Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 813 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Znowu plany...

sobota, 30 maja 2009 22:14

 

... wzięły w łeb. Zamierzałam wyjechać wczoraj do Ustronia, nawet zarezerwowałam pokój, i pobyć tam do niedzieli. Trochę połazić po górkach, trochę pofocić.  Niestety, prognozy na weekend były tak pesymistyczne, ze tym razem postanowiłam zostać w domu.  Bo przecież bezsensem jest jechać w góry tylko po to, by cały czas spędzić w pokoju. Wczorajszy dzień potwierdził słuszność tego wyboru. Dzisiaj też nie zapowiadało się zbyt ciekawie. Mimo to postanowiłam wybrać się jednak nad jeziora, bo a nuż... Tyle, ze sprawdziwszy temperaturę na termometrze za oknem, ubrałam się dosyć ciepło, łącznie z kurtką ortalionową z kapturem. Gdy rano wychodziłam, padało. Doczłapałam się nad Trójkę, przestało. Na szczęście na niebie zostało trochę chmurek, żeby zdjęcia wyszły ciekawiej. Później słoneczko zaczęło grzać, aż miło no i... kurtkę w zębach niosłam. Bez sensu zupełnie.  Teraz kopiuje zdjęcia z karty pamięci na komputer. Zobaczę co z tego wyszło. A może z jedno zdjątko umieszczę pod tekstem?  Najbardziej jestem ciekawa efektu fotografowania róż po deszczu. Ozdobionych kroplami wody, napełnionych deszczem po brzegi płatków. Najwięcej czasu spędziłam na łące, ogromnej i rojnej skrzydlatymi fruwakami, pełnej brzęczenie, bzyczenia i szumu miniaturowych skrzydełek. Ponachylałam się trochę, powyginałam i... znów maleńki problem z kręgosłupem!  Uspokajam, maleńki, to znaczy trochę mnie plecki bola, a przynajmniej czuję, że je mam z tyłu.  Cholewcia, starość nie radość. Trzeba ostrzej wziąć się za ćwiczenia ukierunkowane na wzmocnienie mięśni pleców właśnie.  Cóż, plany ambitne bardzo, ale jak to  z planami, różnie bywa.  Teraz siedzę przed komputerem, piszę te notkę, jest 18:30. Tyle, że nie mam pojęcia,  czy i kiedy znajdzie się ten tekst na blogu. Bo znów mój doręczyciel Internetu robi jakieś dziwne psikusy i nie mam dostępu. Sacre bleu!

Noooo mam połączenie, muszę się więc spieszyć!

Wracając do wspomnianej wyżej łąki. Na łodydze pokrzywy (POKRZYWY!!!) siedziała sobie ważka. Siedziała, a właściwie zwisała wydłużonym tułowiem, łapkami przytrzymując sie mocno i... pozowała bez wątpienia, jak zawodowiec. No to wlazłam w te pokrzywy, co miałam robić. Dłonie swędzą i pieką mnie do tej pory, ale mam wrażenie, że było warto. Zaraz ukaże sie tutaj ten portrecik. I może jeszcze jakis motylek sie zmieści? A tak w ogóle, to przygotowuje galerię "macro" na drugi blog. Jutro, najdalej pojutrze bedzie znów coś do oglądania i mam nadzieję, komentowania na www.sliczniefotograficznie.bloog.pl   A teraz już pa, pa.











I na deser. Portret róży po burzy. Widać burza róży służy!!!



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Nagle się ochłodziło...

piątek, 29 maja 2009 0:00


... nad miastem przeszły hufce grafitowo-granatowych chmur i lunęło w dół ogromnymi kroplami deszczu. Jakby niebo pękło od nadmiaru wody. Słychać było tylko szum i nieznośny werbel kropli o blaszany parapet.  Cóż, aura bywa kapryśna, w końcu... też jest kobietą.  A ponieważ w takie pogody tęsknimy za Słońcem, więc teraz dwa słoneczne obrazki... na dobry czas, na słoneczne sny. Z obietnicą, że jutro będzie wiecej do czytania. Dobranoc, pchły na noc.. pa, pa.







Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Hulała po polu...

wtorek, 26 maja 2009 0:34

 

... piła cacao. A  poza tym zdjęciowała, zdjęciowala i...  zdjęciowała. Solo, żadnych duetów, o trójkątach (nie licząc trójnogiego statywu) nie myśląc nawet.  Podglądała  życie intymne mrówek i innych żuczków, wpatrywała się w głęboki błękit jezior,  podnosiła głowę do góry, by liczyć płynące obłoki i... zdjęciowała.  Powiedzcie proszę sami, czyż to nie nudne jest? Nudne i tyle.  Po co mi to, na co mi te dziesiątki fotografii, komu to wszystko kiedyś zostawię? I nawet nie będę mogła sobie pomyśleć, że wszystko przysypie kurz. I już.  Eeee tam, zapędzam do kątów szare smoki smutku, zbyt piękny jest świat, zbyt ciepłe słońce, zbyt chce mi się żyć (chociaż czasami bardziej wyć niż żyć!),  zbyt... no, jeszcze jakieś argumenty?  Nie ma?  Znalazł się jeszcze jeden, nic mnie nie boli, nawet dusza się zagoiła, potraktowana plastrami optymizmu. Najważniejsze, że plecki odetchnęły z ulgą, gdy kręgosłup wreszcie znalazł się w odpowiedniej (czytaj: pionowej) pozycji.  A tak było miło, gdy mnie wszyscy żałowali, wreszcie czułam się pogłaskana. Nie, żartuję, oczywiście żartuję. Teraz od kwadransa jest wtorek, sen pomruczał za moimi plecami, po czym poczłapał zrezygnowany w sobie tylko wiadomym kierunku. Noc rozwija przede mną  mroczny dywan. Diesel już dawno zrezygnował z prób ułożenia się wygodnego na moim ramieniu. Poszedł na fotel, skąd od czasu do czasu popatruje na mnie zielono i tajemniczo. Stary Zegar stanął i nie chce mu się nawet oznajmić godziny. Wszyscy normalni ludzie już dawno śpią. Ale ja już kiedyś oznajmiłam głośno i wyraźnie, że różne rzeczy można o mnie powiedzieć, te dobre i te złe, ale nie to, że ja normalna jestem.  Ta notka będzie krótka, bardziej w celu dania sygnału dymnego, że żyję!  A następna  będzie dłuższa i mądrzejsza... chyba. Wszystkich komentujących i przekazujących pozytywną energie pozdrawiam i całuję w poliki... wirtualnie, rzecz jasna!  I tym całuśnym akcentem, pa, pa.

 

PS.  Wszystkim Mamom świata, w tym i mnie, życzę aby były dumne ze swoich dzieci! I żeby często im to mówiły! I żeby usłyszały od nich najpiękniejsze słowa miłości! I tyle.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Jeszcze...

czwartek, 21 maja 2009 22:42

... dycham. Własnie pisze notkę, za okołło piętnaście , no dwadzieścia minut wrócę tu ponownie. A teraz prosze o jeszcze chwile cierpliwości.

Kręgosłup powoli wraca na swoje miejsce. Jeszcze momentami, jak mnie łupnie, to oddech tracę na chwilę. Ale na ogół jest nieźle. Pomagają witaminy, które łykam i  maść końska, którą sobie wcieram w obolały boczek... oj ten boczek!  A maść końska dobra jest na takie bóle bolące, szczególnie gdy jest z arniką. Zastanawiam się, co by było, gdybym stosowała ją dłużej.  Pewnie bym rżeć zaczęła jako ten koń na wiosennej łące. A właśnie, wiosenna łąka... wczoraj zupełnie niespodziewanie znalazłam się po pracy w Ustroniu. BOWN musiał tam pojechać i zabrałam się z nim, a że miałam przy sobie, przypadkiem zupełnie aparat, więc z radościa przyjęłam propozycję. No i było super!  Biegałam po zielonej trawie nad brzegiem Wisły, która w Ustroniu jest zupełnie cudownie poprzecinana progami z naniesionymi kamieniami.  I... ani raz nie zabolały mnie plecy mimo, że schylałam się pod zupełnie nieprawdopodobnymi kątami.  Pogoda była fantastyczna, na błękitnym niebie, gdzieś wysoko płynęły sobie białe obłoczki, zieleń była zielona, jak tylko możliwe jest w maju. Jednym słowem landszaft i cukierek! Trochę tej słodkości prezentuję poniżej. W podziękowaniu za wzystkie słowa otuchy i jako przeprosiny za moje ostatnie towarzyskie zaniedbania. Bedzie lepiej, bedzie mnie więcej. Taka mam nadzieję! I tym wiosennym akcentem, pa, pa.





































A na deser stokrotkowe pola, jakby to było w obcym języku?  Daisy Fields Forever... maleńki ukłon w kierunku wielbicieli The Beatles. Acha, i jeszcze jedno, woda w Wiśle jest przeraźliwie zimna! Zamoczyłam tylko jeden palec u nogi i... stchórzyłam!  A mogłam mieć takie ładne ujęcia.  Mam nadzieję, że te powyżej też nie są najgorsze. Pa, pa.







Podziel się
oceń
0
0

komentarze (14) | dodaj komentarz

Krakała, krakała, no i...

poniedziałek, 18 maja 2009 21:27

 

... wykrakała.  O sobie mówię!  Jakieś chandry, depresyjno-minorowe nastroje wywoływała, jak duchy z lasu i... przylazła jakaś zmora. Jak siadła w okolicy kręgosłupa, tak łupie po kręgach, aż miło. Komu miło, temu miło, mnie dziś rano wcale do śmiechu nie było, gdy trzeba było zwlec ciało i ustawić do pionu.  Ból był tak przeszywający, że położyłam się na małą chwilę na brzuchu, żeby jakoś dojść do siebie i złapać oddech, którego nagle mi zabrakło. Z lekka się wystraszyłam, chociaż nie należę do osób, które się zbytnio ze sobą cackają. Diesel też się zaniepokoił, bo położył się na moich plecach obolałych i rozmruczał leczniczo. Wręcz czułam delikatne wibracje sięgające gdzieś w głąb, w okolice mojego, jakże zdefasonowanego kręgosłupa. Było mi błogo i miałam wrażenie, że ból jakby zelżał... na chwilę.  Trzyma mnie do tej pory, śmiać się nie mogę, dlatego w Firmie patrzyłam na żartownisiów z obrzydzeniem wręcz, a na pewno z niesmakiem, co wywoływało jeszcze większą fale wesołości. Ja tam nikomu nie życzę źle, ale jak to mówią „nie śmiej się dziadku..." i „ten się śmieje...".   Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jakoś nie trzymam pionu. A nic nie piłam, przysięgam.  Na dodatek miałam dyżur i jakby tego było mało, ostatni petenci przyszli, przycwałowali raczej zziajani i spoceni, pięć minut przed dzwonkiem. Co było robić. Zgrzytnęłam w duchu zębami, wyszczerzyłam się w „szczerym" uśmiechu i załatwiłam niebożęta. A co,  może mi tak gdzieś, kiedyś będzie policzone, chociaż zbytnio bym na to nie liczyła. Liczyć należy tylko na siebie. Tyle, że w tym wypadku najbardziej można się... przeliczyć. Ale co tam ja opowiadam. Jezd dobże i tyle. Wrócę jeszcze na chwilę do weekendu. W sobotę rano zapakowałam sprzęt (a sporo jest do pakowania!) i potruchtałam niespiesznie do zagórskiego lasu, w celach wiadomych. Weszłam na ścieżkę wiodącą przez gęstwinę, zdążyłam się tylko rozejrzeć, gdy... spadł na mnie rój cały krwiożerczych komarzyc. Co za bestie. Wielkie i nienasycone. Ha, ależ stamtąd zwiewałam, aż się kurzyło, a piętami obijałam sobie pupę.  Wybiegłam na otwartą przestrzeń, jakoś je zgubiłam, chyba wolały trzymać się mrocznego cienia. Przechodziłam właśnie przez stare, od dawna nieczynne tory kolejowe, gdy daleko, w perspektywie ujrzałam bażanta. Niesamowite. Maszerował sobie po szynie, mądrala. No to ja łaps za aparat i... zoomem go!  Niestety, w momencie, gdy usiłowałam podejść bliżej, złośliwe ptaszysko... dało nogę w zarośla i tyle go widziałam. No, ale na zdjęciach jest!  I tak właściwie, niewiele więcej zdjęć zrobiłam przez ten weekend. Jakieś czereśnie (już słodkawe!), jakieś irysy (uwielbiam). I to by było na tyle. Dziękuję za wszystkie słowa otuchy i sympatii, za rymy i przytulenia.  Jakoś mi lżej, gdy wiem, że tyle dobrych myśli jest ze mną. Inaczej czasami bym utonęła w moich nastrojach. A tak, to trzeba wziąć się w garść i skończyć z samobiczowaniem, prawda? I tym, już coraz bardziej optymistycznym akcentem, mimo tego cholernego kręgosłupa, pa, pa. Ale ważne jest, ze kręgosłup moralny mam w porządku. I nic nie boli! Pa, pa.


















PS. Zachciało mi się pokazać moje zdjęcia w digarcie. Zapraszam na www.mgmdg.digart.pl.  Nawet się niektóre podobają, a i dowiedziałam się, że mam talent :))))))))))


PS2. Za to tutaj też coś Wam pokażę. Znalazłam to zdjęcie w moim przepastnym archiwum i stwierdziłam, że czas najwyższy, by ujrzało światło dzienne. Zabawne jest  to, że nawet nie dostałam po łbie od Białej Damy!!!.



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (20) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 717  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554717

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl