Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 470 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


I znów...

sobota, 28 maja 2011 21:55

 

... sprawdziła się reguła, że w czasie Dni Dąbrowy Górniczej... pada! Wprawdzie z różnym natężeniem we wcześniejszych latach, od burz poprzez przelotne opady, ale tym razem leje od dwóch dni, a i niedziela nie zapowiada się różowo. I tym sposobem moje plany wzięły w łeb. Zamierzałam wybrać sie wczoraj na koncert HEY, dzisiaj grają Elektryczne Gitary, a wcześniej DAAB. Niestety, jest zimno, mokro, na dobre zdjęcia szans prawie nie ma, więc...siedzę w domu, przed komputerem. Troszkę pracowałam nad zdjęciami, jeszcze londyńskimi, kilka, na których jestem, umieszczę na zakończenie tego wpisu. Tęsknię za Londynem, za jego kolorami, swobodą i tłumem na ulicach. Za niepowtarzalną atmosferą... wolności. Za miejscem, gdzie możesz być sobą i nikt nie spojrzy na ciebie z niesmakiem, gdy założysz kapelusz przypominający ogród, na przykład. Ja wiem, ze upraszczam, że Londyn, który ja oglądałam z pozycji turystki jest zupełnie innym miejscem dla mieszkających tam i pracujących ludzi. Oczywiście, że nie wszystko jest różowe, nie wszystko tak piękne, jak na fotografiach, ale jednak... tęsknię za tym miastem. Weekend, wyczekany, wytęskniony mija jakoś tak... bez sensu. Zaraz zabieram się za renowację starego obrazu,  który ostatnio kupiłam na pchlim targu za śmieszną kwotę 25 złotych (utargowałąm, bo człowiek, który go sprzedawał chciał AŻ 30 złotych!). Obraz jest stary, w podwójnej ramie zamykanej na haczyki, co spostrzegłam, gdy oderwałam rozpadająca się taśmę klejąca, która otaczała miejsce złączenia. Jedynym uszczerbkiem jest pęknięte szkło, ale po otwarciu ramy bez problemu można go będzie wyjąć i wymienić na nowe. Zaraz zrobię zdjęcie, żeby można było ocenić, czy zrobiłam dobry interes. Obraz przedstawia Matkę Boską Szkaplerzykową, tak mi powiedziano i jest namalowany na dykcie, albo jakiejś sklejce. Niezwykle interesujący i, z tego, co widzę, stary. Zobaczymy, jak mi sie uda go odświeżyć. Ale to później. Teraz jeszcze chwile pogadamy. Wczoraj w Firmie miałam zabawne zdarzenie. Szłam rano po schodach, za mną szło dwoje młodych ludzi, pracownik, którego znam i dziewczyna, chyba stażystka. Rozmawiali o tym, jak dobrze, ze już piątek, jak cudownie, że zbliża się weekend i że później znów będzie poniedziałek i trzeba będzie wrócić do pracy. Uśmiechnęłam sie do siebie i tak z półobrotu rzuciłam przez ramię "I tak przez czterdzieści lat!", Szkoda, ze nie miałam jak zrobić zdjęcia, ich miny wyrażały wszystko!!! Warte były każdych pieniędzy! Chyba sobie uświadomili pewne oczywiste oczywistości i najprawdziwsze prawdy. Zycie jest pasmem szarości, tylko od czasu do czasu pojawiają się w nim strzępki kolorów. Przy okazji uświadomiłam sobie, że mnie "stuknęło" 35 lat pracy! Trzydzieści pięć lat! Wielu z Tubywalców nie żyje nawet tak długo. Jestem... dinozaurem! Smutne to troszkę. Wewnętrznie czuję się na jakieś... dwadzieścia, góra dwadzieścia pięć, tylko opakowanie już demode! I nie pomoże tu żaden lifting, albo inny botoks. Zresztą, przy moim lęku przed igłami i innymi inwazyjnymi zabiegami takie rozwiązanie nie wchodzi w rachubę. Nawet gdyby było mnie na to stać, rzecz jasna. A odnośnie wieku, ostatnio wkurzyłam sie na... Kubę Wojewódzkiego, którego skądinąd lubię (lubiłam?). Otóż, w trakcie rozmowy z Czesławem Mozilem (to ten, który śpiewa) spytał go, czy to prawda, że spał z kobietą pięćdziesięciopięcioletnią.  Gdy ten potwierdził, dopiero się zaczęło. Te OCHY i ACHY, ten niesmak na twarzy, wstręt i obrzydzenie na samą myśl o czymś tak okropnym jak... pięćdziesięciopięciolatka... na domiar złego, rozebrana! FUJ!! Nie powiem, żebym w tym momencie poczuła się komfortowo, nawet znając preferencje Pana KW, dla którego "dwudziestka" jest już "towarem przeterminowanym". Och, ja wiem, że nie należy sobie brać do serca takich wypowiedzi, niemniej, przyjemnym to nie jest, Panie Kubo, nawet jeśli do pięćdziesięciu pięciu lat brakuje mi AŻ... osiem miesięcy!!! Chyba po tej audycji zmniejszył się Pana "elektorat". Na szczęście, faceci starzeją się również, tyle, że im trudniej to ukryć... nie wspominając już o... fizjologii, bo na ile może starczyć... mała błękitna tabletka? Hi hi hi!!! To był oczywiście żart, a że nie najwyższych lotów? Kto powiedział, że taki ma być... zresztą, jeśli coś wzlatuje wysoko, to z reguły jest puste w środku i nadęte! Dobre żarty latają niskim lotem koszącym! Przed chwilą wyszłam na balkon, dobiegają mnie odgłosy koncertu, wkrótce pewnie będzie pokaz ogni sztucznych, niestety, ze względu na niskie chmury, raczej nie spodziewam się spektakularnego efektu. Załuję natomiast planów na jutro. Zamierzałam przed świtem zjawić się na Bagrach. Kolega, który jest wędkarzem obiecał mi niezłe... branie! No, no... bez takich tam. On ma złowić rekordową rybę, a ja zrobić niezwykłe zdjęcia. Cóż, jeśli pogoda sie nie zmieni w ciągu nocy, to ten plan przestanie mieć jakikolwiek sens. Pożyjemy, zobaczymy. Teraz zdjęcia "londyńskie", gosiowe, rzecz jasna. Ach, ten błękit nieba i ten... wiatr, który nad Tamizą daje radę każdej fryzurze i nawet "TAFT na każdą pogodę" nie pomoże. Teraz znikam, chociaz nie tak do końca, bo zostawiam siebie na fotografiach, pa, pa.

 

 

Gosia w angielskiej budce telefonicznej.  Autor: Marcinek

 

Gosia w parku (zapomniałam jego nazwy, przy okazji podam) Autor: Marcinek

 

Gosia na moście Autor: Marcinek

 

Gosia na tle Tower Bridge Autor:nieznany, skośnooki

 

Gosia i Tower Bridge Autor: j.w.

 

Tower Bridge

 

Tower Bridge

 

Gosia na Tower Bridge, w tle City Hall   Autor: nieznany

 

Gosia na nabrzeżu nieopodal Petters Fields Park   Autor:nieznany


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Dzisiaj...

wtorek, 24 maja 2011 0:09

 

… będzie o… seksie, proszę więc, aby dzieci i młódź nieletnia opuściła ten wpis… chociaż znając dzisiejsze czasy, oni i tak wiedzą więcej na ten temat niż  ja. Jednak spełniam swój obowiązek i lojalnie uprzedzam, co by nie było niedomówień. A teraz wracając do seksu, będę się… ustosunkowywać. Powiem szczerze, bo z reguły jestem szczera, albowiem jestem zbyt leniwa, by kłamać, za dużo zachodu, że jeden z komentarzy sprawił mi po pierwsze: przykrość, po drugie: niespodziankę (nie spodziewałam się takiego odbioru mej osoby), po trzecie: nie ma po trzecie, bo w tym miejscu musiałabym użyć słów powszechnie uznawanych za brzydkie chcąc zobrazować uczucia, jakich doznałam, gdy przeczytałam ten komentarz. Żałuję tylko, że komentujący/komentująca podpisał/podpisała się „przepraszam”. Takiego imienia jeszcze nie znałam. Bardziej pasowałoby tu  na przykład „Życzliwy/Życzliwa”. Tak z reguły podpisane są… anonimy.  Zresztą to małe słówko „przepraszam” zakrawa tu na żart. To tak, jakbym kogoś strzeliła z rozmysłem w papę i powiedziała „przepraszam”. A wracając do komentarza. Jeśli „przepraszam” mnie „czyta” od tak dawna, to powinien/powinna się zorientować, że moje fraszki nigdy nie ośmieszały ani nie  obrażały  ich adresatów. Tu się różnimy. Zastanowiłam się też nad drugą częścią komentarza. Otóż, ta strona jest moim miejscem, gdzie odnotowuję zdarzenia, uczucia, stany duchowe mojej skromnej osoby. I nie da się tego zrobić bez odkrycia chociaż części własnego wnętrza. Takie chyba czasy nastały, że Ludzkość, w obawie przed wyszydzeniem, ośmieszeniem czy odrzuceniem nałożyła maski. Niektórym te maski tak bardzo przyrosły do twarzy, że sami zapomnieli,  jak wyglądają i kim są. Jeśli to, jaka jestem jest powodem do szyderstwa, cóż, na to wpływu nie mam i tak Bogiem, a prawdą, niewiele mnie to obchodzi. Żyję już dość długo na tym łez padole i przyzwyczaiłam się, że nie można zadowolić wszystkich. I nawet nie zamierzam. Nie zamierzam również zmieniać siebie. A jaka jestem, wiedzą ci, którzy uważnie czytają to, co piszę. Którzy patrzą na świat poprzez obrazy, które tu zamieszczam. Których świadomie i z pełną odpowiedzialnością zapraszam do mojego życia. Bez których to miejsce byłoby tylko pustym pokojem, pełnym opuszczonych mebli. Byłoby uschniętym ogrodem, gdzie tylko wiatr porusza suchymi badylami, gdzie tylko smutek i beznadzieja. Bez których po prostu nie byłoby tego miejsca. Prawdę powiedziawszy, założyłam ten blog świadomie, w specyficznym okresie mojego życia. Bo tego potrzebowałam, bo brakowało mi miejsca, gdzie będę mogła być sobą. Ci, którzy mnie znają i tak wiedzą, że nie piszę tu wszystkiego. Nie piszę na temat osób trzecich, a jeśli, to w formie jak najbardziej zawoalowanej. Nie piszę na temat religii i mojego do niej stosunku. Podobnie jest z polityką. To nie jest blog o wydźwięku społecznikowskim, chociaż czasami takie treści tu zamieszczam. Jeśli, tak jak sugeruje „przepraszam” miałabym usunąć z moich tekstów wszystkie osobiste sprawy… nie napisałabym ani jednego słowa. Bo każde z nich jest osobiste i płynie z głębi mojego serca. Nie spodziewałam się, że ktoś będzie usiłował nałożyć kaganiec na moje uczucia. Ani, ze ktoś, kogo zresztą nie znam (tak sądzę)  będzie narzucał mi styl i sposób ubierania się. A co do opinii mojego „Pana od polskiego”… właśnie On nauczył mnie szczerości i otwartości w wyrażaniu siebie i swoich uczuć. Wczoraj, późno w nocy rozmawiałam z moim synem na Skype. Jest moim najlepszym Przyjacielem, a przy tym jest mądrym Człowiekiem. Po mamusi chyba (sic!). Rozmawialiśmy o różnych sprawach, również o tym nieszczęsnym komentarzu. Uśmialiśmy się ze sformułowania „nędzna kiecka”… nie będę tu pisać, ile tak naprawdę kosztowała, zresztą to prezent od mojego Syna właśnie. Dodatkowo więc ten komentarz dotknął i jego. Ale to nieważne. Ważne jest to, że dyskutowaliśmy o powszechnym zjawisku, jakim jest obawa przed odsłonięciem prawdziwych uczuć,  przed pokazaniem podbrzusza… tym razem nie mówię o seksie! Mówię o braku szczerości w kontaktach międzyludzkich, o braku porozumienia i zrozumienia, o zaniku podstawowych relacji, jakimi są szczerość i empatia. Może faktycznie czasami jestem zbyt otwarta? Może ktoś tam ze mnie szydzi i śmieje się za moimi plecami? Jeśli jednak bym o tym myślała, to wolałabym „wiuchnąć się” i zostawić ten wredny świat samemu sobie.  A  jednak tego nie robię, a jednak tego nie zrobię… między innymi dlatego, że mam to moje miejsce, ten kąt, gdzie śmieję się, gdzie wylewam gorzkie żale, gdzie odreagowuję stresy „codzienności, która wrzeszczy”. Gdzie mogę się „zwentylować”. Świetne słówko i doskonale oddające istotę rzeczy. Bo jeśli coś mnie cieszy, fascynuje, zachwyca, to dzielę się tym z innymi, bo inaczej te uczucia rozsadziłyby mój mózg. Jeśli mam zły dzień, nastrój, że tylko „zachlać pałę”, albo nie wychodzić z wyrka, to ponieważ nie piję pozostaje mi tylko opisać ten stan. Żeby nie zwariować. Zbyt szczere? Nigdy nic nie jest zbyt szczere! Szczerość z założenia swego musi być szczera. Inaczej to oszustwo i kłamstwo. A takie coś łatwo można zdemaskować. Zresztą, na początku tej notki napisałam, że ja nie kłamię, bo mi się nie chce, wcale nie dlatego, że ja taka szlachetna jestem. Acha, mój Syn powiedział mi jeszcze jedno ”Mamuniu, nie pozwól, żeby ktoś odebrał ci radość z tego kim jesteś i co robisz.”. I tego zamierzam się trzymać. Najprostsza prawda i najprawdziwsza prawda. A na zakończenie tego komentarza do komentarza, krótka fraszencja:

 

 

Do „przepraszam”

 

Moje fraszki radość dają

nie krzywdząc nikogo

I tu protest zgłaszam:

tym się właśnie różnią

od fraszki „przepraszam”.

 

 

Teraz, gdy już zakończyłam seksualny temat ustosunkowania się, mogę spokojnie umieścić kilka zdjęć. Tym razem będzie kolorowo i wiosennie. Tak dla relaksu i końcowego odreagowania. Jutro będzie dobry dzień, bo… jutrzejszy, bo jeszcze niewiadomy, bo pełen pozytywnych niespodzianek, jakie przyniesie nam Los. Czego i sobie, i Tubywalcom życzę. Z całego serca ( czy to aby nie nazbyt… osobiste?) Pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Już...

piątek, 20 maja 2011 23:30

 

... dawno tak bardzo nie czekałam na koniec tygodnia. Za mną ciężkie pięć dni. W pracy masa stresów i niezbyt sympatycznych sytuacji, o których chcę jak najszybciej zapomnieć. Są chwile, gdy  człowiek przekonuje się na własnej skórze, jak "życzliwe" osoby ma w swym najbliższym otoczeniu. Na dodatek zdenerwowanie przed wczorajszym wernisażem, problemy z wyborem fotografii na wystawę, czasu jakby mniej, a spraw do załatwienia "na wczoraj" jakby więcej. Szczerze? Padałam na twarz i miałam wrażenie, że na plecach dźwigam stutonowy ciężar. Już dawno nie byłam w takim dołku. Psychicznym, fizycznym, intelektualnym. Do tego stopnia zycie dało mi łupnia, że jeszcze wczoraj o godzinie szesnastej miałam ochotę zrezygnować z udziału we własnym wernisażu!!! Oczywiście, nie było to możliwe, niemniej czułam się fatalnie. Makijaż nie ukrywał mojego zmęczenia, znużenie wyzierało z oczu. Koszmar. Mimo to, bo przecież nie mogłam tego nie zrobić, pojawiłam się na wystawie. I co? I było niesamowicie. Dużo ludzi przybyło, atmosfera była serdeczna i swobodna, rozmowy, wysłuchiwanie pochwał (sic!), uśmiechy i serdeczność, jaką mnie obdarzono, wszystko to sprawiło, że znów odzyskałam jasność spojrzenia. Usmiałam się, bo, po powitaniu wygłoszonym przez kieronika Klubu "Pięterko" Przemka Krzemińskiego miałam okazję powiedzieć kilka słów "od siebie". Oczywiście zachęciłam obecnych do oglądania fotografii, obiecałam, że udzielę wszelkich wyjaśnień i poprosiłam o wpisy w księdze pamiątkowej zaznaczając, że oczywiście słowa krytyki również można tam umieścić, po chwili ciszy dodałam jeszcze, że... majwyżej usunę te strony. Ależ się ludzie śmiali. Oczywiście, znacie mnie na tyle, żeby wiedzieć, iż to był zart! Najważniejsze jednak jest to, ze moje fotografie się spodobały, że ludzie podchodzili żeby porozmawiać, pytali o szczegóły, o miejsca i okoliczności, w jakich powstawały poszczególne ujęcia. I nie tylko z uprzejmości, ale ze szczerego zainteresowania tym, co robię. Nie macie pojęcia, jak bardzo podniosło mnie to na duchu. A tak się bałam! Znów sprawdziła się reguła, że im mniej człowiek jest pewny sukcesu, tym większa szansa, ze ten sukces nastąpi. Wróciłam do domu przed dwudziestą i... marzyłam tylko o tym, żeby zdjąć buty na wysokich obcasach, wziąć kąpiel i zasnąć. Tak też zrobiłam, stąd lekki poślizg w relacji z wczorajszego dnia, za co serdecznie przepraszam. Poniżej kilka ujęć z wczorajszej imprezy. Na szczęście, koleżanka robiła zdjęcia, bo znów by mnie nie było, gdybym to ja trzymała aparat w łapkach. Zostawiam Was więc z obrazkami z wystawy, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I jeszcze jedno, wprawdzie już dziękowałam wszystkim, którzy wzięli udział w wernisażu, jednak chciałabym jeszcze raz tutaj podziękować Małgosi i Przemkowi Krzemińskim, bez których zaangażowania i i zapału ten wernisaż nawet w części nie byłby tak udany. Jak dobrze, że istnieją  Ludzie, którym jeszcze starcza zapału i determinacji, by coś zdziałać. Jeszcze raz dziękuję!!!

 

PS. Toast na jednym ze zdjęć spełniam... wodą z cytryną, zeby była jasność :):):)

 

PS2. Jest 1:30. Właśnie usłyszałam o Małgorzacie Dydek. Lekarze nie zdołali wybudzić Jej ze śpiączki farmakologicznej, w którą wprowadzili Ją, gdy trafiła do szpitala w ciężkim stanie. Najprawdopodobniej są to problemy z sercem. Kurczę, smutek mnie ogarnął. Mam nadzieję, że wróci do zdrowia, czego Jej z całego serca życzę. Trzymam kciuki, jest wojowniczką, sportowcem, potrafi walczyć. Oby wszystko skończyło się szczęśliwie!


 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Powoli...

niedziela, 15 maja 2011 23:28

 

... kończy sie niedziela. Deszczowa niestety i zimna. Z weekendami tak już z reguły jest, że zawodzą nasze oczekiwania. Chociaż, z drugiej strony, miałam czas na spokojne przejrzenie zdjęć i wybranie kilkunastu do obiecanej galerii. Będzie to Londyn w dniu ślubu księcia Williama  z piękną Kate. Atmosferę i wszystko, co się wówczas działo opisałam jeszcze będąc w Londynie. Teraz umieszczam tu kilka moich zdjęć... z londyńskimi policjantami, których uwielbiam. Za co? Za luz, za uśmiech, za swobodne zachowanie, co zabawne,mimo tego luzu nikt nawet nie zamierza z nimi dyskutować, jeśli mówią, że czegoś ci nie wolno. Z uśmiechem, bez zadęcia i pokazywania swego autorytetu. Oni po prostu ten autorytet posiadają. Mam nadzieję, że w tych zdjęciach udało mi się oddać atmosferę pikniku i zabawy. Kolorów i radości. Ach, sama też z wielką przyjemnością wróciłam do tamtych chwil. Przepraszam, że dzisiaj mało słów, ale muszę jeszcze wybrać kilkanaście zdjęć na czwartkową wystawę. Nie pamiętam, czy wspominałam tutaj, że w czwartek odbędzie się wystawa moich "londyńskich" fotografii. Tytuł wystawy "Londyńskie inspiracje" troszkę mi nie pasuje, wolałabym raczej "Londyńskie impresje", albo "Obrazki z Londynu".  No cóż, tak jest na plakatach i zaproszeniach, więc niech już tak zostanie. Co zabawne, nie mam do końca pojęcia, jakie fotografie wybrać. Przecież nie Big Bena i Tower Bridge, bo to można sobie zobaczyć na widokówkach. Prędziej Londyńczyków, są barwni, wielorasowi i wielokulturowi. Nie mam pojęcia, a jutro po południu muszę oddać zdjęcia do powiększenia. Jasny gwint, coś mi się wydaje, że ta noc będzie nieprzespana. Kończę więc, zostawiam Was z obrazkami. Miłego oglądania i interesujących wrażeń. Pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PS. Galerię nazwałam "Ach, co to był za ślub...". Chyba odpowiedni tytuł? Pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Światła...

czwartek, 12 maja 2011 1:52

 

… porada dla wszystkich wędrujących po Londynie. Warto kupić sobie „oyster card” i doładowywać, można się nią posługiwać we wszystkich środkach lokomocji, od metra poprzez kolejki naziemne, na autobusach kończąc. Londyn jest ogromnym miastem, a przy tym niezwykle czytelnym i łatwym w poruszaniu się. Warto przed wyruszeniem do konkretnego miejsca usiąść nad mapką, na której są zaznaczone wszystkie stacje metra. Czasami, ja przynajmniej tak robiłam, można wysiąść wcześniej, żeby nie zahaczać o pierwszą strefę, wówczas sporo zaoszczędzimy na cenie przejazdu. Tak było, gdy postanowiłam zwiedzić Tower Bridge. Z Leytonstone dojechałam czerwoną linią czyli „centralką” do Bethnal Green, skąd już pieszo, przez Withechapel dotarłam do Twierdzy Tower, ogromnej i groźnej, gdy człowiek przypomni sobie historię  Anny Boleyn, na przykład, i do Tower Bridge, który był celem mojej wycieczki. Whitechapel jest ciekawą dzielnicą, pełną egzotycznych klimatów, znów mnóstwo zakwefionych kobiet, mężczyzn w turbanach i długich szatach, sklepików z różnościami i barów pełnych zapachu dalekich krajów z dominującym zapachem curry, straganów z owocami, których nazw nie znam, z długimi kolorowymi sukniami i wyszywanymi złotą nicią szalami. Wędrowałam sobie, bo  to całkiem blisko, patrzyłam na ludzi, chłonęłam atmosferę ulic i zaułków. W pewnym momencie, tuż przy wiacie autobusowej zauważyłam skuloną postać w czarnej szacie. Kobieta o zniszczonej twarzy siedziała w kucki, a przed nią stał kubeczek na drobne. Miała złożone modlitewnie dłonie, nie patrzyła na ludzi, na mijający ją kolorowy tłum, nie prosiła o nic. Po prostu, siedziała tam  i cierpliwie czekała. Zrobiłam jej kilka zdjęć, gdy była odwrócona w drugą stronę. Jakoś nie miałam sumienia fotografować jej twarzy, jej biedy, jej losów wypisanych głębokimi bruzdami wokół ust (chyba nie jestem prawdziwym fotoreporterem!). Minęłam ją, nasze spojrzenia spotkały się na moment, odwróciła wzrok… przystanęłam, wyciągnęłam jakieś pieniądze, wróciłam do niej i wrzuciłam drobniaki do  kubeczka. Skłoniła głowę nad złożonymi dłońmi. Złożyłam własne dłonie, dotknęłam nimi czoła i pokłoniłam się tej kobiecie, ten gest wyszedł ze mnie, z mojego wnętrza, jakoś tak odruchowo i całkiem naturalnie. W tym momencie zauważyłam, że mija nas wysoki, przystojny Hindus w eleganckim garniturze. Szybkim spojrzeniem obrzucił mnie i kobietę, wyciągnął portfel i włożył banknot pięciofuntowy do kubeczka, po czym odszedł nie czekając na reakcję żebraczki. Z drugiej strony ulicy nadszedł starszy mężczyzna w turbanie, z kieszeni spodni wyciągnął drobne i również wrzucił do kubka, kolejną osobą była kobieta w pięknym sari  z dwójką umorusanych, roześmianych dzieci… to działo się tak szybko! Odeszłam stamtąd uśmiechając się do siebie. Zastanawiałam się, jaki łańcuszek rozpoczęłam, jaki ciąg zdarzeń. Ludzie są dobrzy w głębi swoich serc, czasem potrzeba tylko impulsu… chyba? Na zasadzie, skoro ona, obca, biała dała pieniądze, to ja nie będę gorszy (gorsza)? Zresztą, czy to ważne, jakimi pobudkami kierują się ludzie, ważny jest efekt. Zostawiam Was z zapachem rozgrzanego słońcem Whitechapel… ciąg dalszy opisów moich wędrówek nastąpi. Pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

 

 

PS. Zaznaczam, ze opis zdarzenia przedstawiłam nie po to, żeby się chwalić, jaka to ja jestem „litościwa”, tylko, żeby przedstawić pewien mechanizm ludzkich reakcji. I tyle…


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 601  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554601

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl