Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 888 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Jest...

czwartek, 26 kwietnia 2012 23:24

 

... noc, wokół cisza, kocisko szaleje.... chyba czuje wiosnę? Zastanawiam się właśnie, czy mam o czym napisać, czy to, co ewentualnie napiszę trafi do Was, Szanowni Tubywalcy. Och, niech nikt mi nie mówi, ze ktoś, kro prowadzi blog pisze dla siebie. Owszem, w jakiejś części tak, ale przede wszystkim piszemy dla ludzi.  I zawsze gdzieś podskórnie czai się obawa, czy zostaniemy dobrze odczytani, czy nasze intencje zostaną przyjęte tak, jakbyśmy chcieli. Fundamentalne pytanie „co autor miał na myśli” jest, przynajmniej dla mnie czystym horrorem i nocną zmorą. Nie chciałabym, a czasami muszę, jakby powiedział klasyk „nie chcem, ale muszem”  tłumaczyć się z tego, co napisałam. Przekaz literacki ma to do siebie, że powinien być jasny i czytelny, jeśli chcemy, abyśmy byli dobrze zrozumiani.  Wiem, że często mam z tym problem, bo moje pokrętne poczucie humoru może zostać odczytane jako złośliwość bądź zarozumiałość. A często jako wywyższanie się, co w żaden sposób nie leży w mojej naturze. Trudno jest pisać z „przymrużeniem oka”.  To, co jest jasne i czytelne w bezpośredniej relacji, w kontakcie twarzą w twarz tu, w zderzeniu z oporną materią słowa czasami kompletnie mija się z intencjami autorki. I czasem mnie to kompletnie zaskakuje, bo zupełnie inaczej widziałam to pisząc, a zupełnie inaczej odczytują moje słowa PT Czytelnicy. Chciałabym zawsze pisać jasno i klarownie, ale nie zawsze to się udaje.  Przynajmniej mogę powiedzieć z ręką na sercu, że się staram... może za jakieś dwadzieścia,  trzydzieści lat dojdę w tym do mistrzostwa....  będzie jak znalazł, gdy będe pisała sobie epitafium... zabawne, kiedyś, gdy byłam nastolatką, w trudnych momentach, gdy miałam wszystkiego dość, gdy zycie dawało kopniaki, a świat był nieprzyjazny i wrogi wyobrażałam sobie leżąc w łóżku w ciemnościach... własny pogrzeb. Układałam jego scenariusz, widziałam oczyma wyobraźni tych wszystkich ludzi, którzy w jakiś sposób mnie zawiedli w realnym życiu, jak teraz idąc za moją trumną żałują swego postępowania i płaczą żałośnie. I czułam ich smutek, a równocześnie czułam dziwną satysfakcję  „teraz dopiero widzicie, jacy byliście podli, ale już za późno”. Głupie, prawda? I w tych moich wyobrażeniach układałam piękne epitafia dla samej siebie. Nie pamiętam już ich treści, ale uwierzcie, były piękne. No proszę, jakimi dziwnymi torami biegną nocą moje myśli...

 

Ale dość o tym. Teraz chcę wrócić ponownie do Londynu. Dzisiaj jedna z koleżanek zapytała mnie, czy patrzę na Londyn przez pryzmat miejsca zamieszkania mojego Syna. Czy byłabym równie zachwycona jakimkolwiek innym miastem, w którym by zamieszkało moje dziecko?  Bo tyle jest wyjątkowych miejsc na świecie, więc dlaczego Londyn ma dla mnie taki urok? W podtekście odczytałam, że dla niej akurat Londyn nie jest takim wyjątkowym miejscem. No i musiałam się zastanowić, co mnie w tym akurat mieście fascynuje. I najważniejsze, co przyszło mi jako pierwsze do głowy, to... kolory. Londyn jest bardzo kolorowym miastem. Pisałam wcześniej o tym, ale jeszcze raz powtarzam, Londyn jest miastem kolorów. I własnie taki kolorowy Londyn chcę teraz Wam pokazać. Z przewagą czerwieni, bo to piękny, energetyczny kolor. Później zajm€ się innymi kolorami, ale dzisiaj motywem przewodnim będzie kolor czerwony. Kolorowych snów, Mili Tubywalcy, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niestety, albo "stety", nie mogę dodac kilku zdjęć. Może się uda za chwilę, bo jeszcze troszkę czerwonego mi zostało. Żartuję, to niewielki ułamek tego, co mam w moim archiwum. I po co to komu? Czasem (rzadko, ale jednak) sie nad tym zastanawiam. Echhhhhhhhhhhhhh... idę spać, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Oj...

sobota, 21 kwietnia 2012 13:21

 

... coś mi się wydaje, że wsadziam kij w mrowisko. Z reakcji Ludzkości wynika, że temat zdejmowania (bądź niezdejmowania) butów „w gościach” jest tematem rodzącym wiele emocji, chyba jednak w wielu przypadkach mocno przesadzonych. W moich tekstach wyrażam własną opinię i moło mi, że czasami jest ona zgodna z opiniami PT Czytelników. Natomiast wyzywanie autorki od „buraków”, „wieśniar” (w znaczeniu pejoratywnym, rzecz jasna, bo rozumiem, że samo pochodzenie ze wsi nagannym nie jest?) czy „głupich niewychowanych bab” uważam za lekka przesadę. Ale to tak na marginesie. Zamykając ten temat chciałabym jeszcze dodać, że faktycznie, zabieram ze sobą w reklamówce tzw. obuwie zmienne jeśli pogoda jest okropna i mogłabym nanieść gospodarzom tony błota. Nie wybieram sie również na uroczyste imprezy w szpilkach (na dodatek może jeszcze okutych metalem... zgroza). Jeśli imreza jest „tańcująca” wówczas zawsze można wziąć ze sobą wygodne balerinki a nie ślizgać się w samych pończochach po parkiecie.... nawiasem biorąc podczas takiego poślizgu można gospodarzom szkód narobić znacznie więcej niż odrobina brudu na podłodze. . . a co będzie jeśli się niebacznie zahaczy o jakiś kryształ albo i chińską porcelanę? W zamierzchłych czasach peerelu organizowało się o wiele więcej domowych imprez (ach, gdzie się podziały tamte prywatki???) niż teraz i był praktyczny zwyczaj zwijania dywanu i pozostawiania „gołej” podłogi. I nie ze względu na ewentualne szkody czy zabrudzenia, na jakie ów dywan byłby narażony, ale ze względów czysto praktycznych. Nie za bardzo wygodnym jest taniec na dywanie... i tyle. Ponieważ Szanowni Komentatorzy poruszyli kilka dodatkowych kwestii postaram się przy okazji, może w kolejnych wpisach, do niektórych z komentarzy się ustosunkować.

 

Teraz, aby wyciszyć emocje będzie troszkę o tym, co za oknem czyli... Wiosnę mamy, Szanowni Tubywalcy. Ptactwo rozszalało się wiosennie, trele zaczynają się tak koło czwartej nad ranem. Szczagólnie jeden ptaszydeł upatrzył sobie drzewko tuż pod oknem mojej sypialni i drze sie na całe gardziołko. Diesel dostaje szaleju na parapecie, ja wybudzona ze snu wyłażę (w obuwiu, w którym tradycyjnie sypiam, jak sądzą co poniektórzy) z łóżka i  pałętam się na wpół przytomna po mieszkaniu. Za oknem jeszcze ciemno, W oknach mieszkań tylko gdzieniegdzie widać światło... jeszcze sen krąży nad moją głową, ale doskonale wiem, że już nie uda mi się zasnąć. No i co z tego? Budzenie się przy radosnych trelach  jest jednak o wiele zdrowsze niż nagłe wyrwanie ze snu przez wściekły dźwięk mojego budzika. Na dodatek ptaszkiem nie da się rzucić o ścianę, natomiast budzikowi kilka razy się to przytrafiło. Oszczędzam więc na zakupie budzika. Czasem się śmieję, że najchętniej to bym sobie koguta kupiła i trzymała go na... balkonie. A niechby sobie piał skoro świt. Zastanawiam się czasami skąd Słońce wie, kiedy ma wstać, skoro koguty u nas nie pieją? Pamiętacie bajkę „O dwóch takich, co ukradli Księżyc”? Ups.... nie wiem, czy to politycznie przywoływać Jacka i Placka... i Księżyc! Ale to tak na marginesie.

 

Wracając do Wiosny... jest pięknie, na drzewach seledynowa poświata młodych listków sprawia wręcz nierealne wrażenie, w trawach zakwitły fiołki i stokrotki, a wiośnie i śliwy ubrały się w dziewiczą biel. Ludzkość wyzwoliła się z kokonów ciepłej odzieży i rozkwitła kolorami. Dziewczyny są jakby wyższe i jakby szczuplejsze niż lata temu, gdy ja byłam w ich wieku. W ogóle, młodzież jest piękna. Patrzę sobie czasami na nich i jedna myśl łazi mi po głowie... oni również kiedyś będą w moim wieku. Nieuchronnie. Bo cokolwiek byśmy nie przedsięwzięli, jakichkolwiek cudownych środków byśmy nie użyli Natura jest bezlitosna. Ja sama wiem i widzę, że jeszcze kilka lat temu byłam silniejsza, sprawniejsza, bardziej energiczna. A przeciez i tak ci, którzy mnie znają twierdzą, że Czas jest dla mnie łaskawy. Najważniejsze, że na moje czwarte piętro jeszcze bez zadyszki i po dwa stopnie się wspinam.  Ale to tak na marginesie.

 

Teraz jeszcze jedna sprawa. Nie wiem, czy to taka moda, czy może coś przeoczyłam, może powstała jakaś nowa rasa ludzi, a ja o tym nie wiem? Coraz więcej widzę pomarańczowych ludzi. Szczególnie dziewczyny jakoś się rozpomarańczowiły. Nie wiem, nigdy nie byłam w solarium (i raczej nie będę) więc może ktoś światły mi powie, czy taka pomarańczowa skóra to efekt solaryjnej opalenizny? Wygląda to czasem dziwnie a czasem komicznie, ale o gustach sie nie dyskutuje (ponoć, chociaż własne zdanie wolno wyrazić... chyba).

 

Na zakończenie jeszcze jedna uwaga do komentarzy, a konkretnie do komentarza, który umieścił „anty” odnośnie kwestii co jest wyżej, Warszawa czy Londyn. Wiem, wiem, że popełniłam błąd, a właściwie poszłam na skróty... myślowe. Miałam na myśli „wyżej” na mapie. Słowo „wyżej” powinno być umieszczone w cudzysłowie (NIGDY w cudzysłowiu!!!). Dziękuję za zwrócenie słusznej uwagi. Mam nadzieję, że Osoba komentująca już nie będzie „anty”.

 

Co do uwag wielu Komentatorów, że moje londyńskie obrazki owszem,  są ładne, ale powinnam w Polsce robić zdjęcia, bo mamy tyle pięknych miejsc. Wszystkich zwracających mi na to uwagę odsyłam do moich galerii i wcześniejszych wpisów, gdzie znajdą jak najbardziej polskie widoki. Ja robię zdjęcia wszędzie, gdziekolwiek znajdę coś, co mnie zachwyca. I nie jest istotne, czy to Anglia, czy Polska czy Pernambuco (o ile tam kiedyś dotrę, rzecz jasna). Pod tym względem jestem kosmopolitanką... taki mój urok.

 

I to by było na tyle, Szanowni Tubywalcy. Jeszcze troszkę kwiatków i ptaszków, a do londyńskich zdjęć wrócę, rzecz jasna, w najbliższym czasie. Teraz zakładam dresik, sportowe obuwie i biegnę w pola... w zawody z wiatrem, czas wystawić buźkę do Słoneczka... ostrożnie, z umiarem, żeby tylko lekko zezłociło skórę. Pomarańczowej skórze (i nie chodzi mi tylko o jej koloryt) mówię stanowczo NIE! Pa, pa, pięknego słonecznego "łikendu" Najmilsi Tubywalcy.

 

 

 

 

 

 

Smacznego!

 

 

 

 

 

 

 

Wyjątkowo ciekawski ptaszek... sfruwał coraz niżej, aż miałąm go nad samą głową...

 

 

 

śniadanko... jeszcze sie ruszało...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To sie nazywa rodzinka... liczenie maluchów było trudne, bo wciąż zmieniały szyk, ale udało się... kaczucha wiodła za sobą czternaście kaczątek...

 

Uwielbiam zapach lawendy... lada moment będe miała ją i na moim balkonie...

 

 

 

Zbieranie chrustu... ale to nie oznacza chyba długiej i mroźnej Zimy :):):)

 

Para łabędzi znalazła unoszącu się na wodzie kawał drewna i zastanawiała się, czy nie przyda sie jako platforma pod gniazdo...

 

... niestety, ciężar łabędzia był zbyt duży i ptak zsuwał sie co chwila do wody, w końcu para zrezygnowała i odpłynęła...

 

Szvzygiełek... nigdy nie udało mi się sfotografować go w Polsce, a tu siedział na stacji w Leyton... zupełnie, jakby na mnie czekał.

 

A tak na zakończenie, dla wszystkich Blogowych Przyjaciół na szczęście kawałek tęczy. I na uśmiech!


 

Pa, pa!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Dzisiaj...

czwartek, 19 kwietnia 2012 0:24

 

... zamierzam odejść na moment od londyńskich wspominków żeby poruszyć pewien temat, który frapował mnie od dawna, a dziś uderzył we mnie z siłą huraganu. Otóż w mojej Firmie powiedziałam niebacznie, co sądzę o przedziwnym zwyczaju zdejmowania butów „w gościach” czyli na imprezie, teraz to się nazywa "domówka", a dawniej swojsko "prywatka. Stwierdziłam, że ja nie tylko nie żądam aby moi goście zdejmowali buty, nawet nie posiadam „gościnnych” kapcii (zresztą, nie wyobrażam sobie, abym miała takowe „wielokrotnie przechodnie” kapcie zakładać w cudzym domu z przyczyn nie tylko estetycznych, ale i higienicznych) ale wręcz zabraniam im ściągania butów w przedpokoju. Dodałam, że jeśli do kogoś idę „w gości” (wyłączam z tego nieformalne odwiedziny u przyjaciółki, kuzynk bądź koleżankii, gdzie czuję się jak u siebie), okazja jest uroczysta, ja odsztafirowana na wysoki połysk, w odpowiednich do stroju bucikach, to nie będe siedziała z gołymi stopami, bo to idiotycznie wygląda i ja czuję się idiotycznie. O rany... rozpętałam bez mała dyskusję narodową. Święte oburzenie zatrzęsło posadami biura, jedna tylko koleżanka (dosłownie jedna) poparła mnie w całej rozciągłości. Jakie były argumenty? Panele się zarysują! Płytki się zniszczą (płytki podłogowe!!!)! Nie po to sprzątam, żeby mi ktoś w buciorach właził! Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś mi wlazł i nie ściągnął butów w przedpokoju! Zastanowiłam sie nad całą tą sytuacją. Bo przeciez z czegoś to wynika.Kiedyś, dawno temu w niektórych domach były pokoje reprezentacyjne (tzw. duzy pokój) czyli powiedzmy salon. A w tym salonie był dywan. I ten dywan był przykryty folią... żeby się nie brudził i nie kurzył. Folię zdejmowano przy szczególnych okazjach. I przecież gospodarzom by serca pękły gdyby jakiś jełop wlazł buciorami na ten symbol dostatku! Bo to był dywan w pierwszym pokoleniu. Bo za ojców i dziadów, jak się z pola wracało, to gumowce na ganku albo w sieni się zostawiało. Powiem Wam, Najmilsi Tubywalcy, że wycofałam się z jałowej dyskucji, bo jeszcze chwila i kilka osób skoczyłoby mi do gardła. A ponieważ cenię sobie swoje gardło, więc... odpuściłam. Zacietrzewienie i zajadłość moich interlokutorek było zaiste przerażające i godne chyba większej sprawy. No, chyba ze sprawa podłogi jest sprawą nadrzędną. Ważniejszą niż samopoczucie i poczucie godności gościa. Weszłam sobie później  na google i wpisałam „zdejmowanie butów w gościach”. Byłam zaszokowana, jak wiele jest stron poświęconych temu tematowi. Poczytałam komentarze, cóż... i tutaj opinie podobne do moich są w mniejszości... właściwie są marginalne. Trafiłam również na stronę Pana Mariusza Szczygła, który na swoim blogu poruszył między innymi ten temat pod tytułem „Tajemnice polskie”. Polecam ten tekst, bo jest niezwykle interesujący... i nie zmieniło się właściwie nic lub niewiele od roku 2010, kiedy był pisany. Podaję adres strony http://www.mariuszszczygiel.com.pl/386,teksty/tajemnice-polskie.

 

Ponieważ, jak mawiają mądrzy ludzie, kijem Wisły nie zawrócisz, tak i ja nie zamierzam więcej wchodzić w takie dyskusje, niemniej już teraz wiem, do kogo „w gości” się raczej nie wybiorę. Ciekawa jestem Waszych opinii i doświadczeń w tej kwestii.

 

A teraz już wracając do Londynu... biegając po tym (ogromnym zresztą) mieście, nie mogłam, siłą rzeczy, nie robic pocztówkowych ujęć. Zresztą, Londyn cały jest jakby stworzony do widokówek. pomęcze Was teraz zatem widoczkami mostów, Tamizy i architektury. Postaram się również umieścić w miarę sensowne podpisy, mam nadzieję, że jakoś mi się to uda, chociaż londyńskie mosty jakoś mi się często mylą. Pomijając oczywiście Tower Bridge, bo jego nie można pomylić z żadnym innym. Zatem, ruszajmy spacerkiem po Londynie.

 

 

Widok z Waterloo Bridge na Parlament i Big Bena

 

Tutaj  po lewej London Eye

 

 

 

Hollow Pond tuż przed deszczem

 

 

 

W Londynie wiosna przychodzi wcześniej niż u nas

 

Hyde Park - Serpentine Bridge

 

Hyde Park od strony Serpentine

 

Widok z Millenium Bridge

 

W głębi Tower Bridge (widok z Millenium Bridge)

 

 

 

Widok z nabrzeża na Southwark Bridge... ta biała kopuła to St Paul's Catedral

 

 

 

Tower Bridge widziany od strony północnej, ta wysoka budowla to najwyższy budynek w Unii - Shard London Bridge... jest właściwie na ukończeniu, ma mieć 305 metrów (z anteną 310)

 

Widok na Canary Wharf

 

Tamiza jest nieprawdopodobną rzeką... budzi jednocześnie fascynację i obawę... schodziłam czasami po kamiennych omszałych stopniach nad samą wodę...  niesamowite... a domy wyrastają prosto z wody!

 

 

 

Widuk z Westminster Bridge

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeszcze na zakończenie, co do mojej pupy.... jako rzekłam wcześniej, pupa została w aparacie fotograficznym jej... jakby to powiedzieć... wielbiciela. Jakoś nie pomyślałam, żeby mu wręczyć mój własny aparat, żebym też pamiątkę miała... z Londynu :):):) Buziaki wielki, Najmilsi Tubywalcy, dobrej nocy i pa, pa.

 

Aha i jeszcze jedno... napisałam wyżej, ze wiem, gdzie "w gości" nie pójdę? Pomyliłam się, wiem, gdzie mnie już nie zaproszą hi hi hi! A tak na marginesie, na wzposażeniu każdej damskiej torebki powinny być... miękkie, gustowne papućki. Bo przecież nigdy nie wiadomo, czy ktoś nas nagle nie zaprosi do swojego domu! Panowie mają gorzej, bo torebek nie noszą, ale przecież takie paputki to i w kieszeni spodni się zmieszczą... po jednym w każdej. Tak zwany niezbędnik towarzyski! Jezcze Wam coś opowiem, co mi się przypomniało. Lata temu odwiedził nas (wówczas jeszcze małżeństwo) pewien kolega. Osłupiałam, gdy zdjął buty przed drzwiami, na wycieraczce. Na moje stwierdzenie, że nie musi ich zdejmować stwierdził, iż woli jednak zdjąć. Po czym wszedł i spytał grzecznie, czy może skorzystyać z łazienki. Rzecz jasna, odpowiedziałam, że oczywiście. Poszedł do łazienki i... wsiąkł. Nie było go długo, aż zażartowałam, że może się kąpie?  Wyszedł i oświadczył, że musiał umyć... stopy, bo miał taaaakie przepocone. Wyszedł na bosaka, z mokrymi skarpetkami w ręku. Po czym spytał, gdzie może te skarpetki powiesić, żeby wyschły. Cóż, na szczęście było lato, a ja mam słoneczny balkon. Moi Mili... ja sobie tego nie wymyśliłam. Sympatycznie, prawda? Ale buty karnie stały (i wietrzyły się) na wycieraczce!!!

 

I jeszcze jedno, tak na zakończenie. Powiedzcie mi, Najmilsi Tubywalcy, bez spoglądania na mapę, które miasto leży wyżej... Warszawa czy Londyn? Cóż, ja byłam zaskoczona. 

 

Warszawa: 52 stopnie 10 minut N

Londyn:     51 stopni 30 minut N

 

Czyli wynika z tego, że Londyn jest bliżej równika... a nie powiedziałabym, serio! Idę spać z tą wiedzą... człek sie jednak do starości uczy... tak mówią! Pa, pa.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (207) | dodaj komentarz

Wszystko...

niedziela, 15 kwietnia 2012 12:47

 

... co dobre, szybko się kończy. I takim też sposobem, zbyt szybko skończył się mój pobyt w Londynie. I jak zwykle czuję ogromny niedosyt. Ponieważ tym razem, niestety, pogoda była w kratkę, powiedziałabym, że w szkocką kratkę, ale pewnie Anglicy by się mocno obruszyli, nie udało mi sie zrealizować wszystkich moich, jakże ambitnych planów. Również tych zawodowych. Cóż, plenery w deszczu nie sa tym, co mogłabym zafundowac dzieciakom. Poza tym temperatury równiez były niskie, stąd musiałam przełożyć moje plany na lato. Kto powiedział, że w życiu wszystko idzie jak po maśle? Nie powiem, że nie chciałabym, żeby wszystko było lekkie, łatwe i przyjemne, ale może tak jest hmmmm.... ciekawiej? Mam za to tyle do opowiedzenia, ze właściwie nie wiem od czego zacząć, żeby się nie powtarzać.

 

Londyn jaki jest, każdy z grubsza wie. Big Ben, Westminster Abbey, London Eye czy Millenium Bridge... to jedne z tysięcy pocztówkowych elememntów, które każdy z nas dobrze zna. Miałam problem, żeby uchwycić takie miejsca, takie momenty, których na pocztówkach trudno byłoby szukać. Czyli... Londyn z prawdziwie wiejsko-sielską atmosferą, Londyn maleńkich egzotycznych sklepików i knajpek, Londyn... Londyńczyków. Chyba żadne miasto nie jest takim tyglem ras, typów ludzkich, kontrastów wreszcie, jak właśnie Londyn.  Miałam na przykład okazję być w mieszkaniu, które jest wystawione na sprzedaż za... i tu wstrzymajcie oddech... za dziesięć milionów funtów! Szczerze? Nawet gdybym miała takie pieniądze, nie kupiłabym tego mieszkania. Jest rzeczywiście piękne, ale jakoś szkło, chrom i marmur nie sa moimi ulubionymi elementami wystroju wnętrz. W holu domu, w przeszklonej pakamerze siedzi sobie dozorca? Portier? I sobie sprawda, kto i do kogo wchodzi. We Francji taka osoba nazywa się concierge czyli po naszemu konsjerż. Sąsiedztwo interesujące... w domu na wprost mieszka Abramowicz... tak, tak TEN Abramowicz. A skwerki z rabatami pełnymi kwiatów, ze stylowymi rzeźbami, ławeczkami i latarniami są zamknięte dla zwykłych śmiertelników. Trzeba mieć specjalną kartę, żeby odkodować zamek w furtce. Tylko dla mieszkańców. Pozwólcie, że nie będe tu wymieniała marek samochodów parkujących na ulicy. Hammer? Ot, jeden z wielu Hammerów. Tutaj Porche to zwykła marka. Snobizm to drugie (a może i pierwsze) imię tego Londynu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jest też Londyn zielonych pól, żółtych łanów rzepaku, stad owiec na pastwiskach i koni biegających po padokach. Londyn ptaków i szarych wiewiórek, lisów podchodzących nocą pod domy i poszczekujących chrapliwie w ciemnościach.  Londyn jezior, zadbanych parków i kolorów.  Powiem Wam, Najmilsi Tubywalcy, że Londyn jest tak kolorowym miastem, że żadne tam czarno-białe kadry.... tutaj można i trzeba robić zdjęcia tylko w kolorze. Każdy  najmniejszy sklepik, każdy najskromniejszy pub jest kolorowy. Kolorowe są mury, kolorowe żaluzje i witryny. A gdy dodamy do tego czerwone „piętrusy”, czerwone skrzynki na listy i czerwone telefoniczne budki... ach, raj dla oczu. I mówię to całkiem serio. Na dodatek ludzie też sa kolorowi. Tuz obok siebie sikhowie w wysokich turbanach, kobiety w kolorowych szatach do ziemi, białe dziewczyny z niebieskimi, czerwonymi i zielonymi włosami, emo, grunge, punk, rasta... wszystkie style, kompletny misz-masz kultur, a to wszystko jakoś, w przedziwny sposób współgra i funkcjonuje. Tutaj nikt na nikogo nie patrzy wilkiem, nikt nikogo nie ocenia ani nie krytykuje. Tutaj ludzie pozdrawiają się uśmiechem, w każdej chwili służą pomocą, Wystarczy o coś zapytać, żeby od razu spotkać się z życzliwym zainteresowaniem. Pamiętam, przeszłam przez Waterloo Bridge, byłam na Strand Str. i chciałam dojść do Kingsway... padał deszcz, rozłożyłam mapę i troszkę zagubiona zapytałam jakiegoś przechodnia, którędy mam pójść. I w tym deszczu, pod jego parasolem ustalaliśmy kierunek. Po czym przeszedł ze mną kawałek, pokazał mi drogę i jeszcze się upewnił, czy dobrze idę.  Już wiedziałam, gdzie jestem, wiedziałam jak mam dojść, ale pomoc  tego pana była tak życzliwa, że pozwoliłam żeby mnie kawałek podprowadził.  Och, czasami zdarzało się, że słyszałam... sorry, ale nie znam angielskiego... zabawnie to brzmi, gdy jest powiedziane z jakimś przedziwnym akcentem. Bo czego jak czego, ale turystów jest tu chyba więcej niż Londyńczyków.  Zresztą, w godzinach, w jakich ja biegałam po mieście, każdy szanujący się Londyńczyk raczej pracuje.  Cudnie jest obserwować porannych pasażerów metra. Faceci w roboczych kombinezonach, dziewczyny z City w kostiumach i na szpilkach, „japiszony” w garniturach z aktówkami w rękach, czarnoskóre matki z gromadą dzieciaków, młodzież szkolna w mundurkach,  muzułmanie czytający Koran, z maleńkimi szydełkowymi czapeczkami na głowach. Żałowałam niekiedy, że nie mam jak zrobić zdjęć, bo niektóre typy ludzkie były niezwykłe. Więc tylko obserwowałam dyskretnie otoczenie starając sie nie skupiać na nikim dłużej wzroku. Tutaj nie jest mile widziane gapienie się na kogoś. Zresztą, nikt z nas nie lubi, gdy ktoś obcy przygląda mu się zbyt nachalnie. Ale za to miałam okazję podziwiać paradę gwardzistów przed Buckingham Palace... tutaj robienie zdjęć jest jak najbardziej na miejscu. Akurat maszerowali Irlandczycy, a towarzyszył im, jakże by inaczej wilczarz irlandzki. Kiedys już tu pisałam, że najłatwiej gwardzistów można rozpoznać po kolorach pióropuszy przy niedźwiedzich czapach... Irlandczycy mają je niebieskie. Ciekawostką jest, że same czapy sa wykonane z futra kanadyjskich niedźwiedzi. Od jakiegoś czasu władze Wielkiej Brytanii poszukują syntetycznej alternatywy dla naturalnego futra. Jak dotąd bezskutecznie. Taka czapa ma prawie 50 cm wysokosci i waży 1,5 kg.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A teraz z innej beczki. Byłam w piątek na Camden. Pobyt w Londynie i nie wybranie się do Camden to rzecz jak dla mnie nie do pojecia. Wedrowałam więc nad kanałem robiąc zdjęcia. Raz było ciepło i słonecznie, a za pięć minut spadał rzęsisty deszcz. A nad kanałem poruszał się przedziwny jegomość. Od czasu do czasu...  zarzucał wędkę po czym zwijał żyłke i maszerował dalej.. Zrobiłam mu, rzecz jasna, trochę zdjęć. W końcu minęłam go i poszłam spacerkiem dalej. W pewnym momencie wyczułam, że mam go za plecami. Podszedł do mnie, przeprosił i pokazał mi... aparat fotograficzny. Mały kieszonkowiec niezłej firmy. Otworzył pokaz zdjęć i na ekranie ukazała się moja... pupa! Zaczął mi tłumaczyć, że jeszcze nie widział takiej ładnej pupy i że on przeprasza, ale musiał zrobić jej (tej pupie) kilka zdjęć. Powiem Wam szczerze, Najmilsi Tubywalcy, że (co do mnie niepodobne) zamieniłam się w żonę Lota. Szczęka mi opadła i chwile trwało nim odzyskałam mowę. Zaczęłam się śmiać, bo co innego miałam zrobić? Paradoksalnie nawzajem sobie robiliśmy zdjęcia... tyle, że ja jego fotografowałam od przodu, a on mnie od... tyłu. Dowiedziałam się, że moja pupa jest brilliant, amazing and very pretty...  co mnie z lekka podniosło na duchu. W końcu nie co dzień słyszymy takie komplementy, prawda? Ego mojej pupy znacznie wzrosło. Chciał zrobić jeszcze kilka zdjęć, ale powiedziałam, że już wystarczy, na co jeszcze raz przeprosił i poszedł swoja drogą.

 

 

 

 

 

 

Co jeszcze chciałabym opowiedzieć? O, nad brzegami Tamizy, na piaszczysto-kamiennych łachach kręcą się ludzie. W wysokich woderach (takich rybackich butach), z wykrywaczami metalu w rękach, skupieni badają brzeg rzeki centymetr po centymetrze. Poprzednim razem, gdy byłam w Londynie też zeszłam na taką piaszczysta łachę. Znalazłam trochę pięknych muszli, jakieś fragmenty niebiesko-białej angielskiej lub chińskiej porcelany. W sumie znaleziska w znikomej wartości... materialnej, bo wartość emocjonalna to zupełnie inna sprawa. Natomiast ci ludzie traktują takie poszukiwania całkiem poważnie. I odnajdują różne zabytkowe przedmioty codziennego użytku, części broni, statków. Kiedyś były tutaj doki, gdzie cumowały żaglowce i statki handlowe, różne rzeczy wpadały do rzeki. Takie znaleziska można oddać w ręce fachowców, którzy ocenią i wycenią wartość każdego przedmiotu. Ponoć, a wiem to z cyklicznego brytyjskiego programu „Mad Man”, że czasem trafiają się prawdziwe perełki. Chociaż z reguły najwięcej jest guzików i monet. Nawet XV i XVI wiecznych. Jak z tego widać... pasja niejedno ma imię. A jeszcze słowo odnośnie pasji poszukiwania. Ostatnio głośne stało się niezwykle cenne znalezisko, jakiego dokonał pewien poszukiwacz-rencista  z Staffordshire. Przeszukał pole, które jak podejrzewał może kryć w swym wnętrzu grobowiec i.... znalazł kilka tysięcy złotych przedmiotów pochodzących z czasów Anglosasów mniej więcej VII-IX wiek. Teraz to wszystko jest inwentaryzowane,  rekonstruowane... wartość pieniężna jest niewyobrażalna. Widziałam w TV rozmowę z tym człowiekiem. Ma jeszcze na oku kilka miejsc, w których mogą znajdować się podobne skarby. Nagroda za znalezisko może wynieść nawet ponad milion funtów. Uczeni nadal wyceniają wartość skarbu.  Mogę się założyć, że każdy z londyńskich poszukiwaczy marzy w skrytości ducha, że też trafi na jakieś bezcenne znalezisko. Cóż, można im tylko życzyć powodzenia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A na zakończenie tego (przydługiego) wpisu kilka zdjęć niesamowitego ptaszydełka podczas kąpieli. Nie wiem czy pamiętacie moje zdjęcia z jesieni, kiedy to natrafiłam na Pogorii na przedziwnego ptaka, jak się okazało młodą mewę. W Londynie też miałam przyjemność obserwowania takiego małolata. Powiem Wam szczerze, że stałam nad brzegiem jeziorka, ręce mi mdlały, a ptaszydło wykonywało przedziwne ewolucje. Pierwszy raz widziałam taki wodny balet. A już pływanie na grzbiecie z łapami do góry... mistrzostwo świata!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Prawda, że pięknie pozowała? Ja też, może nie tak pięknie, ale jednak mam kilka zdjęć z Londynu. Tak więc na zakończenie (tym razem już naprawdę) parę ujęć Gosi w londyńskich klimatach. Teraz już pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Smigus...

poniedziałek, 09 kwietnia 2012 12:17

... dyngus i z tego wlasnie powodu bedzie duuuuzo... wody!!! Przygotujcie wiec reczniki i ubrania do przebrania. Zapraszam na spacer po Canary Wharf.

 

 

Drapacze chmur, nowoczesne rzezby... to wszystko sprawia, ze czlowiek czuje sie troszke zagubiony...

 

 

 

... z glowa zadarta wysoko....

 

Centaur Igora Mitoraja jest jednoczesnie pelen sily i spokoju... niezwykla postac....

 

... fragment cokolu..

 

... a Slonce, jak na zamowienie chylilo sie ku zachodowi...

 

... ta przeszklona kopula to wejscie do metra....

 

 

 

... budynki po lewej sa w trakcie budowy.... zreszta Londyn jest jednym wielkim placem budowy...

 

.. jeden z kanalow..

 

 

 

Glowa Andromedy... rzecz jasna znow Igor Mitoraj....

 

Widok z Canary Wharf na slynny "ogorek" bedacy siedziba stacji telewizyjnej oraz na dzielnice bankowa.

 

Podswietlone "ufo" w przepieknym kobaltowym kolorze...

 

 

 

 

 

Zegary... kazdy pokazuje inny czas....

 

Gora nad kanalem przejezdza DLR czyli kolej naziemna... jest bezzalogowa, sterowana w pelni automatycznie...

 

A to skwer z systemem jeziorek i kaskad... wrazenie bajkowe...

 

 

 

 

 

 

Hol jednego z budynkow... mozna tedy przejsc nad kolejny kanal....

 

Christina O. oswietlona pieknie zaprasza na rejs... ech!

 

W tych budynkach znajduja sie apartamenty po kilka milionow funtow... a u nabrzeza cumuja jachty... prywatne jachty!

 

O2 Arena... wielka hala widowiskowa, to tutaj odbywa sie brytyjski "X factor" i "Got to Talent"

 

 

 

Wiem, wiem, sporo tego, ale po swiátecznym sniadanku moze znajdziecie, Szanowni i Najmilsi Tubywalcy, chwilke, zeby ze mna pospacerowac po nowoczesnym i futurystycznym Londynie. Pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 707  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557707

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości