Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 889 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Ależ...

poniedziałek, 21 maja 2012 0:24

 

... miałam piękny weekend. Zaczynając od soboty, kiedy to, zgodnie z zapowiedzią wyruszyłam przed świtem, żeby powitać nowy dzień nad Pogorią IV. Powiem Wam, Najmilsi Tubywalcy, że tuż przed wschodem Słońca jest  tak nieprawdopodobny klimat... taki spokój, tylko ptaki z każdą chwilą głośniej śpiewają, tylko niebo na wschodzie różowieje z każdą minutą bardziej, a ja jadę autobusem i myślę tylko o jednym... żeby zdążyć. Udało się, były mgły i słoneczne pierwsze promienie, i krzyk wodnych ptaków w wirującej mgle, i spokojna tafla jeziora niezmącona najmniejszą falą, nieporuszona najlżejszym powiewem wiatru, i wokół żywej duszy, jedynie w oddali samotna łódź i gdzieś na drugim brzegu niewyraźne sylwetki samotnych wędkarzy. I w takiej chwili można nie myśleć o niczym, wyłączyć się z codziennych spraw, pozwolić, aby pierwsze promienie Słońca dotknęły duszy...  Wiecie, jest taki rodzaj zachwytu, który zatyka gardło i nie pozwala przez moment oddychać... bo jest tak niesamowicie pięknie. Bo wszystko, co dokucza i przeszkadza w życiu codziennym nagle staje się takie mało znaczące i odległe. Liczy się tylko ten moment, gdy ma się wrażenie, że można chwycić w dłonie promień słoneczny. I gdy już ma się poczucie, że jesteśmy świadkami Absolutu, nadchodzi kolejna chwila... jeszcze piękniejsza, jeszcze bardziej magiczna... Może to śmiesznie zabrzmi, ale czasem z tego zachwytu łzy napływaja do oczu i nagle rozjarza się tęcza...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wieczorem natomiast, to też zapowiadałam, wybrałam się do „Sztygarki” na Noc Muzeów. Byłam mniej więcej koło dziewiętnastej. Obejrzałam ekspozycje, jedna z nich poświęcona jest 40-leciu Huty „Katowice”.... tak, tak, to już tyle lat minęło. W 1972 rozpoczęła się budowa, a ja w 1975 roku zaczęłam tam pracować... i tak pracowałam przez dwadzieścia pięć lat... kiedy to minęło? Jak mgnienie, jak chwila... Tyle lat, tyle przewinęło się osób... tych ważnych i tych, którzy tylko przemknęli przez moje życie... Tyle zdarzeń, tyle wspomnień... czasami zastanawiam się, tak czysto teoretycznie, nad moimi życiowymi wyborami... czy mając dzisiejszą wiedzę i doświadczenie przeżyłabym moje życie tak samo??? Nie wiem, może lepiej, a może gorzej? Tak sobie właśnie rozmyślałam oglądając hutniczą ekspozycję. Wcześniej kupiłam bilet do Kopalni Ćwiczebnej, bo na tym mi najbardziej zależało. Ponieważ jednorazowo może tam wejść grupa maksymalnie piętnastu osób, więc ja zdobyłam bilet na dwudziestą drugą. Warto było czekać, warto było tam być. Wprawdzie to niewielki wycinek prawdziwej kopalni, niemniej daje przedsmak tego, czego doświadczają prawdziwi górnicy. Jak mam określić swoje wrażenia? Jest ciasno, wilgotno, ślisko i klaustrofobicznie. Musieliśmy założyć kaski. Bo stropy w niektórych miejscach są na wysokości półtora metra mniej więcej. Mam nadzieję, że zdjęcia przybliżą Wam ten klimat... nieporównywalny z żadnym innym. Chwała górnikom... to zupełnie wyjątkowy zawód. I kiedy czytamy w prasie, że znów w którejś kopalni nastąpił wstrząs, poszedł zawał, ktoś zginął,  z reguły nie myślimy o szczegółach, o warunkach panujących na dole... Trzeba mieć wyjątkowo silny charakter, żeby zjechać na dół... kilkaset metrów w głąb ziemi... I przypominaja mi się opinie, jakie były swego czasu wygłaszane, że górnicy za dużo zarabiają, że wcześniejsze emerytury, że „barbórki” , że „trzynastki” i „czternastki”... każdemu, kto tak myślał poradziłabym jednorazowy zjazd na dół... niechby doświadczył tego luksusu. Niechby zobaczył na własne oczy, niechby nałykał się weglowego pyłu, niechby poczołgał się kilkaset metrów w ciasnym chodniku...

 

 

Takimi żółtymi maleńkimi wagonikami górnicy byli przewożeni na przodek, czasami kilkaset, a nawet i więcej metrów...

 

 

 

 

 

Mokro i ślisko...

 

 

 

Fragment "kroczącej" obudowy chodnika, taka obudowa była przesuwana w miarę, jak węgiel był wydobywany..

 

 

 

 

 

 

 

Ten ślimak to maszyna dosłownie wgryzająca się w ścianę, urobek ładowano na wagoniki...

 

 

 

Drewniane stemple podpierające strop chodnika miały tę przewagę nad stemplami stalowymi, że "rozmawiały" z górnikami. Doświadczony górnik mógł przewidzieć naprężenia górotworu i niebezpieczeństwo zawału słuchając dźwięku, jaki wydawało drewno... stalowe podpory łamały się jak zapałki, bez ostrzeżenia...

 

 

 

 

 

Figura świętej Barbary, patronki górników. Do 2001 roku stała w kaplicy podziemnej na poziomie -250, po zamknięciu kopalni "Paryż" została wywieziona na powierzchnię i oddana pod opiekę Muzeum Miejskiego "Sztygarka"

 

 A to zestaw ucieczkowy, na szczęście nie był potrzebny...

 

A dzisiaj... a dzisiaj znów przed świtem wstałam i pomaszerowałam nad stawy nieopodal dworca (rany Julek, jakiego dworca?). I znów było pięknie, zapolowałam na słoneczne promienie, Zabawne, bo w domu po takiej wyprawie byłam o... siódmej... sądzę, że wielu z Was, Mili Tubywalcy jeszcze smacznie spało... jak mawiała moja Babunia, dochodziło Wam żółtko, podczas gdy Wasza niestrudzona fotografka wracała już z wyprawy...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Czas na sen... zaczęłam jeszcze wczoraj, a już dawno minęła północ. Dodawanie zdjęć po jednej sztuce przyprawia mnie o dreszcze... złowieszcze. Najważniejsze jednak, że się udało i mogę się podzielić z Wami moimi wrażeniami. Teraz spać, spać... przede mną krótka noc, a rono... znów poniedziałek... znowu? Jak ten czas szybko gna... pa, pa.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Za moment...

sobota, 19 maja 2012 3:31

 

... będzie trzecia... trzecia nad ranem, żeby było jasne. To oznacza, że znów wampirzę po nocy... tak, jakby można było wampirzyć za dnia. I znów czekam na świt, tym razem mam szczere postanowienie, aby jednak dotrzeć nad jeziora przed wschodem Słońca. Jak mawiają małolaty... chyba mnie pogięło? A tak poza tym, to w domu wszyscy zdrowi.... przynajmniej na ciele, bo na umyśle, to niekoniecznie.

 

Spyta ktoś, a czemuż to nie śpisz smacznie o takiej wściekłej porze, nieszczęsna istoto? Otóż, nieszczęsna istota (to znaczy ja!) dostała zadanie bojowe-domowe do odrobienia. Zaproszono mnie do udziału w imprezie pod nazwą „Cztery pory roku w Dąbrowie Górniczej - Wiosna”. Oprócz zbiorowej wystawy, na której będą jakieś tam moje zdjątka mam opowiedzieć o moim mieście, jakim go pamiętam z lat siedemdziesiątych. Wszystko super, mam sporo wspomnień, mogłabym długo opowiadać. Jedyny szkopuł w tym, że dano mi na to... pięć minut! Sadyści!!! Moi Najmilsi Tubywalcy, czy Wy wyobrażacie sobie mnie w pięciominutowym wejściu? I jak tu zmieścić swoją młodość w tak ciasnych ramach? No własnie. Siedze sobie więc przed komputerem i myślę... jak tu skondensować te wspominki. Zr stoperem w ręku. I jaką przyjąć konwencję... bo od tego zależy co przekażę słuchaczom. Myślałam nad krótką formą w stylu amerykańskich komików występujących na scenie w autorskich scenkach. Wiśta wio, łatwo powiedzieć. Sami wiecie, PT Czytelnicy, że jestem troszkę nieuporządkowana, delikatnie rzecz ujmując. A tu trzeba będzie się wysilić i okroić wspominki... a że osiołkowi w żłobie dano... wot problem... co zostawić, a co wyrzucić, żeby było zabawnie, z sensem i... krótko! Mam nadzieję, że do 25. maja sobie z tym poradzę. No, nie mam wyjścia!

 

A teraz, jako że po przeczytaniu kilku wcześniejszych tekstów stwierdziłam, że faktycznie w każdym starałam sie zmieścić jak najwięcej tematów, co mogło powodować lekką dezorientację Czytelników, kończę chociaż tyle jeszcze mam do napisania... niech zatem pozostanie Wam pewien niedosyt... Może to lepsze niż przesyt?

 

W zamian pozostawiam trochę zdjęć z Londynu... bo już nie mogę się doczekać, bo jeszcze dwa miesiące z małym hakiem, bo tęsknię za londyńskimi mostami, za Londyńczykami... i za moim Synusiem, też tęsknię... Tym razem Londyn w odsłonie niebieskiej...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tym razem skupiłam się na ludziach, do błękitnej architektury Londynu jeszcze powrócę, obiecuję.

 

PS. Dzisiaj Noc Muzeów... wybieram się do Kopalni Ćwiczebnej, wstyd się przyznać, ale jeszcze tam nie byłam... mam nadzieję na ciekawe zdjęcia... a później chyba pojadę do będzińskiego Zamku, mają się dziać ciekawe rzeczy... ale to dopiero wieczorem. A  jakie są Wasze plany na ten wyjątkowy dzień?

 

Teraz już pa, pa Najmilsi Tunywalcy. Niech Wasze sny kołyszą Was delikatnie i sennie.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Maj...

niedziela, 13 maja 2012 14:03

 

... się rozmaił, Wasza niestrudzona fotografka się rozmarzyła. A tak właściwie, to z czym Wam się kojarzy maj? Bo mnie z... kurczę, od czego by tu zacząć? Może po pierwsze primo,z konwaliami, po drugie primo z konwaliami i po trzecie primo... z konwaliami. A i jeszcze ze starym przesądem, że majowe małżeństwa są nieszczęśliwe. O, tu mam tak zwane „mięszane” uczucia.Bo z mojego doświadczenia wynika, że ten przesąd działa... tak pół na pół, albo inaczej fifty-fifty.... co właściwie znaczy to samo, ale brzmi bardziej zagranicznie. Bo moja Babunia z moim Dziadziusiem ślubowali sobie miłość, wierność, i że cię nie opuszczę aż do śmierci... no i im się udało. Ja też tak ślubowałam z moim eksiem i blada.... . Posypało nam się małżeństwo mimo, że mocno się starałam posklejać  kawałki w jedną sensowną całość... i trwaliśmy tak szesnaście lat, do momentu, w którym przestało mi się podobać to klejenie... Tak więc w moim przypadku „klątwa majowa” zadziałała.

 

Jako, że maj lubi nas zaskakiwać zmiennymi pogodami, postanowiłam wykorzystać zapowiadający się piękny wschód Słońca i wyszłam z domu przed piątą (sic!) na przystanek. Chciałam jechać nad „czwórkę”, ale jakoś bez większego przekonania. A ponieważ z reguły (czyli rzadko) słucham głosu mojej podświadomości więc odpuściłam sobie dalekie (może nie aż tak dalekie, ale jednak) wyprawy i poszłam do zagórskiego lasu. Było jeszcze przed świtem, chociaż niebo różowiło się z każdą sekundą bardziej. W końcu między drzewami zaczął rozjarzać się świt i świat. W takich momentach mnie zatyka... z zachwytu i z poczucia, że taka chwila jest jedyną w swoim rodzaju. Nie wiem, czy oglądaliście przepiękny (chociaż niektórzy powiedzą, że dość łzawy) film „Miasto Aniołów” z Meg Ryan I Nicolasem Cage’m. Jest tam scena, gdy anioły, czy może raczej aniołowie witają kolejny świt na plaży... łącząc się ze swoim Szefem. No właśnie... Poza tym, lubię bawić się ze Słońcem w... chowanego. Na czym to polega? Otóż ja chowam się za pniem drzewa, a Słońce wygląda zza niego i jeśli nie jestem dość czujna, to oślepia mnie nagłym błyskiem. Zupełnie jakby mówiło „mam cię”! I taki nagły błysk zostaje zarejestrowany przez aparat jako czerwony rozbłysk na zdjęciu. Tak się bawiliśmy dopóty dopóki Słoneczko nie wzniosło się wyżej i dopóki nie zmieniło się światło. Poszłam więc nad maleńkie jeziorko schowane w głębi lasu... zarosło już prawie całe trzcinami, ale mimo to postanowiłam zrobić kilka zdjęć. W pewnym momencie poczułam, że coś mnie... gryzie! W łydkę! Gryzie i nie zamierza przestać! Spojrzałam i... oniemiałam. Całe nogawki spodni miałam wręcz oblepione komarami. Czy może raczej komarzycami. Jejku, zapomniałam, że to jeziorko jest siedliskiem tych krwiożerczych potworków. A może raczej nie pomyślałam, ze już się przebudziły i wiedzione odwiecznym instynktem przedłużenia gatunku potrzebują krwi. Ja rozumiem wszystko, ale czy to musi być akurat moja krew? Czy ja nie mam nic do powiedzenia? Cóż, to pytanie było raczej z gatunku retorycznych. Komarzyce miały w głębokim poważaniu moje zastrzeżenia... powiem Wam szczerze... zwiewałam stamtąd aż się kurzyło. Część komarzyc odpadła (dosłownie) podczas gdy najbardziej zajadłe towarzyszyły mi długo po wyjściu z mrocznego i wilgotnego lasu.  Co za determinacja, gdybym nie była na nie tak zła, to pewnie bym je podziwiała! Ponoć to święty Franciszek powiedział do jakiegoś robaczka... idź swoją drogą, świat jest dostatecznie duży dla nas dwóch... ale to chyba nie było skierowane go komarzycy? A jeśli tak, to już wiem, czemu Franek został świętym Franciszkiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

1:0 dla Słońca!

 

Wróciłam do domu, obejrzałam się dokładnie, sprawdziłam skórę głowy, kark, nogi... jeśli jest coś, czego się boję i czym się brzydzę to są to kleszcze. Dlatego uczulam Was, Najmilsi Tubywalcy, żeby nie pętać się niepotrzebnie po zaroślach, skąd kleszcze mogą nam spaść na głowę albo za kołnierz. Wysokie trawy też są niebezpieczne... pełne buty i długie spodnie niwelują w znacznym stopniu to zagrożenie. Niemniej trzeba być czujnym i tyle. Po powrocie do domu warto zdjąć ciuchy i dokładnie je wytrzepać. Jak również dokładnie sie obejrzeć, można też poprosić współlokatora (jeśli takowego ma się na podorędziu) żeby nas obejrzał tam, gdzie nasz wzrok nie sięga... no, no.... bez uśmieszków znaczących, proszę!  O plecach mówiłam, zeby nie było niedomówień. Ten blog nie jest zastrzeżony tylko dla dorosłych, więc zadne tu takie!

 

A wracając do początku tego tekstu, czyli do konwalii. Wykorzystałam światło i zrobiłam trochę zdjęć ustawiwszy wcześniej wazon z konwaliowym bukietem na parapecie. Takie skromne kwiateczki, a każdy z nich jest wielką bańką z zapachem. Niesamowite, prawda? Może kiedyś można będzie dołączać do tekstów również zapach. Ale dopóki się to nie spełni musi zadziałać wyobraźnia.  Co do konwalii... na targowiskach sa sprzedawane bukieciki... niestety, często są to konwalie leśne. Od  ogrodowych różni je wielkość kwiatków (te leśne są bardziej eteryczne i delikatne) oraz to, że leśne są pod ochroną. Poza tym, leśne konwalie sa mniej trwałe i szybko więdną w wazonie. A tak na marginesie, jeśli macie w domu małe dzieci bądź domowe zwierzątka uważajcie... wszystkie części tej rośliny są mocno trujące. Również liście i owoce, małe czerwone kuleczki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A teraz opowiem Wam o moich odczuciach związanych z pewnym programem telewizyjnym, którego twórcą i główną gwiazdą jest pewien znany dziennikarz muzyczny, juror, celebryta i właściciel „lambo”. Pewnie już wiecie, że mówię o Kubie W. Kuba W. zaprasza na swoją kanapę różnych gości. Tych znanych i tych mniej znanych, przynajmniej dla mnie. Ostatnio jednym z zaproszonych gości była dziewczyna posługująca się słodkim pseudonimem, którą widziałam po raz pierwszy w życiu. Dziewczyna była hmmm specyficznie mądra, cokolwiek to oznacza. Kompletnie osłupiałam, gdy w pewnym momencie zwróciła się do gospodarza programu mniej więcej tymi słowami: a wiesz, że jesteśmy sąsiadkami? Bo ja cię widziałam w delikatesach, ale się maskowałeś. No, sąsiadkami jesteśmy! I tu się zaczęłam zastanawiać, bo przecież gdyby powiedziała, że” jesteśmy sąsiadami” to by też nie było mądre, bo co, ona jest facetem? A może wie o Kubie W. coś, czego ja nie wiem i to ona ma rację? Tak mi łaził po głowie pewien zamysł, jakieś słowa i wyszło mi coś takiego... posłuchajcie, proszę.

 

Do Kuby W.

 

Kubo W. Redaktorze mój ulubiony

poszukaj sobie jak najprędzej żony...

Powiem Ci szczerze, że słuchać hadko,

gdy dziewczę hoże zwie Cię swą...

sąsiadką!

 

A później weszłam na blog tejże dziewczyny (bo ona oprócz tego, że śpiewa, to samą siebie nazywa blogerką), gdzie znalazłam kilka urywek (tak, tak... urywki odmienia się tak samo jak używki! Że ja też tego nie wiedziałam!) z tegoż programu.  I jeszcze później przeczytałam, że dziewczynie zaproponowano (ponoć)  jakiś czas temu pisanie felietonów do „jednej z lepszych gazet z górnej półki, ale UWAGA, tej intelektualnej”. Już marzę o tym, żeby poczytać, co dziewczę ma do powiedzenia „ w formie, tak niesamowicie przynoszącej mi ukojenie, jak ubieranie w swoje słowa otaczającej mnie rzeczywistości oraz kreującego się wciąż światopoglądu”. I cóż dalej? Dalej są komentarze dzieciaków, jak sądzę nastoletnich dziewczynek, które uważają, że pisanie felietonów to bułka z masłem. Że skoro każdy może, to i ich idolka będzie w tym świetna. Chyba jestem staroświecka, ale zawsze sądziłam, że rolą felietonisty jest rejestracja rzeczywistości, przefiltrowanie jej przez swoją wrażliwość i życiowe doświadczenie, a następnie  przedstawienie jej czytelnikowi. Nie wiem, jakie filtry działają w głowie tej dziewczyny, ale już się boję! W masie pozytywnych komentarzy, jak perła zajaśniał jeden:  Boże jak w Matrixie... Czy tylko ja widzę że ona nie potrafi pisać??????!!!!!!!!!!!!  Spyta ktoś, czemu się tak przyczepiłam do Bogu ducha winnej dziewczyny? To proste, nie podoba mi się kierunek, w jakim zdążają tzw. mass media. Nie podoba mi się kreowanie „idoli”... chociaz mam nadzieję, że niektórzy z nich będą istnieli w świadomości widzów jak jętki... czyli jeden dzień.  Tyle, że zaproszenie do programu Kuby W. zadziałało tu jak jeden wielki jaskrawy neon... jestem wyjątkowa, bo zaprosił mnie Kuba! Ech....

 

Jak już sobie tak wzdycham, to westchnę sobie raz jeszcze... tym razem tak... śmietnikowo. Nasz świat tonie w śmieciach i nikt nie jest temu winien oprócz nas samych. Rzadko umieszczam tu zdjęcia brzydoty świata, tym razem zrobię wyjątek. We wspomnianym wcześniej i pokazanym powyżej lesie natnęłam sie równiez na takie widoki... ponieważ miejsce wyrzucenia śmieci jest na tyle ukryte, że nie jest łatwo tam trafić, dlatego podejrzewam, że to mieszkańcy okolicznych domów ułatwiają sobie życie i wywożą śmieci do lasu... bo przecież wywóz śmieci przez służby komunalne kosztuje, prawda?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zła jestem  jak szerszeń, gdy widzę coś takiego. Niestety, takie widoki są powszechne. Ludzkość w głupocie swej i krótkowzroczności jest przerażająco bezmyślna. Stare porzekadło mówi... nie było nas, był las... nie będzie nas, będzie las... tylko czy napewno? I tym wcale nie optymistycznym akcentem, pa, pa.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

I znowu...

czwartek, 10 maja 2012 23:21

 

... miałam lekki przestój. Przynajmniej jeśli chodzi o pisanie. Z całą resztą jakoś sobie  radzę. Co to znaczy? Chyba tylko tyle, że w miarę normalnie funkcjonuję. W miarę normalnie mając na względzie porę roku, która normalności raczej nie służy. Ach, te zapachy, te kolory... takie intensywne i świeze, te poranki prześwietlone Słońcem i zachody czarujące krwistą czerwienią. Jest pięknie tak do zwariowania. I jak tu być normalną? Nie da się. Wybaczcie mi więc, proszę, Szanowni Tubywalcy, ze jakby mnie mniej (przynajmniej jeśli chodzi o pisanie. "W temacie" fotografowania cały czas utrzymuję poziom raczej wysoki... i mam tu na myśli ilość, bo jeśli chodzi o jakość moich zdjęć, to nie mnie oceniać. Ostatnio robiłam nocne zdjęcia Księżyca w pełni... mam nadzieję, że Wam się spodobają.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A dzisiaj po południu jadę do Mosznejm moja cioteczna siostra wybier się tam z mężem i zaproponowała mi wspólny wypad... zakwitły azalie i mam nadzieję na ładne kolorowe widoczki. Do zobaczenia więc po powrocie. nie omieszkam pokazać Wam, co sfotografowałam. A teraz już pięknych snów Najmilsi Tubywalcy, pa, pa.

 

PS. Co do moczenia nóg w soli (o sodzie nie słyszałam, ale zastosowałam i faktycznie, przynosi ulgę) to wszystko w porządku, ale mnie nogi wysiadają podczas chodzenia... odzywa się stara kontuzja śródstopia i boli jak nieszczęście... kurczę.... ale nic to! dam radę, bo kto jeśli nie ja? Ha!

 

Powyższy tekst pisałam w nocy, niestety, nie umiałam sobie poradzic z dodawaniem zdjęć więc tylko zapisałam tekst w szkicach, teraz do niego wracam. Zdjęcia mogę już dodawać, ale... po jednej sztuce. Wyobrażacie sobie zatem, jak długo to trwa? Napisałam do blogowego teamu prośbę o sprawdzenie usterki. Zobaczę, co mi odpowiedzą, a narazie jak ten świstak wklejam po jednym sreberku (tzn, po jednym pikczerku). Tak do rana pewnie mi zejdzie, bo chciałąm Wam zaprezentować kilka zdjęć z Mosznej z dzisiejszego popołudnia. Zamek jest niesamowity! Efekt radosnej twórczości szalonych architektów i pewnie nie mniej szalonych właścicieli. Zdobi go imponująca liczba dziewięćdziesięciu dziewięciu wież i wieżyczek, jeśli dodamy do tego niezliczoną ilość detali, jak na przykład wyłażące z murów misie, głowy dzików i żubrów, wykusze, a nawet kościotrupa patrzącego z góry na  turystów to będziemy mieli zaledwie cząstkę tej budowli. Słowo eklektyzm w przypadku zamku w Mosznej nabiera całkiem nowego znaczenia. Kompletny miszmasz czyli pomieszanie z poplątaniem. Styl architektoniczny? A kto by się tam przejmował stylem. A mimo to, w jakiś przedziwny sposób jedno z drugim się łączy, detale pasują do siebie i współgrają. W każdym razie, jest co oglądac i co fotografować. Na szczęście, ponieważ dzisiaj był dzień roboczy, więc nie było zbyt dużo turystów. W weekendy podobno jest tłok i totalne szaleństwo. Z zewnątrz zamek jest przedziwny, natomiast wewnątrz... hmmmm czy jeśli powiem, że jest jeszcze bardziej szalony to Wam wystarczy? Niestety, w środku widać dziesięciolecia zaniedbań i rabunku poprzednich lokatorów, z armią rosyjską włącznie. Część wystroju została rozkradziona, później zastąpiono pewne elementy nowymi, niekoniecznie pasującymi do całości. Na szczęście, niektórych elementów nie dało się zdemontować, jak na przykład przepięknej stolarki, z kasetonami na suficie włącznie. Wiem, że zdjęcia nie są w stanie oddać zwariowanej atmosfery tego miejsca. Teraz w części zamku mieści się sanatorium MSW (czy może właściwie szpital psychiatryczny?). Całe szczęście, że nieopodal buduje się nowy obiekt i zamek zostanie w całości udostępniony zwiedzającym. A jest co zwiedzać, bo pokoi jest podobno... 365! Na każdy dzień roku jeden pokój. Cóz, jest to pomysł na zabicie nudy, prawda? Popatrzcie, proszę Szanowni Tubywalcy na zamek w Mosznej moimi oczami, a właściwie przez obiektyw mojego aparatu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To było kilka widoczków zewnętrznej bryły zamku, a teraz wchodzimy do środka i...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mam nadzieję, że choć w maleńkiej części udało mi się oddać niezwykłość tego miejsca. I wierzę, że wybiorę się tam ponownie. Teraz jeszcze zapraszam na maleńki spacer po ogromnym i przepięknym parku zamkowym...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A to maleńki cmentarzyk rodziny von Thiele-Winckler, właścicieli zamku i ogromnych majątków ziemskich...

 

 

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie "upolowała" jakichś ptaszków... tutaj dzięcioł zielony pięknie mi pozował...

 

 

I już na zakończenie ogromne gniazdo bocianie na wysokim kominie, tuż obok zamku... a że bocian przynosi szczęście, więc życzę Wam, Najmilsi Tubywalcy wiele szczęścia, tak po prostu... pa, pa.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

No...

czwartek, 03 maja 2012 8:07

 

... proszę, Wiosna rozpanoszyła się na całego. Jakby chciała nadrobić poprzednie opóźnienie i wynagrodzić spragnionej ciepła Ludzkości brak prawdziwie wiosennej aury. Powiem szczerze, Najmilsi Tubywalcy, ze w sobotę dała mi ta Wiosna troszkę w kość. Otóż, musiałam być w Warszawie na pewnym spotkaniu. Podróż z Sosnowca porannym pociągiem przebiegła bez jakichkolwiek problemów. Wysiadłam na Centralnym po dziesiątej, rozejrzałam się, jakby inny dworzec. Dawno nie byłam w Warszawie, to i zmiany rzucają mię się na oczy. Jedyny mankament, bo że sklepy, że punkty kasowe, że przestronniej jakby i czyściej, to nie ulega wątpliwości, ale że usiąść ne ma gdzie, to już zupełnie inny temat,  ale ten problem dotknął mnie niezwykle boleśnie dopiero wieczorem. Wrócę do niego w dalszej części mej opowieści. Wyszłam zatem na powierzchnię, Pałac Kultury stoi, jak zwykle majestatyczny... mam do niego sentyment i tyle. Pamiętam nie tak dawną dyskusję nad jego przyszłością. Było wielu takich, co to chcieli, żeby kamień na kamieniu nie pozostał. Relikt zgniłego socjalizmu, zburzyć paskudztwo i tyle. Na szczęście, głosy ucichły, a Pałac sobie stoi i robi za symbol stolicy. I niech mu będzie na zdrowie. Ponieważ spotkanie miałam w Łazienkach, a było jeszcze trochę czasu postanowiłam, piechur zapalony, przejść się spacerkiem. Ufffffff.... nie przewidziałam jedynie, że upał będzie coraz większy i coraz bardziej dający mi się we znaki. Wprawdzie bluzkę miałam lekką i przewiewną, ale dopasowane dżinsy i sportowe buty kompletnie nie były odpowiednie na żar, jaki się lał z nieba. Doszłam do Pałacu na Wodzie na ostatnich nogach i na ostatnią chwilę.  Nie lubie sie spóźniać, tym bardziej, gdy czekał na mnie przemiły Pan... lat około osiemdziesiąt z okładem... ale któżby patrzył na takie drobiazgi. Z Panem Stanisławem znamy się od... od zawsze, bo pamięta mnie jeszcze (a pamięć ma świetną), gdy byłam raczkującym berbeciem. Usiedliśmy w kawiarence pod parasolami, lody były jedynym mądrym wyborem, gdy upał doskwierał. Na szczęście lekki wietrzyk powiewał od czasu do czasu, bo inaczej pewnie bym się roztopiła. Porozmawialiśmy trochę o ważnych sprawach, niestety, niewiele pozytywnego dla mnie z tej rozmowy wynikało, ale może moje oczekiwania były troszkę na wyrost. Jakoś ostatnio niewiele rzeczy udaje mi się w życiu. Cóż, raz na wozie, raz pod wozem, a koniom lżej... czy jakos tak to leciało?  Nieważne, może kiedys opowiem więcej. W każdym razie, rozstaliśmy się w Panem Stanisławem po dwóch godzinach, jeszcze odprowadziłam go pod dom na Podchorążych, jeszcze zajrzałam na Górską... tutaj pusto, głucho... cholewka jasna... powiem szczerze, że się rozkleiłam na moment. Dobrze, że miałam okulary przeciwsłoneczne, bo ktoś by mógł pomyśleć, że taka stara, a beczy. Do odjazdu mojego pociągu zostało z cztery godziny, wróciłam więc do Łazienek. Część alejek pozamykanych, odbudowują Chińską Aleję, w czerwcu ma być otwarcie, ciekawa jestem efektu.  A tak poza tym... tłumy, tłumy i jeszcze raz tłumy.  Trudno było mi robić zdjęcia, bo wszędzie tłumy... Ale za to posiedziałam troszkę na trawie nad wodą, pogapiłam się na pawie i gondole. I na ludzi.

 

Ufff co za ulga dla stóp...

 

Plażą... nie, parkiem szły zakonnice...

 

Gondole na stawie... ładnie się komponują, prawda?

 

Chyba czytać nie umie?

 

Pałac na Wodzie z innej perspektywy...

 

Musiałam wejść na murek, żeby z lepszej perspektywy sfotografować kwietny napis, niestety i tak nie udało mi się go ująć tak, żeby był w całości czytelny.  każdym razie, Warszawa wita EURO 2012.

 

 A to kawałek tęczy... i odrobina orzeźwiającej wodnej mgiełki...

 

 

Wreszcie ruszyłam (pieszo, rzecz jasna) w kierunku Centralnego.  Na Kruczej „się buduje” kolejny wysokościowiec,  Złota 44 Tower (tzw. żagiel) autorstwa Libeskinda jest akurat okładany białymi i niebieskimi płytami... ciekawy efekt. Warszawa robi się wielkomiejska i mimo, że wiele osób jest bardzo krytycznie nastawionych do nowego wizerunku centrum stolicy, to mnie się jednak podoba. Tym bardziej, ze wysokościowce są zróżnicowane architektonicznie i stanowią ciekawą atrakcję.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Połaziłam jeszcze wokół Palacu, posiedziałam przy fontannie, w końcu poszłam na dworzec zorientować się, co z moim pociągiem... trzydzieści minut opóźnienia. Które to opóźnienie mogło się zwiększyć bądź zmniejszyć, z przewagą tego pierwszego. I tu wracam do problemu braku miejsc do siedzenia na Centralnym. Nogi mi wrastały do... po całodniowym chodzeniu w upale, pociąg nie przyjeżdżał, a ja robiłam sie z każda minutą bardziej rozdrażniona, bo nawet  nie miałam gdzie przycupnąć. No, ale za to Centralny w niektórych fragmentach jest naprawdę ładny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W końcu, z prawie godzinnym opóźnieniem pociąg przyjechał. Ludzie, jaki brud, powyrywane siedzenia, zaduch i woń kurzu, przepełnione pojemniki, o ubikacji nie wspomnę, bo brak słów.  W każdym razie, żeby nie przedłużać tej rozwlekłej opowieści powiem tylko, że w domu, zamiast o dwudziestej trzeciej byłam koło pierwszej. Wykończona maksymalnie. Na co dodatkowo nałożyło się rozczarowanie bezsensem tej podróży... cóż, niedzielę miałam z głowy, bo musiałam ją poświęcic na odpoczynek. Za to mam troche zdjęć Warszawy... przynajmniej ona mnie ne rozczarowała.

 

 

W poniedziałek pracowałam, kompletny koszmar. Nie dość, że załoga urlopowo zdziesiątkowana, to jeszcze ostatni dzień miesiąca i tłum interesantów mających nadzieję, że krzykiem wymuszą przyjęcie dokumentów bez... dokumentów!  I, jakby tego bylo mało, Wasza blogerka miała dyżur do siedemnastej. Horror, to mało powiedziane. Najciekawsze jest to, że w ostatnim dniu przychodzą najbardziej trudni ludzie. Ja wszystko rozumiem, że „się nie dało” załatwić papierów, że ktoś tam nie przysłał, a ktoś tam odmówił.... ale do jasnej Anielki, jeżeli przychodzi sie w ostatniej chwili, to nie ma juz czasu, żeby cokolwiek uzupełnić. I jakkolwiek byłabym zyczliwa, to często nie jestem w stanie pomóc. I jest płacz, i jest krzyk, i są wyzwiska... nie mówiąc o groźbach, że „ja zaraz pójdę do prezydenta...” kurczę, każdy może iść do prezydenta, tylko czy to cokolwiek zmieni? Wiem, wychodze teraz na straszną zołzę, ale uwierzcie mi, często nie moge pomóc ludziom, skoro oni sami sobie nie chcą pomóc. W każdym razie, wyszłam z pracy o siedemnastej czując się, jakby mnie ktoś przepuścił przez wyżymaczkę. Chyba się starzeję, bo coraz częściej ogarnia mnie wszechobecne znużenie. Ile można robić za worek treningowy? Chyba długo... do emerytury jeszcze ho ho... a może i więcej!

 

Za to pierwszego maja postanowiłam wyruszyć nad Pogorię III. W Dabrowie Górniczej nastała „wielka majówka”. Imprezy sportowe, rekreacyjne, pokazy ratownictwa wodnego, rejsy na „komandorze”, fitness na plaży, ścianki wspinaczkowe i wiele, wiele innych atrakcji. Powiem Wam, Najmilsi Tubywalcy, że było doprawdy letnio, jakby już były wakacje. Na plaży tłumy, sporo kąpiących się, mimo że woda jeszcze przeraxliwie zimna.  W kazdym razie, spędziłam całkiem sympatycznie dzień. Wybierałam się jeszcze wieczorem nad Trójkę, ale po południu przeszła gwałtowna burza i zrezygnowałam. Szkoda, bo straciam okazje sfotografowania pokazu fajerwerków nad wodą. Nie wiem, kiedy będzie taka następna okazja. Byłam jednak zbyt zmęczona, żeby ponownie dreptać nad jezioro, jeszcze ryzykując, że dopadnie mnie po drodze deszcz. Nic to, Gośka, nic to. Nie można być w kilku miejscach w tym samym czasie, niestety.Na dodatek (i tu się pożalę) od jakiegoś czasu nawalają mi stopy. Po prostu jakby szybciej odczuwam ich zmęczenie przy dłuższym chodzeniu... cóż, te roczniki już tak mają. A co, Gośka, chciałabyś być wiecznie młoda? Nie da się. Trzeba się już chyba pogodzić z niedogodnościami wieku hmmmmm średniego. A że nikt nie lubi ograniczeń, nawet tych, które narzuca własny organizm, to już inna sprawa. Teraz, tak na zakończenie, kilka pierwszomajowych zdjęć znad Pogorii i z Parku „Zielona”. Tym razem „czynników ludzkich” całkiem sporo... ale nie dało się tego uniknąć, jak napomknęłam wcześniej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz jest czwartek, kolejny wolny dzień. Siódma rano, po wczorajszych przelotnych deszczach zrobiło się jakby ociupinkę chłodniej (ale tylko ociupinkę), zapowiada się piękny dzień. Stopy mnie troszkę bolą, już sama nie wiem, jakie buty mam zakładać na moje wędrówki... najchętniej chodziłabym boso... Chyba wybiorę się jedynie na trasę Zagłebiowskiej Masy Krytycznej. To już piąta impreza z tego cyklu. Trasa przebiega spod dworca PKP w Sosnowcu, przez centrum Dąbrowy a meta jest nad Pogorią III. W ubiegłym roku pojechało 1200 rowerzystów. W tym roku pewnie rekord zostanie pobity. I znów mam ten sam dylemat. Czy ustawić się w Parku Hallera czyli  niedaleko domu, czy iść nd Pogorię i czekać na mecie... Nie mam teraz pojęcia. Pewnie zdecyduję w ostatniej chwili, jak to ja...

 

A teraz, Najmilsi Tubywalcy znikam pozostawiając Wam obrazki. Bawcie się dobrze, energetycznie, sportowo i zdrowo.... nie przejedzcie się grilowanym mięsiwem tylko przejedźcie się na rowerkach... dla zdrowia i urody. I z tym energetycznym apelem, pa, pa.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 652  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557652

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości