Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 813 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Przeczytałam spokojnie...

piątek, 27 kwietnia 2007 7:22
 

… wczorajszą notatkę. Co za brak opanowania! Ileż żalu i egzaltacji! Wręcz z niesmakiem patrzę na słowa, które popełniłam. A mimo to wiem, że nie zmienię ani jednej literki. Potrzebna jest czasami taka wiwisekcja duszy, choćby miało to być odebrane jako emocjonalny ekshibicjonizm. Klawiatura jako klęcznik, ekran jak kratka konfesjonału. Oczyszczenie umysłu. Trudne sprawy, codzienne problemy nazwane, a więc oswojone. Boimy się nieznanego, ukrytego w ciemności. To co widzimy w pełnym świetle dnia przestaje być takie straszne. Wiem, że znów podejmę kolejne wyzwanie, znów zawalczę o siebie, o to do czego jestem przekonana, w co wierzę. Wciąż i wciąż od nowa. Gosia-Syzyf.

Przed chwilą skończyłam pisać listę spraw koniecznych do załatwienia. Spraw, które odsuwałam od siebie, właściwie nawet nie wiem dlaczego. Czasem czuję niechęć do działania. Czasem jestem po prostu zmęczona. A właściwie znużona powtarzalnością chwil. Wówczas przestaje mnie cieszyć nawet fotografowanie. Zastanawiam się wówczas po co to robię. Komu to potrzebne. I odpowiadam sobie samej, że osobą, która najbardziej tego potrzebuje jestem ja. A jeśli na dodatek komuś innemu sprawiam radość, to dodatkowa nagroda. Premia.

Wczoraj ustaliłam sobie plan sobotniego fotografowania. Wybrałam miejsca, gdzie pojadę z Młodą Parą. Plenery, jakie wykorzystam. Całe szczęście, że w moim mieście takich miejsc jest mnóstwo. Wybrałam, oprócz Górki Gołonoskiej, Park „Zielona” ze stawem, z mostkami i zwieszającymi gałązki nad wodą wierzbami. Muszę jeszcze poszukać łąki pełnej żółtych mleczy. W głowie mam obrazy. „Widzę” jak to powinno wyglądać. Mam nadzieję, że mi się uda. Ponieważ para, którą będę fotografowała jest otwarta i ma do mnie zaufanie, więc nie będzie problemu.

Za chwilę rozpocznie się kolejny dzień pracy, a później dłuuugi weekend. Ponieważ poniedziałek mam wolny, będzie to całe pięć dni wolnego. Dzisiaj wieczorem spotkanie z grupą dziewczyn. Mamy nieformalne Stowarzyszenie Sztuk Wszelakich „Delfina”. To od Potockiej, nie od sympatycznego skądinąd morskiego ssaka. Wspieramy się w naszych przedsięwzięciach, spotykamy się raz, dwa razy w miesiącu. Wiem, że mogę na nie liczyć. Więc piątkowy wieczór będzie przegadany, hałaśliwy i ożywczy. W sobotę – zdjęciowanie na ślubie i weselu, w niedzielę do południa rower i być może spotkanie rowerowe z TT. Po południu Dawidek. Poniedziałek – rower i zdjęcia w Strzemieszycach, wtorek imprezy sportowe na Zielonej i nad Pogoriami. Może uda mi się troszkę pożeglować. Środa – właściwie jeszcze bez planów, ale coś na pewno się wydarzy. No i w tzw. międzyczasie muszę w planach umieścić Byłego Osobistego Wieloletniego Narzeczonego. Czy muszę? Nie, nie muszę, chcę. Spojrzałam na ten spis. Oprócz soboty, w pozostałe dni wszystko mogę zmienić.

 

Wczoraj usłyszałam w RMF FM, że 81% kierowców na ulicach Polski ignoruje rowerzystów. Wiem coś o tym. Kilka razy miałam niebezpieczne sytuacje. Dwukrotnie z autobusami. Byłam spychana z jezdni. Koszmar. Po lewej bok autobusu, po prawej wysoki krawężnik. Drugi przypadek był bardzo podobny, tyle, że miał miejsce na zakręcie. Brrrrrrrrrrr jeszcze teraz mam gęsią skórkę.

Dochodzi 7:30. Czas na pracę.

 

PS. Nowe zdjęcia w galerii "Podróże dalekie i bliskie"

 

PS2. Wszystkim Tubywalcom życzę ślicznej pogody (ducha TYSZ!), słonecznika na niebie (w sercu TYSZ!), sądzę, że zrobię maleńką przerwę we wpisach. Wrócę w środę. Więc... do zobaczenia!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Dla poprawy nastroju...

czwartek, 26 kwietnia 2007 7:09
 

… pomalowałam sobie paznokcie wiosenną zielenią. Zieleń za oknem, zieleń we mnie, zieleń moich oczu, więc i zieleń na pazurkach. Weszłam teraz w okres zielony. Działa na mnie pozytywnie i mobilizująco. A właśnie pozytywne nastawienie i mobilizacja są mi teraz najbardziej potrzebne. Żeby nie zwariować. Żeby przetrwać kolejny dzień.  Och, ja się nie wyżalam. To nie ja. Tyle tylko, że czasem zastanawiam się, jaki to wszystko ma sens. Czy warto szukać sensu w bezsensie codzienności? Zastanawiam się, ile i czy w ogóle coś po mnie zostanie. Trochę zdjęć, parę słów, moje oczy w twarzach syna i wnuka, wspomnienia przyjaciół, kolekcja dzwonków, notes z adresami ludzi, na których mi zależało. Okruchy życia. Coraz mniej czasu, by stworzyć coś wiekopomnego. Jakieś dzieło ponadczasowe. Cóż, nie każdy jest geniuszem. Kiedyś stwierdziłam, że jestem błyskotliwą ignorantką. Omnibusem, który zna się na wszystkim i na niczym. Moja wiedza jest dziurawa jak rzeszoto. Podczas, gdy świat wymaga od nas wąskiej specjalizacji. Tylko poświęcając się jednej dziedzinie, czy to sztuki, czy też nauki, można osiągnąć sukces.  Na to jestem zbyt ciekawa świata, zbyt nieuporządkowana, może zbyt niecierpliwa. Jakby powiedziała moja Babunia „Łapię zbyt wiele srok za ogon”. I na dodatek codzienne ograniczenia wynikające z zależności służbowych. Gdy propozycje, inicjatywy czy pomysły są filtrowane przez odmienne gusta ludzi mających słowo ostateczne. I z gotowej wizji zostają żałosne resztki. Nie, nie uważam, że mam wyłączność na rację. Ale do tej pory sądziłam, że znam się na tym co robię. Ostatnie dni uświadomiły mi, że to nic nie znaczy. Moje ego dostało klapsa. I to niewiele znaczy, że w gruncie rzeczy miałam rację, gdy pewnych rzeczy już nie da się odwrócić. Muszę odświeżyć w sobie umiejętność mimikry. Nie da się iść pod prąd. Nie wówczas, gdy praca jest podstawą egzystencji. Więc uszy po sobie i przyjmować wszystko z uśmiechem aprobaty. Niestety tak trzeba. A równocześnie marzyć o niezależności. O swobodzie wypowiedzi i działań. Co najgorsze, nawet tutaj nie mogę do końca mówić wszystkiego. Stąd niedopowiedzenia, aluzje i półsłówka. Wiedza znaczy władza. Dając wiedzę o sobie dajemy innym przewagę. Można nas pokonać wykorzystując nasze odkryte słabości. Równocześnie nie można żyć cały czas spodziewając się ataku, w stanie ciągłego zagrożenia. Potrzeba nam poczucia bezpieczeństwa, zaufania i wiary w ludzi. Mimo, że tak często się do nich rozczarowujemy. Potrzeba nam wciąż od nowa niezmierzonych pokładów optymizmu. Więc dlatego właśnie pomalowałam paznokcie na zielono. W kolorze brzozowych listków. Zielona zbroja przeciw szarym smokom codzienności.

 

PS. Dla wiadomości i ku uciesze Bajkolubnych - wreszcie zamieściłam alternatywne zakończenie Bajki o Gwiazdce w "Bajkach z szuflad przeróżnych"


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (13) | dodaj komentarz

Przez otwarte okno...

środa, 25 kwietnia 2007 7:30
 

…wpada noc. Rozsiada się wygodnie i patrzy na mnie ciemnymi oczami. Oczami, przed którymi nic się nie ukryje. Noc jest porą szczerości. Porą zwierzeń i rachunków sumienia. No, chyba, że sumienie już dawno śpi pochrapując z lekka. Zastanawiam się czasami, często ostatnio, na ile jestem szczera w tym co robię. I nie chodzi mi tylko o szczerość wobec innych. Przede wszystkim chodzi mi o szczerość wobec samej siebie. Każdy z nas jest w jakimś stopniu uwikłany w zależności, w układy. Różne. Rodzinne, zawodowe, koleżeńskie, uczuciowe. Nie każdego stać na rezygnację z wygodnego układu by powiedzieć „jestem sobą, jestem wobec siebie szczery, nie wchodzę w to, to mi nie pasuje”. Brak odwagi czy wręcz przeciwnie? Może to właśnie odwaga, poświęcić siebie dla tzw. „wyższych racji”. A może to strach? Najbardziej ludzkie z uczuć? Strach przed samotnością, przed odrzuceniem, przed potępieniem, przed tzw. opinią publiczną. Podziwiam ludzi, którzy potrafią bronić swoich racji, choćby miało ich to kosztować niewspółmiernie wiele,  darzę ich głębokim szacunkiem. Ale sama uciekam często przed konfrontacją. Dla świętego spokoju? Dla bezpieczeństwa?  Ktoś nie był w stosunku do mnie w porządku, ktoś coś obiecał i nie dotrzymał, ktoś zniweczył jakieś plany. I co ja mówię? Ze swobodnym uśmiechem „nic nie szkodzi, trudno, oczywiście, że się nie gniewam”. Może ktoś zgadnie, co równocześnie myślę. Czy dlatego, że nie mam ochoty na słowne przepychanki? Czy może dlatego, że musiałabym powiedzieć głośno, że to nie w porządku? A może dlatego, że przyznanie się, że pozwoliłam, aby ktoś mnie skrzywdził może być odebrane jako oznaka słabości? Może nie chcę być małostkowa? Więc mówię z martwym uśmiechem „oczywiście, że się nie gniewam, będzie następna szansa, jasne, że nic się nie stało, przecież aż tak bardzo mi nie zależało”. A równocześnie mam ochotę gryźć, drapać i wrzeszczeć. Że to nie jest dla mnie obojętne, że to świństwo, że tak się nie robi. Najlepsze riposty, najtrafniejsze argumenty przychodzą do mnie przez otwarte okno. Nocą.

 

PS. Dobra wiadomość dla "psiarzy". Nowa galeria.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Najpiękniejszą porą dnia...

wtorek, 24 kwietnia 2007 7:29

 

  

… jest przedzmierzch. Świat zamiera w oczekiwaniu na noc. Przyjazną i miękką. Kontury drzew rysują się ostro na tle czerwieniejącego nieba, powietrze zdaje się przejrzyste i chłodne jak kryształ. Ptaki krążą nad wysokimi drzewami hałaśliwie przygotowując się do snu. Niedługo słowik zacznie swoje popisy. Ten artysta co roku udoskonala swoją pieśń, dokłada nowe frazy, aż staje się piękna wyjątkowa i skomplikowana. A wszystko to w imię … czego? Miłości? Wszak nakaz przedłużenia gatunku można nazwać miłością. Przynajmniej w przypadku słowika. W wysokich zaroślach szelestnie przemyka kot, nocny udomowiony łowca, w którym o tej porze dnia obudził się drapieżnik. Stoję przed ruinami zamku siewierskiego. Monumentalna budowla.  Siedemset lat zaklęte w kamieniu. Szczęście i rozpacz, miłość i nienawiść, krew skazańców wsiąkająca w kamienie lochów. Wręcz czuję te emocje. Emocje ludzi, o których nawet pamięć dawno umarła. Wysoko na kamiennej ścianie przycupnęła wątła krzewinka z żółtymi kwiatuszkami. Z determinacją wczepia się korzonkami w szczeliny. Podlewana wiosennym deszczem, poddająca się podmuchom wiatru trwa aż w końcu rozsadzi swój fragment muru by zrobić miejsce dla kolejnych roślin.  Gdzieś niedaleko cicho szepcze Czarna Przemsza. Kiedyś opływała zamek czyniąc go potężną warownią. Zachodzące słońce tworzy grę czerwonego światła i ostrych cieni. Niebo szafirowieje. Hen wysoko srebrzysty odrzutowiec rozcina kolor indygo zostawiając za sobą purpurowe znamię. Okrążamy zamek wspinając się po stromym zboczu. Wąska ścieżka nie jest zbyt bezpieczna. Szczególnie, gdy na stopach ma się sandałki. Nie przewidziałam wspinaczki. Nic nie szkodzi. Moja dłoń bezpiecznie wspiera się na Jego dłoni. Jeszcze ostatnie spojrzenie na ruiny. Droga prowadzi nas w sobie tylko wiadomym kierunku. Teraz już wiem, gdzie jesteśmy. Trzebiesławice, poznaję maleńki zabytkowy kościółek. Kolejne zdjęcia. Potem zatrzymujemy się co kilkaset metrów.  Przydrożne kapliczki. Wyniosłe, milczące figury rozpięte na metalowych krzyżach na tle zachodzącego słońca. Gdzie my właściwie jesteśmy? Wjeżdżamy do Chruszczobrodu. Zbliża się do nas ściana lasu. Neurotyczne dzieło szalonego malarza kochającego wszystkie odcienie zieleni. Ciemne sosen, świeże modrzewi, seledynowe brzóz, gdzieniegdzie przetykane bielą dzikich wiśni – samosiejek. Wiosenna lepkość liści, drażniąca lekkość myśli. Wrażenia wręcz przytłaczają. Zatrzymaj się, spójrz na tę przestrzeń. Aparat pracowicie robi zdjęcia. Zdążyć nim kolory się zmienią, nim fiolet zapanuje nad czerwienią, nim granat przejdzie w czerń. Nim noc pokona blask. Trwamy w ciszy. Słowa nie są potrzebne. Jedziemy w mrok, za nami znikają ostatnie promienie czerwonego słońca. Miasto zbliża się do nas,  neonami i jaskrawymi światłami sygnalizacji rozświetla czerń. Świat zasypia doczekawszy się nocy. Dobranoc świecie.

 

PS. W galeriach nowość - "Moje podróże... dalekie i bliskie" oraz kilka nowych fotografii w "Kapliczkach".

 

PS2. Dowiedziałam się, że mam, cytuję: rewelacyjne nogi... a ja myślałam nieskromnie, że cała jestem rewelacyjna:-]


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Niedziela...

poniedziałek, 23 kwietnia 2007 7:29

… pełna wrażeń. Zaczęło się od spotkania z Kasieńką i Jolą na dworcu w Sosnowcu. Dziewczyny przyjechały z dobermanką Joli na wystawę dobermanów. Śliczna sunia, 7-mio miesięczna, brązowa i zabawna. Wabi się Cuba.  W ubiegłym roku Jola wystawiała swoją drugą dobermankę, Yumę. Niestety okazało się, że suka ma wadę genetyczną, która ją dyskwalifikuje. Ma zbyt mało zębów. Ale, parafrazując słowa Beaty Tyszkiewicz, ja się na tym nie znam. Tym razem nie było zaskoczenia. Cuba zajęła pierwsze miejsce w swojej klasie. Piękne psy, czarne i brązowe. Nie wiedziałam, że z jednego miotu mogą być zarówno czarne jak i brązowe szczenięta. Sądziłam, że to dwie odrębne linie rodowodowe. Wystawa była nieźle zorganizowana. Kilkadziesiąt psów w różnym wieku. Jestem laikiem, ale moje opinie pokrywały się z późniejszymi ocenami sędziów. Po prostu psy były ładne i ładniejsze. Najmilsze są oczywiście szczeniaczki. Niektóre, około 3- 4-miesięczne startują w klasie „baby”. Ale psy to tylko jeden z elementów takich zawodów. Najfajniej jest obserwować właścicieli. Ich emocje, rywalizację. Adrenalina u niektórych wylewała się uszami. Psy patrzyły na to wszystko ze stoickim spokojem J Oczywiście zrobiłam sporo zdjęć. Niektóre całkiem przyzwoite. Czy nie powiedział ktoś kiedyś, że trening czyni mistrza? A więc trenuję, trenuję, trenuję. I im więcej trenuję, tym mniej umiem, takie odnoszę chwilami wrażenie. Wróciłam do domu około 17-tej. Dopiero tu zobaczyłam, jak mocno się opaliłam. Mam ciemną karnację i słońce bardzo szybko ją brązowi. Najśmieszniejsze jest, to, że wyraźnie widać jaśniejsze miejsca na twarzy, które osłaniały okulary. Będę to musiała zatuszować.

Było już po 18-tej, gdy zadzwoniła komórka. I niespodzianka. Bardzo miła niespodzianka. Zadzwonił TT z rowerowego siodełka. Znak, że sezon się zaczął. Ostatnio widzieliśmy się na Zielonej nad stawem jesienią. Teraz wracał z dłuższej rowerowej wyprawy i zadzwonił znad „czwórki”. Porozmawialiśmy sympatycznie, pośmialiśmy się wspólnie. To przemiły, inteligentny facet. Lubię go. Lubię z nim rozmawiać. Jesteśmy wstępnie umówieni na wspólne „kręcenie kółek” podczas długiego weekendu. Już się cieszę. Szkoda, że to tylko „rowerowa znajomość”. I nie będzie inna. Ja to mam fart., niech to kaczka kopnie. Czy powinnam użyć słowa „kaczka”? Hmmmm ktoś może to odebrać jako aluzję polityczną i co wówczas? Wracając do TT. Lubię go, ale to już chyba wcześniej mówiłam? Czyżbym poczuła wiosenny zew natury? Jeśli chodzi o tzw. zew natury, to w poniedziałek po południu spotykam się z Byłym Osobistym Wieloletnim Narzeczonym. Wreszcie wyzdrowiał. Biedaczek. Tak długo mnie nie widział. W tym wypadku nie sprawdza się przysłowie, że co z oczu to i z serca. Mam nawet wrażenie, że im dłużej mnie nie widzi, tym bardziej zależy mu na spotkaniu. A dla mnie to tak niewiele znaczy. Chłód w sercu, tak dawno nie czułam się zakochana. Właściwie chciałabym się zakochać, tylko w kim? Znajomi mężczyźni nie nadają się do moich miłosnych zauroczeń. Z różnych względów, o których długo by mówić. Poza tym, miłość okropnie komplikuje życie, więc może lepiej nie, prawda?

 
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 695  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554695

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl