem coraz mocniej zaznacza swoją obecność. Na gałązkach delikatnie pobłyskuje zapowiedź zieleni. Jeszcze nieśmiała, jeszcze krucha, ale lada moment, lada chwila wybuchnie wszystkimi odcieniami seledynu i szmaragdu. Uwielbiam to oczekiwanie, poranne obserwowanie zmian zachodzących w przyrodzie.  A  tymczasem, na moim parapecie Wiosna szaleje. Przynoszę ze spacerów gołe gałązki forsycji i cieszę się, gdy umieszczone w wazonie rozkwitają żółtymi płatkami. Postawione na parapecie konkurują żółcią ze słonecznymi promieniami. Radośnie i pozytywnie.  I wiecie co, Tubywalcy Najmilsi? Patrząc na te delikatne kwiatuszki cieszę się, że mogę na nie patrzeć, cieszyć oczy doskonałością i symetrią. Natura jest największym artystą. Człowiek może być najwyżej naśladowcą. Najlepszym w swej dziedzinie, ale tylko naśladowcą. A niech tam,  zawieszam krople wody na słonecznych promieniach i staram się, jak mogę najlepiej. I nawet czasami udaje mi się... być zadowoloną (w miarę) z efektu.  No cóż, dążenie do perfekcji jest takie ludzkie.  Najważniejsze, żeby nie uznać, że się tę doskonałość osiągnęło... bo cóż wówczas by pozostało? A tak, jest jakiś cel, jakaś droga przede mną. Byle zbyt często nie oglądać się wstecz.

 

 

DSC01019.JPG

 

 

DSC01026.JPG

 

 

DSC01031.JPG

 

 

DSC01032.JPG

 

 

DSC01035.JPG

 

 

DSC01041.JPG

 

 

DSC01048 - Copy.JPG

 

 

DSC01052.JPG

 

 

I jeszcze stokrotki. Kupiłam ostatnio na targowisku trzy doniczuszki ze stokrotkami. Cudnie wyglądają w takim skupisku, takie delikatne, świeże, takie... niewinne. Brakuje jeszcze strumyka, co płynie z wolna i maja rozsiewającego zioła. Gaj także nie wyrósł w moim pokoju. Są jedynie stokrotki, parapet i krople wody. Magiczny zestaw. Bliski doskonałości. Żebym jeszcze potrafiła oddać tę magię... hmmmm no cóż, jak napisałam gdzieś wyżej... staram się. Och, wiem, że dobrymi chęciami droga do piekła wybrukowana, ale równocześnie bez dobrych chęci nie byłoby działania... A że Wiosna oprócz cudowności pierwszych kwiatów niesie ze sobą i zmęczenie, nagłe zmiany nastrojów i ogólne rozleniwienie więc przynajmniej dobre chęci pozostają jakimś motorem do działania.  I stokrotki na parapecie skąpanego w słonecznych promieniach okna.

 

 

DSC01075.JPG

 

 

DSC01083.JPG

 

 

DSC01088.JPG

 

 

DSC01089.JPG

 

 

DSC01092.JPG

 

 

DSC01097.JPG

 

 

DSC01099.JPG

 

 

DSC01101.JPG

 

 

DSC02949.JPG

 

 

DSC03024.JPG

 

 

Słońce. Nasza gwiazda. Źródło życia i energii.  Twórca najpiękniejszych obrazów i kolorów. Sprawca pór roku.  Reaktor termonuklearny wytwarzający czystą radość. Jesteśmy uzależnieni od jego energii, od ciepła i światła, którymi nas obdarza.  Być może gdzieś tam, w bezkresnej przestrzeni inne gwiazdy tworzą na swoich planetach inne obrazy. Może tam wschody i zachody mają inne kolory i odcienie. Tego nie wiem i nie sądzę, żebym mogła sie tego kiedykolwiek dowiedzieć. Przynajmniej nie w tym życiu. Ale tu i teraz każdy kolejny wschód, każdy zachód Słońca ma niepowtarzalny klimat i nastrój. Ktoś kiedyś mnie zapytał, czemu znów fotografuję kolejny zachód? Po co wstaję przed świtem, żeby nie przegapić narodzin kolejnego dnia? Przecież już to fotografowałam.  I co miałam odpowiedzieć? Że nigdy nic nie jest takie samo? Że każdy kolejny jest coraz piękniejszy, coraz bardziej niezwykły? A może lepiej nie tłumaczyć nic? Może, po prostu pokazać... podzielić się własnymi zachwytami... powiedzieć:  popatrz, czyż nie jest pięknie?  A może raczej nic nie mówić...

 

 

DSC03173.JPG

 

 

DSC03204.JPG

 

 

DSC03230.JPG

 

 

DSC03255.JPG

 

 

DSC03271.JPG

 

 

DSC03301.JPG

 

 

DSC03308.JPG

 

 

DSC03399.JPG

 

 

DSC03404.JPG

 

 

DSC03408.JPG

 

 

DSC03577.JPG

 

 

Mam nadzieję, że udało mi się chociaż w maleńkim stopniu oddać tutaj piękno i magię... starałam się, naprawdę, Tubywalcy Najmilsi! Pa, pa...

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Marcowe...

czwartek, 19 marca 2015 6:59

 

... przemyślenia. Zamyślenia, zapomnienia, zniechęcenia. Aż dziwne, bo przecież dni już dłuższe, noce krótsze, więcej światła, więc i nastroje powinny być wiosenne, a nie buro-jesienne. Przynajmniej tak mi się wydaje. Cóż, tylko się wydaje. Jestem zmęczona. Tak... ogólnie. Tak totalnie. Tak jakoś...

 

Wiem, że długo nic nie pisałam. Wiem, że zaglądacie tu, Najmilsi Tubywalcy i rozczarowuje Was brak nowych wieści. Cytując klasyka - na zachodzie bez zmian. A zmiany by się przydały. Czekam na nie z utęsknieniem. Oczywiście, na te zmiany na lepsze. Bo jak na razie, to wszystko idzie w przeciwnym kierunku. Staram się. Co rano budzę się z uśmiechem i witam nowy dzień z nadzieją, że zdarzy się coś dobrego. I... no właśnie!

 

Na dodatek, nie udało mi się "złapać" zorzy, która ponoć szalała nad Polską. Chyba nad moje miasto nie dotarła, albo zbyt krótko na nią polowałam po nocy, bo nie "ustrzeliłam ani rąbka z jej sukienki. Jutro częściowe zaćmienie Słońca, a ja w pracy, pewnie też będzie jedno wielkie NIC!

 

Żeby jednak nie było tak całkiem szaro, to teraz umieszczę takie sobie rymy, które popełniłam w jakimś amoku chyba, kilka dni temu. Tak sobie, od niechcenia i bez tytułu.

 

 

Czy to płacz dzoecka

dobiega z oddali?

Czy może bek owiec

na górskiej hali?

A może to sufit

na łeb mi się wali?

 

Nie, to tylko marcowe koty

ruszyły z kopyta w zaloty!

 

I płaczą, i jęczą

jak dusze potępione

takie marcowe koty

miłośnie rozpalone

 

Kocur kotkę podrywa

taka między nimi komitywa

że kotka już ledwo żywa

Chętna, a na pozór

taka płochliwa!

 

I nie mówcie,

że miłość Wam się nocą nie śni

że nie tęskno Wam

do miłosnych pieśni

Wszak znane są reguły gry:

W marcu - koty

W kwietniu - psy

W maju - MY!

 

 

Byle więc do... maja, Najmilsi Tubywalcy. I tym, mimo wszystko optymistycznym (w miarę) akcentem, pa, pa!

 

 

A tak, na marginesie. Moje chłopaki na szczęście jakoś nie poczuły marcowego zewu i nie szaleją!

 

 

DSC02852.JPG

 

 

DSC02881.JPG

 

 

DSC03053.JPG

 

 

DSC03465.JPG

 

 

DSC03473.JPG

 

 

DSC03506.JPG

 

 

DSC03525.JPG

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

W poszukiwaniu...

poniedziałek, 02 marca 2015 0:05

 

 

... Wiosny wybrałam się przed świtem w teren... jak to w niedzielę. Przecież wszyscy wstają w niedzielę przed szóstą rano i wychodzą w opustoszałe przestrzenie z lekka rozjaśniające się na wschodzie, prawda?  Och, wiem, że to nie jest powszechne, że to tylko mnie czasem odbija i nosi z kąta w kąt, jeśli nie udaje mi się wyjść z czterech ścian mieszkania. W poprzednim życiu byłam pewnie nomadą wędrującym przez bezdroża i witającym kolejne świty w zmieniającej się wciąż scenografii. Bo to nie jest tak, że po raz kolejny fotografuję te same miejsca, że to nudne i właściwie bez sensu. Prawdą jest, że miejsca są te same, ale nigdy nie takie same. Zmienia się światło, kąt jego padania, kolory i odcienie powietrza, nasycenie barw i ich intensywność. Za każdym razem więc moim oczom ukazuje się zupełnie inny świat. Ten sam, a jednak znów zachwycający. Próbowałam czasami „odpuścić” sobie kolejne fotografowanie, ale przekonałam się, że później miałam pretensje do samej siebie, że lenistwo wzięło górę. A przecież był taki piękny świt, a przecież akurat wtedy niebo miało tak niezwykły kolor... a mnie tam nie było!!!

 

 

Żeby się więc nie samobiczować tym razem zarzuciłam torbę na ramię i pomaszerowałam dziarsko w kierunku jezior. Ciekawa byłam, czy zostało trochę zimowych resztek, czy woda  skuta jest lodem, czy... czuć już Wiosnę! Na Trójce owszem, trochę lodu zostało, ale całe połacie przy brzegach są już wolne. Lekka mgiełka zakrywała drugi brzeg, było cicho i spokojnie.

 

 

DSC02412.JPG

 

 

DSC02420.JPG

 

 

DSC02422.JPG

 

 

DSC02426.JPG

 

 

DSC02463.JPG

 

 

No, nie do końca tak spokojnie. Ptaków na wolnej od lodu przestrzeni całe zatrzęsienie. Łabędzie, rybitwy, kaczki i łyski... całe to pierzaste tałatajstwo wrzeszczy, szczypie się wzajemnie po kuperkach i czyha tylko, czy nie idą jacyś ludzie z żarełkiem. Oj, dopiero wówczas się dzieje. Jeden wielki tumult na jeziorze, aż się woda gotuje. Podpływają do brzegu, tłoczą się i przepychają, żeby tylko dorwać odrobinę jedzenia. Leniuchy, przecież jezioro jest, przynajmniej częściowo wolne od lodu, więc wystarczy zanurkować, żeby znaleźć coś do jedzenia. Najwięcej wdzięku mają łabędzie, chyba, że wyjdą na brzeg i człapią niezgrabnie kołysząc się na boki. W wodzie, o to co innego. Ta gracja, z jaką się poruszają, jak rozpościerają skrzydła, jak celebrują poranną toaletę.

 

 

DSC02487.JPG

 

 

DSC02489.JPG

 

 

DSC02496.JPG

 

 

DSC02528.JPG

 

 

DSC04212.JPG

 

 

DSC04236.JPG

 

 

DSC04243.JPG

 

 

Są przepiękne...  to sprawia niesamowite wrażenie, gdy tak się stoi na brzegu i patrzy na łabędzie zaloty.  To cały taniec godowy. Po raz pierwszy byłam na tyle blisko kilku par, że słyszałam, jakie przedziwne odgłosy wówczas wydają... coś podobnego do niskiego powarkiwania, poza tym zanurzają głowy i... wypuszczają powietrze przez nozdrza tworząc bąbelki... chyba, żeby się popisać przed współtowarzyszem lub współtowarzyszką. Niesamowite jest także naśladowanie ruchów partnera... jeśli skłony, to naprzemienne, kiwanie głowami niczym wahadłami, zanurzanie się pod taflą wody i nagłe wynurzenie... łopotanie skrzydłami – popatrz, jaki jestem silny... – spójrz, ile mam wdzięku i pomyśl, jakie piękne i silne będą nasze dzieci!

 

 

DSC02546.JPG

 

 

DSC02552.JPG

 

 

DSC02560.JPG

 

 

DSC04245.JPG

 

 

DSC04248.JPG

 

 

DSC04261.JPG

 

 

DSC04262.JPG

 

 

DSC04263.JPG

 

 

DSC04264.JPG

 

Podglądanie intymnego życia łabędzi może sprawić ogromną frajdę. Nie ma jednak nic piękniejszego niż widok łabędzi startujących z wody do lotu. Rozpędzają się niczym na pasie startowym, sadzą ogromne susy, w końcu podciągają koła podwozia, tzn. łapy i... już są w powietrzu. A że czasami podepczą jakąś łyskę albo kaczkę... cóż, wszędzie zdarzają się kolizje, prawda?

 

 

DSC02532 - Copy.JPG

 

 

DSC02532.JPG

 

 

DSC02537.JPG

 

 

DSC04300.JPG

 

 

DSC04301.JPG

 

 

DSC04302.JPG

 

 

DSC04303.JPG

 

 

DSC04304.JPG

 

 

DSC04305.JPG

 

 

DSC04306.JPG

 

 

DSC04307.JPG

 

 

Mogłabym tak stać i patrzeć bez końca, gdyby nie... no właśnie, okazało się, że pierwszy dzień marca do najcieplejszych nie należy, a ja wybrałam się bez rękawiczek. Dobrze, że miałam na sobie kurtkę z kapturem, bo od jeziora zaczął wiać zimny, przenikliwy wiatr. Czas było się zbierać... tym bardziej, że na niebie zaczęło się pojawiać coraz więcej pierzastych chmurek, które zasłaniały Słońce. Mimo wszystko, po drodze udało mi się jednak spotkać Wiosnę. A raczej jej ślady... jeszcze nieśmiałe, jeszcze skąpe, to tu, to tam, ale już się pojawiła. To optymistyczne, jak dni coraz dłuższe, jak Słońce grzejące jakby mocniej, jak więcej pozytywnej energii promieniującej z naszej gwiazdy. Jest pięknie!

 

 

DSC04354.JPG

 

 

DSC04390.JPG

 

 

DSC04397.JPG

 

 

DSC04418.JPG

 

 

DSC04429.JPG

 

 

DSC04438.JPG

 

 

DSC04434.JPG

 

 

Ponieważ nie pisałam przez kilka, no, kilkanaście dni, więc teraz chciałabym załatwić jakieś zaległe, nieopowiedziane zdarzenia.  Moje miasto zawsze przypominało mi dużego żuka, którego niewielka główka to centrum (nawiasem mówiąc, centrum wcale nie jest w centrum), a wielki odwłok to tereny zielone czyli dawne wsie, które zostały administracyjnie włączone do miasta oraz lasy, łąki i jeziora. Nic dziwnego więc, że sporo jest tutaj dzikich zwierząt. Sarny, dziki, zające czy wiewiórki. Można je spotkać na obrzeżach centrum. Zaskoczeniem natomiast dla mnie było spotkanie z przepiękną wiewiórką tuż obok mojej Firmy. Na szczęście, jak zwykle zresztą, miałam aparat ze sobą, więc zrobiłam jej kilka zdjęć. Takie spotkanie naprawdę poprawia humor na resztę dnia.

 

 

DSC02148.JPG

 

 

DSC04093.JPG

 

 

DSC04096.JPG

 

 

Spotkania są różne, niektóre wręcz przedziwne. Ponieważ jednak, ze względu na moje zdrowie zarówno psychiczne, jak i fizyczne, staram się nie denerwować, więc i to, o którym opowiem poniżej nawet mnie nie wyprowadziło z równowagi, a raczej dało asumpt do zastanawiania się nad dziwnymi przypadkami. Ludzkość nie przestaje mnie jednak zadziwiać. Otóż, tydzień temu wracałam z lasu, gdy nagle zobaczyłam mną śniegu cudnego, rozbawionego psa. Ogromny, z przepiękną falującą sierścią. Ta rasa to owczarek francuski briard. Był taki cudny, że zaczęłam robić mu zdjęcia, gdy nagle podszedł do mnie mężczyzna i... nastąpił taki dialog:

Facet ze smyczą w garści - Czy pani wolno robić zdjęcia mojemu psu?

Ja - wolno...

Facet - a jeśli się nie zgodzę?

Ja - to też będzie mi wolno...

Facet - a dlaczego?

Ja - bo... i tu nastąpił mój wykład o przestrzeni publicznej i robieniu zdjęć w tejże przestrzeni. Na koniec dodałam, że pies nie podlega przepisom o ochronie wizerunku -  a wszystko to mówiłam bardzo uprzejmie, spokojnie, jakbym dziecku tłumaczyła...

Facet z nadętą miną - no, nie wiem...

Ja - nic nie szkodzi, wystarczy, że ja wiem!

Facetowi szczęka opadła, wręcz słyszałam, jak zawiasy zgrzytnęły. Mina warta Oscara! Pies natomiast miał w wielkim poważaniu dylematy swojego właściciela, podbiegł w podskokach, żeby się ze mną przywitać. Niestety, facet chcąc chyba zachować twarz prędko zapiął smycz i odciągnął psa ode mnie.

 

 

DSC01870.JPG

 

 

DSC01871.JPG

 

 

DSC01872.JPG

 

 

Powiem Wam, Najmilsi Tubywalcy, że albo ja mam takiego pecha, że wciąż mi się zdarzają takie przypadki, albo fakt, że jestem kobietą prowokuje takie nienormalne zachowania?  Nie mam pojęcia, ale zastanowiło mnie to. Ciekawe, czy gdybym była potężnym facetem z aparatem (fotograficznym, oczywiście, proszę tu bez chichów!) też by się ktokolwiek ośmielił mnie zaczepiać i zwracać mi uwagę? Nie sądzę.

 

 

A teraz zupełnie inny temat. Mam prośbę. Czy ktoś zna jakiś skuteczny sposób na odstraszenie gołębi z mojego balkonu? Ponieważ mieszkam na ostatnim piętrze, nad moim balkonem zamontowano zadaszenie. I byłoby cacy, gdyby nie fakt, że daszek z pleksi jest zamontowany na wspornikach, których poziome pręty służą gołębiom do siedzenia. A jeśli jest się gołębiem, to się siedzi i się sra... z góry na dół, czyli na mój balkon. Gdy jestem w domu to wychodzę na balkon i płoszę te paskudy, ale gdy mnie nie ma, to całe to towarzystwo przesiaduje i powiększa mi zapas guana na kafelkach. Zaznaczam, czarne gawrony z plastiku nie działają, zastanawiałam się nad zawieszeniem sylwetek jastrzębi... sąsiedzi mają pozawieszane wstążki powiewające na wietrze, płyty kompaktowe zawieszone na sznurkach, widziałam nawet sylwetkę wspinającego się kota na jednym z balkonów. Nie chcę montować kolców na balkonie bo mi się to nie podoba... czy ma ktoś jakiś pomysł? I tym, rozpaczliwym akcentem, pa, pa.

 

 

Aha, jeszcze jeden temat, na koniec. Zauważyłam, że jeden ze spotkanych  łabędzi ma ogromną ranę na szyi. Miałam wrażenie, że jest lekko zaropiała. Wprawdzie nie zachowywał się, jakby coś go bolało, ale rana była paskudna. Wyglądała, jakby wewnątrz coś utkwiło. Muszę jutro, a właściwie już dzisiaj przejść się do Wydziału Ekologii i Rolnictwa, może dziewczyny coś mi doradzą, podpowiedzą, kogo należałoby poinformować. Szkoda takiego królewskiego ptaka...

 

 

DSC02517.JPG

 

 

DSC02523.JPG

 

 

DSC04227.JPG

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 724  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554724

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl