Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 466 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Dużo...

niedziela, 25 maja 2014 11:35

 

 

...się ostatnio działo. Tak dużo, że aż nie wiem, od czego zacząć. Może więc zacznę od... dzisiaj. Tak, tak, to nie pomyłka. Dzisiaj nad ranem nad naszymi głowami przelatywał rój meteorów Camelopardalidas. Nazwa pochodzi od konstelacji gwiazd, znajdujących się w gwiazdozbiorze Żyrafy, sąsiadującym z Wielką i Małą Niedźwiedzicą. Ponieważ to z reguły bardzo widowiskowe zjawisko postanowiłam się na nie zaczaić z aparatem.  Zamierzałam wyjść z domu gdzieś tak koło drugiej i powędrować w miejsce, gdzie światła miasta nie będą tak intensywne. Niestety, już późnym wieczorem niebo zachmurzyło się i gdzieś z północy nadciągnęła kolejna, po popołudniowej, burza. Pomyślałam sobie, że nic z tego nie wyjdzie, niemniej jakoś nie chciało mi się spać.  Niebo w dalszym ciągu było zachmurzone, więc postanowiłam nie wychodzić na zewnątrz, a jedynie na balkon i spróbować coś tam złapać. Wielki Wóz był doskonale widoczny, a rój miał się pojawić gdzieś w jego rejonie, na północnej stronie nieba. Zrobiłam kilka zdjęć w trybie BULB, prawie „z ręki”, bo z aparatem wspartym na poręczy balkonu. W wizjerze nie było widać efektu, więc stwierdziłam, że nic z tego nie wyjdzie i po zrobieniu kilku zdjęć zeszłam z balkonu. Dopiero teraz, pół godziny temu zruciłam zdjęcia na komputer i, ku mojemu zaskoczeniu, zobaczyłam świetliste kreseczki na fotografiach. Powiem szczerze, że poczułam niedosyt. Gdybym zauważyła, że jakiś efekt jest, to pewnie poprawiłabym nastawy i pobyła na tym balkonie troszkę dłużej. Hmmmmmm... po raz kolejny zapomniałem, że cierpliwość to powinno być drugie imię fotografa. No cóż... następna taka okazja będzie w roku bodajże 2025. Troszkę więc poczekam.

 

 

DSC03549.JPG

 

 

Teraz pragnę powrócić do niesamowitych zdarzeń, jakie miały miejsce tydzień temu. Otóż, byłam zaproszona na ślub i wesele Joasi, córki moich serdecznych Przyjaciół.  W podwójnej roli – gościa i fotografki. Szczerze? Byłam pełna obaw co do moich umiejętności. To jest taka presja, o jakiej nie ma pojęcia nikt, kto tego nigdy nie robił. Ślub, chrzciny czy komunia... tych momentów nie da się powtórzyć. Jest tylko jedna okazja, żeby zrobić zdjęcia i MUSI się udać. Innej opcji nie ma! Wyruszyłam więc w czwartek rano do Cieksyna pod Warszawą... z duszą na ramieniu, ale z dziarską miną.  Pociąg miałam z Sosnowca o 8:41. Poszłam do kasy, a tam niespodzianka. Bilet droższy o dwadzieścia pięć procent. Miła pani z okienka stwierdziła „bo to jest ekspres”.  No cóż, pamiętam, gdy ostatnio jechałam do Warszawy bilet był tańszy, a podróż trwała o pół godziny krócej. Jakaś logika w tym chyba jest, przynajmniej według naszych kolei. Ale nic to. Z bagażami weszłam do przedziału, gdzie już siedział młody, za to dość mocno zbudowany (jaka ja miła jestem!) mężczyzna w garniturze. Powiem Wam, że to, co przeżyłam w ciągu tych trzech godzin podróży godne jest kilku, a może nawet kilkunastu słów. Otóż młodzieniec ów cały czas korzystał z dwóch telefonów. Na jednym odbierał tajemnicze (przynajmniej dla mnie) esemesy, a wówczas dzwonił do kogoś z drugiego telefonu i wydawał polecenia typu: Zapłać tę przedostatnią fakturę... tak, tę którą monitowali... przelej z mojego konta w banku (tu padała nazwa) na konto w banku (kolejna nazwa)... skontaktuj się z Iksińskim (nazwisk nie będę tu podawała, chociaż padały gęsto)... czy wysłałeś towar? Czy dotarł towar? I tak dalej w tym stylu i tonie. Po pół godzinie miałam wrażenie, że się duszę. I nawet na korytarz nie mogłam wyjść, bo tam sterczał kolejny młody człowiek, który również przez całą podróż konferował telefonicznie w tym samym stylu i w podobnym natężeniu głośności. Ja wiem, powie ktoś, że jeśli nie chcę przeżywać podobnych niedogodności to powinnam podróżować samochodem. Nie w tym rzecz, tylko mnie uczono, że w miejscach publicznych należy się zachowywać stosownie i w miarę cicho. No, ale mnie tego uczono. Ale żeby nie było tak do końca krytykancko, w ramach tych pieniążków, które wydałam na bilet dostałam herbatkę i batonik!!! Herbatka w miniaturowym kubeczku i batonik opakowany w firmowy papierek. Cudo! Musiałam zrobić zdjęcie dla wszystkich, którzy nie mieli ostatnio przyjemności podróżować EKSPRESEM!

 

 

DSC04337.JPG

 

 

Wreszcie u Przyjaciół. A tam wpadłam w sam środek przedślubnego rejwachu* Dużo się działo, z dmuchaniem balonów włącznie. Właściwie już od momentu przyjazdu weszłam w rolę i dokumentowałam co ciekawsze zdarzenie. Wszystko po to, żeby nabrać rozpędu i wtopić się w tło. Przy okazji fotografowałam cieksyńskie zwierzaczki. Super kota Kubusia, który jest najważniejszym rezydentem i szefem oraz czarną Mambę, przyjacielską i wsadzającą wszędzie mokry nos oraz Wigora, którego historia jest wzruszająca i do pewnego momentu tragiczna. Uratowany od głodowej śmierci, gdy podły człowiek zostawił go przywiązanego do palika na pustej posesji, wzięty na chwilę w ramach „świątecznej adopcji”  został już na zawsze i odżył, okrzepł i okazał się cudownym wesołym psem. Zresztą, jego imię mówi samo za siebie.

 

 

DSC02986.JPG

 

 

DSC04421.JPG

 

 

DSC04414.JPG

 

 

DSC04416.JPG

 

 

DSC04440.JPG

 

 

Najważniejszym jednak tematem w ciągu tych dni była jednak pogoda. Na weekend zapowiadano opady deszczu, gwałtowne burze i nawałnice. Koszmar dla każdej panny młodej.  Tak też było w sobotę rano. Obudziłam się, a za oknem deszcz! Powiem szczerze, że zaklęłam siarczyście. Nie miałam jednak czasu na nerwy. Bo przyjechała kosmetyczka, później przygotowania Panny Młodej i musiałam zająć się dokumentowaniem wyjątkowych momentów. Na szczęście, koło południa deszcz ustał, a gdzieniegdzie zaczął pojawiać się śliczny błękit. Uffffffff... Dojechaliśmy do Pałacu Ślubów na Placu Zamkowym, gdy niebo zaczęło się przecierać**.  Alleluja, będzie dobrze. Sama uroczystość była rewelacyjna. Jeszcze tak roześmianego i sympatycznego ślubu nie widziałam. Ponieważ Pan Młody jest Szkotem, więc ślub odbywał się za pośrednictwem tłumacza. Pani tłumaczka to zupełnie inny temat. Niech Wam wystarczy taki mały detal, że w pewnym momencie, po paśmie pomyłek i przejęzyczeń czytająca tekst z kartki pani tłumaczka stwierdziła „bo ja się zgubiłam”. W końcu młodzi wygłosili słowa przysięgi, wymienili się obrączkami i zostali ogłoszeni mężem i żoną. Wyszliśmy na zewnątrz, a tam... przepiękne Słońce, cudna pogoda i piękne warunki do zdjęć. Ruszyliśmy całym ogromnym orszakiem na Starówkę. Ponieważ Joasia i Paul stanowili wyjątkowo piękną, malowniczą parę, więc turyści obecni na Rynku masowo robili im zdjęcia. Japończycy, turecka wycieczka i warszawiacy. Nie powiem, miałam czasami problem, jak skadrować ujęcie, żeby jak najmniej osób „wcinało” się w kadr. No cóż, takie są „uroki” fotografowania w miejscach publicznych. Niemniej, udało się zrobić  trochę ujęć Młodej Pary.

 

 

DSC02337.JPG

 

 

DSC01889.JPG

 

 

DSC02405.JPG

 

 

DSC02502.JPG

 

 

DSC02533.JPG

 

 

DSC02540 - Copy - Copy.JPG

 

 

DSC02579.JPG

 

 

DSC02581.JPG

 

 

DSC02619.JPG

 

 

DSC02657.JPG

 

 

DSC02775.JPG

 

 

Wesele, to kolejny temat. Ponieważ znaczna część gości była angielskojęzyczna, więc Joasia przygotowała dla nich tekst „Sto lat” w wersji fonetycznej. Wyglądało to tak:

 

Sto lat sto lat

Neakh geio geio nam

Sto lat sto lat

Neakh geio geio nam

Yester rarst yester rarst

Neakh gejo geio nam!

 

Najzabawniejszy był moment, gdy polscy goście dalej pociągnęli “Niech im gwiazdka pomyślności”… a zdezorientowani obcokrajowcy szukali na kartce ciągu dalszego. Ale dali radę. Było cudnie, rodzinnie i serdecznie. Czasami zdarza się, że na weselach goście młodych siedzą w dwóch grupach, nie integrują się i nie bawią razem. Tu było zupełnie inaczej. Mimo bariery językowej, która czasami sprawiała niejakie problemy ludzie potrafili ją przełamać i wspólnie świetnie się bawić. Przezabawne było, jak tłumaczyłam Duńczykom i Francuzom siedzącym przy moim stole, co oznacza słowo „gorzko” oraz przyśpiewka „gorzka wódka...” i jakie mają znaczenie. Najpiękniejsze momenty?  Pierwszy taniec Młodej Pary. Nie tradycyjny walc, nie żadne „jeden na jeden” albo „dwa na dwa”. Joasia i Paul przygotowali tradycyjny szkocki taniec z figurami. Trochę jak nasz „chodzony”,  w każdym razie, bardzo malowniczy i efektowny.  Kolejnym momentem było zaśpiewanie przez Joasię specjalnie przygotowanej na ten wieczór piosenki. Dedykowanej specjalnie dla Paula. Oraz niezwykły występ Witka, brata Joasi, niesamowitego muzyka, który specjalnie dla siostry zaśpiewał „You are so beautiful” zmieniając słowa z „to me” na „to him”. Jednym słowem, było wyjątkowo, radośnie i rodzinnie. Zabawa do rana, później kilka godzin na sen i wczesnym popołudniem poprawiny w Cieksynie. Czułam, że moje stopy zaczynają żyć własnym życiem. Najchętniej wsadziłabym je do miski z zimną wodą. A tu trzeba było jeszcze wytrzymać kilka godzin w stanie gotowości.  Najważniejsze, że się wszystko udało! Karty pamięci zapełnione, baterie nie padły, sprzęt wytrzymał, fotografka też!

 

 

Korzystając z tej okazji „yester rarst, yester rarst” najserdeczniejsze życzenia najpiękniejszych wspólnych wielu, wielu chwil, Joasiu i Paul! I dziękuję Wam za Waszą przyjaźń oraz za zgodę na umieszczenie Waszych zdjęć na moim blogu.

 

 

DSC02652.JPG

 

 

A troszkę zbaczając z tematu, chciałabym Wam pokazać kilka migawek z Cieksyna. Mazowiecki urokliwy krajobraz i przepływająca nieopodal Wkra. Nie mogłam się powstrzymać i „urwałam” dla siebie kilka chwil na te widoki. I na motylki, i inne robaczki pętające się po polach i łąkach.

 

 

DSC05295.JPG

 

 

DSC05298.JPG

 

 

DSC05304.JPG

 

 

DSC05307.JPG

 

 

DSC05309.JPG

 

 

DSC05314.JPG

 

 

DSC05317.JPG

 

 

DSC05334.JPG

 

 

DSC05343.JPG

 

 

DSC05353.JPG

 

 

DSC05357.JPG

 

 

A propos robaczków. Niestety, do tej pory nie udało mi się zrobić żadnego portreciku dżdżownicy. Dostałam za to, w formie prezentu, zdjęcie dżdżowniczki zrobione przez Siteczkę na jej rancho. Dziękuję ślicznie, dżdżowniczka jest, prezentuje się świetnie, przynajmniej już nie muszę żadnej innej wyciągać z norki!

 

 

00156.JPG

 

 

*rejwach – z niemieckiego i z jidysz – niepokój, tumult, wrzawa, zamęt, zgiełk, zamieszki

 

**niebo się przeciera – wypogadza się

 

Te określenia z gwiazdkami są dla tych wszystkich, którzy czasem podśmiewają się ze mnie (sic!), że używam dziwnych, nieznanych im określeń czy słów. Ostatnio musiałam jednaj z osób „wygooglować” jakieś słowo, żeby udowodnić, że takie właśnie słowo istnieje. Dla mnie to niezrozumiałe i dziwne. Ale ja chyba w ogóle jestem niedzisiejsza. Pa, pa, Najmilsi Tubywalcy. W kolejnym tekście będzie dużo na temat irysów. A tekst będzie zilustrowany zdjęciami tychże kwiatów. Bo nadszedł ich czas, a mnie to niezwykle cieszy!

 

 

PS> Coś się pomieszało z rozmiarem czcionki. Niestety, jak zaczęłam poprawiać, to zaczęło się wszystko rozjeżdżać, więc zostawiam, jak jest. Trudno!

 

 

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Obiecane...

czwartek, 15 maja 2014 0:52

 

... dotrzymane. Niestety, tym razem będzie krótko, bo jestem zmęczona, a rano wyjeżdżam do Warszawy i wracam dopiero w niedzielę. Niestety, grafik będę miała tak napięty, że najprawdopodobniej nie znajdę ani chwili na napisanie choćby kilku słów. Zostawiam zatem Wam, Najmilsi Tubywalcy, obiecane zdjęcia Diesla i Rudencjusza na dowód, że chłopaki mają się dobrze... a patrząc na Rudiego mogę wręcz powiedzieć, że... bardzo dobrze. Czyli... Rudencjusz nie schudł, a Diesel nie przytył. Jedynym problemem jest ogromne tchórzostwo Rudencjusza. Biedulek, ze względu na prowadzony remont elewacji mojego blogu większość czasu spędza pod łóżkiem, wystraszony i nieszczęśliwy. Diesel natomiast oswoił się już z hałasami na zewnątrz, a nawet wskakuje na parapet i sprawdza, czy panowie murarze dobrze tynkują balkon. Urodzony brygadzista :)  Tyle dzisiaj, zaraz kładę się spa, bo jeszcze nie jestem do końca spakowana. No, za wyjątkiem sprzętu, który jest, jak zwykle gotowy do pracy. Czego nie można powiedzieć o mnie. Chociaż i tak, co u mnie normalne, spakuję najpotrzebniejsze rzeczy, w tym kieckę tzw. "wyjściową" i eleganckie buty. O imprezie, na którą jadę opowiem po powrocie. Teraz, wybaczcie, ale muszę kończyć. Zostawiam Wam moje koty dla towarzystwa. I to by było na dzisiaj tyle, pa, pa!

 

 

 

DSC03934.JPG

 

 

 

DSC03943.JPG

 

 

 

DSC03952.JPG

 

 

 

DSC03954.JPG

 

 

 

DSC03971.JPG

 

 

 

DSC03973.JPG

 

 

 

DSC03988.JPG

 

 

 

DSC04197.JPG

 

 

 

DSC04208.JPG

 

 

 

DSC04214.JPG

 

 

 

DSC04237.JPG

 

 

 

DSC04243.JPG

 

 

 

DSC04251.JPG

 

 

 

DSC04252.JPG

 

 

 

DSC04256.JPG

 

 

 

DSC04286.JPG

 

 

 

Jak widać na powyższych obrazkach, Rudencjusz wciąż zaczepia Diesla, którego cierpliwość jest bezmierna, jak ocean, chociaż nie nieskończona.  Obserwowanie kotów niezmiennie sprawia mi ogromną frajdę. Koty to jest to!


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Tradycji...

niedziela, 11 maja 2014 23:45

 

... stało się zadość.  Co to oznacza? Otóż, tradycyjnie weekendowa pogoda nie spełniła moich oczekiwań. Nagle zrobiło się zimno, zaczął padać deszcz, co w połączeniu z porywistym wiatrem dało dość nieprzyjemny efekt. W sobotę nigdzie się nie wybrałam, nie miało to sensu. Było nieprzyjemnie i sennie. Szczerze? Byłam rozczarowana. I zła. W takich sytuacjach mam wrażenie straconego czasu, straconych okazji... czy ja wiem? Och, oczywiście, że mam całą masę innych zajęć. Nie zajmuję się przecież tylko fotografowaniem. To w dalszym ciągu pasja, a nie obsesja.  Przynajmniej taką mam nadzieję. Żałuj tylko, że tak późno się tym zajęłam. Zawsze chciałam fotografować, tylko jakoś tak... moje marzenia schodziły na dalszy plan. Zawsze było coś ważniejszego i odkładałam marzenia "na później".  Czy nie nazbyt długo? Być może. Co jednak w żadnym stopniu nie zmienia mojego stosunku do tej formy wyrazu. Może dlatego teraz staram się nadrobić stracony czas. Nie dać uciec chwilom. Dlatego tak mnie denerwują wszelkie przeszkody. Jak zła pogoda, na przykład. Na szczęście, dzisiaj pogoda trochę się poprawiła. Momenty rozpogodzenia były troszkę częstsze i dłuższe. Postanowiłam więc jednak wyjść chociaż na chwilę. Niedaleko, na jakąś łąkę, do jakiegoś lasu. W ciszę i zieleń. Ot tak, po prostu. W zieleń i ciszę...

 

I miałam szczęście, bo spotkałam sympatycznego motylka, który suszył sobie skrzydełka po przelotnym deszczu. Tak był tym zafrapowany, że średnio zwracał na mnie uwagę.

 

 

 

DSC02109.JPG

 

 

DSC02112.JPG

 

 

DSC02120.JPG

 

 

DSC02128.JPG

 

 

DSC02133.JPG

 

 

 

Ten sam motylek towarzyszył mi przez dłuższy moment... to podfruwał, to przysiadał na jakimś listku. W końcu, zanurzył się w zieleni i tak trwał, trwał, trwał...

 

 

 

DSC02176.JPG

 

 

DSC02180.JPG

 

 

DSC02189.JPG

 

 

DSC02191.JPG

 

 

 

Czyz nie jest piękny? Taki futrzaczek zabawny i śliczny. W przeciwieństwie do małego robaczka. Też ładnego, ale na swój własny, specyficzny sposób. Najzabawniejsze w nim jest  pysio... jak właściwie nazwać oblicze robaczka? Ten ma wybitnie uśmiechnięty wyraz "twarzy".

 

 

 

DSC02261.JPG

 

 

DSC02258.JPG

 

 

DSC02196.JPG

 

 

 

Ach, byłabym zapomniała, spotkałam podczas spaceru pierwszą ważkę w tym roku. No nie, nie do końca. Tydzień temu też widziałam ważkę, ale nie przysiadła na tak długo, żebym mogła ją sfotografować. Tym razem, może ze względu na niską temperaturę owad siedział na źdźble dosyć długo. Przynajmniej na tyle długo, żebym mogła zrobić zdjęcia.

 

 

 

DSC01987.JPG

 

 

DSC01991.JPG

 

 

DSC01998.JPG

 

 

DSC01999.JPG

 

 

 

Rozglądałam się uważnie w poszukiwaniu jakiejś dorodnej dżdżownicy. W końcu jedną zauważyłam. A właściwie jej ogon wystający z norki. Złapałam i zaczęłam ciągnąć. Ciągnęłam i ciągnęłam, a dżdżownica rozciągała się, jak gumka recepturka. Zdawała się nie mieć końca. Wreszcie zrobiła się cieniutka jak niteczka i wówczas... ogonek wyślizgnął się z moich palców i dżdżownica z dziwnym mlaśnięciem zniknęła w jamce. Tym razem nie będzie więc zdjęcia dżdżownicy. Będzie za to... gąsienica. Też ładna, prawda?

 

 

 

DSC02206.JPG

 

 

 

Ja wiem, że niewiele ciekawego znajdziecie tym razem w moim wpisie, Najmilsi Tubywalcy.  Mój mózg śpi... chyba? A skoro mózg śpi, to i na ciało czas. Dobrej nocy, Przyjaciele, dobrej nocy i pa, pa.

 

 

 

PS. Z tą dżdżownicą to trochę przesadziłam... a właściwie to sobie wymyśliłam. Taki mały żarcik.

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Długi...

poniedziałek, 05 maja 2014 2:03

 

 

... weekend czas zakończyć. Niestety, wszystko, co dobre szybko się kończy.  Na szczęście, pogoda dopisała. Przynajmniej częściowo.  Miałam więc okazję połazić troszkę po lesie i po łąkach w poszukiwaniu, ulubionych przeze mnie, robalków. Tych fruwających i tych pełzających.  Miałam szczęście, o czym się przekonacie, Tubywalcy Wyrozumiali, gdy obejrzycie plon moich wypraw.  W ogóle, ten wpis będzie taki raczej zielony.  Bo to kolor wiosny. Kolor nadziei. Kolor wyciszenia i równowagi. A tego mi teraz akurat potrzeba.  Przez cztery dni żyłam sobie spokojnie, na luzie, bez makijażu i myślenia o wyglądzie. A propos makijażu. Czy wiecie, co jest gorsze od nieumalowanej fotografki? Fotografka z rozmazanym jednym okiem.  Ponieważ zdjęcia robię korzystając z wizjera, więc makijaż jest tutaj przeszkodą. Na dodatek, robaczkom mój wygląd raczej nie przeszkadza... przynajmniej nie słyszałam, żeby zgłaszały jakieś uwagi.  A wracając do lasu.  Nie ma nic piękniejszego niż las o tej porze roku.  Słoneczne promienie przedzierające sie przez delikatne listki. Skrzypienie konarów, zupełnie, jakby otwierały się tajemnicze stare drzwi do tajemnej krainy. Czasem mimowolny lęk, gdy słyszysz za sobą ciche kroki. Odwracasz się i.... to tylko ciekawski kos grzebiący w suchej ściółce w poszukiwaniu robaczków.  Kolorowe motyle, piękne, gdy światło rozbłyska w ich skrzydłach. I złośliwe, gdy potrafią człowieka wodzić za nos. To frustrujące. Idziesz za takim fruwakiem, a on sobie polatuje beztrosko, to tu, to tam. Wreszcie sukces. Usiadł na mleczu. Podchodzisz ostrożnie, wyostrzasz obraz, a tu... fruuuuuuu! Znów odleciał parę metrów od ciebie. I zabawa zaczyna się od nowa.  Zaczynasz czuć każdą część kręgosłupa. Już jakiś czas temu stwierdziłam, że moja pasja jest mordercza dla mojego kręgosłupa. I nie chodzi tu  o kilogramy dźwiganego sprzętu. Nie, to raczej napięcie mięśni podczas fotografowania. I przedziwne pozycje, jakie jestem zmuszona przyjmować. No cóż, wszystko ma swoją cenę. Dlatego nie narzekam. Przynajmniej nie za bardzo.  A wracając do moich wędrówek. W „moim” lesie jest kilka małych jeziorek pełnych żab i zaskrońców. Niestety, tym razem zaskrońce nie miały ochoty na pozowanie. Jedyny, jakiego zobaczyłam przepełzł tuż przed moimi nogami w poprzek ścieżki. Zbyt szybko, żebym mogła go sfotografować. Nie tym razem.  A żaby? Złośliwe i wredne. Miałam ogromną ochotę na sfotografowanie jakiegoś ropucha, gdy nadyma sie podczas rechotania. Stałam na brzegu, a po przeciwnej stronie jeziorka wrzeszczy jakiś osobnik. Przemieszczam sie ostrożnie wzdłuż ściany trzcin w jego kierunku. Nie dość ostrożnie chyba, bo zamilkł. Za to odzywa się jego koleżka. Akurat z miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą stałam!  Nie macie pojęcia, Najmilsi Tubywalcy, jakie to frustrujące. Na szczęście wynagrodziły mi to z nawiązką wszelkiego rodzaju robalki, motylki, komary i muszki.  Mam nadzieję, że Was usatysfakcjonuję ich portretami.  Tak, wiosennie po prostu.

 

 

Ale zacznę od zieleni.  Bo czyż nie jest piękna? Pytanie, oczywiście z gatunku retorycznych. I wiecie co, Tubywalcy Najmilsi? Miałam nieodpartą ochotę, żeby położyć się wśród tych wysokich traw i tak trwać nieruchomo z niebem nad sobą. Niestety, złowieszcze kleszcze czyhające wokół skutecznie mnie do tego pomysłu zraziły. A szkoda!

 

 

DSC03811.JPG

 

 

DSC03827.JPG

 

 

DSC03877.JPG

 

 

DSC04026.JPG

 

 

DSC04051.JPG

 

 

DSC04053.JPG

 

 

DSC04068.JPG

 

 

DSC04075.JPG

 

 

DSC04083.JPG

 

 

DSC04094.JPG

 

 

DSC04098.JPG

 

 

Teraz obiecane robaczki. Uwaga, będzie też i seks! Bo przecież Wiosna bez seksu nie byłaby prawdziwą Wiosną, prawda?

 

 

DSC00988.JPG

 

 

DSC01145.JPG

 

 

DSC01224.JPG

 

 

DSC01228.JPG

 

 

DSC01234.JPG

 

 

DSC01236.JPG

 

 

DSC01243.JPG

 

 

DSC01298.JPG

 

 

DSC01413.JPG

 

 

DSC01440.JPG

 

 

DSC01488.JPG

 

 

DSC01519.JPG

 

 

DSC01541.JPG

 

 

DSC01544.JPG

 

 

DSC01550.JPG

 

 

DSC01560.JPG

 

 

DSC01572.JPG

 

 

DSC01578.JPG

 

 

DSC01581.JPG

 

 

DSC01677.JPG

 

 

DSC01714.JPG

 

 

DSC01737.JPG

 

 

DSC01747.JPG

 

 

DSC01750.JPG

 

 

DSC01764.JPG

 

 

DSC01778.JPG

 

 

DSC01797.JPG

 

 

DSC01834.JPG

 

 

DSC01905.JPG

 

 

DSC01922.JPG

 

 

 

Ufffffff... chyba troszkę dużo tych robalków, ale to i tak maleńki wycinek tego, co sfotografowałam w ciągu ostatnich czterech dni.  A wiecie, co było największym zaskoczeniem? Widok zapylanego motylka. Siada sobie samiczka na kwiatku, wystawia odwłoczek do góry, a samczyk przelatując ponad nią leciutko muska ją swoim odwłoczkiem. Nie wiem, czy nastąpiło zapylenie, ale mam nadzieję, że im się udało i zostaną szczęśliwymi rodzicami. Bo motylków nigdy za wiele, prawda?

 

A ponieważ mamy już poniedziałek, a ja chcę jeszcze złapać choć chwilkę snu, pa pa, Najmilsi Tubywalcy... pa, pa!

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 576  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554576

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl