Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 074 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Wreszcie...

niedziela, 30 maja 2010 10:14

... za oknem pogoda jak malowanie... na błękitnym niebie białe chmurki... istny landszaft. Zaraz się zbieram i tuptam nad jeziora.  Wczoraj, na Dniach Dąbrowy Górniczej ogłoszono wyniki konkursu "Tajemnice wody". Niestety, o czym już wiedziałąm wcześniej, nie zdobyłam żadnej z nich. Ponoć moje zdjęcie znalazło się w gronie "zauważonych". W sumie, nie jest tragicznie, na 264 zdjęcia, chociaż miałam nadzieję. Cóż, mówi się trudno i... fotografuje dalej. A że sama się zastanawiam, po jaką jasną Anielkę ja to robię... to już mój problem... i gajowego. Mam kryzys, na przekór pięknej pogodzie,  egzystencjalny. A mówiąc po  ludzku, zagubiłam gdzieś sens własnego istnienia. Dosłownie, muszę się zmuszać, żeby funkcjonować w miarę normalnie. Ciągłe problemy przytłoczyły mnie i zdusiły radość. Och, oczywiście, że nie pokazuję skwaszonej i pomiętej twarzy, ale... Pa, pa... tym razem bez akcentów.
Może, gdy wrócę, jakiś akcent się znajdzie po drodze, żeby go tu umieścić... Pięknego dnia!!!
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Przesadziłam...

środa, 26 maja 2010 2:10

 

... no,  przesadziłam w ostatnią niedzielę.  Przyznaję to uczciwie i samokrytycznie.  Ale może od początku... Otóż, wymyśliłam sobie, że rano wybiorę się z aparatem na zielone tereny. Wsiadłam w autobus o cudownej godzinie 5:03 (tak, tak... to nie pomyłka!). Po długiej jeździe wysiadłam w końcu w Trzebiesławicach, po czym przez uśpionw wieś ruszyłam w kierunku Gródek... ptaki dopiero się budziły, psy jeszcze smacznie spały, nawet im się nie chciało zaszczekać... było cicho i sennie. Nad polami i łąkami unosiła się mgła. Miałam przeczucie, że zdjęcia się udadzą. Ruszyłam dalej przez las w kierunku Chruszczobrodu. Wyszłam na otwartą przestrzeń, gdy na polach zobaczyłam dwie sarny. To niesamowite uczucie, gdy człowiek staje oko w oko z przyrodą, a zwierzęta nie uciekają, tylko bacznie obserwują z oddali, co to dziwne stworzenie zamierza. Zrobiłam kilkanaście zdjęć nim pobiegły w sobie tylko wiadomych sprawach i zniknęły w iglastym młodniaku. Wyszłam na wzgórze skąd miałam widok na Chruszczobród we mgle podświetlonej słońcem. Było pięknie,  ptaki w zaroślach śpiewały jak zwariowane, gdzieś zza niskich drzewek nagle wyrósł łeb sarny, niestety zniknął nim zdążyłam zrobić zdjęcie. Sarna była zbyt daleko, żebym mogła „strzelić" czyste ujęcie,  dałam sobie więc spokój. Jakoś wiedziałam, że już się nie pojawi. Teren, na którym stałam jest mocno pofałdowany, pełen zarośli i młodniaków poprzedzielanych polami i łąkami. A wokół rozciągają się stare lasy. Jeśli kiedyś będziecie w okolicy...  Trochę mi zeszło, była już godzina ósma, gdy zdecydowałam się wracać. Dochodziłam już do ściany lasu, gdy nagle na otwartą przestrzeń wyszła... sarna. Stanęłam nieruchomo udając drzewo, albo słup przydrożny. Sarna ruszyła spokojnie przez łąkę ku szczytowi wzgórza, poskubując od czasu do czasu trawę i rozglądając się bacznie dookoła. Na mnie jakoś nie zwracała uwagi, co wykorzystałam skwapliwie. W końcu zniknęła za szczytem górki, ja też ruszyłam w powrotną drogę. I wszystko byłoby cacy, gdybym spokojnie poszła na  przystanek autobusowy. Ale nie, ja sobie wymyśliłam, że spacerkiem dojdę do Pogorii IV... to jakieś 14 kilometrów.   Cóż to dla mnie, prawda?  Nic bardziej mylnego... nie przewidziałam, że zacznie się upał, że troszkę pobłądzę nadkładając drogi (był moment, że wyszłam na trasę szybkiego ruchu na Warszawę i musiałam się wracać!). Kurtkę niosłam w garści, sprzęt na ramieniu ciążył coraz bardziej... nie mówiąc o nogach, które zaczęły mnie solidnie boleć. Wiedziałam, że jeśli usiądę gdzieś przy drodze to nawet wołami mnie stamtąd nie ruszą. Szłam więc dalej. W końcu... dotarłam do terenów wyrobiska piasku, a tam... chłodna woda, biały piasek, gniazda jaskółek brzegówek w wysokim piaszczystym brzegu. Wygląda to, jak ser szwajcarski, super widok, gdy krążą wokół znosząc małym tłuste robaczki i muszki. Siedziałam tak bez siły, gdy zobaczyłam parkę ptaków brodzących tuz przy brzegu. Nie wiem, jak się nazywają, widziałam je po raz pierwszy.  Udało mi się zrobić kilka niezłych ujęć. Minęło południe, gdy zdecydowałam się już stamtąd iść. Dalsza droga wcale nie była łatwa, bo po ostatnich deszczach niski las przypominał gabkę, a utwardzone dukty przypominały jeziorka. W końcu zdjęłam buty i przez kolejne kałuże przedostawałam się na bosaka, uważając, żeby nie wpaść w zdradliwe rozpadliny w piasku. Na szczęście,  w Antoniowie mieszka moja Rodzinka, zrobiłam im więc niezapowiedziany nalot (komórka padła kilka godzin wcześniej!).  W każdym razie, poratowali mnie... w kolejności: prysznic, coś do picia, coś do jedzenia i... transport do domu.  Powiem szczerze, byłam wykończona. I to na własne życzenie, nikt mnie nie zmuszał ani z batem nade mną nie stał. Niemniej... warto było. Choćby dla tego świtu i tych mgieł, spomiędzy których wyszły do mnie sarny. Warto dla zachwytów i dla ciszy wokół. Ludzie, jak ja kocham świat! I tym, egzaltowanym w gruncie rzeczy akcentem, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pisząc na początku, że przesadziłam... wcale nie przesadziłam. Nogi bolą mnie koszmarnie, jakieś zakwasy, brak treningu czy może... starość? Jasny gwint...


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Jest noc...

niedziela, 23 maja 2010 1:47


... za oknem znów pada deszcz... niebo uwzięło się na biedną ziemię, na biednych ludzi. Na szczęście dla mnie mieszkam na takim terenie, gdzie powodzie nie zagrażają. Nasze jeziora są zbiornikami retencyjnymi, na dodatek wokół nich jest cała sieć kanałów, gdzie jest odprowadzany nadmiar wody. Owszem, małe podtopienia ogródków czy lasów... wiem, sprawdziłam... ziemia jest mokra jak gąbka. Niemniej żadnego zagrożenia nie ma.  Piszę tu o tym, bo umieściłam na digarcie zdjęcie spokojnego jeziora pod chmurnym niebem i od razu znalazł się ktoś, kto zarzucił mi nieczułość na tragedię ludzką, bo tam gdzieś powodzie, a u mnie spokojne wody. Rany Julek, na szczęście przeżyłam już tyle lat, że takie stwierdzenia przyjmuję z odpowiednim dystansem. A wracając do ostatnich wydarzeń. We wtorek jechałam z rodziną do Warszawy, na pogrzeb Ani. Zaraz za miastem zobaczyliśmy koszmarny wypadek, samochód osobowy dosłownie wbił się pod TIR-a. Niewiele z niego zostało, dzień później dowiedziałam się, że trzy osoby zginęły. Wrażenie upiorne, tym bardziej, że czekała nad długa droga., warunki fatalne, ciągły deszcz, na dodatek siedziałam na tylnym siedzeniu, co dodatkowo pogłębiało moje problemy z choroba lokomocyjną. I tak dojechaliśmy do Warszawy. I tu zaskoczenie. Jeszcze przed Piasecznem przestało padać i nie padało całe popołudnie.  Na szczęście, bo ceremonia pogrzebowa w deszczu jest dodatkowo trudniejsza do przetrwania.   Jakby sama w sobie trudną nie była. Wracaliśmy z powrotem wczesnym wieczorem i... od rogatek Warszawy weszliśmy znów w ścianę deszczu. Do samego domu towarzyszył nam deszcz... w różnych stopniach natężenia, niemniej ciągły. Jechaliśmy prawie pięć godzin. Martwiliśmy się, jaka będzie sytuacja w Częstochowie, bo rano widzieliśmy niepokojące rozlewiska Warty, na szczęście udało się szczęśliwie wrócić. Byłam niesamowicie zmęczona, na dodatek było mi niedobrze, po prostu padłam nieprzytomna. W nocy przyśnił mi się dziwny sen. Śniłam, że na mojej dłoni usiadł szpak. Dotknęłam go palcem i zobaczyłam kroplę krwi. Delikatnie rozgarnęłam pióra na piersi ptaka, w jego ciałku tkwiła długa drzazga. Wyciągnęłam ją ostrożnie. Ptak zakwilił i zamknął oczy. Przeraziłam się, że go zabiłam. Zaczęłam ogrzewać go oddechem. Po chwili ptak otworzył oczy, rozprostował skrzydełka i odfrunął. Dziwny sen, rzadko pamiętam sny tak szczegółowo, a tym razem zapamiętałam nie tylko ciepło ptasiego ciałka, ale również moje uczucia. Obudziłam się, była czwarta nad ranem. Na szczęście na środę przezornie wzięłam sobie urlop. I żeby nie marnować go bezsensownie... wybrałam się z aparatem nad jeziora. Niesamowita pustka, od czasu do czasu tylko jakiś człowiek z psem, lub samotny rowerzysta. Poza tym nikogo. Nie licząc perkozów, jaskółek pikujących nad powierzchnią wody w polowaniu na owady, łabędzi i kaczek. Nad jeziorami kłębiły się chmury, ale na szczęście nie padało. Nadreptałam trochę kilometrów koło Pogorii IV, a później wracałam brzegiem Pogorii III. Właśnie fotografowałam na wpół zatopioną łódkę, gdy znów zobaczyłam jaskółki. Jedna z nich  spadała z góry i... nie wyrównała lotu tuż nad taflą jeziora tylko uderzyła mocno w wodę. Tuż przy mnie. Zobaczyłam ją leżąca nieruchomo na wodzie. Szybko zdjęłam buty i skarpetki, po czym weszłam do wody. Wzięłam w dłonie maleńkie ciałko. Jaskółka była martwa. I nic, nawet ciepło moich dłoni, mojego oddechu nie mogło jej ożywić. Było mi smutno, położyłam ptaszka w wysokich trawach, ukryłam przed światem. Gdzieś wysoko krążyły jaskółki piszcząc przeraźliwie. Czy wiedziały co się stało? Nie wiem, sprawiały wrażenie zaniepokojonych.  Wracałam i jakoś ciężko mi było na sercu. Nie sprawdził się mój sen. Znów zaczął padać deszcz. Wróciłam do domu, jakoś nie mogłam się otrząsnąć. Powie ktoś, cóż taka śmierć ptaszka znaczy w obliczu ludzkiej tragedii. Być może niewiele. A może bardzo dużo... ech, idę spać.  Jeszcze kilka zdjęć, które zrobiłam w środę. Wiem, że Tubywalcy, a przynajmniej wielu z Nich oczekuje optymistycznych i radosnych tekstów. Cóż, wcale nie jestem radosna, o optymizmie nawet nie wspominając. Smutna Gosia ostatnio ze mnie, pa, pa.











































Właśnie minęła 2:15.  Sen nie chce przyjść. W  takim razie jeszcze kilka słów. Wczoraj, tak koło południa postanowiłam wybrać się na Gołonoskie Wzgórze, żeby zrobić kilka zdjęć. Tam sa takie malownicze widoki.  No i zrobiłam... kilka. Idąc pod górę słyszałam gdzies z oddali pomruki burzy, ale sądziłam, że jest dość daleko. Oj, nie macie pojęcia, jak stamtąd zwiewałam, gdy pioruny zaczęły uderzać niebezpiecznie blisko. Lubię burzę, ale nie na odkrytym, na dodatek wyniosłym terenie. Niemniej parę ujęć się udało. Tym razem nie sfotografowałam piorunów, ale wcale nie żałuję.  Na dodatek nagła ulewa zmoczya mnie dokumentnie, nawet "nieprzemakalna" kurtka okazała się być jak najbardziej przemakalną. Dobrze, ze mam jeszcze własną skórę...  nieprzemakalną stuprocentowo. Teraz już pa, pa. No, chyba, że coś mi się jeszcze przypomni...






















Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Ależ w nocy...

piątek, 21 maja 2010 6:32

... przeszła burza. Coś niezwykłego, pioruny uderzały tak gęsto, że wręcz trudno było oddzielić jeden błysk od kolejnych.  Dawno nie widziałam czegoś podobnego. Musiałam wyłączyć cały sprzęt z sieci... bo strach! Huk był niesamowity, Diesel wcisnął się pod kołdrę i już do rana stamtąd nie wyszedł. Mądry kotecek. Też chętnie bym nie wychodziła, ale... świat woła: "wstawaj babo leniwa, czas do roboty!!!". O rany!  W tej chwili za oknem jakieś niebieskie połyskuje, umyte i śliczne.  Och, nie mam nadziei, że tak zostanie przez cały dzień, ale po wielu dniach wszechogarniającej szarości, ten widok jest pocieszający.   Na teraz to tyle, wieczorkiem postaram się napisać więcej, między innymi, dlaczego nie lubię jeździć na tylnym siedzeniu w samochodzie i jak ma się sen do rzeczywistości, czyli opowieść o rannym szczygle i martwej jaskółce. A ja zaraz wychodzę do pracy... jedynym pocieszeniem jest fakt, że ... WEEKEND SIĘ ZBLIŻA!!!!!!! Pa, pa.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Uwaga, ważny...

niedziela, 16 maja 2010 22:38


... komunikat. Właśnie przestało padać!  Na moment, takie mam wrażenie, niemniej mokre z nieba nie kapie! Pozostał natomiast porywisty, zimny wicher, który szarpie biedną brzozą za moim oknem. Cieszę się, że nie jestem na jej miejscu, bo mnie pewnie by  uniósł daleko i rzucił gdzieś jak szmacianą lalkę.  W chałupie zimno, siedzę w dresowych spodniach (dresiara, a co!), ciepłej bluzie, na stopach  ciepłe wełniane skarpety... w piątek przestali grzać!  Diesel „robi" za kaloryfer  i ogrzewa mi pracowicie kolana, dobry kotecek!  Łapka przestała wreszcie boleć, opuchlizna też zniknęła. Mam pewne podejrzenie, dlaczego tak szybko mi przeszło. Otóż, w piątek jednak wybrałam się z aparatem po południu, żeby troszkę zdjęć zrobić. Było po deszczu, powietrze rześkie i czyste, ziemia wilgotna i gliniasta, co jest ważnym szczegółem.  Chodziłam sobie w okolicach Parku Zielona i zachciało mi się sfotografować bzy, na których jeszcze wisiały deszczowe kropelki. Najpiękniejszy krzew był na maleńkiej górce, na która weszłam bez trudu. Natomiast podczas zejścia... o i  tu zaczęły się schody, a właściwie schodów tam nie było, tylko rozmiękła glinka. No i ujechały mi nogi, klapnęłam na pupę, ale zanim to zrobiłam, podparłam się odruchowo prawą ręką! O rany! Ból nadgarstka eksplodował mi w mózgu białym oślepiającym światłem.  Siedziałam tak na mokrym podłożu czując, że spodnie mi zaczynają przepuszczać wilgoć. Powoli wracał mi oddech i wzrok. Ręka przestawała pulsować bólem. Poruszyłam nią ostrożnie w lewo, w prawo, w górę i w dół. Nie bolało!  I nie boli do tej pory!!!  Istny cud. Opuchlizna też zeszła. Łapka jak nowa!  Teraz już nie będzie wytłumaczenia, że nie korzystam z komputera, bo jestem kontuzjowana.  Kurczę, nawet pochorować dłużej się nie da!  Żartuję,  rzecz jasna. Cieszę się ogromnie, bo bardzo mi to przeszkadzało w najprostszych codziennych czynnościach.  To tyle, na temat radości. Bo tak poza tym, to smutno mi bardzo. We wtorek jadę do Warszawy na pogrzeb żony mojego ciotecznego brata. Smutna uroczystość, smutny maj. Ania odeszła tak po cichu, tak bez sensu. Każde odejście jest przepełnione smutkiem, a jeśli odchodzi jeszcze młoda osoba, pełna radości i energii...  Cóż, są sprawy, są rzeczy, na które wpływu nie mamy, których nie ogarniamy rozumem, sercem, duszą. W takich chwilach człowiek zatrzymuje się na moment, jakby zdając sobie sprawę z własnej śmiertelności, z kruchości ludzkiej egzystencji. Cóż, powie ktoś, taka kolej rzeczy. Owszem, doskonale zdaję sobie z tego sprawę, niemniej... smutno mi. Żeby  jednak nie pozostawiać Szanownych Tubywalców w tym minorowym nastroju, pozwolę sobie umieścić kilka, pełnych słonecznego blasku i kolorów, wiosennych obrazków. Na dobry nastrój, na ten deszcz za oknem, który u mnie znów uderza w szyby, na ten maj, zimny i mokry, na dobrą noc. I tym kolorowym akcentem, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  558 715  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 558715

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl