Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 889 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Wiosny...

czwartek, 25 kwietnia 2013 22:00

 

... ciąg dalszy. Co to oznacza dla mnie? Dalsze zwolnienie lekarskie, kompleksowe badania w piątek i dopiero wówczas się okaże, co mi tak naprawdę dolega. Nic to, będzie dobrze, bo nie może być inaczej. Tyle na ten temat. Więcej będę wiedziała po badaniach. A teraz znacznie bardziej interesujący temat. Nie pamiętam, czy wspominałam tutaj, że pod koniec marca na moim balkonie, w jednej z doniczek z ziemią znalazłam jajeczko. Niestety, w tym samym dniu, gdy je znalazłam spadł śnieg, zrobiło sie mroźno i właściciele jajeczka już się nie pojawili. Sądziłam, że na tym koniec, bo jajeczko po roztopieniu się śniegu... zniknęło. Prawdopodobnie zajęła się nim sroka. Wczoraj wyszłam na balkon, a tam... niespodzianka. W tej samej doniczce zamiast jednego jajeczka znalazłam dwa ptaszydełka-straszydełka. Normalnie pterodaktylki. Szybciutko zrobiłam im kilka zdjęć, żeby ich nie stresować oraz nie wypłoszyć rodziców i osłoniłam leżakiem kąt, w którym stoi doniczka odgradzając go od pozostałej części balkonu. Jeszcze nie sprawdzałam, jak długo trwa dorastanie gołębi (bo to właśnie one się wykluły), ale w najbliższym czasie wylegiwanie sie na balkonie mam z głowy. Skoro już są maluchy, to niech sobie spokojnie dojrzeją. Oczywiście koty również na balkon nie mają wstępu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A jeśli chodzi o ptaszki, to dzisiaj miałam wolną godzinę pomiędzy wyciągnięciem karty w rejestracji, a wizytą u lekarza. Ponieważ nie uśmiechało mi się wracanie do domu więc wybrałam się do parku. Troszkę pobawiłam sie głębią ostrości, co teraz zademonstruję.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ponieważ z lekka się zmęczyłam chodzeniem usiadłam na ławeczce i wystawiłam buźkę na słoneczne promienie. Kurczę, babcia-emerytka ze mnie. W pewnym momencie kątem oka dostrzegłam jakiś ruch wśród gałązek. Patrzę sobie, a tu takie śliczności patrzą na mnie z góry.  Starałam się nawet nie oddychać, żeby go nie spłoszyć. Niepotrzebnie się bałam, ptaszek był wyjątkowo ciekawski, śmiały i dzielny. I pozował mi jak zawodowiec. A właściwie pozowała, bo to zięba. Zabawne, samczyk – zięba i samiczka – też zięba. Hmmm powinna się nazywać chyba ziębowa? A teraz na serio, ptaszek, który tak ładnie mi pozował to samczyk.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Co jeszcze? A właśnie.Teraz zamierzam się chwalić! Kiedyś wymyśliłam sobie, że w łazience będę miała staromodny komplet do kąpieli czyli misę i dzban. Niestety, ceny takich przyborów są dość wysokie, nawet tych współcześnie wykonanych replik, nie wspominając  nawet o porcelanowych oryginałach. N szczęście znalazłam na allegro misę i dzban wykonane z nieszkliwionego porcelitu. Za bardzo małe pieniądze. Pozostało mi tylko ozdobić je techniką decoupage’u. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Komplecik jest śliczny i romantyczny w moim ulubionym niebieskim kolorze. Ciekawa jestem, czy również Wam się podoba, Tubywalcy Najmilsi. Słowa zachwytu mile widziane! No cóż, mawet jeśli się nie pozachwycacie, to ja będę się zachwycać i za Was, i za siebie. A co!

 

 

Tak było...

 

 

... a tak jest!

 

 

 

 

 

Dzisiaj wybrałam się do Firmy, żeby dostarczyć zwolnienie lekarskie. Poszłam na chwilę, a ciśnienie skoczyło mi, jak nie przymierzając Wojciech Fortuna w Sapporo (kto to jeszcze pamięta?). Okazało się, że są osoby, które mają do mnie pretensje, że zbyt szybko wróciłam do pracy, a później ponownie poszłam na zwolnienie. Bo wówczas musiała odejść osoba, która mnie zastępowała. Tak jakby zakończenie leczenia było ode mnie uzależnione. Skoro wówczas czułam sie dobrze, a lekarz stwierdził, że jestem zdolna do pracy, to co miałam zrobić? Wróciłam. A że po dwóch tygodniach znów poczułam się źle, to przecież nie moja wina. Tak, jakbym chciała być chora. Nikomu nie życzę podobnych doświadczeń. Wyszłam z Firmy, Słońce świeciło mi prosto w twarz, założyłam ciemne okulary i łzy same spływały mi po policzkach. Było mi tak cholernie, tak niewyobrażalnie przykro.  Nie dość, że czuję się beznadziejnie, to jeszcze taka historia. Na szczęście na mojej drodze pojawiła się znajoma. Zaczęłyśmy rozmawiać i jej zdroworozsądkowe podejście do życia pozwoliło mi nabrać dystansu do całego wydarzenia. Powiedziała mi prostą prawdę. Że  moje zdrowie jest najważniejsze, że nie powinnam przejmować się opiniami nieżyczliwych osób, że przecież gdybym umarła, to te same osoby zrobiłyby zrzutkę na wieniec, pokiwałyby nad moim losem głowami z udawanym smutkiem, a po kilku dniach nikt by już o mnie nie pamiętał. No i pomogło. Uśmiechnęlam się wreszcie i... poszłam na łąkę. Nic mnie tak nie odpręża jak trzymanie aparatu w garści i szukanie odpowiednich kadrów. Troszkę znalazłam.

 

 

 

 

Pierwsza wiosenna biedronka :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jakość nie jest najlepsza, ale odległość była bardzo duża, a spodobał mi się ruch na tym zdjęciu :)

 

 

I wreszcie na zakończenie troszkę wiśniowych kwiatuszków. Ależ ta Wiosna nadrabia opóźnienia, prawda?

 

 

 

 

 

 

Na tym kończę, muszę być wyspana przed jutrzejszym horrorem czyli pobieraniem ( to niejednokrotnym) mpjej krwi. Trzymajcie kciuki o poranku, dobrze? Teraz już pa, pa.

 

 

PS. Oczywiście w dalszym ciągu prosze o głosowanie na moje zdjęcie na stronie: http://www.fotokonkurs2013.pwik-dabrowa.pl/

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

I...

poniedziałek, 22 kwietnia 2013 8:07

 

... znowu czas przecieka mi przez palce chichocząc złowrogo, gdy chcę go zatrzymać. Puszcza złośliwie oko i syczy złośliwie... nie ty pierwsza i nie ty ostatnia... Co fakt, to fakt. A faktem jest, ze marnotrawię czas na potęgę. Ach, gdy sięgam pamięcią wstecz, w mroki niepamięci to okazuje się, że zmarnotrawiłam tego czasu nieprawdopodobną ilość. Teraz też, siedzę w domu, bo znów coś mi się pokręciło z moim ukrwieniem, a właściwie niedokrwieniem i jestem na zwolnieniu. I, szczerze powiedziawszy, przynajmniej powinnam coś napisać ale, jak wspomniałam wcześniej, czas przecieka mi przez palce. Dziwny stan totalnego rozleniwienia, rozprzężenia (wg słownika języka polskiego to nieład, bałagan, rozluźnienie dyscypliny, co chyba jest najbliższe prawny)... nie mylić z rozprężeniem, bo to zupełnie coś innego. A właśnie, coś innego. Ostatnio, mając nadmiar wolnego czasu (co to go nie mam podobno) biegałam po stronach różnych i natknęłam sie na kolejny kwiatek polszczyzny-swojszczyzny (to mój pomysł!). Otóż, od zawsze wiedziałam, że jest słowo „także” oraz wyrażenie „tak, że...”. I nie oznacza to tego samego. A w wielu tekstach, często popełnionych  przez mądrych skądinąd ludzi w miejscu, gdzie powinno być „tak, że” ni stąd ni zowąd bęc i zakwita „także” jako ten wiosenny kwiatuszek. Szczerze? Drażni mnie to, jak czasem mawiam – rzuca mię się na oczy, bo ja wzrokowiec jestem i takie pomyłki po prostu zupełnie mimochodem wyłapuję. Ja wiem, że często sama popełniam pomyłki, że zastanawiam się „u” czy „o z kreską”, ale od tego są słowniki, gdy nie ma się pewności. Trzeba tylko chcieć. Może my jesteśmy staromodni, takie swoiste dinozaury, co to od dzieciństwa dostawały w prezencie książeczki, a nie gry wojenne? Może to rozleniwienie językowe wynika z dostępności elektronicznego tłumacza (zauważcie,  Moi Mili Tubywalcy, ze nie napisałam „translatora”, które to słowo ostatnio również zauważyłam w „bardzo mądrym tekście”), który czasami nie radzi sobie z naszym, jakże trudnym językiem. Chociaż, niedawno przeczytałam gdzieś, że język polski wcale nie należy do grupy tych najtrudniejszych. Z czym sie zresztą zgadzam. Tak, że (no właśnie!) zaśmiecamy ten nasz biedny język na potęgę. Ha! Czasem wydaje mi się, że za uszami niektórych publicystów widzę jakby białe piórko... czyżby był to gęsi puch? A wykładając sprawę „łopatologicznie”.... gęsi puch od imć Reya, co to rzekł, iż Polacy nie gęsi... jak nie, jak tak? Oj, sama często łapię się (a już chciałam napisać „łapę się”) na wtrącaniu obcych słów, które często wydają się jakby hmmmm łatwiejsze w obsłudze. Skoro kiedyś była rusyfikacja, to teraz następuje lawinowa anglicyzacja naszego języka. Znak czasów? Pewnie tak. Przynudzam? I jak jeszcze. Ale wolno mi, choćby z racji wieku i  doświadczenia chociażby.   I z racji... czasu, który, i tu jest paradoks, z jednej strony przecieka mi przez palce, a z drugiej, jakby było go za dużo. Bo przecież musi go być za dużo, skoro marnotrawię go na potęgę.

 

Siedzę teraz przed ekranem komputera, Słońce wstało i jest już całkiem wysoko, więc świeci prosto w moje okno i wygrzewa moje  plecki. Koty rozłożone na słonecznych plamach śpią smacznie śniąc o tłustych myszkach... ciekawe, co moje drapieżniczki zrobiłyby z prawdziwą, żywą myszką... Spokojnie, to rozważania czysto teoretyczne! A tak na serio. Jak wiecie, Szanowni Tubywalcy, na początku kwietnia wróciłam do pracy po trzymiesięcznym zwolnieniu. Ach, jaka byłam szczęśliwa, że już wszystko co złe za mną, że już jestem naprawiona... No cóż, w pewnym wieku takie naprawianie można porównać do łatania starego dachu. Załata się z jednego winkla (specjalnie użyłam tego słowa, żeby mi ktoś nie wypomniał!), to z drugiego zacznie przeciekać. Jak zapewne wiedzą uważni Czytelnicy, na tętnice mam założone trzy stenty, udrożniona jestem jak rura, nie przymierzając, kanalizacyjna. Po pierwszym zabiegu czułam się świetnie. Nabrałam sił, kondycja wydawała się jakby lepsza. Samo szczęście! Po drugim zabiegu zaczęły pojawiać się jakieś niepokojące objawy. Często po trzech, czterech krokach musiałam się zatrzymywać, żeby złapać oddech, bo zaczynałam ziajać, jak zgoniony pies. W końcu doszło do tego, że w momencie zdenerwowania (o co w codziennym zyciu nietrudno) też zaczynało mnie przytykać. Szczerze? Wystraszyłam się, co  mnie nie zdarza się często, ale sądziłam, że wszystko się unormuje. I co? I psińco! We wtorek szłam do pracy trzydzieści pięć minut. Dla jasności, drogę tę pokonuję w normalnym tempie w ciągu niecałego kwadransa. Oprócz ziajania pojawił sie jszcze ostry ból w klatce piersiowej. Nie zawałowy, bo ten już znam (niestety), ale połączony z cierpnięciem lewej ręki i zawrotami głowy. Ups... i tym sposobem w środę znalazłam sie u mojej Pani Doktor. I co? I zaskoczenie. Moje do tej pory bardzo niskie ciśnienie teraz wariuje i potrafi skoczyć do 180. Zupełnie niespodziewanie, aczkolwiek niebezpiecznie. Kolejne leki, mierzenie ciśnienia systematycznie, dodatkowe leki na unowmowanie tegoż ciśnienia i jakieś psikadła pod język na wszelki wypadek. Czasem zastanawiam się, czy to moje serducho nie jest przemęczone nagłym dopływem zwiększonej ilości krwi? Tak na chłopski rozum, do tej pory ta krew ledwo ciurkała, a teraz po udrożnieniu wali tętnicami jakby ktoś spust na rzece otworzył. No i zatyka się cały system... tak przynajmniej mnie się wydaje. Pójdę do specjalisty, to może coś więcej mi powie. Przyjaciele twierdzą, że zbyt wcześnie chciałam wrócić do pracy, że przeceniłam swoje siły. Być może, w jakimś stopniu mają rację. Moja Pani Sąsiadka (dzięki za Nią niebiosom!) często stawia mnie do pionu, czym czasami mnie mocno wkurza. Wdzięczna jestem za pomoc i troskę, ale częste słuchanie uwag typu „dziewczyno, nie szalej”... może człowieka wyprowadzić z równowagi. No bo co znaczy „nie szaleć”? Skoro  ja nie mam siły przejść kilku kroków bez zadyszki, o wejściu na moje piekielne czwarte piętro nawet nie wspominając, to gdzie tu miejsce na szaleństwo? Nie szalej czyli co? Nie żyj? Nie chodź? Nie zawiązuj butów, bo to też męczące? I tak wiele spraw sobie odpuściłam. Remont stanął w miejscu i końca nie widać. Przecież nie wejdę na drabinę i nie zacznę malować sufitów! Pewnie po dwóch machnięciach pędzlem zleciałabym z tej drabiny na mój biedny głupi łeb! A tu Wiosna rozpanoszyła się na dobre. Zmęczone zimnem roślinki na wyścigi wyłażą spod zeszłorocznych liści (i śmieci, niestety też, co ma zresztą swoje dobre strony, bo zasłoni ten cały brud). Dzień długi już się zrobił i poranne przebudzenie jakby radośniejsze. Zielone opanowalo świat. Jest dobrze, Najmilsi Tubywalcy, co nie znaczy, że nie mogłoby być lepiej. Prawda? I tym energetycznym akcentem, pa, pa.

 

 

Oczywiście, ten blog nie byłby moim blogiem, gdybym nie zostawiła kilku zdjęć... tym razem Wiosna! Jakie zaskoczenie, prawda?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A na zakończenie (teraz już na pewno), bo przecież nie mogłoby być inaczej (chłopaki zaglądają mi przez ramię i trącają moją dłoń ostrzegwczo łapkami!) kilka ich portrecików. Wraz z dedykacją wiosenną dla PT Czytelników... warto czasami przyjmować życie na koci sposób. Wystarczy znaleźć odpowiednio dużą słoneczną plamę!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PS Rudencjusz pozdrawia wszystkich swoich wiernych fanów (a właściwie fanki, ma się ten urok osobisty, co?). Diesel macha na to łapą...

 

 

PS2 Przepis na kropelkowe zdjęcia kwiatków... wystarczy mieć:

a) parapet

b) Słońce

c) zraszacz

d) kwiaaaaaaaaaaaatkiiiiiiiiiiiiiiiiii

 

No to pa!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Coś...

wtorek, 09 kwietnia 2013 6:43

 

... mi się wydaje, że wreszcie nastąpi to właściwe wiosenne przesilenie. No cóż... lepiej późno niż wcale. Wprawdzie śnieg jeszcze zalega na trawnikach, wprawdzie lód chrzęści pod butami, gdy rano idę do pracy, wprawdzie szadź skrzy sie na fałązkach, ale różowo złoty świt wprawia mnie w prawie euforyczny nastrój. Jest lepiej! Ptaki wariują szukając swoich drugich połówek, wieczorami na drzewa rosnące przy moim balkonie zlatują się chmary szpaczków. Niesamowite, mam wrażenie, że wusokie tuje ożywają, taka kotłowanina odbywa się wśród ich gałązek. Oczywiście, koty mają darmową telewizję siedząc na parapecie i obserwując latające w tę i z powrotem mięsko. Jest pięknie. Wczoraj udało mi sie sfotografować rybitwy, które przyleciały na darmową wyżerkę na skwerek. Mamy tutaj taką "dziwną" kobietę, która dokarmia gołębie. Mówię "dziwną", bo chyba nie po drodze jej z ludźmi, a bliżej do ptaków. I dokarmia gołębie niezależnie od pory roku. Taka osiedlowa święta Franciszka. Zaniedbana i zniszczona, a przecież w jakiś sposób piękna. Kiedyś o takich, jak ona mówiono, że sa to ptaki boże... więc chyba nic dziwnego, że tak się dobrze dogasuje ze swoimi skrzydlatymi pobratymcami. Ja wiem, że wielu ludzi nie znosi gołębi... bo srają (cytat!), bo po ich żerowani zostaje zniszczona i wypalona trawa, bo... nie mam teraz czasu ani ochoty na polemiki. Powiem tylko, ze człowiek w xarozumiałości swej dokonuje jakiejś dziwnej klasyfikacji zwierząt na zasadzie... to lepsze, a to gorsze. Nie lubimy srok, a lubimy wróbelki... itd. Kiedyś zasttanawiałam się nad kryteriami tego typu "rankingów" i dozłam do jakichś tam wniosków. Niestety, teraz mam troszke za mało czasu, ale wróce do tego tematu. Za dwadzieścia minut wychodze do pracy. Teraz jeszcze umieszczę jedno zdjęcie Rudencjusza. Zdjęcie, które dopiero po powiększeniu ujawniło, że Rudencjuszowi... wyrzynaja sie nowe ząbki! Gdy przyjrzycie sie dokładnie zobaczycie nowy garnitur wyrastający obok mleczaków. Dorasta mi kotecek! I tym refleksyjnym akcentem pa, pa.

 

 

 

I, zupełnie jak małe dziecko, ma problemy z jedzeniem, bo pysczek jest zaogniony i obolały. No i, zupełnie jak małe dziecko ogryza wszystko, co mu wpadnie w łapki! Ale i tak jest z niego słodziak, prawda?

 

PS. W dalszym ciągu proszę o oddawanie głosów na moje zdjęcie. I dziękuję za juz oddane. Wprawdzie nie mam szans na przeskoczenie liderów, ale przynajmniej nie jestem ostatnia w rankingu. Poza tym, zobaczymy, jak moje zdjęcie oceni Jury... Teraz znikam, bo czas do pracy... HEJ HO!

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Wszystko...

czwartek, 04 kwietnia 2013 0:18

 

... kiedyś się kończy. Święta się kończą i moje słodkie lenistwo też. Jutro o poranku obudzę się, wstanę i pójdę do pracy. Po trzech miesiącach. Szczerze? W tej chwili martwię się jedynie, że mogę zaspać. To dopiero byłby numer....

 

Ależ dzisiaj był dzień! Nie zaspałam (na szczęście). Gorzej, że rano dopadł mnie atak paniki! Serio! Już nie pamiętam, kiedy czułam się az tak źle. Mdliło mnie, miałam zawroty głowy i cierpła mi lewa ręka. Zdawalam sobie sprawę, że to dzieje się w mojej głowie, więc musiałam nabrać głęboko powietrze i postarać się opanować. Na szczęście po dłuższej chwili wszystko się uspokoiło i mogłam przygotować się do wyjścia. Na dworze była piękna mgła, więc oczywiście wykorzystałam okazję, żeby wreszcie zrobić trochę zimowych zdjęć. A tak na marginesie, to pomyślałam sobie, że zima miała na względzie fakt, że podczas choroby nie mogłabym zrobić ciekawych zdjęć, więc postanowiła na mnie zaczekać. To taki zart, ale... coś w tym jest! Zabawne, Święta zamiast przynieść nam zieloność traw i świeżych pąków na drzewach postanowiły zabawić się w białe Święta. Na dodatek, telewizja uraczyła nas nieśmiertelnym „bożonarodzeniowym” hitem. Pewnie wszyscy pamiętają moment, gdy na lotnisku rodzina orientuje się, że nie ma Kevina.. i ten krzyk mamusi „KEVIIIIIIN”... powiem szczerze, że wrzasnęłam razem z nią...bo Kevin znów spędził Święta w Nowym Jorku. Zastanawiające, skąd oni (ci od telewizji) wiedzieli, że ten „hicior” tak się wpasuje w świąteczną aurę? Na dworze est pięknie. Po porannej mgle gęstej jak mleko nagle pojawiło się Słońce i rozświetliło świat... zrobiło się jakoś tak... radośnie. Resztki mgły osiadły na gałązkach, na suchych badylkach, na każdym przedmiocie i zmieniły się w świetliste kryształki. Istna feeria światła. Przestałam ostatnio mówić, że jest pięknie, bo niektórzy patrzą na mnie jak na wariatkę. Bo przecież śnieg, bo wiatr, bo mróz, bo... co w tym pięknego? A ja wielbię każdy moment, bo równie dobrze mogło się zdarzyć, że nie doczekałabym tej wiosennej zimy.   Więc cieszę się, jak głupia patrząc na otaczające mnie piękno. I tyle... aż tyle!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Uśmiecham się też od ucha do ucha patrząc na koty kłapiące paszczękami na widok spadających za szybą płatków śniegu. A właśnie, co do kotów. Dzisiaj Diesla ogarnęło wiosenne szaleństwo i znów usiłował zgwałcić Rudiego. Oczywiście malec (nie taki znów mały, bo rośnie jak na drożdżach!)  odpierał dzielnie ataki. Walka z przedpokoju przeniosła sie na kuchenne szafki i... wielki brzdęk! Kociska zrzuciły z kuchenki patelnię i spory garnek (na szczęście puste). Huk był niesamowity. Rudencjusz czmychnął pod łóżko, a Diesel skamieniał z przerażenia. Wpadłam do kuchni i zastopował mnie w drzwiach wzrok Diesla. W jego oczach był dziki strach. Chciałam go uspokoić i... ugryzł mnie, skubany, w łydkę. Na szczęście byłam w  spodniach, jednak lekko mnie zranił. Dobrze, że przez materiał, bo kocie zęby powodują trudno gojące się rany.  Nie byłam na niego zła, po prostu śmiertelnie sie wystraszył. Nie powiem, ja również przeżyłam chwilę grozy, bo huk był potężny. Pomijając skutki uboczne w postaci zranionej łydki kociska są dla mnie nieustannym źródłem radości. Szczególnie gdy patrzę na ich uśpione futrzaste ciałka, takie łagodne i grzeczne. Kto by pomyślał, że takie z nich niegrzeczniuchy. Teraz zgodnie turlają się na moim nowym puchatym dywanie... ciekawe jak długo potrwa ten rozejm. Znając ich charakterki jakieś... pięć sekund?

 

 

 Tyle mięska....

 

 Rudencjusz zasupłany...

 

 ... ale skoro tak lubi...

 

 Całkiem dorosły kot!

 

 Diesel i kurczaczek (sztuczny, rzecz jasna)    :)

 

 Z kurczaczkiem im do twarzy :)

 

 No, dawaj kurczaka!

 

 Bohater jest zmęczony!

 

 

Opowiem Wam teraz, Najmilsi Tubywalcy o ciekawym wydarzeniu. Otóż, w sobotę byłam w OBI, bo musiałam kupić złotą farbę do mebli. Przy okazji wstapiłam do działu ogrodniczego. Chciałam kupić jakieś kwiaty, żeby zrobić kolejne „kropelkowe” zdjęcia. Zaczęłam oglądać jakieś tymianki, rozmaryny i inne lawendy, gdy nagle na jednej roślince ujrzałam... szmaragdowego żuczka.  Przyznam się, tak po cichutku, że dyskretnie ułamałam gałązkę rozmarynu z siedzącym na niej żuczkiem, zawinęłam delikatnie w chusteczkę i schowałam do kieszeni. Po powrocie do domu umieściłam żuczka na wrzosie, który mam w doniczce i... oczywiście zrobiłam mu prysznic. Na szczęście było piękne światło, więc żuczek lśnił jak najpiękniejszy klejnocik. Zrobiłam kilkadziesiąt zdjęć, gdy zorientowałam się, że.... nie włożyłam do aparatu karty pamięci! Zemsta żuczka?  Jeśli nawet, to biedny nie wiedział z kim zadziera. Włożyłam kartę, pokropiłam żuczka i sesja zaczęła się od nowa. Jak wyszło? Możecie się przekonać, bo kilka żuczkowych zdjęć teraz umieszczę. W każdym razie, żuczek mieszka sobie między gałazkami kwiatka i czeka na wiosnę, bo zamierzam go wówczas wypuścić na swobodę. Niech żyje i się rozmnaża, bo jest prześliczny!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A teraz, tak na zakończenie,  zamierzam załatwić prywatną sprawę. Otóż na stronie, której adres tutaj umieszczam, znajduje sie moje zdjęcie. Jeśli Wam się podoba, można na nie oddawać głosy. Głosować można raz dziennie, tyle, że wcześniej trzeba się zalogować. Jeśli więc będziecie mieli ochotę i chwilę wolnego czasu, to serdecznie proszę o głosy. I tym, pełnym nadziei akcentem, pa, pa.

 

 

 

 

http://www.fotokonkurs2013.pwik-dabrowa.pl/ 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  0  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557661

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości