Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 466 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Alez...

sobota, 30 kwietnia 2011 1:26

 

... mam zaleglosci. Wlasnie minal tydzien od mojego przylotu do Londynu. Lot przebiegl spokojnie, oprocz malego problemu na lotnisku, kiedy to musialam doplacic za odprawe bagazu. Poprzednim razem lecialam Wizairem i wszystko bylo w porzadku. Teraz kupowalam bilety na Ryanair i okazalo sie, ze nie zrobilam odprawy bagazu on line. Coz, za niewiedze sie placi. Ale to detal. Najwazniejsze, ze dolecialam. Swieta minely spokojnie, z jajeczkiem, barankiem i borowinka. Z zurkiem i szyneczka. W gronie serdecznych, milych ludzi. A co najwazniejsze, z moim synem. Kolejne dni mijaja jak z bicza trzasl. Jeden z nich spedzilam w Hyde Park fotografujac ludzi , ptaki i architekture.  Londyn jest niesaowitym miejscem, poprzednim razem bylam tu osiem dni, teraz bede dwa tygodnie i wiem, ze nie zobazce nawet czastki tego miasta. Kubo, chyba nie uda mi sie tym razem dotrzec do Brixton, mam jeszcze tyle w planach. Jeden dzien chce przeznaczyc na Brighton. Tak dawno nie bylam nad morzem, a z Londynu samochodem to godzinka jazdy. A teraz najwazniejsze wydarzenie. Bylam na ksiazecym slubie. Stalismy z Marcinem i Wojtkiem przy trasie dojazdowej do Westminster Abbey, niestety w czwartym czy piatym rzedzie, za ludzmi, ktorzy zajeli miejsca dzien wczesniej i koczowali cala noc. Z koldrami, polowymi lozkami i skladanymi drabinkami. A ze Wasza globtrotuarka do najwyzszych nie naley, wiéc widzialam to czarno patrzac na plecy ludzi przee mna. Na szczescie moje dziecko trenuje na silowni i te piecdziesiat pare kilo wzial synus na barana, sa wiec zdjecia. Niestety na ich umieszczenie tutaj musze poczekac tydzien, do powrotu do domu i mojego komputera. Ciezko mi sie pisze na laptopie, nie mam tu programu do kompensacji zdjec, korzystam z laptopa Paula, ktory ma jakies dziwne, jamajskie ustawienia, poza tym... laptop pachnie ziolem! Zartuje, oczywiscie.  Wracajac do slubu... mam niesamowite zdjecia. Kolorowych, poprzebieranych, wymalowanych we flagi narodowe ludzi, Niesamowite wrazenie zjednoczenia, wspolnej zabawy i usmiechu. Wokol slychac tylko jedno slowo... sorry. Sorry, bo chce przejsc, sorry, ze cie potracilem, sorry, bo ty mnie potraciles.  Przyslowiowa angielska grzecznosc na kazdym kroku. Mam mnostwo notatek, pelniejsza relacja znajdzie sie tu za tydzien. To pozytywy. Negatywy? Ciagly bol kregosluba. To te kilogramy sprzetu i kilometry pokonywane na piechote. Trzeba cos  z tym zrobic! Ale o tym pomysle ... jutro! Przesylam najpiekniejszy usmiech z Londynu, ktory zaskoczyl mnie upalna pogoda, brakiem deszczu {kto powiedzial, ze w Anglii wciaz pada}. Dobrej nocy i do zobaczenia, pa, pa.

 

PS. Tez zaglebiaczko, dziekuje za sluszne upomnienie, do komentujacych Blogowiczow staram sie zagladac na ich strony i tam odpowiadac, pozostalym Tubywalcom odpowiadam w miare mozliwosci na tych lamach. Jesli kogos pominelam, to serdecznie przepraszam, poprawie sie!

 

PS. Poniewaz na tej klawiaturze nie umiem odnalezc znakow, nie wiem, gdzie jest cudzyslow, a gdzie dwukropek, kiepsko mi sie pisze... z gory przepraszam za ewentualne literowki.

 

PS3 Krystynko, wzajemnie, wszystkiego najpiekniejszego, Hedwizko, pozdrowilam Londyn od Ciebie, a szczegolnie Ogrody Kensington, gdzie kwitna rozowe kasztany, Kubo, moze kiedys pokazesz mi swoj Londyn. Serdecznosci Moi Mili, pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Tubywalcy...

sobota, 23 kwietnia 2011 0:54

 

... Najmilsi, pragnę złożyć Wam najserdeczniejsze, najpiękniejsze i najszczersze życzenia wspaniałych, rodzinnych Świąt Wielkanocnych,  wszelkiej pomyślności, radości i spełnienia wszystkich, nawet najbardziej szalonych marzeń. Za kilka godzin frunę do Londynu, nie będzie mnie dwa tygodnie, ale mam nadzieję, że uda mi się jakieś relacje tu umieścić. Plany mam ambitne bardzo, tyle do zobaczenia, tyle do zwiedzenia, tyle do "sfocenia". Tymczasem, żegnam się na czas niedługi, bedę tęsknić za Wami. W zamian zostawiam maleńkie okruchy Wiosny, pa, pa.

Niestety, znów jakiś problem techniczny z dodaniem zdjęć, na dodatek nie moge ustawić kategorii. Ech...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ufffffff, udało się! Zostawiam Wam więc jakby w zastępstwie moją Wiosnę. Mam nadzieję, że chociaż troszkę osłodzi moją nieobecność. Ściskam wszystkich razem i każdego z Was osobno. Pa, pa... do następnego wejścia, już z Londynu!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Jaka...

sobota, 16 kwietnia 2011 8:44

 

... piękna sobota!!! Niebo czyściutkie, Słonecznik żółciutki, trawka zieleniutka... o Raju!  A ja, tym razem "odpuszczam sobie" dalekie wyprawy i myję okna, żeby lepiej widzieć to niebo czyściutkie... itd. Bo jeśli masz czyste okna, to i spojrzenie na świat jest jakby ostrzejsze. Tak mi się zdaje. A na serio, już za tydzień, w następną sobotę, tę Wielką, lecę do Londynu. Powiem szczerze, że doczekać się nie mogę i odliczam dni niecierpliwie. To cud, że w tak zwanym międzyczasie udaje mi sie coś tam robić. Najchętniej zwinęłabym sie w kłębuszek i przespała ten czas. Ale to detal. Dam radę. Zresztą, czy jest inne wyjście? No właśnie. Teraz troszkę o minionym tygodniu. W czwartek wybrałam się z Dieslem do mojego eksa, żeby kocisko poznało miejsce, gdzie spędzi dwa tygodnie, gdy pańcia wyjedzie. Pooglądał teren, obwąchał kąty, zresztą zbyt wiele do poznawania nie miał, bo mieszkanko malutkie. W końcu, zmęczony i pełen wrażeń przycupnął  na wersalce i usnął. Rozmawialiśmy z eksem o całej logistyce, kocim żarełku, żwirku i tym podobnych kocich sprawach. W pewnym momencie stwierdziłam, że Diesla nie ma. Kici-kici... nic, szeleszczenie saszetką z jedzonkiem... nic, dzwonienie kluczami (to zawsze działa)... NIC! Zaczęliśmy szukać... za wersalką, pod wersalką, w wersalce, za szafą, w szafie i na szafie, w wannie, za wanną........ NIC! Zaczęłam sie denerwować,jak mówiłam wcześniej, mieszkanko jest malutkie, kątów niewiele, wprawdzie Diesel jest chudziutki, ale jednak jakieś tam gabaryty ma! Eks się spocił z nerwów, ganiał z latarką z kąta w kąt, zaglądał za komody, nawet lodówkę odsunął, by zajrzeć za kuchenkę gazową. I nic! W końcu zorientowałam się, że komoda ma z przodu listwę przy podłodze, więc najprawdopodobniej jest pod nią pusta przestrzeń. Była, wysokości około pięciu centymetrów. I właśnie w tę lukę wcisnęło się moje kocisko! Teraz to wydaje mi się nawet zabawne, dwoje dorosłych ludzi biega w kółko po malutkim mieszkanku (biega, to za wiele powiedziane, raczej przemieszcza się... dwa kroki w prawo, trzy w lewo!) i nawołuje przymilnie upartego kocura. Uffffff, najważniejsze, że się znalazł żywy, bo już widziałam go oczami duszy przyduszonego w jakimś ciasnym miejscu. Cieszę się, że poznał miejsce, będę spokojniejsza, gdy wyjadę. Teraz siedzi na parapecie, ogon porusza się rytmicznie, jak metronom,  łopatki wystają i całe chudziutkie ciałko jest napięte do granic możliwości. Dlaczego? Otóż, na moim balkonie para gołębi usiłowała zbudować gniazdo, dwukrotnie wyrzucałam zebrane gałązki, w końcu zdecydowały się przenieść budowlę na moją brzozę. Świetnie, bo mam doskonały wgląd w to, co się dzieje.Sądzę, że dodatkowym czynnikiem, który spowodował rejteradę ptaków z mojego balkonu był atak Diesla na jednego z gołębi. A było to tak. Wyszłam na balkon, kocisko zajadało trawkę  ze skrzynki, w pewnym momencie, błyskawicznie rzuciło się w kierunku gołębia, który wylądował na balkonie i chwyciło go za kark u nasady szyi. Ruszyłam z odsieczą, złapałam Diesla i uniosłam w górę... razem z gołębiem, który rozpaczliwie bił powietrze skrzydłami. Diesel trzymał tak mocno, że nie byłam w stanie wyrwać ptaka z jego zębów. W końcu udało się i gołąb opadł bezwładnie na balkon. Byłam przerażona, sądziłam, że mój kot stał się kotem-mordercą! Sprawdziłam pyszczek, nie było śladów krwi, tylko pełno pierza. Miałam nadzieję, że gołąb nie zszedł na zawał (czy gołębie mogą mieć zawał?). Postanowiłam wrócić do mieszkania i dać ptakowi odetchnąć. Faktycznie, podziałało, po kilku długich minutach gołąb poruszył się i odfrunął. Najprawdopodobniej Diesel chwycił go nie za szyję, tylko za kark, gdzie jest gruba warstwa piór. Ale i tak chyba było tych emocji dla gołębia zbyt wiele, bo postanowił wraz ze swoją drugą połówką zagnieździć się na brzozie. I bardzo dobrze, tam przynajmniej Diesel ich nie dosięgnie, a ja będę miała ciekawe rzeczy do podglądania... szczególnie, jeśli wyklują się młode. Teraz kończę to pisanie, okna wzywają. szybciutko je umyję i chyba jednak wyruszę w świat z aparatem. Tym razem nie nad jeziora, tylko do centrum miasta, gdzie dzisiaj jest zlot motocyklistów. Będą oddawać krew, będą występy zespołów i parada ulicami Zagłębia. Może jakieś ciekawe scenki uda mi sie zarejestrować. Byłoby miło.  Jestem fanką motocykli, chociaż nie wszystkich motocyklistów. Nie mówiąc już o kładowcach. A właśnie.... nie wiem, czy słyszeliście, że w moim mieście kolejny szalony jeździec zginął podczas jazdy bezdrożami, gdy quad przewrócił się i go przygniótł. Niestety, kolejne wypadki nie uczą niczego. I wciąż młodzi ludzie (i nie tylko młodzi) szaleją na swych niebezpiecznych maszynach. Cóż, każdy ma wybór. Znikam, okna czekają. Pięknej słonecznej soboty i pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Uffffffff....

niedziela, 10 kwietnia 2011 18:27

 

... wreszcie mogłam się skutecznie zalogować. Od rana miałam z tym problem, na szczęście, już jest w porządku. Cały czas obawiam się, że pewnego dnia całe to moje pisanie i zdjęciowanie przepadnie gdzieś i zniknie. Owszem, mogłabym skopiować wszystkie notki (zdjęcia oczywiście przechowuję) ale gdy pomyślę sobie, ile tego jest, to mi ochota przechodzi. Zniknie, trudno, napiszę nowe i już! Wciąż mocno wieje, wybierałam się dzisiaj nad wodę, żeby złapać trochę wietrznych widoczków, ale stwierdziłam, że mam tyle nieprzejrzanych zdjęć z ostatnich dni, no i odpuściłam. Zresztą, po wczorajszej wyprawie do Siewierza nadal czuję lekkie zmęczenie (cóż, wiek robi swoje!). A właśnie, nie napisałam przecież, że wczoraj pojechałam do Siewierza. Autobusem jedzie się około 45 minut. Najpierw długo, długo Dąbrowa  Górnicza, później Chruszczobród (to tam, gdzie w zeszłym roku spotkałam sarny), a potem już Siewierz. Wysiadłam przy ruinach zamku biskupów. Niestety, podmokłe tereny wokół budowli z lekka podeschły i zostało kilka zaledwie kałuż, w których szczątkowo odbijał się zamek. Po ulewach na łąkach tworzy sie jedno wielkie jeziorko i wówczas widok jest oszałamiający. No cóż, jak sie nie ma co się lubi... Jeszcze kiedyś będzie okazja. Po lewej stronie od zamku płynie czarna Przemsza. Niezwykłe widoki, rzeka wije się zakolami, meandrami, tworzy starorzecza i łachy. Ponieważ wczoraj chmury przetaczały sie po niebie, od czasu do czasu rozstępijąc się i ukazując błękit nieba, więc i widoki wciąż się zmieniały. Raz rzeka mieniła się błękitem i szmaragdem, by za chwilę zbrunatnieć i ściemnieć. Chodziam tak wzdłuż brzegu i czułam się szczęśliwa... prawie. Cisza, spokój, od czasu do czasu jakiś pies z właścicielem, albo rowerzystka. Zabawne, właśnie natknęłam się na rowerzystkę, której powiedziałam "dzień dobry". Na to pani zsiadła z roweru, zbliżyła się do mnie i zapytała "czy my się znamy, bo ja słabo widzę". Odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że nie znamy się, ale gdy się spotyka nieznajomą osobę na takium pustkowiu, to dobrze sie z nią przywitać, bo jeśli odpowie, to przyjaciel, a jeśli nie, to... trzeba zwiewać! Pani roześmiała sie i stwierdziła, że sądziła, iż takie powitania stosuje się na górskich szlakach. Coraz rzadziej, odpowiedziałam. Wymieniłyśmy uwagi o niebezpieczeństwie, jakie niosą ze sobą spadające z góry gałęzie i pojechała.  Zastanowiłam się, czy to ze mną jest coś nie tak, czy może to Ludzkość coraz bardziej dziczeje? Ludzie mijają się bez słowa, starajć się nawet nie patrzeć sobie w oczy. Spuszczają głowy, ukrywają twarze... a jeśli ktoś się do nich uśmiechnie albo pozdrowi, wówczas właściwie nie wiedzą, czy w tym nie ma jakiegoś, czy ja wiem, podstępu, zagrożenia, ryzyka? Ale co tam, nie będę nad tym myślała, bo chyba bym zwariowała. Zatrzymałam się nad rwącym strumieniem, dopływem Czarnej Przemszy (to zresztą ta sama Czarna Przemsza, która płynie później przez moje miasto) żeby poeksperymentować troszkę z ustawieniami czasu i przysłony. Wciąż robię to intuicyjnie, jakoś mam problem z zapamiętaniem tych wszystkich technicznych niuansów (humanistka przecież jestem!). Wreszcie, gdy już poczułam, że przewiało mnie na wskroś, a na kaptur zaczęły spadać rzadkie krople postanowiłam pójść do miasta. Po drodze zatrzymałam się przy kościele pod wezwaniem św. Macieja Apostoła.

"Kościół pochodzi z I połowy XV w. Prezbiterium było wówczas murowane a nawa drewniana. Przed 1598 r. drewnianą nawę przebudowano na murowaną. Następnie w latach 1647-1657 staraniem biskupa Piotra Gembickiego kościół częściowo przebudowano. Obecny kształt świątynia uzyskała w latach 1782-1784, po rozbudowie prowadzonej przez biskupa krakowskiego Kajetana Soltyka. Przedłużono wówczas kościół w kierunku zachodnim o 5 m. Wzniesiono nową, jednowieżową fasadę, zbudowano kruchtę, skarbiec i jedną kaplicę od strony południowej. W wyniku przebudowy kościół otrzymał wygląd barokowo-klasycystyczny. Jest to kościół orientowany, jednonawowy, z węższym prezbiterium zamkniętym trójbocznie; przy nawie prostokątne kaplice Matki Boskiej Różańcowej i Pana Jezusa Ukrzyżowanego; w głównym ołtarzu obraz patrona św. Macieja Apostoła. Na fasadzie kościoła portal barokowy kamienny, profilowany; ponad portalem drewniana tablica z dekoracją rokokową, monogramem i herbem biskupa Kajetana Sołtyka z datą 1783 r. Kościół otoczony jest murem, w którym znajdują się trzy bramy. Ozdobą murów jest trójarkadowa brama, zwana biskupią. W latach 1989-1995 kościół otrzymał nowe wieże i został pokryty blachą miedzianą. Odnowiono także wnętrze kościoła, zmieniając jego wystrój." 

Wszystkie te dane pochodzą z oficjalnej strony miasta Siewierza, gdzie można przeczytać więcej na temat historii tego miasta, dodam, że bardzo ciekawej historii, polecam więc zapoznanie się z tą stroną. Później ruszyłam szlekiem biskupim w kierunku Rynku, po drodze mijając urokliwy kościółek pw. św. Barbary i św. Walentego (no!).

"Kościół szpitalny wybudowany w 1618 r. Staraniem i z funduszy mieszczan siewierskich, w miejscu starego, drewnianego. Samodzielna parafia szpitalna istniała do 1840 r., opiekując się położonym obok szpitalem. Przy kościele działało Bractwo Męki Pańskiej oraz Stowarzyszenie Konfraterni Literackiej. Kościół znajdujący się przy ul. Krakowskiej jest niewielki, jednonawowy, z półkolistą absydą; wewnątrz piękne ołtarze: główny z obrazem św. Barbary i Walentego z 1639 r., boczny barokowy z obrazem Matki Bożej Anielskiej oraz drugi boczny, także barokowy, z obrazem św. Antoniego; dach kościoła dwuspadowy kryty blachą; wieżyczka ma sygnaturkę kształtu barokowego, ośmioboczna z latarnią. W latach 1987-1995 sukcesywnie remontowano wnętrze kościoła kładąc posadzkę, nowe tynki oraz restaurując główny ołtarz."

Wreszcie siewierski Rynek, przebudowany ostatnio i odrestaurowany. Z ciekawą fontanną, na szczycie której tańczą dwie siewierskie panny... bo jak mówi piosenka "Od Siewierza jechał wóz, malowane panny wiózł, wszystkie pięknie przystrojone, chciałbym jedną mieć za żonę". Jedynym problemem w Siewierzu jest trasa przelotowa, przecinająca Rynek na pół. W sobotę ruch nie był aż tak duży, ale w tygodniu ilość samochodów jest ogromna. Ponieważ zgłodniałam, wstąpiłam więc do "Jędrusiowej Izby" na naleśniki z serem. Lubię tam jaxdać, dają dużo, dobrze i po domowemu. Tanio nie jest, ale nie zamierzałam szaleć z mięsiwem, a naleśniki były w rozsądnej cenie. Jest więc na każdą kieszeń. Posiedziałąm troszkę w cieple, a ponieważ do odjazdu powrotnego autobusu miałam jeszcze jakieś półtorej godziny postanowiłam wrócić w okolice zamku, tym bardziej, że znów pojawiło się Słońce. Tym sposobem ponownie stanęłam nad rzeką. Stanęłam i... oniemiałam. Na drugim jej brzegu spokojnie pasły się sarny! Było ich kilka, dorosły kozioł, kilka samic, jedna z nich chyba ciężarna i dwa młode koziołki, chyba roczniaki, bo różki ledwie im się wyrzynały. Chodziły sobie po łące, od czasu do czasu patrzyły na mnie, wówczas udawałam słup, drzewo albo pomnik, starając się nawet nie drgnąć. Spróbujcie tak stać kilkanaście minut, gdy ręce zaczynają drżeć od ciężaru aparatu, a wiatr chce urwać głowę. Na szczęście, po kilku minutach zwierzaczki stweirdziły, że ta dziwna postać im nie zagraża i pasły się spokojnie dalej. Ponieważ przemieszczały się, systematycznie posilając się świeżą trawką, więc i ja przesuwałam się wzdłuż rzeki. Od czasu do czasu tylko patrzyłam pod nogi, żeby mi się wysoka skaropa nie usunęła spod nóg, bo wówczas byłoby wielkie "CHLUP!".  Utopić, to bym się raczej nie utopiła, ale sprzętu trochę szkoda!  

 

Teraz kilka zdjęć, mam nadzieję, że choć trochę udało mi się oddać nastrój wczorajszego dnia.

 

 

 

 

 

 

 

 

Kościół pw. św. Macieja Apostoła - widok z Bramy Biskupiej

 

Kościół pw. św. Barbary i św. Walentego

 

Na siewierskim Rynku 

 

Teraz kilka widoczków ilustrujących moje wędrowanie wzdłuż meandrów Czarnej Przemszy. Mam nadzieje, że nie zanudzę Tubywalców i że uda mi się sprawić Wam trochę radości.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I, na zakończenie już, kilka zdjęć sarenek. Chciałabym dodać, że to niesamowite uczucie, gdy mogę patrzeć na zwierzęta w ich naturalnym środowisku. A przecież, kilkadziesiąt metrów dalej przebiega trasa szybkiego ruchu, której szum słychać wyraźnie. A tu... cisza, spokój, jakby świat się na moment zatrzymał w swym szaleńczym biegu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I to tyle na dzisiaj. Wszystkim PT Czytelnikom życzę miłego i radosnego tygodnia, uśmiechu i radości. I tym optymistycznym akcentem, zostawiając Was z moimi obrazkami, pa, pa.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wiosna...

czwartek, 07 kwietnia 2011 6:50

 

... Wiosna... Wiosna...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pięknego czwartku, Mili Tubywalcy... pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 570  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554570

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl