Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 813 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Ostatnio...

niedziela, 24 maja 2015 6:29

 

 

... mam dużo czasu wolnego, jak wiecie, Szanowni Tubywalcy. Siedzenie w domu może wyjść bokiem... chyba, że siedzi się z własnego wyboru, a nie jest się do tego zmuszonym. W środę  byłam u chirurga i posiedzę jeszcze do końca miesiąca. Już chce mi się do pracy, zobaczę jednak, co powie pani doktor na wizycie kontrolnej.

 

 

 

 Cisza. Jaka słodka cisza... przedwyborcza!  Nasłuchaliśmy się tak wielu kłamstw, pomówień, wzajemnych oskarżeń i czczych obietnic. Kandydaci robili wszystko, żeby przedstawić samych siebie w jak najlepszym świetle i równocześnie zdyskredytować przeciwnika. Pojedynek na afery, inwektywy i niehonorowe zagrywki. A we wszystko wciągnięte media, politycy różnej maści i społeczeństwo. Żenujące widowisko! Najzabawniejsze jest to, że wszystko, co usłyszeliśmy to tak zwana kiełbasa przedwyborcza. Wabi się potencjalnych wyborców na lep kłamstw i ułudnych świecidełek. A oni spijają ten nektar z ust korali polityków. Jak powiedział kiedyś Otto von Bismarck - Nigdy się tyle nie kłamie jak przed wyborami, w czasie wojny lub po polowaniu. I miał rację. Niestety, wielu ludzi wierzy w te kłamstwa, a potem? Potem jest za późno. I jakoś nikt nie rozlicza kandydatów z niespełnionych obietnic...  Przychodzą następne wybory i znów dajemy się złapać na stare sztuczki... Tylko Polski mi żal. I Rodaków moich mi żal. Znów zacytuję tu Otto von Bismarcka -  Dajcie Polakom rządzić, a sami się wykończą. Jesteśmy wspaniałymi wojownikami, co to „...do ostatniego guzika...” i „...za wolność naszą i Waszą...”, i pójdziemy z honorem „na dnie lec”.  A później przychodzi czas pokoju, czas odbudowy ruin i zgliszcz... wówczas zaczynają się problemy. Dla władzy, dla swojej racji, dla zysku zaczynamy skakać sobie do gardeł, choćby wszystko miało ulec zagładzie przez nasze zacietrzewienie, my brniemy w swojej niepohamowanej zapalczywości. Tu posłużę się cytatem z Voltaire’a: Jeden Polak to istny czar, dwóch Polaków – to awantura, trzech Polaków – och, to już jest polski problem. Pójdę do urn, oddam mój głos na... mniejsze zło. Ale teraz trwa błoga cisza...

 

 

Ciemno, zimno, mokro, jednym słowem paskudnie. W takich momentach cieszę się, że nie muszę nigdzie wychodzić. To właściwie jedyny pozytyw wynikający z mojego, przymusowego w gruncie rzeczy unieruchomienia. Leżę w łóżku  i piszę sobie w zeszycie.Nie ma to jak tradycja. Tak, jak czytanie prawdziwej książki wydrukowanej na prawdziwym papierze, szeleszczącej kartkami i pachnącej farbą drukarską nie może być porównywane  z czytaniem, nawet  tych samych słów na ekranie komputera lub czytnika e-booków, tak samo pisanie piórem bądź długopisem na papierze sprawia o wiele więcej przyjemności niż wklepywanie literek na klawiaturze. Dziwne, bo przecież, przynajmniej teoretycznie,  efekt jest taki sam. Zapis myśli, uczuć, wrażeń i emocji. A jednak, pusta kartka papieru powoli zapełniająca się słowami ma dla mnie wręcz metafizyczny wymiar. Jedynym problemem jest późniejsza konieczność przeniesienia tego wszystkiego do komputera. No, ale kto powiedział, że wszystko musi być proste?

 

 

Ostatnio obiecałam Wam, Tubywalcy Najmilsi jakieś robale, gady, płazy i inne, równie intrygujące stworzenia... Na pierwszy ogień może by tak zaprezentować zaskrońce? Są warte uwagi, Zwinne, szybkie, ciche i trudne do uchwycenia. Są wyjątkowe i tajemnicze. Na szczęście, nie są groźne dla ludzi. Powiedzcie sami, czyż nie są piękne?

 

 

 

DSC06983.JPG

 

 

 

DSC06984.JPG

 

 

 

DSC06985.JPG

 

 

 

DSC06986.JPG

 

 

 

DSC09406.JPG

 

 

 

DSC09411.JPG

 

 

 

DSC09416.JPG

 

 

 

DSC09441.JPG

 

 

 

DSC09449.JPG

 

 

 

DSC09455.JPG

 

 

Zabawnym jest moment, gdy między trzcinami przepływa zaskroniec. W ułamku sekundy zapada głucha cisza. Żaby, do tej pory rechoczące zamierają i nie wydają żadnego dźwięku. Tylko od czasu do czasu słychać cichy plusk, gdy któraś z żab umyka sprzed oczu drapieżnika.  Zaskroniec  znika gdzieś w szuwarach i znów odzywa się żabi chór.  Te odgłosy wydają jedynie samce w okresie godowym za pomocą parzystych rezonatorów znajdujących się po obu stronach głowy nazywanych również workami głosowymi. To fascynujące, gdy samiec nadyma dwa wielkie białe balony oznajmiając, że jest gotów do godów.  Samce są mniejsze od samic, którym wskakują na grzbiet. Samica składa jajeczka do wody, a wówczas samiec wypuszcza strumień plemników. Zapłodnienie następuje w wodzie, pozaustrojowo.  W jeziorkach, bajorach i stawach aż kłębi się tłum płazów. Czasami trudno się zorientować, ile żab jest ze sobą sczepionych. 

 

 

 

DSC09315.JPG

 

 

 

DSC09319.JPG

 

 

 

DSC09334.JPG

 

 

 

DSC09340.JPG

 

 

 

DSC09706.JPG

 

 

 

DSC09708.JPG

 

 

 

Zostawmy pełzające i taplające się w wodzie towarzystwo i przyjrzyjmy się troszkę ładniejszym osobnikom, przynajmniej według naszych kryteriów. Mówię tu o ważkach śmigających nad wodą.  Ich sprawność w powietrzu jest niesamowita. Ponieważ skrzydła są osadzone na grzbiecie niezależnie od siebie, ważki mogą wykonywać  w powietrzu nieprawdopodobne ewolucje. Skręty pod dziwnym kątem,  nagłe zwroty i zatrzymania... istny taniec w zwrotnym tempie.  I równocześnie, co za  wyzwanie dla obserwatora chcącego zrobić jakieś, w miarę ostre zdjęcie.  Efekt? No cóż, raz lepiej, a raz gorzej, na szczęście od czasu do czasu przysiadają na sekundę na wysokich trzcinach. Oceńcie zresztą sami...

 

 

 

DSC07021.JPG

 

 

 

DSC07022.JPG

 

 

 

DSC07023.JPG

 

 

 

DSC09689.JPG

 

 

 

DSC09691.JPG

 

 

 

DSC09692.JPG

 

 

 

DSC09694.JPG

 

 

 

DSC09695.JPG

 

 

 

DSC09797.JPG

 

 

 

DSC09825.JPG

 

 

 

DSC09837.JPG

 

 

 

DSC09843.JPG

 

 

 

DSC09849.JPG

 

 

 

Kolejnym wyzwaniem są motyle.  Piękne i nieuchwytne.  Małe klejnoty mieniące się w słonecznych promieniach wszystkimi  kolorami tęczy.

 

 

 

DSC00049.JPG

 

 

 

DSC00050.JPG

 

 

 

DSC00053.JPG

 

 

 

DSC00059.JPG

 

 

 

DSC00066.JPG

 

 

 

DSC06303.JPG

 

 

 

DSC06310.JPG

 

 

 

DSC06337.JPG

 

 

 

DSC06401.JPG

 

 

 

DSC06442.JPG

 

 

 

DSC06449.JPG

 

 

 

DSC06479.JPG

 

 

 

DSC06486.JPG

 

 

 

DSC08318.JPG

 

 

 

DSC08332.JPG

 

 

 

DSC08341.JPG

 

 

 

DSC08356.JPG

 

 

 

DSC09284.JPG

 

 

 

DSC09286.JPG

 

 

 

DSC09964.JPG

 

 

 

DSC09967.JPGDSC09967.JPG

 

 

 

DSC09981.JPG

 

 

 

DSC09982.JPG

 

 

 

No tak, my tu gadu-gadu, a ja obiecałam robalki. Na początek wyjątkowy czerwony żuk czyli rynnica topolowa.  Piękna, głęboka barwa odwłoka i błyszczący czarny hełm, jako żywo przypominający mi hełm Dartha Vadera.

 

 

 

DSC09169.JPG

 

 

 

DSC09171.JPG

 

 

 

DSC09173.JPG

 

 

 

A teraz prezentują dwa kowale bezskrzydłe podczas godów. Przedziwna pozycja, prawda?  Najzabawniejsze, że każdy z robalków chce iść we własnym kierunku i ciągnie za sobą partnera. A później następuje zmiana i  kierunek marszu.  To się nazywa samozaparcie... na granicy desperacji wręcz.

 

 

 

DSC07825.JPG

 

 

 

DSC07833.JPG

 

 

 

 Na wysokich źdźbłach trawy lądują śliczne czerwono-czarne owady o „zmyłkowej” nazwie – omomiłek szary.  Wspinają się coraz wyżej, aż na szczyt skąd patrolują otoczenie poruszając długimi czułkami.

 

 

 

DSC09296.JPG

 

 

 

DSC09297.JPG

 

 

 

DSC09302.JPG

 

 

 

A to chyba barciel pszczołowiec.

 

 

 

DSC00030.JPG

 

 

 

Tego osobnika zobaczyłam po raz pierwszy w życiu. Na szczęście istnieje „wujek Google”, który wie wszystko. Tam właśnie znalazłam przedstawicieli tego gatunku, stąd wiem, że jest to łanocha pobrzęcz... niestety, odleciał zbyt szybko, żebym mogła mu się lepiej przyjrzeć.

 

 

 

DSC09800.JPG

 

 

 

DSC09801.JPG

 

 

 

DSC09802.JPG

 

 

 

I jeszcze koniki polne... na razie maleństwa, wielkości kilku milimetrów. Kompletnie zlewają się z zielenią traw. Można je zauważyć dopiero w momencie, gdy się poruszą... Czy wiedzieliście, Szanowni Tubywalcy, że koniki polne przechodzą aż sześć wylinek?

 

 

 

DSC00082.JPG

 

 

 

DSC09650.JPG

 

 

 

Teraz, dla wszystkich, którzy mają już dość gadów, płazów i robalków trochę kwiatków. Ostatnie tulipany... zbyt szybko przekwitły...

 

 

 

DSC07176.JPG

 

 

 

DSC07652.JPG

 

 

 

DSC08045.JPG

 

 

 

DSC08051.JPG

 

 

 

DSC08055.JPG

 

 

 

DSC08059.JPG

 

 

 

DSC08062.JPG

 

 

 

DSC08229.JPG

 

 

 

DSC08063.JPG

 

 

 

Skoro były ostatnie tulipany, to teraz niech będą pierwsze maki...

 

 

 

DSC00013.JPG

 

 

 

DSC00019.JPG

 

 

 

DSC00016.JPG

 

 

 

I trochę słonecznych blików...

 

 

 

DSC05520.JPG

 

 

 

DSC05527.JPG

 

 

 

DSC05538.JPG

 

 

 

DSC09671.JPG

 

 

 

DSC09675.JPG

 

 

 

DSC09702.JPG

 

 

 

DSC09750.JPG

 

 

 

Pamiętacie, Najmilsi Tubywalcy historię leśnych gołębi, które założyły sobie  gniazdo na brzozie na wprost mojego balkonu? Otóż, dwa młode gołąbki urosły i odfrunęły. Zostało puste gniazdo. Nie na długo... opustoszałą siedzibą zainteresowały się gołębie domowe.  Zaczęło się kolejne wysiadywanie jajek... czekam na młode. W gnieździe są chyba dwa jajeczka... jeśli coś się wykluje, postaram się zamieścić jakieś zdjęcia...

 

 

 

DSC00209.JPG

 

 

 

DSC00213.JPG

 

 

 

I to by było na tyle, Tubywalcy Najmilsi. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was zbytnio... pa, pa!

 

 

Ach, byłabym zapomniała. Jeszcze, tak na zakończenie... stokrotkowa łąka w dwóch odsłonach...

 

 

 

DSC07068.JPG

 

 

 

 

 

 

DSC07069.JPG


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Się...

piątek, 22 maja 2015 3:54

 

... pisze. Noc przynosi pomysły, noc przynosi ciszę i spokój. Otwiera się umysł... i wtedy najlepiej się pisze. A ponieważ "się pisze" to znaczy, że się jeszcze nie napisało... Gdy się już do końca napisze, to się opublikuje... obiecuję :)


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Czterdzieści...

sobota, 09 maja 2015 0:22

 

 

... lat minęło, jak jeden dzień... czterdzieści lat temu weszłam w dorosłość, jeśli mogę się tak górnolotnie wyrazić. To był maj 1975 roku. Niedawno skończyłam osiemnaście lat, a teraz zdawałam maturę. Upał, tradycyjnie kwitnące kasztany, wiatr we włosach i w głowie. Ten drugi wymiatający z mózgu jakieś tam zasoby wiedzy. Stres i niepokój, jak to będzie wyglądało, jaki będzie wynik... Biała bluzka szyta przez krawcową. Ładna, skromna, z wykładanym kołnierzykiem Słowackiego. I czarna spódniczka do połowy kolana. Nie na darmo na moje liceum mówiono „klasztor”. Dlatego paski przy spódniczkach były usztywniane gurtem (kto jeszcze wie, co to takiego?), żeby z „przyzwoitej” długości w ułamku sekundy można było zrobić mini. Stoliki ustawione w przepisowej odległości na auli, komisja zasiadająca za stołami i oczekiwanie na otwarcie kopert z tematami. Pamiętam, że był jakiś Żeromski, poezja Mickiewicza i Broniewskiego (razem!), wieś w literaturze, okupacja i klęska w literaturze polskiej... nie powiem, byłam z każdym kolejnym tematem coraz bardziej niepewna. Tym bardziej, że jako piątkowa „polonistka” nie wyobrażałam sobie innego stopnia na maturze. Wreszcie temat piąty... JEST! „W jakim sensie adaptacja filmowa wybranych powieści poszerzyła twoją wiedzę o obyczajach, kulturze i stosunkach społecznych danej epoki”.  Alleluja! Wolny temat! Na dodatek, temat doskonale mi pasujący. Największym problemem była mnogość przykładów, na których można było się oprzeć. Niemniej... pooooszło! Niestety,  mój Pan Profesor jakimś cudem wyłapał „płycizny”, skąd on wiedział, że po niektórych przykładach delikatnie się prześlizgnęłam? Na dodatek użyłam sformułowania „tą powieść”... i tym sposobem dostałam pięć minus! Na szczęście, na świadectwie maturalnym minusów nie wpisywano. Miałam więc swoją piątkę z języka polskiego.

 

 

Matematyka... ooooooooo najchętniej spuściłabym na ten epizod zasłonę milczenia. My, uczniowie klasy humanistycznej (czytaj: poeci, aktorzy, literaci, muzycy, jednym słowem artyści i wolne duchy) nie zniżylibyśmy się do jakiejś tam matematyki, fizyki czy chemii... Tym sposobem, na maturę z tej nieszczęsnej matematyki szłam jak na ścięcie, choć z głową dumnie podniesioną.  Stał się cud i matematykę zaliczyłam na tróję. Dzięki Wysokiej Komisji, która dostała nagłego ataku ślepoty i głuchoty oraz otumanienia wszelkiego. I znów się prześlizgnęłam...

 

 

A później były egzaminy ustne – język polski jako przedmiot dodatkowy, język niemiecki i muzyka. Dwa ostatnie właściwie bez historii i na bardzo dobrze, za to język polski (o dziwo!) sprawił mi największą niespodziankę. Otóż,  po wylosowaniu pytań z gramatyki i literatury stwierdziłam, że jak pech, to na całego. I nie mówię tu o gramatyce. Bo czyż nie jest ironią Losu, Najmilsi Tubywalcy, że osoba czytająca wszystko, co jej w ręce wpadło od piątego roku życia, w tym lektury szkolne od deski do deski wylosuje na maturze jedyną lekturę, której nie przeczytała, a jedynie przemknęła po jakimś bryku? Mówię tu o „Nie-Boskiej komedii” Zygmunta Krasińskiego. Z dziesiątków lektur musiałam wylosować właśnie tę. Nie pamiętam dokładnie treści pytania, ale zaczęłam coś tam opowiadać, Wysoka Komisja, w tym mój Pan Profesor z uśmiechem kiwała głowami, pomyślałam, dobrze jest. W złą godzinę, niestety. Pan Profesor nie omieszkał poinformować członków komisji, że oto mają niewątpliwą przyjemność obcowania z wybitnym umysłem humanistycznym, jego wychowanką i chlubą niejako! Po czym zadał mi ostatnie pytanie, znienacka, jak cios w serce! Proszę zinterpretować ostatnią scenę dramatu... a w mojej głowie chaos, Okopy Św. Trójcy, zwycięzcy i przegrani, krew się leje...  No, Pankracy umiera, tak? Taaaak... i co, co zobaczył przed śmiercią? Pankraaacyyy przed śmierciąąą zobaczyyył... na niebie, co zobaczył Pankracy na niebie?Krzyż zobaczył i... Umarł! Zakończyłam triumfalnie nie śmiąc spojrzeć Panu Profesorowi w oczy.  To wszystko zdenerwowanie, nawet tak wybitnym jednostkom się zdarza, prawda, Szanowni Państwo? Szanowna Komisja przytaknęła i wyszłam z czwórką, co i tak uznałam za sukces!

 

 

 

DSC08380.JPG

 

 

 

DSC08381.JPG

 

 

 

DSC08382.JPG

 

 

 

DSC08383.JPG

 

 

A później można się było cieszyć majem, świeżo zdobytą dorosłością, planami na przyszłość (z których niewiele zdołałam zrealizować)... po prostu życiem. Tak sobie teraz wspominam tamten czas, tamtą siebie i w głowie mi się nie mieści, że minęło czterdzieści lat. Kiedy? Jak? I podstawowe pytanie – dlaczego tak szybko? Gdzie się rozsypały tamte plany i marzenia? Rozwiał je czas, realia codzienności, ekonomia zwyciężyła romantyzm. Czasem mi żal siebie, ale częściej mam żal... do siebie. Za siebie tamtą sprzed czterdziestu lat. Jakbym zdradziła tamtą dziewczynę, pełną marzeń, patrzącą w przyszłość szeroko otwartymi oczami. A później wszystko się skomplikowało, pogmatwały się, poplątały ścieżki Losu. Podjęte decyzje, wybory z gatunku tych: na złość mamie odmrożę sobie uszy! Zapomniałam, a może raczej nie chciałam pamiętać tamtej siebie sprzed kat. Bo wówczas musiałabym przyznać się do zbyt wielu życiowych porażek i... zapłakać.

 

 

No cóż, płakać nie będę, bo gdybym zaczęła, to pewnie nie umiałabym skończyć. Wystarczy, że dostaję wariacji siedząc w domu. Kolejne zwolnienie lekarskie, tym razem do 20. maja. Noga jeszcze mi dokucza, puchnie kostka, a gdy nieopatrznie źle stanę momentalnie przeszywa ją ból, nawet mimo usztywnionej kończyny.  Nie pozostaje nic innego, jak tylko ostrożne człapanie i balkon. O balkonie mogłabym napisać cały esej, ale nie będę Was tu zanudzać, Tubywalcy Najmilsi. Pokażę jedynie trochę balkonowych obrazków.

 

Obrazek Nr 1: Na truskawkowym krzaczku pojawiły się, bo jakżeby inaczej truskawki. A co, miały gruszki wyrosnąć?

 

 

 

DSC08642.JPG

 

 

 

DSC08644.JPG

 

 

 

DSC08740.JPG

 

 

Obrazek Nr 2: Na pomidorowych krzaczkach pojawiły się kwiatuszki... będą pomidorki,. No chyba, że to papryka będzie! Żartowałam przecież...

 

 

 

DSC08738.JPG

 

 

Obrazek Nr 3: Młode grzywacze rosną jak na drożdżach. Rodzice przylatują jedynie rano i wieczorem na karmienie. W pozostałym czasie maluchy radzą sobie same. Maluchy! To nie jest właściwe słowo skoro są już wielkości gołębia domowego. Łażą po konarach, ćwiczą skrzydełka, wygrzewają w słonecznych promieniach. Coraz bardziej przypominają dorosłe ptaki... niedługo wyfruną z gniazda...

 

 

 

DSC09032.JPG

 

 

 

DSC09067.JPG

 

 

 

DSC09069.JPG

 

 

 

DSC09070.JPG

 

 

 

DSC09075.JPG

 

 

 

DSC09079.JPG

 

 

 

DSC09087.JPG

 

 

 

DSC09095.JPG

 

 

 

DSC09100.JPG

 

 

 

DSC09117.JPG

 

 

 

DSC09118.JPG

 

 

Obrazek Nr 4: Ale za to, na rosnącej nieopodal choince trwa niezłe zamieszanie. Prawie na samym czubku para srok rozpoczęła budowanie gniazda. Niestety, przeszkadza mi jedna gałązka, żeby widok był pełny. Sroka zwyczajna czyli Pica pica pica, w odróżnieniu od, na przykład Pica pica camtschatica albo Pica pica bottanensis występuje u nas i jest powszechnie znanym ptakiem. Uwielbiam sroki! To niezwykle mądre ptaki, drapieżniki mające złą sławę potworów wyżerających jajka i pisklęta z gniazd mniejszych ptaków podczas, gdy takie pożywienie jest właściwie marginalne. Są wszystkożerne, jedzą żaby, myszy, szczury, owady, dżdżownice, ziarna, odpadki z ludzkich gospodarstw, potrafią nawet odszukiwać zapasy gromadzone przez wiewiórki. Ciekawostką jest fakt, że sroka potrafi odróżnić myśliwego z bronią od człowieka, który jej nie zagraża. Podobne zachowania zaobserwowano zresztą u innych krukowatych także. I, co jest dla mnie niezwykłą informacją, sroka jest jedynym gatunkiem ptaka, który zaliczył test lustra. Świadczy to o samoświadomości, co jest dla mnie samo w sobie niezwykłe! I takie oto dwie sroki budują sobie gniazdo. Mogłabym siedzieć na balkonie godzinami i obserwować, jak znoszą długie gałązki, splątane witki i wysuszone trawy. Przynieść to jedno,  ale poradzić sobie z plątaniną materiału budowlanego za pomocą dzioba i szponów... mistrzostwo świata! To fascynujące! Aż żałuję, że ta choinka nie rośnie pod moim balkonem, miałabym widok z góry wprost do gniazda!

 

 

 

DSC08730.JPG

 

 

 

DSC08732.JPG

 

 

 

DSC08991.JPG

 

 

 

DSC09003.JPG

 

 

 

DSC09006.JPG

 

 

 

DSC09010.JPG

 

 

 

DSC09013.JPG

 

 

 

DSC09014.JPG

 

 

 

DSC09019.JPG

 

 

Obrazek Nr 5: Ponieważ Słońce grzeje i pada od południa na mój parapet więc biorę w jedną rękę zraszacz, w drugą aparat i fotografuję kropelki wody na listkach, płatkach i takich tam...  co tam zresztą gadać, zobaczcie sami...

 

 

 

DSC08400.JPG

 

 

 

DSC08453.JPG

 

 

 

DSC08460.JPG

 

 

 

DSC08472.JPG

 

 

 

DSC08497.JPG

 

 

 

DSC08509.JPG

 

 

 

DSC08499.JPG

 

 

 

DSC08508.JPG

 

 

 

DSC08536.JPG

 

 

 

DSC08552.JPG

 

 

 

DSC08577.JPG

 

 

 

DSC08578.JPG

 

 

 

DSC08583.JPG

 

 

 

DSC08590.JPG

 

 

 

DSC08593.JPG

 

 

 

DSC08616.JPG

 

 

 

DSC08853.JPG

 

 

 

DSC08864.JPG

 

 

 

DSC08871.JPG

 

 

 

DSC08873.JPG

 

 

 

DSC08897.JPG

 

 

 

DSC08901.JPG

 

 

 

DSC08923.JPG

 

 

 

DSC08939.JPG

 

 

 

DSC08957.JPG

 

 

Żeby zostawić coś na zaś, następnym razem będą... żaby i motyle. I tyle! Pa, pa!

 

 

A, byłabym zapomniała! Ponieważ wpis bez zdjęć moich chłopaków jest jakby niedokończony, niepełny, więc... Obrazek Nr 6 i 7.

 

 

 

DSC08660.JPG

 

 

 

DSC08674.JPG

 

 

 

DSC08679.JPG

 

 

 

DSC08681.JPG

 

 

 

DSC08665.JPG

 

 

 

DSC08668.JPG

 

 

 

DSC08689.JPG

 

 


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 719  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554719

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl