Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 813 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Wreszcie Wiosna...

poniedziałek, 26 kwietnia 2010 19:07

 

... zlitowała się nad biednymi, łaknącymi ciepełka ludźmi i zaszalała na całego. Weekend był przepiękny.  Upalny, chociaż bez przesady, z rześkimi porankami i pięknymi zachodami.  W sobotę , o porannej rosie, która wysychała na trawach w tempie ekspresowym, wybrałam się do lasu, nad znane mi dobrze jeziorko  w celu uwiecznienia żabich zalotów, na przykład. Tudzież ptasich zalotów, w każdym razie, w głowie był mi tylko seks! Ponieważ żaby dziwnie nie chciały współpracować i skakały na łeb, na szyję z wysokich traw do wody, postanowiłam je przetrzymać, w końcu kiedyś muszą wypłynąć, choćby w celu zaczerpnięcia oddechu. Siedziałam tak sobie cichutko pod zwisającą gałęzią jakiegoś drzewka, mając nadzieję, że żadnemu kleszczowi nie przyjdzie do głowy rzucenie się na mnie w celach krwiożerczych. Z taką samą nadzieją myślałam o komarach, a właściwie komarzycach, bo to one tną równo, jak piła tarczowa. Cisza była wokół, jedynie gdzieś wysoko ukryte w gałęziach brzóz ptaki wyśpiewywały swoje trele.  sama rozkosz. Tafla jeziorka migotała w słońcu, poruszana lekkimi podmuchami wiatru. W pewnym momencie, kątem oka dostrzegłam jakiś ruch w przybrzeżnych, jeszcze suchych trzcinach. Myślę sobie... żaba, może nawet dwie żaby. Nic z tego... zza parawanu tataraków wypłynął na otwartą przestrzeń... WĄŻ!!! Na dodatek zaskroniec cudownej urody. I jak gdyby nigdy nic, popłynął w poprzek jeziorka. Ach, co to był za widok!  Nie umiem oddać mojego... wzruszenia? euforii? radości? Wszystko we mnie było. Do tej pory nie przypuszczałam, że mogę nie oddychać przez dziesięć minut. Mogę! Wąż pływał sobie tu i tam, jak na paradzie, jakby chciał, żebym go uwieczniła, co też uczyniłam z dziką rozkoszą. W końcu chyba mu się znudziła rola modela, bo zniknął na drugim brzegu. Czekałam jeszcze chwilę, ale nie pojawił się więcej. Żaby też nie wypłynęły. Podejrzewam zresztą, że to za przyczyną obecności węża, a nie mojej skromnej osoby. W końcu to on jest ich największym wrogiem, prawda?  Pewnie niejedna miła ropuszka dostała palpitacji serca! Wyszłam z mojego ukrycia, dopiero teraz zdając sobie sprawę, ze spodnie mam nieźle przemoczone od rosy. Ale co tam... i tak szybko wyschły.  Teraz kilka zdjęć zaskrońca i... poopowiadam dalej.







 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zapomniałam dodać, że tak na oko, z pewnej jednak odległości, oceniłam wielkość zaskrońca na jakieś 120 - 130 centymetrów.  Spory okaz chyba. Ake wracając do mojej dalszej wędrówki. Maszerowałam sobie dziarsko przez las rozświetlonym duktem. Tu pszczółka na mleczu, tam chrząszcz brzmiał w trzcinach (lepiej się to pisze, jak mówi!). W pewnym momencie, prawie pod moje stopy upadł mały, kolorowy... klejnocik. Jak z Jablonex'u, albo przynajmniej z pracowni Tiffanny'ego, a Faberge nawet nie wspominając. Błyszczał w słońcu i migotał. Miałam problem z ustawieniem ostrości, bo mi się cały rozświetlał. W końcu, gdy już wszystko ustawiłam, klejnocik poderwał sie do lotu, by... wylądować dwa metry dalej. I tak się bawiliśmy w berka!  W końcu... udało mi się go "ustrzelić". Nie mam pojęcia, jak się nazywa. Może ktoś spośród Tubywalców mi pomoże. Na teraz nazwałam go tęczowym żukiem. Pasuje chyba ta nazwa, prawda?  Poniżej zdjęcia żuczka i... pomaszerujemy dalej, proszę wycieczki!

 

 

 

 

 

Czyż nie jest przystojny???  O moich dalszych leśnych spotkaniach, a kilka było doprawdy frapujących, opowiem jeszcze dziś, tylko troszkę później.  Proszę więc o troszkę cierpliwości. Muszę skompresować kolejne zdjęcia, napisać jakiś mądry tekst, więc...

 

Jestem ponownie. Jak powiedziałam wcześniej, moje wyprawy obfitują czasami w niespodzianki i rzeczy, których doświadczam po raz pierwszy. Podobnie, jak płynącego zaskrońca zobaczyłam po raz pierwszy, tak po raz pierwszy udało mi się sfotografować dzięcioła. Wcześniej tylko słyszałam, że gdzieś w głębi lasu pracowity i żarłoczny ptaszek wydłubuje sobie spod kory smakowite śniadanko. A tu, proszę, przyfrunął i usadowił sie tuż nad moją głową. Chociaż właściwie słowo "tuż" nie jest precyzyjne. Było tego kilka metrów. Zrobiłam trochę zdjęć, o dziwo, dzięcioł, z reguły płochliwy, tym razem nie zwracał na mnie większej uwagi.  Zresztą, staram się nie poruszać gwałtownie, wtapiać w tło i stąpać w miarę bezszelestnie. Wprawdzie Winnetou ze mnie jak z koziej.... trąbka, ale uczę sie cierpliwości.Z góry przepraszam za jakość zdjęć, ale pozycja, w jakiej je robiłam była mocno niewygodna, musiałam trzymać aparat prawie pionowo w górę, mocno odchylając głowę, na dodatek korzystam z wizjera, a nie ekranu, co po jakimś czasie spowodowało ból karku i drżenie rąk, ponieważ mój aparat swoje waży. Na dodatek dzięcioł opukiwał drzewo poruszajc się spi\ralnie wokół pnia i kierując ku czubkowi, a tam gałęzi było znacznie więcej. Wybrałam zaledwie dwa zdjęcia, które teraz tu umieszczam.

 

 

 

 

 

 

Prawda, że piękny? Pomijając, rzecz jasna, niedoskonałości mojego warsztatu.  Co jeszcze udało mi się sfotografować? Ach, różne muszki, pszczółki i inne skrzydlate stworzonka, które tu umieszczę innym razem. Ciekawostką natomiast jest spotkanie z traszką. Co najdziwniejsze, natknęłam się na nią w niedzielę w przydrożnym rozlewisku wypełnionym przejrzystą wodą, w miejscu, gdzie zupełnie się nie spodziewałam obecności jakichkolwiek stworzeń. Ponieważ jednak wiał lekki wiaterek, więc marszczył lustro wody i jakość tego zdjęcia nie jest najlepsza, Umieszczam je tu raczej jako ciekawostkę. Traszkę spotkałam po raz pierwszy w moim życiu. Nie tylko w wodzie, ale w ogóle.

 

 

 

 

Szłam sobie później powolutku, powietrze drżało w upale, zbliżało się południe, gdy zobaczyłam łąkę pełną stokrotek. A na łące....  na łące stała sobie koza, a przy niej dwie małe kózki. Uwielbiam te zwierzaki, kojarzą mi się nieodparcie z sielskim, anielskim dzieciństwem, z Babunią Oleńką, która co rano doiła kozy, a ja stałam z garnuszkiem i siteczkiem czekając, aż Babcia napełni mi go ciepłym jeszcze mlekiem "z pianką".  Ten smak jest nieporównywalny z niczym. To smak wolności, bezgranicznej i szczenięcej. Ale wracając do niedzielnego południa. Ponieważ koza była troszkę zaniepokojona moją obecnością, rozłożyłam więc sobie kurtkę poza zasięgiem jej łańcucha (na wszelki wypadek, bo miałam kiedyś, w dzieciństwie bliskie spotkanie z kozimi rogami!, zapewniam, to przeżycie, którego nie da się wymazać z pamięci). Siedziałąm sobie więc tak, wystawiając twarz, ramiona i popiersie do słoneczka i czekając, az kozy przyzwyczają się do mojej obecności.  Od czasu do czasu robiłam jakieś zdjęcie.  Najśmieszniejsze, że... chciałam uwiecznić jakiś wiosenny seks i udało się... wprawdzie nie żaby ani ptaszki, tylko kura z kogutem, niemniej było namiętnie chociaż krótko! Zabawne było patrzeć, jak kozy reagują na to, co drób wyczyniał.  Nie mam pojęcia, jak długo siedziałam z kozami na łące, ale zdążyłam sie troszkę opalić!  Szczerze? Zupełnie nie chciało mi się wstawać i stamtąd iść.  Taka namiastka moich marzeń, o których coraz częściej myślę, iż się nie spełnią. Ale nie, teraz nie będę o tym pisać. Na dodatek przed snem (bo chciałam powiedzieć, że trzy minuty temu minęła północ). Zostawiam więc PT Czytelników i oglądaczy z kozami, a sama idę, bo pan Łóżko się niecierpliwi. Na dodatek. jestem zmęczona i zaczynam robic literówki. Dobrej nocy więc życzę Tubywalcom. I tym sennym akcentem, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Wreszcie...

czwartek, 22 kwietnia 2010 23:05

... zatęskniłam za pisaniem. Zatęskniłam za rozmową z PT Czytelnikami i Oglądaczami.  Dzisiaj będzie i co czytać, i co oglądać. Przynajmniej taką mam nadzieję. Na początek jednak mały komunikat.  Osoby, które głosują na moje zdjęcie (link konkursowy znajduje się na pasku po lewej), zauważyły zapewne, że nagle zniknęło mi około 700 głosów.  I znów gonię te piekielne łabadki! Co się stało? Otóż, okazało się, że ktoś "nabijał" mi punkty głosując kilkadziesiąt razy dziennie. Organizatorzy wyłapali to, sprawdzili, że nie mam z tym nic wspólnego, nie usunęli zatem zdjęcia za naruszenie regulaminu, a jedynie skasowali nieprawidłowo oddane głosy. Cóż,  nie powiem, że się nie zdenerwowałam.  A cała sprawa ujrzała światło dzienne po interwencji jakiejś osoby, która zresztą napisała do mnie na "naszej klasie" oskarżając mnie o oszustwo. Najważniejsze, że wszystko się wyjaśniło.  Zastanawia mnie tylko, czy ktoś głosował na mnie czy może przeciwko łabądkom. Nieistotne, ważne, że teraz potrzebuję Waszej pomocy w nadrobieniu "strat". Jeśli więc podoba się Wam moje zdjęcie, nie krępujcie się, głosujcie codziennie. W końcu, do 13-go maja zostało już niewiele czasu. prawda? To była taka mała prywata.

Teraz będzie... wiosennie.  Biegam ostatnio i podglądam Wiosnę. Usiłuję przegonić złe nastroje, jakieś "doły", które mnie dopadają, więc łapię kolory, wyciągam głowę jak gończy ogar i łowię zapachy wilgotnych traw i kwitnących kwiatów.  Wracam do domu po zmierzchu, zmęczona, ale równocześnie jakoś dziwnie wyciszona, uspokojona, może momentami szczęśliwa.  O ile nie pozwalam dodhodzić do głosu głupim myślom, które zjawiają się znienacka i dobijają do mojej głowy. 

Dzisiaj też wyszłam z domu w magicznej godzinie przedzmierzchu. Chodziłam małymi uliczkami w starej dzielnicy małych domków,  zaglądałam do ogródków, wypatrywałam kwiatów, które właśnie rozkwitły. Nawet nie robiłam zdjęć, już nie było dobrego światła. Zapisałam sobie tylko w pamięci, gdzie warto jutro się wybrać z aparatem.  Zdjęć mam już bardzo dużo i... znów będzie problem z wyborem tych najciekawszych na wystawę. A właśnie, na wystawę. Problemem jest nie tylko klęska urodzaju jeśli chodzi o zdjęcia. Problemem jest również chwilowe, mam nadzieję, zaćmienie  dotyczące koncepcji całego wieczoru. ma być autorski, czyli mam coś tam przeczytać, najlepiej żeby było wiosennie.  Wiśta wio, łastwo powiedzieć, jak mawiał jeden z bohaterów serialu "Dom". czy ktoś  to jeszcze pamięta?  Ale wracając do wernisażu. Wiem tylko, że chcę mieć podczas tego wieczoru skrzypce. A konkretnie osobę na nich grającą. Bo po co mi skrzypce bez człowieka? I wymyśliłam sobie, że motywem przewodnim będzie muzyka Czesława Niemena, szczególnie zależy mi na utworze "Nim przyjdzie wiosna...".  Coś  w tym jest, bo moje konkursowe zdjęcie też tak zatytułowałam. A wracając do tekstów, które powinnam zaprezentować. Jakoś ostatnio mało pisałam, szczególnie wierszy, a już wiosennych, radosnych... wcale.  Ponieważ jednak nie chcę "odgrzewać" tego, co wiele osób już zna, już słyszało na poprzednich moich wieczorach, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko... wziąć się w garść, złapać tę  niesforną Muzę za nogi, żeby nie odfrunęła i... napisać!  Zobaczę, co z tego wyniknie. A znając siebie, wiem, że njciekawsze pomysły przyjdą mi do głowy... za  pięć dwunasta.  Tak już ze mną jest.  Teraz chcę pokazać obiecaną Wiosnę w kilku odsłonach. To plon ostatnich kilku dni. Niektóre zdjęcia były robione w domu, taka zabawa światłem. Mam nadzieję, że udało mi sie uchwycić nastrój i zapach tego czasu. I tym lirycznym akcentem, pa, pa.




















































Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wyjątkowo długo...

poniedziałek, 19 kwietnia 2010 21:40

... nie pisałam na tych stronach. Owszem, zaglądałam, czytałam komerntarze i... wychodziłam. Zupełny brak, jak to właściwie nazwać, weny twórczej? Niezależnie od nazwy, nie umiałam sklecić sensownego zdania.  Ostatnie wydarzenia wzbudziły we mnie całe mnóstwo emocji. Różnych emocji... od żalu poprzez niedowierzanie do oburzenia. Nie będę tutaj analizować moich odczuć, nie czas ani miejsce, pewne sprawy wolę zachować dla siebie. Poza tym... ten blog jest blogiem lirycznym, czasem fotograficznym, a nie politycznym. Jak mawiają starożytni Górale, lepiej rozmawiać o pewnej części ciała Maryni, jak o polityce. I tego zamierzam się trzymać. Niezależnie od oczekiwań części Tubywalców. Zbyt wiele słów pada zewsząd. Zbyt wiele analiz, pobożnych życzeń i pseudoduchowych wynurzeń. Zbyt wiele fałszywych łez. A pośród nich te łzy najszczersze, najprawdziwsze, łzy tych, którzy zostali osieroceni. I w tym najtragiczniejszym czasie odebrano im jeszcze ostatnie, co mieli. Prawo do intymności. Te flesze prosto w zmartwiałe twarze, te  obiektywy wycelowane w ich oczy,  ta drapieżność ludzka.  Ach, wiedziałam, że gdy zacznę pisać, to nie ominę tego tematu.  Pewnie niejedna osoba niejeden raz powróci do tych dni, które minęły. Gdy opaną emocje, gdy spadnie pozłota i zwiędną wieńce.  Mądrzy ludzie mawiają, że historia rozliczy i oceni każdego.  Historia, nie ja.  Krótki ten dzisiejszy tekst, ale nałożyłam sama sobie kaganiec, bo cokolwiek bym nie napisała, zawsze znajdzie się ktoś, kto zinterpretuje moje słowa niezgodnie z moimi intencjami.  Jutro też będzie dzień, jutro może moje myśli ogarnie spokój i ład... jutro sobie wszystko poukładam... jutro. I tym, w gruncie rzeczy, pełnym nadziei akcentem, pa, pa.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Od wczoraj mam...

niedziela, 11 kwietnia 2010 22:16

... natłok myśli, natłok wrażeń. Niekoniecznie pozytywnych, co ja mówię, bardzo negatywnych. Nie sądziłam, że to, co się wydarzyło wczoraj, będę odbierała tak osobiście, tak głęboko.  Wielka ludzka tragedia, ludzkie nieszczęście.  Za pośrednictwem mediów dotarło do mojego domu, zburzyło spokój i zabrało sen. Tylu ludzi, tych lubianych i tych, z których poglądami człowiek się nie zgadzał, a przecież w jakiś sposób bliskich poprzez ich obecność w życiu publicznym.  Sądzę, że wiele osób odbiera to podobnie, chociaż każdy dzień przynosi nam inforacje o ludzkich nieszczęściach.  Kismet, fatum, przeznaczenie?  Dlaczego akurat ten, a nie ktoś inny?  A dlaczego nie? Tak miało być. Pamiętam, kiedyś nieopodal mojego domu zdarzył się wypadek. Chłopak jechał na rowerze, na wprost niego jechała półciężarówka, która miała pierwszeństwo przy skręcie w boczną ulicę. Chłopak był mocno pochylony nad kierownicą roweru... spieszył się do domu... na obiad? może na spotkanie z dziewczyną? Teraz to już nie jest ważne. Ważne było to, że uderzył z ogromną siłą w samochód...  zginął. Dlaczego tutaj o tym piszę? Otóż, była pusta ulica, tylko samochód i tylko rowerzysta. I nastąpiło zderzenie. Bo tak miało być? Bo gdzieś kiedyś to zostało zapisane w Księdze Życia?  I można dywagować, że to nie miałoby miejsca, gdyby samochód jechał odrobinę wolniej, a chłopak odrobinę szybciej... lub odwrotnie. Że gdyby chłopak wyszedł pięć minut później z pracy, a kierowca zatrzymał się na stacji benzynowej,  nie doszłoby do tego spotkania. Podobnie tutaj. Gdyby nie mgła, gdyby nie splot wielu okoliczności, które zapewne poznamy, chociaż pewnie nie do końca, bo przecież żaden ze świadków tego, co się działo w samolocie nie przeżył, nie dowiemy się, dlaczego piloci jednak zdecydowali się na ryzyko lądowania w Smoleńsku.  Taki przydługi wstęp napisałam, chcąc  dotrzeć do tego, co chce przekazać. Otóż dzisiaj byłam w pewnym domu, u pewnych ludzi. Byłam przerażona "rewelacjami" jakimi mnie poczęstowali. Według nich to... spisek.  Żadne tam warunki pogodowe, żadne błędne decyzje... zamach i już!  A wszystko to wypowiadane histeryczno-napastliwym tonem. Jeszcze chwila i chwyciliby za szabelki i hajda na Moskwę.  Żadne argumenty do nich nie docierały, żadna próba uspokojenia emocji, tu już nie działał racjonalizm tylko... nacjonalizm w najczarniejszej postaci.  Uwierzcie, w pewnym momnecie zrobiło mi się niedobrze, słabo wręcz, tak do zemdlenia. Wiedziałam tylko, że muszę natychmiast wyjść z tamtego domu, bo poczułam się, jakbym była zanurzona w otchłani zła. I wyszłam na deszcz, wystawiłam twarz na zimne krople, oddychałam głęboko wilgotnym powietrzem, po czym, jako że miałam niedaleko,poszłam na cmentarz. Chodziłam pustymi alejkami, patrzyłam jak mokną kwiaty i bazie na grobach, wyciszałam  się i uspokajałam.  Już tyle razy obiecywałam sobie, że nie pozwolę, aby cudze złe myśli miały na mnie wpływ, żeby docierały do mojej głowy, mojego serca i mojej duszy. Przypadkiem-nieprzypadkiem miałam ze sobą aparat. Uczepiłam sie go, jak liny ratunkowej, jak ostatniej nadziei na normalność.  Wiem, wiem, zaraz ktoś powie, że łażenie po deszczu z aparatem i fotografowanie kropli spływających po więdnących kwiatach normalnym nie jest. Może i nie, ale i tak to moje szaleństwo jest bezpieczniejsze niż szaleństwo ludzi chorych z nienawiści. Ludzi, do których nie można dotrzeć, bo zatrzasnęli drzwi swych serc i sumień.  Na dodatek mienią się katolikami, biegają do kościoła i spowiadają ze swych grzechów. Ach, jakie to wygodne...  dostać rozgrzeszenie by... grzeszyć od nowa.  Jestem rozstrojona.  Wiem, że jeszcze chwila i ten tekst wymknie mi się spod kontroli. Kończę więc na dzisiaj. Zostawiam jedynie krople deszczu... jak płacz po tych, którzy odeszli. I tym żałobnym akcentem, pa, pa.












































Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Zdjęcia...

czwartek, 08 kwietnia 2010 23:29

... zdjęcia, które wcześniej zapowiedziałam. Na początek kilka ujęć z podróży, migawki z peronu i widoki z okna pociągu...







































To tyle, jeśli chodzi o sobotnią podróż do Bielska-Białej. A teraz wreszcie obrazki z miejsca, którym chcę sie podzielić z Tubywalcami. Ja wiem, że są pewnie piękniejsze budynki, bardziej zadbane, pewnie bardziej kochane, ale dla mnie to właśnie ten dom ma wyjątkową aurę. Ma po prostu duszę. Mam tylko nadzieję, że odnajdziecie na zdjęciach te emocje, które towarzyszyły mi podczas fotografowania. Teraz zostawiam Was na ulicy Trakcyjnej 16 w Bielsku-Białej.











































Zdjęć jest, rzecz jasna, o wiele więcej. Niestety, ograniczenia w pojemności blogu (bloga?) nie pozwalają na umieszczenie większej ich ilości. Ale może to i lepiej, bo... wykończyłabym i zanudziła PT Czytelników. Zawsze chyba lepiej, gdy pozostaje pewien niedosyt, prawda?  Żeby jednak historia była kompletna, muszę jeszcze umieścić kilka zdjęć zawalonego budynku (szopy? stajni?).  Dziwne miejsce, w którym z kalekiego dachu zwieszają się mchy i długie paski folii tańczące w wiosennym wietrze. Oj, ależ mnie wzięło na lirykę...























To już koniec oglądania na dzisiaj. Opis tego miejsca znajdziecie we wcześniejszej notce z dnia 5. kwietnia br.

Teraz mam dwie wiadomości. Pierwsza:  moje zdjęcie pt. "nim przyjdzie wiosna" zajmuje uktualnie drugą pozycję w głosowaniu internautów. Dziękuję serdecznie za wszystkie oddane głosy. Link na stronę konkursową znajduje się po lewej stronie pod hasłem "konkurs".

Druga wiadomość jest zupełnie innego rodzaju. Poproszono mnie o wystawienie kilkunastu zdjęć o tematyce wiosennej oraz zorganizowanie wieczoru literackiego. Zapraszam więc wszystkich Przyjaciół do Klubu "Helikon" przy ulicy Wojska Polskiego w Dąbrowie Górniczej w dniu 6. maja br.o godzinie 17:30.

I tym wiosennym akcentem, pa, pa.

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 733  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554733

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl