Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 889 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Coś mi dzisiaj...

środa, 30 kwietnia 2008 7:26
 

... fioletowo. .................... i tu następował cały długi akapit dotyczący mojego dzisiejszego stroju w kolorze, jakże by inaczej, fioletowym. Całe szczęście dla Czytających, mam w zwyczaju czasami czytać to co napisałam i... ile można rozwodzić się nad mnogością odcieni fioletu?  Powiem w zaufaniu, długo. Ale czy ciekawie? To już problematyczne. Zlitowałam się więc nad Czytającymi i wykasowałam te omszałe śliwki, fuksje, przydymione wrzosy i jaskrawe róże. Ups, i znów to robię, to znaczy piszę o kolorach. Fioletowych na dodatek.  Cóż jednak poradzę, skoro w duszy mi dziś... fioletowo i śliwkowo. Od wczoraj trzyma mnie dziwny nastrój wewnętrznego rozedrgania, podenerwowania, podminowania.  Czyżby fiolet był kolorem szaleństwa?  Nie, nie,  nie zamierzam popadać w obłęd, już dawno popadłam... chyba.  Za oknem  środa otulona lekkim woalem mgiełki.  Jeszcze kilka godzin i... wolne! Obiecałam sobie, że wezmę sobie również wolne od myślenia.  Jak wypoczywać to wypoczywać. Mój umysł będzie mi za to wdzięczny.  A i ciało pewnie nie będzie protestowało. Plany dalekowyjazdowe chyba się rozsypały. M zaginął gdzieś na europejskich drogach, pewnie nie wróci do Polski i Książ będzie musiał na nas poczekać. Ale nic to, Gośka, nic to! Przecież jest rowerek i tyle ścieżek, leśnych duktów, dróg i piaszczystych bezdroży. Byle tylko pogoda dopisała. I wcale nie musi być ciepło, byle było sucho. Przed chwilą rozmawiałam z kolegą S. Zapytany o długoweekendowe plany powiedział,  że wybiera się do... Książa. Ha, jaki świat jest mały, jaka mała jest Polska.  A wracając do moich planów... najważniejszym ich punktem jest fakt, że nic nie muszę planować. I to jest piękne. Mogę trząść się na rowerowym siodełku, a równie dobrze mogę przeleżeć cały ten wolny czas na dowolnie wybranym boku. Ewentualnie pod jakąć gruszą... kwitnącą szaleńczo. I tym optymistycznym akcentem żegnam Tubywalców życząc miłego wypoczynku. Pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Tik-tak, tik-tak...

poniedziałek, 28 kwietnia 2008 7:23
 

 

... Stary Zegar niezmiennie odmierza minuty. Minuty, które bezpowrotnie odchodzą w przeszłość.  Niektóre z nich jesteśmy w stanie wykorzystać, inne bezimiennie zatracają się w naszej niepamięci.  Jak to jest, że z milionów przeżytych minut tylko niektóre zapadają nam głęboko w serce.  Dla niektórych tylko jesteśmy w stanie stworzyć odrębną szufladkę pachnącą maciejką.  Szufladkę, którą otwieramy gdy jest nam źle, gdy za oknem wiatr, deszcz i mgła, gdy w sercu smutek rozsiada się wygodnie sprawiając wrażenie, że zadomowił się na dobre, gdy wydaje nam się, że już nic nigdy nie sprawi, że się uśmiechniemy. Wówczas wystarczy otworzyć taką szufladkę. To nic, że czasem trzeba się namęczyć, bo dawno nie otwierana stawia opór by wreszcie ze zgrzytem otworzyć się ukazując tajemne wnętrze. Pachnące letnim dniem,  świeżo skoszoną trawą, lekką bryzą od morza.  Pamiętnymi wakacjami, ostatnim dniem szkoły albo pierwszą randką na nadmorskich wydmach. Każdy ma taką szufladę, a może jest ich więcej... W każdej ukryte są inne skarby naszej pamięci.  Dobrze, że są i że pozwalają się otworzyć.  Koła ratunkowe na wypadek życiowych burz i niepowodzeń.  Dokładajmy więc do nich kolejne piękne chwile, ciułajmy wrażenia i zachwyty, pilnujmy ich pieczołowicie by nikt ich nie zabrał, nie zniszczył. Bo przecież jesteśmy tacy jaka jest zawartość naszych szuflad. Ja dzisiaj dołożyłam do swojej szufladki  słoneczne minuty nad jeziorami, widok dzikiej kaczki z gromadką sześciu puchatych maluchów przebierających pracowicie w wodzie kaczymi łapkami,  przekomiczny obrazek wielkiego wilczura bawiącego się z burą koteczką,  ból mięśni odzwyczajonych od jazdy na rowerze, że o bólu pupy nie wspomnę,  drogę przez las cichą jeśli nie liczyć krzyku jakiegoś wielkiego brązowego ptaszydła, które przeleciało bezszelestnie na ogromnych skrzydłach i wrzasnęło mi niespodziewanie tuż nad głową, przez co o mało nie spadłam z roweru.  Do tego dołożyłam świat widziany przez błękitne okulary,  uśmiechy wymieniane z mijanymi rowerzystami i rolkarzami,  wędkarzy machających znad zanurzonych w wodzie spławików, czy jak to się tam nazywa. Ciasto z rabarbarem i rabarbarowy kompot w ogrodzie Kuzynki, taki jak u Babci. Tyle pięknych chwil wartych zachowania w szufladzie pamięci.  Jeszcze pół godziny i rozpocznie się nowy tydzień. Tym razem krótki bo przed nami tzw. długi weekend. Czy wszyscy mają już jakieś plany na ciekawe spędzenie wolnego czasu?  Bo ja mam tak pół na pół. Jako, że nie wszystko zależy ode mnie, więc plan jest, ale czy z niego coś wyjdzie...  postaram się opowiedzieć, gdy już będę pewna. A na razie pa, pa.

 

 

PS. W galerii „jak pies z kotem" najnowsze zdjęcia wilczura Ozzy'ego i koteczki Timki,  jej bliźniacza siostra ma na imię Tamka, jest bardzo romantyczną i nieśmiałą koteczką, nie ma jej więc na zdjęciach.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Na przekór porannemu...

czwartek, 24 kwietnia 2008 7:18
 

... chłodowi i szarzyźnie popołudnie rozjarzyło się słońcem.  Tulipany, rankiem jeszcze stulone skromnie, teraz wybuchły niespodziewanie karminową czerwienią. Intrygują aksamitnym wnętrzem przystrojonym w głęboką czerń zachęcając owady do zajrzenia do środka. Trwa Wielkie Wiosenne Zapylanie!  Tu pszczółka, tam bąk a ówdzie motylek. Fruwają na pozór bez celu podczas gdy cel jest jeden i najważniejszy. Zapylić! Jak okiem sięgnąć trwa wielka orgia. Jest cudnie.  Tyle, że ja nie mam zamiaru nic rozchylać i kusić aksamitną głębią... mego umysłu, rzecz jasna. Poza tym, pszczółki mi nie pasują, bo jestem hetero, bąki zbyt ociężałe a motylki, jak to motylki... tu różyczka tam stokrotka.  Więc... nici z zapylania Gosi! Gdybym chociaż była lilią rzekłabym do motyla, nikt nie widzi niech pan zapyla... parafrazując mojego ulubionego Fraszkotwórcę.  Tak mi się coś teraz pomyślało, tak mi się wymyśliło...

 

Leżało dziewczę na wiosennej łące

pieściło jej ciało gorące słońce

pieściły ją chętne męskie dłonie

zaszła dziewczyna gdy zaszło

słońce na nieboskłonie...

 

A potem żyli długo i szczęśliwie.  Hmmmm wszyscy wiemy, że bajki kończą się takim właśnie zdaniem.  I całe szczęście, gdyż inaczej to już nie byłaby bajka lecz szara rzeczywistość. Jejkuuuu ależ cyniczka ze mnie wyłazi wieczorową porą w czerwonym bucie... nieeee to był blondyn i na dokładkę Francuz chyba albo brunet, ale to znów Polak rodzimy? A ja po francusku ino troszku podobnie jak po polskiemu... tyż troszku.  A wracając do bajek.  Czasem mam wrażenie, że bajki skrzywiają psychikę dziewczynek z wielkimi kokardami we włosach.  Bo czyż każda z nich nie opowiada (bajka nie dziewczynka)  o księciu (pastuszku, głupim Jasiu, królewiczu), który wyzwala zaklętą księżniczkę ze szponów smoka (snu wiecznego, brzydkiej czarownicy, złej macochy)? I czyż każda z małych czytelniczek nie marzy w skrytości serduszka o takim właśnie bohaterze?  No i później bęc... zderzenie z ponurą rzeczywistością bywa bolesne (ała!!!). Jeszcze „niosą suknię z welonem"  

i grają organy, i obok jest ten królewicz... jeszcze nie wiadomo, że to... żaba.

Oj, chyba pójdę zaraz do łóżka... z baśniami Andersena.  Pa, pa.

 

PS.          Wierzyła w bajki Małgorzatka

                (wada wcale to nierzadka)

                czekając na swego królewicza

                ... do dziś jest dziewicza.

 

No, może nie tak bardzo i nie tak do końca, ale się rymuje ładnie, prawda?

 

 

PS2.  Panie A od B... głęboki dyg.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wiosna jednak jest...

środa, 23 kwietnia 2008 7:20
 

... mimo zimna, zacinającego deszczu i wiatru przenikającego do głębi skulonych ludzi.  Wiosna jest w... żółto kwitnących mleczach. Może to kogoś zdziwi, ale dla mnie jednym z najpiękniejszych widoków jest widok łąki pokrytej jak okiem sięgnąć żółtymi kwiatkami. I pomyśleć, że za dzień, dwa w ich miejsce pojawią się leciutkie jak puch białe kule dmuchawców rozsiewających wokół zwiewne parasole unoszące się na wietrze.  I wówczas nadejdzie już lato.Pamiętam spacery z Mukiem (dla niezorientowanych i przypadkowych Czytelników, Muk był moim nieodżałowanym Psem) i jego radość, gdy pod łapami białe kule rozpadały się i unosiły w powietrzu łaskocząc psi nos.  Niesamowite, jaką radość miał wówczas w bursztynowych ślepiach. Obszczekiwał delikatne latawce, wybijał się w górę i kłapał zębiskami. Żałuję, że tak mało mam jego zdjęć. Obiecuję sobie, że skopiuję kilka fotografii i umieszczę tutaj.  Miałam wówczas jedynie aparat analogowy, trzeba więc będzie zeskanować zdjęcia. Ale teraz nie mam czasu.  Realizuję kilka projektów, dosyć ciekawych a na pewno absorbujących. Obiecuję, że opowiem gdy będę gotowa. 

A  teraz czekam na wiosnę.

...i to czekanie tak bardzo mnie zmęczyło, że usnęłam, nawet nie wiem kiedy. Dobrze, że zapisałam notatkę i wyłączyłam komputer. Teraz jest już widno.  Od wschodu nadchodzi brzask. Delikatnie i na palcach. Budzi ptaki i mnie.  Diesel też otwiera szeroko zaspaną zieloność.  Mrau kocie, witaj w nowym dniu.  Opowiedzieć ci co mi się śniło?  A może ty to wiesz? Przecież jesteś Strażnikiem Moich Snów.  Tak, masz rację, faktycznie śniłam Paryż.  I co najdziwniejsze, miałam wrażenie, że poruszam się po jego ulicach nie dotykając wcale ziemi. Byłam i równocześnie mnie nie było.  Ludzie, samochody i obłoki przepływały przeze mnie. Dziwne uczucie całkowitej wolności. Wyciągałam przed siebie dłonie by sprawdzić, czy są materialne. Nie były i wcale mnie to nie dziwiło.  Poruszałam się bezszelestnie i bezcieleśnie mimo, że byłam świadoma własnej niematerialnej materialności. O rany, ależ zakręcone myślenie. Ale czy można sensownie opisać sny? Nie można i nawet nie trzeba. Sny należy po prostu śnić. A Paryż jest piękny wiosną.  Tak sobie go wyśniłam. Pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Czy tylko mnie...

wtorek, 22 kwietnia 2008 7:11
 

 

... czas rozłazi się w szwach jak, nie przymierzając, stare zetlałe prześcieradło? Że nie powiem, całun jakiś żałobny? A żałoba po tym co było, co se ne vrati, jak mawiał Pan Hawranek, po młodości, która ulata nad poziomy... moja tak wysoko nad te poziomy wzleciała, że nawet śladu po niej nie ma. Patrzę czasem w lustro i szukam tamtej  dziewczynki. Coraz jej mniej i mniej. Dawno pożółkła biała kokarda ze starej fotografii. A i sama fotografia nabiera koloru sepii.  Czas osiada na niej i na mnie żółtawą patyną. Smutne? Może troszkę. Ale przecież jakże naturalne. Taka jest kolej rzeczy.  Coraz bliżej do końcowej stacji, tylko patrzeć jak Naczelny Konduktor odgwiżdże ostatni przystanek. Jaki bagaż wówczas ze sobą zabiorę wysiadając na mglisty peron?  Z  czym zostanę patrząc na światła odjeżdżającego pociągu? Odjeżdżającego beze mnie, Czy będzie mi żal? Czy zapragnę pobiec za nim porzucając zbyt ciężkie bagaże? A może ten peron nie będzie wcale pusty? Może ustawi się na nim powitalny komitet? Co powiem, gdy zapytają mnie, z czym przybywam? Co przywiozłam ze sobą w podróżnych tobołkach? Czy otworzę wówczas walizkę wyciągając po kolei... kulkę smoły zbieranej z miękkich sopli spadających z ogrodowej siatki,  pękniętą grudkę bursztynu znalezionego nad morzem, który gdzieś mi zaginął a teraz odnalazł się niespodziewanie,  zasuszoną gałązkę konwalii ze ślubnego bukietu, gdy byłam taka młoda i taka ufna,  plastikową bransoletkę z wypisanym nazwiskiem i słowem „syn", taką maleńką jak nadgarstek dziecka, kilka książek, do których wracałam tak często, parę płyt z muzyką, która pozwalała zapomnieć, a czasem wręcz przeciwnie, pozwalała pamiętać...  A może na dnie walizki odnajdzie się jeszcze mój pamiętnik z lat minionych, w którym niczym litania powtarzały się imiona kolejnych miłości. I jeszcze lalka, śpiąca lalka w krakowskim stroju, która dziwnym mechanicznym głosem powtarzała „maaa-maaa". Czy tak będzie? A może stanę na tym sennym peronie z pustymi rękami, za cały bagaż mając jedynie wspomnienia? Nie wiem i nikt mi tego nie może powiedzieć. Całe szczęście, bo czy wówczas nie utraciłabym tego dziwnego nastroju oczekiwania? Na to co niewiadome, co dziwne, tajemnicze i intrygujące? Bo przecież ten pociąg jedzie tylko w jedną stronę.  I nikt nie ma biletu powrotnego. W tym jednym nie ma wyjątków. To się nazywa demokracja, czyż nie? Nieważne, którą klasą jedziemy, czy siedzimy w miękkich fotelach  czy może na plastikowych i twardych siedzeniach.  Czy posilamy się w restauracyjnym wagonie czy może za cały posiłek wystarcza nam bułka z jajkiem na twardo. Każdy z nas w końcu dotrze do końcowej, docelowej stacji.    I każdy wysiądzie na mglisty peron, w uszach mając przenikliwy dźwięk gwizdka Naczelnego Konduktora a w oczach odbicie czerwonych świateł znikającego pociągu. Tak będzie... kiedyś. A na razie... przed oczami przesuwają się kolejne dni jak krajobrazy w oknie pociągu, czyli... jest jeszcze czas by żyć.  W ciągłej podróży. Pa, pa.

 

 

PS. A  na Brackiej też padał deszcz.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 665  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557665

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości