Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 811 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Obiecanego...

sobota, 26 kwietnia 2014 17:14

 

... ciągu dalszego ciąg dalszy czyli... łebski weekend – odsłona druga.  Po sobotnich wrażeniach wróciłam na moją kwaterę, włączyłam telewizor i... padłam nieprzytomna ze zmęczenia. Nie zapomniałam jednak o nastawieniu budzenia na piątą rano, no bo wicie-rozumicie... wschód Słońca nad morzem, złota plaża, różowe refleksy na błękitnych falach, krzyk budzących się mew i podobne klimaty. Zatem postanowiłam szybko spać, żeby jeszcze szybciej wstać.  Nie udało się z zachodem Słońca, bo nadciągnęły jakieś chmury, o mgle nawet nie wspominając, to wschód wynagrodzi mi wszystko.  W środku nocy obudziło mnie przeraźliwe zimno – okazało się, że kaloryfer też jest zimny! Na szczęście, w pokoju miałam drugą kołdrę i zapasowy koc. Opatuliłam się więc szczelnie i zasnęłam ponownie. Obudziła mnie dziarska muzyczka z mojego telefonu. Zerwałam się radosna (no cóż, troszkę koloryzuję!), w każdym razie zlazłam z łóżka, wyjrzałam przez okno... pik pik pik... leje! No, mówię Wam, Tubywalcy Najmilsi, leje jak z cebra, albo innej konewki! Komuś tam, na górze coś się pomerdało!  Popatrzyłam na mokrą szarość za oknem i... wsunęłam się w jeszcze ciepłą pościel. Tym razem pod jedną kołdrę, bo kaloryfer, z przyczyn mi nieznanych, znów zaczął grzać. Kolejne przebudzenie, tym razem koło dziewiątej, szybkie spojrzenie przez okno... nadal mokro, ale już nie pada. Ufffff... z nową energią i nowym zapałem chwytam za torbę i wybiegam na ulicę.  Puściutko! Dziarsko pomaszerowałam na plażę. Pięknie, pusto, gdzieniegdzie ludzkie sylwetki za welonem z mgieł. Za to wieje niesamowicie.  Pierwsze skojarzenie? Śnieżna zamieć gdzieś na pustkowiu.  Robię zdjęcia... z wiatrem, bo pod wiatr jest to zupełnie niemożliwe.

 

 

DSC02608.JPG

 

 

DSC00450.JPG

 

 

DSC00418.JPG

 

 

DSC00394.JPG

 

Zaczyna padać deszcz. Już po chwili mam kompletnie przemoczone spodnie z tyłu. Kurtka chroni mnie do kolan... wszystko, co poniżej jest zupełnie mokre. Wiatr kręci strugami deszczu i zalewa mi twarz. Mam dość! Kieruję się w stronę portu.  Porywy są tak silne, że przezornie trzymam się z dala od nabrzeża, żeby nagły podmuch nie strącił mnie do portowego kanału.  Mijam przycumowane kutry, jednostki straży przybrzeżnej i ratownictwa morskiego.  O, rejestruję znajome imiona... uśmiecham się do siebie, jakbym zobaczyła przyjazne twarze.

 

 

DSC00150.JPG

 

 

DSC00316.JPG

 

 

I prześliczny znaczek na jednym z kutrów. Aż się roześmiałam głośno, gdy wyobraziłam sobie, jak malkontentów szyper za burtę wyrzuca... dopiero ryby miałyby używanie, prawda?

 

 

DSC02793.JPG

 

 

W końcu docieram do wielkich stylowych żaglowców, pięknych i kolorowych. Och, to oczywiście są jednostki motorowe służące do przewozu turystów, ale całkiem dobrze udają pirackie okręty.  Na wysokich masztach, wśród olinowania dostrzegam jakiś ruch... no tak, ostatnie porządki przed sezonem.  Wiem doskonale, że to nie są prawdziwe żaglowce, ale i tak wywierają magiczne wrażenie. Jak Golden Hind czyli Złota Łania, okręt Francisa Drake’a – zacumowany w starym doku przy Tamizie... wciąż pamiętający stare morskie opowieści.  Idę sobie powolutku i... znów pojawia się Słońce, a ja zrzucam z siebie kolejne warstwy ubrań... dość, bo zacznę gorszyć nielicznych przechodniów.

 

 

DSC02828.JPG

 

 

DSC02664.JPG

 

 

DSC02663.JPG

 

 

DSC00159.JPG

 

 

DSC00158.JPG

 

 

DSC00153.JPG

 

 

DSC00155.JPG

 

I tak dochodzę do głównej ulicy Łeby. W mgnieniu oka robi się upalnie. Wręcz czuję, jak wysychają mi spodnie i buty!  Z każdą minutą chmur jest coraz mniej. Na szczęście. Siadam na ławeczce i wystawiam twarz do Słońca, muszę chwilę odpocząć, zresztą mój żołądek jakoś dziwnie zaczyna mi przypominać o swojej obecności.  Zjadam coś „na szybko” i jestem gotowa do dalszej wędrówki.  Powolutku człapię sobie po deptaku i oglądam urokliwe domki.  Przed sobą widzę ciekawy i jakże uroczy pomnik. Granitowa ławeczka, a na niej dwa pieski z brązu. Interesujące.  Pamięci Danusi Hryniewicz... dopiero w domu przeczytałam, że ta Pani była doktorem weterynarii i miłośniczką rasy polskich owczarków nizinnych, a także przyczyniła się do odtworzenia tej rasy. Piękny pomnik ku pamięci pięknego Człowieka.

 

 

DSC02666.JPG

 

 

DSC02770.JPG

 

 

DSC02771.JPG

 

 

DSC02772.JPG

 

 

DSC02774.JPG

 

 

DSC02776.JPG

 

 

DSC02667.JPG

 

 

DSC02668.JPG

 

Idę dalej, aż dochodzę do zabytkowego kościółka. To Niedziela Palmowa. Wierni z palemkami w rękach idą na mszę. Wchodzę do środka i dyskretnie robię zdjęcia. Chętnie obejrzałabym sobie wszystko dokładniej, ale to nie ten czas.  Nie chcę zakłócać ludziom spokoju. Fotografuję jedynie przepięknego (chyba barokowego) anioła fruwającego pod sufitem (przepraszam, że zdjęcie nieostre),  a także piękny korab płynący w przestrzeni... ponieważ tubylcy zaczynają mi się podejrzliwie przyglądać, wychodzę.  

 

 

DSC02782.JPG

 

 

DSC02783.JPG

 

 

DSC02784.JPG

 

 

Wracam na moją kwaterę. Jeszcze po drodze natykam się na zamieszkałe bocianie gniazdo. Pan bociek stoi czujnie na straży swojej partnerki, która chyba wysiaduje jajka, bo tylko jej dziób widać. Piękna para. Czas się jednak spakować, chociaż mam jeszcze dużo czasu do autobusu do Lęborka.

 

 

DSC00298.JPG

 

Już spakowana ruszam w kierunku dzikiej plaży.   Po drodze mijam kolejowe wagony mieszkalne. Pamiętam, gdy byłam dzieckiem bardzo zazdrościłam ludziom, którzy spędzali w nich wczasy. Ośrodek wypoczynkowy czy szkoła, w której były kolonie wydawały mi się takie banalne. Wagon kolejowy... o, to było coś!

 

 

DSC02670.JPG

 

 

Słońce grzeje niesamowicie, jest pięknie. Idę przez rozświetlony słonecznym blaskiem las... tu i ówdzie widzę ostrzeżenia przed żmijami i kleszczami. No cóż, zamiast rozglądać się za ptakami patrzę uważnie pod nogi. Na piaszczystych ścieżkach mogą się wygrzewać żmije, a ja wolałabym  się nie natknąć na którąś z nich. Na dodatek wkurzoną. Na szczęście, wszystkie żmije popełzły sobie w inne miejsca. Idę sobie powoli rozglądając się uważnie. Nagle słyszę znajomy stukot. Dzięcioł. To już kolejny, bo wczoraj też jednego spotkałam. Usiłuje wzrokiem przebić cieniste splątane gałęzie na szczycie drzew. Jest! Wyostrzam obraz. Dzięcioł w drzewo stukał... a dziewczę nie płakałooooooo... parafrazując tekst piosenki Maryli Rodowicz sprzed lat... no cóż, nieważne ilu! W końcu mu się znudziło, no bo ileż można stukać – można się nabawić bólu głowy! Tak się zastanawiam, jakbym się czuła, gdybym tak waliła głową w ścianę... jakiś koszmar!   Łepetynka dzięcioła jest specjalnie skonstruowana, żeby ptaszydło nie nabawiło się wstrząsu mózgu. Okazuje się, że mózg wypełnia szczelnie czaszkę, czyli nie ma ryzyka, że pod wpływem uderzeń mózg będzie się obijał o ścianki czaszki powodując wstrząs mózgu, jak to ma miejsce w przypadku urazów u ludzi. Natura jednak jest niesamowita. Wszystko ma swój sens i logikę, chociaż czasami sobie z tego nie zdajemy sprawy.  Postałam jeszcze chwilę, pooddychałam żywicznym zapachem, jedynym w swoim rodzaju  i potruchtałam na plażę.

 

 

DSC02852.JPG

 

 

DSC02850.JPG

 

 

DSC02714.JPG

 

 

DSC00253.JPG

 

 

DSC00247.JPG

 

 

DSC00244.JPG

 

 

 Ależ wieje! Gdzieś w oddali widzę dwie czasze... dwóch śmiałków na deskach ze spadochronami  pokonuje fale. Podziwiam chociaż nie zazdroszczę.  Dzisiaj na plaży znacznie więcej ludzi niż wczoraj. Rozglądam się uważnie, ale nie widzę nigdzie moich wczorajszych „znajomych”. I całe szczęście. Robię zdjęcia... szczególnie interesujący efekt stwarzają fale rozbijające się z hukiem o betonowe ostrogi. Wśród rozbryzgów piany uwijają się morskie ptaki, pewnie fale zaganiają im ryby. Jest nieprawdopodobnie pięknie. Wzdłuż brzegu w kierunku kanału przemieszcza się jakiś samotny biegacz.  Robię mu zdjęcie, gdy już jest daleko ode mnie. O rany! Faaaajny jest! Ale cóż...

 

 

DSC00461.JPG

 

 

DSC00463.JPG

 

 

DSC02885.JPG

 

 

DSC02898.JPG

 

 

DSC02877.JPG

 

 

DSC02875.JPG

 

 

DSC02858.JPG

 

 

DSC00562.JPG

 

 

DSC00544.JPG

 

 

DSC00486.JPG

 

 

DSC00484.JPG

 

 

DSC00475.JPG

 

 

DSC00465.JPG

 

Ponieważ wiatr się wzmaga, a piasek plus lustrzanka to nie najlepszy duet postanawiam już wracać. Smutno mi, bo nie wiem kiedy, i czy w ogóle jeszcze tu wrócę.  Sprawdzam czas... o rany, muszę się spieszyć! Maszeruję szybko w kierunku dworca. Z daleka widzę pekaes, panie kierowco, tylko mi nie odjedź!!! Ufffffffff... wsiadam do pojazdu, a pan kierowca odpala silnik. Czuję się, jak w taksówce. Cały autobus dla mnie.  Po drodze wsiada zaledwie kilka osób. Docieram do Lęborka. Mam zaledwie kwadrans do odjazdu pociągu do Gdyni, więc na zwiedzanie nie ma czasu, a szkoda. Coraz bardziej bolą mnie plecy. Kurczę... jeszcze mi tego brakowało. Siedzę w przedziale razem z miłą panią jadącą do Gdyni z Poznania. Troszkę rozmawiamy... uwielbiam podróże pociągiem i spotkania z przypadkowymi ludźmi.  To niesamowite, jak czasami rodzi się więź. W ten sposób poznałam trzy osoby, z którymi do tej pory utrzymuję kontakty. A zaczęło się od zwyczajnej podróży pociągiem. Wreszcie Gdynia.  Wysiadam i prostuję się z ulgą. Wręcz czuję, jak skrzypi mi kręgosłup... starość nie radość! Mam trzy godziny do pociągu, który zawiezie mnie do domu, czas więc na Gdynię.  Piękne miasto. Zabytkowe budynki sąsiadują z nowoczesną zabudową. Tak dochodzę do nabrzeża, gdzie stoją przycumowane jednostki. Jest ORP „Błyskawica” – szary, masywny i wciąż sprawiający groźne wrażenie  i „Dar Pomorza” – smukły, elegancki i ogromny. Usiłuję go sfotografować w całości... to trudne, ale nie niemożliwe.  Jeszcze piękne i eleganckie wycieczkowe katamarany, i kolejny żaglowiec, tym razem replika pirackiego okrętu. Kojarzy mi się z „Piratami z Karaibów”, przypatruję się uważnie, ale w żadnym z bulajów nie ukazuje się twarz kapitana Jacka Sparrowa, jaka szkoda.

 

 

DSC00596.JPG

 

 

DSC00597.JPG

 

 

DSC00598.JPG

 

 

DSC00599.JPG

 

 

DSC00600.JPG

 

 

DSC00603.JPG

 

 

DSC00609.JPG

 

 

DSC00607.JPG

 

 

Idę na nabrzeże pod pomnik Józefa Conrada... piękny pomnik tylko dlaczego jest postawiony tyłem do morza?  Przecież to pomnik człowieka, który o morzu wiedział wszystko, który napisał najpiękniejsze marynistyczne powieści. Trochę mnie to dziwi, ale cóż, nie wiem, jaki był zamysł twórców.  Obok pomnik „Żagle” albo inaczej Pomnik Pamięci Żeglarzy – piękny i smukły, jak omasztowanie okrętu. Wzruszający.

 

 

DSC00632.JPG

 

 

DSC00631.JPG

 

 

DSC00620.JPG

 

 

DSC00612.JPG

 

 

DSC00619.JPG

 

 

Słońce zachodzi powoli, robi się chłodno, a mój kręgosłup wrzeszczy z bólu. Wracam przez piękną marinę. O raju... jakie piękne jednostki. Od małych łodzi po duże pełnomorskie  motorowe jachty. Nie, nie zazdroszczę ludziom ich majątków, jedyne czego zazdroszczę, to możliwości, jakie te majątki stwarzają. I tych podróży po dalekich morzach. I tych widoków, i wrażeń, jakie stają się ich udziałem. No cóż, czas wracać.

 

 

DSC00635.JPG

 

 

DSC00655.JPG

 

 

DSC00658.JPG

 

Po drodze wstępuję do apteki i kupuję tabletki przeciwbólowe. Połykam dwie na raz, może przestanie boleć ten cholerny kręgosłup?  Do odjazdu pociągu jeszcze półtorej godziny. O rany, ja chcę już do domu, a przede mną cała noc w pociągu.... i to by było na tyle, Tubywalcy Najmilsi!  Ja wiem, że może to zbyt mało, ale postaram się jeszcze coś dopowiedzieć następnym razem, a teraz już pa, pa.


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Koszmar...

piątek, 18 kwietnia 2014 1:23

 

... bólu pleców to niewielka cena za radość, jaką sprawiła mi ostatnia wyprawa nad morze.  Wczoraj wylądowałam u mojej Pani Doktor, która mnie zbadała i przepisała furę leków odpowiednich dla „pacjentów kardiologicznych”. Siedzę zatem w domu i leniuchuję, bo i niewiele mogę teraz robić. Właściwie nie czuję bólu jedynie kiedy leżę, a i to nie w każdej pozycji. Ale dość o tym, w końcu dorabiałam się tej sytuacji przez całe życie, kiedy to miałam w nosie uwagi typu „wyprostuj się”, „nie garb się”, nie mówiąc już o noszeniu ciężkich toreb na jednym ramieniu, w moim przypadku na prawym.  Ale, jak powiedziałam, dość o tym, wracam pamięcią do ostatniego piątku. Czyli... notatki z podróży czas zacząć.

 

Wczesnym wieczorem wyszłam z domu ze spakowanym sprzętem, z mocnym postanowieniem, że wrócę dopiero w poniedziałek.  Dotarłam do Katowic. Było przenikliwie zimno, ciemno i paskudnie. Na dodatek okazało się, że na tzw. dworcu autobusowym tzw. poczekalnia jest czynna jedynie do godziny osiemnastej.  Tym samym nie miałam możliwości kupienia biletu, o schronieniu przed wiatrem nawet nie wspominając.  Za to miałam okazję pozawierać mnóstwo przelotnych znajomości z towarzyszami niedoli, z których znaczna część zaopatrzona była w bilety kupione przez internet. Cóż, nie pomyślałam o tym, gooopia misia. Mogłam mieć jedynie nadzieję, że autokar jadący na trasie Zakopane – Ustka będzie miał jakieś wolne miejsce i uda mi się nim pojechać.  W końcu o 20:40 zasiadłam w wygodnym fotelu i... wreszcie poczułam radość z podróży.  Podróż minęła niespodziewanie szybko częściowo przespana i o 6:45 byłam w Słupsku. Ponieważ do odjazdu pekaesu do Łeby miałam ponad dwie godziny, a nigdy nie byłam w Słupsku, postanowiłam sobie troszkę połazić. Śliczne miasto, czyściutkie, zadbane, z urokliwymi kamienicami i ciekawymi budowlami.  Zaskoczenie? Tuż obok Ratusza dwie czerwone londyńskie budki telefoniczne. Dość surrealistyczny widok. Niemniej sympatyczny. 

 

 

DSC02482.JPG

 

 

DSC02487.JPG

 

 

DSC02492.JPG

 

 

DSC02508.JPG

 

 

DSC02527.JPG

 

 

DSC02537.JPG

 

 

DSC02546.JPG

 

 

DSC02559.JPG

 

 

Po drodze minęłam piękną, chyba klasycystyczną kamienicę, na której zamontowano tablicę z dość niespodziewanym napisem.

 

 

DSC02521.JPG

 

 

DSC02520.JPG

 

 

Nasyciwszy się Słupskiem w końcu wsiadłam do autobusu i tak dojechałam do Łeby. Nie byłam tu... trzydzieści siedem lat! Nieprawdopodobne!  Dworzec wciąż stoi, chociaż pociągi chyba już tu nie przyjeżdżają. A może w sezonie... nie wiem.  Kiedyś przyjeżdżały tu lokomotywy, bo nie było jeszcze trakcji elektrycznej. Tutaj kończyły się tory... dalej tylko morze.  Teraz dworcowe budynki były zamknięte na głucho, tylko na kominie dwie mewy pracowały nad zachowaniem gatunku.  Nieopodal zobaczyłam starą wieżę ciśnień. Na sprzedaż. Pomyślałam, że gdybym nagle zdobyła pieniądze, to byłby mój pierwszy zakup. Nie wiem dlaczego, ale wieże ciśnień od zawsze mnie fascynowały. Niezwykłe budowle, prawda?

 

 

DSC02781.JPG

 

 

DSC02830.JPG

 

 

DSC02584.JPG

 

 

DSC02832.JPG

 

 

DSC02780.JPG

 

 

Szłam sobie dalej, w powietrzu wrzeszczały mewy, a ja chłonęłam wrażenia... niepowtarzalny, słony zapach powietrza, stare kaszebskie checze, budynek poczty, most nad rzeką Łebą, kutry i... kino „Rybak”! Poczułam się, jakby czas się cofnął. Och, dużo się zmieniło, ale wiele pozostało bez zmian. I to jest pocieszające. Znalazłam przyjemną kwaterę tuż przy rynku, troszkę się odświeżyłam i wyruszyłam nad morze.  Mijałam jeszcze pozamykane lodziarnie, sklepiki z pamiątkami i smażalnie ryb... w wielu trwała nerwowa krzątanina.  Zbliżające się Święta i majowy długi weekend to czas otwarcia sezonu. W końcu doszłam do miejsca, skąd otworzył się przede mną widok na Bałtyk... we mgle! Niesamowite wrażenie. Za plecami miałam Słońce, a tutaj wilgotna mgła osiadająca na igłach sosen, na pajęczynach i na moich włosach.  Tylko czasem zza gęstego woalu wynurzały się nieliczne sylwetki spacerowiczów.  Mewy obsiadły falochrony, od czasu do czasu podrywając się do góry z krzykiem, gdy jakaś większa fala uderzyła w ich kuperki. Ujrzałam nawet jednego kormorana... znów „londyński” widok,  bo tam tych ptaszydeł nad Tamizą krąży zatrzęsienie. Usiadłam sobie na powykręcanym korzeniu i chłonęłam te widoki oddychając głęboko. I ta wszechogarniająca radość, że tu jestem.

 

 

DSC00021.JPG

 

 

DSC00022.JPG

 

 

DSC00030.JPG

 

 

DSC00044.JPG

 

 

DSC00048.JPG

 

 

DSC00056.JPG

 

 

DSC00088.JPG

 

 

DSC00089.JPG

 

 

DSC00291.JPG

 

 

DSC00358.JPG

 

 

DSC00376.JPG

 

 

DSC00410.JPG

 

 

Ruszyłam w kierunku portu. Wiało jak siedem nieszczęść. Na szczęście miałam kaptur i żółciutką jak kurczaczek nieprzemakalną kurtkę.  Jedynie palce mi grabiały i trudno było utrzymać aparat. Ale to już znacie, Najmilsi Tubywalcy.  Mijałam kolorowe kutry noszące ślady dalekich morskich wędrówek, na wietrze łopotały bandery i proporczyki na bojach, leżące na nabrzeżu sterty sieci, jakieś żelastwo i wszechobecna rdza, którą spowodowała słona morska woda. Minęłam pęknięty dzwon poświęcony ludziom morza... wzruszający pomnik ludzkiej pamięci.

 

 

DSC00116.JPG

 

 

DSC00118.JPG

 

 

DSC00124.JPG

 

 

DSC00130.JPG

 

 

DSC00136.JPG

 

 

DSC00176.JPG

 

 

DSC00313.JPG

 

 

DSC00323.JPG

 

 

DSC02662.JPG

 

 

DSC02630.JPG

 

 

W oddali widać było zabudowania przetwórni rybnej, nad którą unosiły się chmary mew. I ten wszechobecny piskliwy krzyk ptaków. I zapach ryb i wilgotnego sosnowego lasu. Niepowtarzalny!  Nad kanałem zobaczyłam tłum wędkarzy. Podeszłam do jednego z nich i zapytałam, czy odbywają się tu jakieś zawody wędkarskie, albo podobne wydarzenie.   Facet popatrzył na mnie, jak na głupią (która zapewne jestem) i odpowiedział, że... śledzie przypłynęły.  Okazało się, że północny wiatr wepchnął w kanał całe ławice ryb. Raj wędkarzy. Każde zarzucenie przynęty to jedna złapana biedna rybka. Niektórzy mieli pełne wiadra. Zrobiłam trochę zdjęć,  wędkarze pięknie mi pozowali. Porozmawiałam chwilę z jedną z dwóch kobiet, które też łowiły śledzie. To jednak  w dalszym ciągu nieczęsty widok, panie z wędkami w garści.

 

 

DSC00110.JPG

 

 

DSC00329.JPG

 

 

DSC00335.JPG

 

 

DSC00337.JPG

 

 

DSC00340.JPG

 

 

DSC02806.JPG

 

 

DSC02807.JPG

 

 

Ponieważ zbliżało się południe, a ja wreszcie poczułam głód więc pomaszerowałam w kierunku głównej ulicy. Tu nastąpiły zmiany. Część ulicy zamieniono w deptak. Ładnie i czyściutko. Wprawdzie tu i ówdzie odnowione zostały jedynie fasady domków, ale nie bądźmy drobiazgowi.  Zobaczyłam otwartą smażalnię ryb. Nigdzie smażona ryba nie smakuje tak, jak nad morzem, prawda?  Tak posilona, pełna nowej energii wyruszyłam na drugą stronę kanału... ku dzikim plażom.  Szłam przez las oddychając pełną piersią, ciesząc się słonecznym blaskiem i zapachem żywicy. I wiecie co? Miałam wrażenie, jakbym była na koloniach lata temu.  Nie da się tego opisać. Wreszcie stanęłam na wysokich wydmach, a przed sobą miałam bezmiar błękitu. Mgła gdzieś się rozwiała, jedynie ostry wiatr rzucał drobniutkim piaskiem prosto w oczy. Było pusto i oprócz krzyku mew i łoskotu fal nic nie zakłócało ciszy. Żeby lepiej sfotografować kamyki i muszle położyłam się na brzuchu na ciepłym piasku.  Gdzieś daleko, w perspektywie zauważyłam dwie sylwetki... kobieta i mężczyzna, oboje z popiskującymi wykrywaczami metali. Uśmiechnęłam się do siebie, łowcy skarbów, pomyślałam i... zapomniałam o nich. Tak sobie leżałam i fotografowałam, gdy nagle jakiś cień zasłoni mi Słońce. Popatrzyłam w górę. Nade mną stał rosły „napakowany” mięśniak z kolczykami w brwiach, wygolony na łyso i niezbyt sympatyczny.  Znieruchomiałam, jak mysz pod wzrokiem węża. Mięśniak wydał z siebie głos:

- Nie życzę sobie żadnych zdjęć!

- Nie robiłam panu żadnych zdjęć!

- Nie wierzę, proszę mi natychmiast pokazać, bo inaczej sam wezmę ten aparat i wykasuję wszystko!

- Nie ma pan prawa tego ode mnie żądać!

- No to ja zaraz mogę pokazać, jakie mam prawo!

Zrozumiałam, że muszę pokazać facetowi zdjęcia, które robiłam, bo nie mam z nim szans. Wokół było pusto. Jego kobieta stała kilka kroków dalej i czułam, że gdyby doszło do rękoczynów raczej by mi nie pomogła. Skinęłam zatem ręką, żeby się pochylił i pokazałam mu na ekranie plon ostatnich kilku minut. Na zewnątrz zachowałam spokój, ale serce chciało mi się wyrwać z piersi.

- No, masz szczęście! Odwrócił się i zaczął odchodzić.

I tu się wściekłam... JA mam szczęście? Z szacunkiem, proszę, bo mógłbyś być moim synem, ale na szczęście nim nie jesteś. A gdzie słowo „przepraszam”?

- Za co mam przepraszać?

- Za co? Za to, że mnie zaczepiłeś, że mnie oskarżyłeś bez żadnych podstaw, że zmusiłeś mnie do czegoś, czego nie chciałam zrobić, bo działałeś z pozycji siły. No, ale skoro tego nie wiesz, to pewnie ja cię tego już nie nauczę! A teraz proszę stąd natychmiast odejść i nie zakłócać więcej mojego spokoju.

Odwróciłam się i kontynuowałam moje fotografowanie... kontynuowałam, to za dużo powiedziane, bo cała się trzęsłam. Wiedziałam jednak, że mimo wszystko tę rozgrywkę wygrałam. Do mnie należało ostatnie słowo. Niemniej kosztowało mnie to bardzo wiele. Poczekałam, aż odejdą,  po czym usiadłam w zacisznym grajdołku i dopiero wówczas, ukryta przed wścibskimi oczami zaczęłam płakać. Płakałam jak mała dziewczynka. Płakałam z żalu, że nie wstałam z piasku i nie dałam temu facetowi w gębę. Płakałam z bezsilności, po prostu!  Poza tym dopiero teraz zdałam sobie sprawę z zagrożenia, jakie stało się moim udziałem. Widocznie facet miał ważny powód, żeby nie chcieć być sfotografowanym. Może jest poszukiwany? Może to jakiś przestępca? Nie miałabym żadnych szans. Mógł mnie pobić, mógł zniszczyć sprzęt... Nagle całe piękno dzikiej plaży zniknęło. Pustka wokół stała się groźna i nieprzyjazna. Ruszyłam ku miastu.

 

 

DSC00585.JPG

 

 

DSC00215.JPG

 

 

DSC00193.JPG

 

 

DSC00194.JPG

 

 

DSC00189.JPG

 

 

DSC00190.JPG

 

 

Na tym na razie kończę, kolejna część opowieści i zdjęć w następnym wpisie. Teraz dobrej nocy, Najmilsi Tubywalcy, pa, pa!


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Wyruszam...

piątek, 11 kwietnia 2014 15:55

 

... nad morze. Thalassa - moja miłość i moja tęsknota. Już się nie mogę doczekać bezkresu wody i słonego wiatru na twarzy. Przede mną kilkanaście godzin podróży. Z przesiadkami - bo sobie wymyśliłam Łebę. Przez sentyment i z ciekawości, czy i jak wiele się tam zmieniło. Jako dziecko jeździłam tam na kolonie i na wczasy. A ostatni raz byłam chyba z trzydzieści siedem lat temu. Szmat czasu. Wielu z PT Czytelników nawet tak długo po świecie nie chodzi. Cóż, taka jest prawda. Najważniejsze, żeby tam dotrzeć i żeby nie padało. Chmury, wiatr, jakiś sztorm... to jest to, na co mam nadzieję. Trzymajcie kciuki, Tubywalcy Najmilsi! Oczywiście relacja pismem i obrazem będzie po powrocie. Czyli we wtorek. Teraz znikam, czas wyruszyć w podróż. Eeeeeekscytacja! Jak ja to kocham! Pa, Pa!

 

 

DSC02366.JPG


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wypalanie...

sobota, 05 kwietnia 2014 22:19

... traw to jeden z moich corocznych, wiosennych koszmarów. Co roku znajdują się idioci, którzy z sobie tylko wiadomych powodów podpalają całe połacie łąk, zagajników i trzcinowisk. Pozostają po nich poczerniałe płachty ziemi, która wcześniej kusiła radosną zielenią źdźbeł. Pozostają białe, wytrawione żarem skorupki ślimaków, odsłonięte wejścia do norek, gdzie zapewne wysoka temperatura zgładziła ich mieszkańców... myszy, nornice i inne małe gryzonie, które są nieodłączną częścią łańcucha pokarmowego czyli tzw. ekosystemu. Może jedynie krety miały większe  szanse, ponieważ ich korytarze sięgają głębiej niż mysie norki. Jeże zapewne nie miały tyle szczęścia. Podobnie jak owady i inne łąkowe żyjątka. Patrzyłam na pogorzelisko, a w nozdrza wwiercał mi się ostry zapach spalenizny. Każdy krok powodował, że od gruntu podrywał się smolisty pył osiadający na butach i nogawkach spodni. Płakać mi się chciało, gdy patrzyłam na szarość i czerń. Kurczę, czy tylko mnie to rusza? Miałam ochotę wrzeszczeć i tupać nogami (to drugie, to może raczej nie, ze względu na popiół) jak mała dziewczynka. Z żalu i bezsilności. Patrzyłam na czystą wodę, na różowo-złoty świt tak ostro kontrastujące  ze spaloną ziemią,  a pod powiekami zbierały się łzy. I już nawet nie zastanawiałam się, czy są to łzy smutku, czy może zwykła reakcja na ostry swąd pogorzeliska. Bo to przecież takie głupie, płakać nad kawałkiem łąki, nad wypalona skorupką ślimaka czy bezpańską mysią norką. Rok po roku wciąż to samo.  Znów nad zielenią unoszą się czarne dymy. Co my najlepszego robimy? Jak jest w tym sens? Podpalamy przecież nasz dom. No tak, skoro jakaś tam łąka, jakiś tam las nie są naszą własnością, mówię tu o indywidualnej własności, to znaczy, że są niczyje. Przecież nikt o zdrowych zmysłach (jak widać, nie piszę tu o wariatach!) nie podpala własnego ogródka działkowego, własnej altanki czy hamaczka, prawda?  Nikt nie rozpala ogniska na środku dywanu... przynajmniej nikogo takiego nie znam. Dlaczego więc, do jasnej Anielki są tacy, którzy podpalają nasz wspólny dom?  Dla rozrywki? W jakimś dziwnym, niepojętym szale niszczenia?

 

 

DSC01577.JPG

 

 

DSC01624.JPG

 

 

DSC01628.JPG

 

 

DSC01629.JPG

 

 

DSC01631.JPG

 

 

DSC01702.JPG

 

 

DSC08057.JPG

 

 

DSC08061.JPG

 

 

DSC08182.JPG

 

 

DSC08187.JPG

 

 

DSC08189.JPG

 

 

DSC08191.JPG

 

 

Jakiś czas temu obejrzałam niezwykły paradokumentalny film o świecie bez ludzi. Naukowcy przy pomocy magików od efektów specjalnych postanowili sprawdzić, jak wyglądałaby Ziemia, gdyby ludzie nagle zniknęli. I nieważne są powody naszego zniknięcia.  Nagle, w ułamku sekundy świat pozostawiony jest sam sobie. Niesamowite.  W wielkiej zarozumiałości swej sądzimy, że nasza myśl techniczna, że nasze osiągnięcia przetrwają.  Nie będę tu opowiadać całego filmu, o tym, jak natura będzie opanowywała kolejne bastiony cywilizacji, to trzeba zobaczyć. Jeśli nie oglądaliście, to na Youtube wystarczy wpisać „życie po zagładzie ludzi” i sprawdzić, co hipotetycznie może czekać naszą planetę.  Cóż, Ziemia przetrwa, odzyska dawny blask i zdrowie, gdy przestanie ją toczyć rak cywilizacji.  Beton skruszeje, wielkie budowle, najwyższe drapacze chmur, mosty nad cieśninami, zapory... wszystko runie porośnięte pnączami i bluszczem. Korzenie roślin rozsadzą żelbetonowe konstrukcje. Papier, na którym spisywane były ludzkie myśli zbutwieje i rozpadnie się bez śladu. Cyfrowe nośniki poddadzą się niszczycielskiemu działaniu wilgoci. Co przetrwa? Egipskie piramidy i Wielki Mur Chiński. I, być może, Mount Rushmore. Konkluzja jest taka, że natura bez nas przetrwa, natomiast my bez natury zginiemy i nawet ślad po nas nie pozostanie. Smutne, ale takie są realia. I nieważne są nasze marzenia, nasze dalekosiężne plany, jeśli nadal będziemy niszczyli świat, który nas otacza. No cóż, ja tylko tak sobie wołam na puszczy. Jak mawia stare przysłowie: Psy szczekają, karawana idzie dalej. Za rok, niestety pewnie znów umieszczę podobny wpis o wypalonych przez bezmyślne dwunożne stworzenia trawach. A tymczasem, tak dla zmiany nastroju trochę Wiosny czyli kwiatki, ptaszki, owady i inne tego typu banałki. Jak wiecie, Szanowni Tubywalcy, to jest to, co mnie napędza, żeby zwlec mdłe ciało przed świtem z łóżka i wyruszyć gdzieś w świat. Choćby ten świat był tuż za progiem domu.  Kiedyś ktoś powiedział mi, coś w tym stylu... eeee, robiłbym zdjęcia, gdybym mógł wyjechać na przykład do Afryki albo na Antarktydę... tam, to dopiero są warunki i możliwości! Cóż, pewnie nie wyjadę nigdy do Afryki, na Antarktydę też się jakoś nie wybieram. Fotografuję więc to, co mam na wyciągnięcie ręki, a przynajmniej w zasięgu obiektywu.

 

 

DSC08264.JPG

 

 

DSC08293.JPG

 

 

DSC08318.JPG

 

 

DSC08321.JPG

 

 

DSC08329.JPG

 

 

DSC08392.JPG

 

 

DSC08431.JPG

 

 

DSC08482.JPG

 

 

DSC08527.JPG

 

 

DSC08529.JPG

 

 

DSC08548.JPG

 

 

Wspomniałam wyżej o łóżku. Ostatnio nurkowałam pod nie z aparatem. Dlaczego? Otóż, w mojej kuchni dwaj panowie wiercili wielką dziurę w ścianie. A co zrobiły moje koty? Wcisnęły się pod łóżko, Rudencjusz przytulił się do Diesla i tak trwały nieruchomo, tylko oczy im ogromniały jak sówkom.  Rzeczywiście, huk, zgrzyt wiertła i wszechobecny pył mogły przerazić moje sierściuszki. Po wyjściu panów jeszcze przez kilka minut nie wychodziły z bezpiecznego schronienia. Na szczęście, takie zdarzenia nie zdarzają się często, bo inaczej moje chłopaki wciąż przeżywałyby traumę. Bo jak wytłumaczyć kotu, że nic złego się nie dzieje?

 

 

DSC02385.JPG

 

 

DSC02374.JPG

 

 

A teraz, tak zamiast kropki nad i,  mała seria porannych wiosennych impresji. To nic, że zimno, że mokro, że niewygodnie... liczy się efekt, a ten mnie zadowala. Jak sądzicie, Tubywalcy Najmilsi, udało się uchwycić nastrój wiosennego poranka? Pa, pa.

 

 

DSC08228.JPG

 

 

DSC08230.JPG

 

 

DSC08243.JPG

 

 

DSC08244.JPG

 

 

DSC08445.JPG

 

 

DSC08455.JPG

 

 

DSC08462.JPG

 

 

DSC08490.JPG

 

 

DSC08458.JPG


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Północ...

wtorek, 01 kwietnia 2014 3:02

 

... minęła cichutko i niepostrzeżenie. Jednak nie udało się zamieszczenie wpisu „przed... trudno, będzie „po”. Czasem zdarzają się przedziwne dni. Pełne niespodzianek, niespodziewanych zwrotów akcji i dramatycznych (w skali różnej) zdarzeń.  Tak było wczoraj. Tak, tak... o poniedziałku mówię, skoro godzinę temu nastał nam wtorek. Wczorajsza data była dla mnie ważna, dramatyczna i wciąż budząca smutek. Właśnie 31.  marca, dziewiętnaście lat temu zmarła moja Mama. Odeszła cicho, spokojnie, tak nie w swoim stylu niepostrzeżenie. Niewysoka, okrąglutka, jak to mówią „żywe srebro”. Pełna wigoru i skondensowanej energii. O tym, jak bardzo to  ciche odejście do Niej nie pasowało niech mówi fakt, że wiele osób, które Ją znały sądziło, iż wiadomość o Jej odejściu jest żartem... primaaprilisowym. Jej odejście było końcem mojego dzieciństwa. Wiele się wówczas zmieniło. Długo nie umiałam sobie z tym poradzić. Nie wiem zresztą, czy do tej pory się pogodziłam z Jej nieobecnością. Nagle, jakieś zdarzenie, jakiś zapach, jakiś widok sprawiają, że otwiera się furtka do magicznego ogrodu przeszłości. I napływają wspomnienia... te piękne i te bolesne. Zielone łąki dzieciństwa, gdzie pachnące kwiaty sąsiadują z chwastami tworząc różnobarwny kobierzec naszego życia. Pamiętam, jak mówiłam mojej Mamie, wierząc, że wciąż mnie słyszy,  że może odejść spokojnie, że sobie poradzę, że nie musi się o mnie martwić... kłamałam. Nigdy w życiu nie byłam tak przerażona, nigdy w życiu tak się nie bałam. Cóż, są chwile, są sprawy,  na które nie mamy wpływu, wobec których stajemy bezsilni i bezradni. Takimi momentami jest odejście naszych bliskich. No cóż, nie mamy wyjścia i musimy sobie z tym radzić... lepiej lub gorzej.  Przychodzi jednak czasem taki dzień, dzień jak wczorajszy, gdy wskazówka przechyla się na stronę „gorzej”.

 

 

W takim właśnie, dość wrednym nastroju maszerowałam w poniedziałkowy poranek do pracy. Po drodze wstąpiłam na targowisko, gdzie w poniedziałki właśnie i piątki zjawiają się drobni handlarze starzyzną, gdzie tak zwane „mydło i powidło”. Zabawne, nie wiem czy w języku angielskim istnieje odpowiednik takiego określenia, ale kiedyś usiłowałam wytłumaczyć znajomemu Anglikowi fenomen takich targowisk. Użyłam więc określenia „soap & jam”. Zrozumiał, o co mi chodzi, więc sens zdołałam przekazać.  Ale wracając do wczoraj. Szłam powolutku między straganami rozglądając się uważnie. Czego tam nie było. Stare ubrania, naczynia kuchenne i zabawki, kasety magnetowidowe i wszelkiego rozmiaru żelastwo. Zdekompletowane zastawy stołowe i książki, których stan wskazuje, że były czytane przez wiele osób. Stare lalki, którymi nikt się już nie bawi, niepotrzebne i porzucone. A obok „brylantowe” kolie, przy których Jablonex jest drogocenną biżuterią. I klipsy bez pary, i futrzane etole sąsiadujące z porcelanowymi figurkami tu i ówdzie wyszczerbionymi. Szczerze? Uwielbiam takie klimaty. Dotykam osieroconych przedmiotów szukając wśród nich perełek i okazji. Tym razem wśród nic niewartych śmieci zauważyłam kształt, który w przedziwny sposób przeniósł mnie do Domu, w zaginiony świat dzieciństwa. Mosiężna piękna kobieta wciąż spała zaplątana w swoje włosy.  Pamiętam, jak kiedyś opuszkami palców przesuwałam wzdłuż konturów jej ciała. Fascynowała mnie wówczas i zachwycała. I nic się nie zmieniło. Musiałam ja mieć. Najpierw więc zapytałam starszego pana o inne przedmioty. Nie należy od razu zaczynać od przedmiotu, na którym nam zależy. Taka gra psychologiczna. Wreszcie można zacząć negocjacje. Udało się. Stałam się bogatsza o mosiężną popielnicę ze śpiącą kobietą. Och, żaden antyk. Całkowicie współczesny odlew przedwojennego wzoru. Niemniej budzący we mnie uśpione dziecko. Wart swojej ceny. Bo czyż można wycenić wspomnienia?

 

 

Później praca,  nagle zadzwonił telefon. Kobiecy głos w słuchawce. Przedziwna, ekscytująca i niezwykła rozmowa. Nie uwierzycie, Tubywalcy Najmilsi. Zadzwoniła do mnie jedna z Czytelniczek. Zaniepokojona moim milczeniem na blogu. Nie znamy się, nie miałyśmy wcześniej kontaktu. Znalazła mnie przez google i zadzwoniła, żeby się upewnić, że wszystko ze mną w porządku. Byłam zaskoczona, poruszona i wzruszona. Że gdzieś jest Ktoś, dla Kogo jestem ważna, a moje pisanie jest dla nieznajomej osoby źródłem radości.  To niezwykłe, że akurat w tym dniu przydarzyła się taka historia. Już wiem, że w momentach załamania przypomnę sobie ten moment i świat znów stanie się piękniejszy. Bo słowa mają magiczną moc. Mogą uleczyć duszę, mogą zapaść w serce i dotknąć najczulszej struny naszych uczuć. Czysta magia. Słowo „dziękuję” to tak niewiele, ale nie znajduję żadnego innego. Dziękuję, Danuto.

 

 

A tak w ogóle, to znów ktoś mi pomieszał czas. Zmiana godziny, jak co pół roku wzbudza we mnie mieszane uczucia. Sensu w tym nie widzę, przestałam go zresztą szukać.  Dzięki temu jednak udało mi się znaleźć o świcie w Pszczynie. To jedyna taka okazja w roku. Pociąg o 6:03, więc wstać trzeba przed piątą. Według „starego” czasu to czwarta. W Pszczynie byłam o siódmej, czyli po staremu o szóstej. Wstawał dzień. W pszczyńskim parku znad kanałów i jeziorek unosiły się kłaczki mgły. Promienie słoneczne przedzierały się przez korony drzew oświetlając urokliwe mostki i czarujące bielą magnolie. Budzące się ptaki uwijały się nerwowo w poszukiwaniu budulca do swoich gniazd. Poruszałam się powoli i cichutko podpatrując i dokumentując ich życie. To niezwykły czas. To nic, że gdzieś od czasu do czasu na ścieżce pojawia się jakiś człowiek. Zbieracze puszek zaglądający do koszy na śmieci, poranni biegacze i właściciele psów. Rowerzyści i fotografowie. Na szczęście, park jest na tyle duży, że nikt za bardzo nie wchodził mi w kadr. Kolejne zdjęcia, Słońce wznosiło się wciąż wyżej i wyżej. Wiedziałam, że czasu mam z każda minuta mniej. Bo minie ta magiczna „złota godzina”.  Dodatkowym problemem jest sposób mojego fotografowania. Jakoś nie umiem się przyzwyczaić do używania statywu. Wszystkie zdjęcia robię „z ręki”. Ponieważ aparat z dużym obiektywem lekki nie jest, więc po jakimś czasie ręce zaczynają drżeć i dłużej trwa wewnętrzne wyciszenie oraz opanowanie oddechu, żeby uchwycić ostrość. Ale to detal. To cena, jaką płaci się za pasję. Czy warto? Czy wstawanie przed świtem, wędrówka przez bezludny świat, doświadczanie dotkliwego chłodu i wilgoci mają sens? Och, to pytanie retoryczne. Bo czy zastanawiamy się nad sensem oddychania? Albo codziennego spożywania posiłków. Lub snu? Dla mnie fotografia jest takim właśnie, naturalnym w gruncie rzeczy, działaniem. Jak jedzenie i oddychanie. Wiem, że dla wielu osób takie działania są bezsensowne. Ale to tylko dla ludzi, którzy nie mają żadnych pasji. Żadnych fascynacji. Czy ich życie jest mniej interesujące niż moje? Nie, nie sądzę. Po prostu jest inne. Nie oceniam ludzi, a z jakichś przyczyn ludzie oceniają mnie. Niektórzy stukają się znacząco w czoło, gdy mówię im o moich wyprawach. A niech tam, nieważne jak mówią, dobrze czy źle, byle nazwiska nie pomylili. To cytat, nie pamiętam, kto to powiedział. Może PT Czytelnicy mi podpowiedzą?

 

 

Wracając jednak do Pszczyny. Wiem, że choćbym powiedziała czy napisała milion słów, to nie zdołam przekazać magii chwili. Tutaj potrzebny jest obraz. I takie właśnie obrazy chcę Wam podarować, Tubywalcy Najmilsi. I nie jest to Prima Aprilis. Dobrze, że jesteście, bo dzięki Wam i ja jestem. Pa, pa... przedsennie.

 

 

DSC02155.JPG

 

 

DSC02158.JPG

 

 

DSC02162.JPG

 

 

DSC02165.JPG

 

 

DSC02172.JPG

 

 

DSC02179.JPG

 

 

DSC02208.JPG

 

 

DSC02211.JPG

 

 

DSC02215.JPG

 

 

DSC02249.JPG

 

 

DSC02270.JPG

 

 

DSC02274.JPG

 

 

DSC02283.JPG

 

 

Prawda, że pięknie? Jest jeszcze kilka obrazków, które chciałabym pokazać, ale to następnym razem. Dobrej nocy, pa, pa.

 


Podziel się
oceń
3
0
Tagi: Pszczyna

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 658  

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554658

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl