Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 470 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Amsterdam...

sobota, 28 maja 2016 1:50

 

 

... miasto nad rzeką Amstel, a dosłownie tłumacząc: tama na rzece Amstel.  Miasto na wodzie. Poprzecinane kanałami. Urokliwe i magiczne. Kosmopolityczne i swobodne. Miasto tradycji i nowoczesności. Miasto rowerów i barek na wodzie. Miasto niezwykle trudne do zdefiniowania. Szczególnie, gdy na zaprzyjaźnienie się z nim miałam zaledwie kilka godzin. Co teraz czuję? Nade wszystko niedosyt! Ale może zacznę od początku.

 

Po ogrodach Keukenhof,  choć może byłam jeszcze oszołomiona kolorami i zapachami kwiatów Amsterdam, w nieco upiornym, lekko zamglonym  Słońcu wydał mi się... brzydki. Taki jakiś wyblakły, bez tego uroku, jaki spodziewałam się odkryć. Tak było przez pierwszy moment. Słońce zlitowało się i nagle pojaśniało wszystko. Woda w kanałach  nabrała głębokiej granatowej barwy, kamieniczki pokazały się w pełnej krasie  kolorów i kamiennych ozdób. Gdybyśmy jeszcze tak nie pędzili za młodym i rączym przewodnikiem... Zziajana zatrzymywałam się na uroczych mostkach łapiąc oddech i ujęcie.

 

 

DSC02448.JPG

 

 

DSC02454.JPG

 

 

DSC02455.JPG

 

 

DSC02457.JPG

 

 

DSC02461.JPG

 

 

DSC02473.JPG

 

 

DSC02475.JPG

 

 

DSC02484.JPG

 

 

DSC02485.JPG

 

 

A później gnałam za  czubkiem parasola kołyszącego się wysoko nad głową naszego młodego cicerone.  Kolejny przystanek, zabytek  „do odhaczenia” i biegniemy dalej po wąskich brukowanych uliczkach. Dobrze, że przewodnik uprzedził nas, iż w Holandii ZAWSZE rowerzyści mają pierwszeństwo. To piesi mają uważać, czy jakiś jednoślad ich nie rozjedzie, a nie odwrotnie. Dom Rembrandta, Pałac Królewski, chińska dzielnica przypominająca chińską dzielnicę w Londynie.

 

 

DSC02572.JPG

 

 

I wreszcie dzielnica rozpusty De Wallen (po  prostu „wały”) czyli ichnie Soho. Kluby, nad którymi powiewają tęczowe flagi, jednopłciowe pary trzymające się za ręce, przedziwnie poprzebierani ludzie. No, ale gdy zobaczyłam chłopaka przebranego za różowego królika stojącego przy ulicznym pisuarze, poczułam, że jestem w wyzwolonym mieście. Obyczajowo wyzwolonym, rzecz jasna. I dziewczyny w oknach wystawowych prezentujące swoje wdzięki. Z reguły w czarnej bądź czerwonej bieliźnie. Stojące swobodnie lub częściowo schowane za aksamitną kotarą. Bujne,  długowłose, uśmiechnięte i świadome swego sex appealu. Rozmawiające przez szybę (chyba mają tam jakiś system nagłośnienia, ale nie chciałam się zbytnio gapić) z potencjalnymi klientami. Niektóre okna zasłonięte, widocznie pani jest zajęta. Na wałach pracuje około 1200 dziewczyn, te najatrakcyjniejsze mogą zarobić nawet kilka tysięcy euro dziennie. Może dlatego ściągają tu dziewczyny z całego świata?  Niestety, a może „stety” nie można tam robić zdjęć. Nie jestem pruderyjna, ale intymność cenię nade wszystko. I choćby było wolno, to i tak zdjęć bym nie robiła. Staliśmy na schodach starego, kamiennego kościoła Dude Kerk, przewodnik coś opowiadał, a z okna kamieniczki po drugiej stronie wąskiej ulicy  machała do nas radośnie uśmiechnięta, roznegliżowana Mulatka.  Rozbawił mnie ten kontrast niezmiernie. W wąskich zaułkach unosi się wszechobecny zapach marihuany. Dociera zza drzwi coffee shopów, gdzie można wypić kawę i zaciągnąć się skrętem. Ani kawy nie lubię, ani zioła nie palę (nigdy zresztą nie próbowałam). Nie wstępuję więc do coffee shopu, może innym razem? Nie wiem zresztą, czy sprzedaż tzw. soft drugs jest dozwolona dla obcokrajowców. Wiem, że zamierzano wprowadzić specjalne legitymacje ze zdjęciem dla obywateli Holandii. Ale to temat rzeka. Jeśli kogoś interesuje, to może poszperać w sieci. Jako ciekawostkę podam tylko, że w coffee shopach można palić marihuanę, a zabronione jest palenie tytoniu! Jedyne zdjęcie, jakie zrobiłam ukazuje fragment uliczki z kawiarnią i oknem "wystawowym z czerwoną kotarą. Później schowałam aparat, żeby mnie nie kusiło :)

 

 

DSC04227.JPG

 

 

DSC04229.JPG

 

 

DSC04150.JPG

 

 

DSC02590.JPG

 

Amsterdamskie kamieniczki to odrębny temat, na którym chciałabym się zatrzymać. Są wysokie na trzy piętra i niezwykle wąskie. Każda jest inna, mają różne kolory, zwieńczenia dachów, ozdoby i nadproża. Niektóre mają szerokość czterech metrów, ale są i takie, których drzwi wejściowe możesz minąć nie zdając sobie sprawy, że prowadzą do odrębnego domu. Stojące w szeregu wyglądają jak dziecięce klocki. Są urocze i... krzywe! Wynika to z prostego faktu. Otóż, grunt w Amsterdamie jest bagienny, niestabilny. Dla wzmocnienia powstającej budowli wbijano drewniane pale, czasami aż 100 na jeden metr kwadratowy. A ponieważ drewno było wówczas bardzo drogie i trudno dostępne, oszczędzano więc i używano mniejszej ilości pali. Cóż, niekiedy stanowczo zbyt mało, co powodowało, że dom się przechylał i opierał o swojego mocniej osadzonego w gruncie sąsiada. Miałam chwilami z tym problem, bo kadrując zdjęcia odchylałam się od pionu, by wreszcie stwierdzić, że to dom jest krzywy, a latarnia stoi prosto, a nie odwrotnie. Niektóre z domów z kolei też się pochylają, tyle że do przodu, nad ulicę! Przyczyną tego była oszczędność miejsca i wysokie opłaty za grunt, na którym stawiano budynek. Podstawa jest więc mniejsza niż przestrzeń na wyższych piętrach. Dodatkowym plusem jest fakt, że na szczycie takich budynków mocowano blok linowy służący do wciągania do środka na przykład mebli. Holender potrafi. Niektóre kamieniczki mają rok budowy wykuty na fasadzie. Najstarsze z wieku szesnastego, najwięcej pochodzi ze "Złotego Wieku XVII", gdy Amsterdam przeżywał największy rozkwit.

 

 

DSC02492.JPG

 

 

DSC02493.JPG

 

 

DSC02495.JPG

 

 

DSC02498.JPG

 

 

DSC02501.JPG

 

 

DSC02504.JPG

 

 

DSC02506.JPG

 

 

DSC02508.JPG

 

 

DSC02510.JPG

 

 

DSC02513.JPG

 

 

DSC02577.JPG

 

 

DSC02599.JPG

 

 

DSC02606.JPG

 

 

DSC02612.JPG

 

 

DSC02615.JPG

 

 

DSC02617.JPG

 

 

DSC04196.JPG

 

Wreszcie kanały, czyli to, z czego Amsterdam słynie chyba najbardziej, i z powodu czego jest nazywany Wenecją Północy. Miasto zbudowane jest promieniście i poprzecinane całą siecią kanałów i kanalików łączących się ze sobą w misternej hydrologicznej konstrukcji. Nazywane są zresztą „grachtengordel”, a dosłownie znaczy to pierścienie lub pasy fos. Co najważniejsze, nie czuć tu nieprzyjemnej stęchlizny, jak nad niektórymi kanałami w Londynie. Woda jest dość czysta, chociaż kąpiel raczej niewskazana! Nad kanałami przerzucone są łukowate mosty i mosteczki. Urokliwe, kamienne i żeliwne, a pod nimi okrągłe tunele, przez które przepływają łodzie i wycieczkowe tramwaje.  Małe kawiarenki ze stolikami nad samym brzegiem wody zapraszają, aby choć na chwilę usiąść, dać odpocząć nogom i odetchnąć przed dalszym zwiedzaniem. Mieszkalne barki, zagospodarowane, ozdobione kwiatami, urocze i pełne wdzięku. Moje marzenie "emerytalne". Może już pora zacząć oszczędzać?

 

 

DSC02538.JPG

 

 

DSC02540.JPG

 

 

DSC02586.JPG

 

 

DSC04201.JPG

 

 

DSC04203.JPG

 

 

DSC04205.JPG

 

 

DSC04233.JPG

 

 

DSC04240.JPG

 

 

DSC04191.JPG

 

 

DSC04192.JPG

 

 

Wspomniałam o wodnych tramwajach. Jedną z atrakcji , jaką miałam okazję  poznać był wieczorny rejs po kanałach. Zrobiło się koszmarnie zimno, zaczął padać zacinający deszcz. Wszyscy turyści, oprócz mnie i chyba trójki najbardziej zawziętych fotografów siedzieli w ciepłym wnętrzu. Niestety, przez szyby fotografowanie nie było możliwe. Cóż,   nigdy bym sobie nie darowała, gdybym straciła taką okazję. Marzłam więc i i mokłam pod maleńkim daszkiem z pleksi starając się jako tako utrzymać pion i aparat w grabiejących dłoniach. A efekt? Oceńcie sami, Szanowni Tubywalcy.

 

 

DSC06442.JPG

Takim oto tramwajem wodnym podróżowałam po kanałach, z tyłu wspomniany mikroskopijny pomost z równie mikroskopijnym daszkiem, gdzie dzielnie walczyłam, aby zrobić w miarę udane zdjęcia :)

 

 

DSC02673.JPG

 

 

DSC02705.JPG

 

 

DSC04254.JPG

 

 

20160514_221921_Burst04.jpg

 

 

20160514_222009.jpg

 

 

20160514_222026.jpg

 

 

20160514_222036.jpg

 

 

20160514_222118.jpg

 

 

20160514_222412.jpg

 

 

20160514_222548.jpg

 

 

20160514_222853.jpg

 

 

20160514_222943.jpg

 

 

20160514_223218.jpg

 

 

20160514_223257.jpg

 

 

DSC02745.JPG

 

 

DSC02794.JPG

 

 

DSC04264.JPG

 

 

DSC04269.JPG

 

 

DSC04280.JPG

 

 

DSC04281.JPG

 

 

DSC04282.JPG

 

Kolejny czas wolny. Mniej więcej od dwudziestej drugiej do północy. Miejsce zbiórki – Dworzec Główny. Nie ruszam się więc z okolicy dworca. Dworzec jest niesamowity, ogromny, stylowy, z przepiękną fasadą. Robi wrażenie. W holu głównym ustawiono fortepian. Można usiąść i zagrać. Starszy pan gra akurat standardy Gershwina. Przed nim młody chłopak z rowerem usiadł, zagrał kilka nieznanych mi utworów i poszedł. Może to były jego własne kompozycje? Wokół jest tłoczno, gwarnie, mijają mnie rozbawieni, malowniczo poubierani ludzie. Pewnie kierują się do któregoś z setek pubów. Amsterdam, na dodatek w sobotnią noc tętni życiem. Chętnie bym się wybrała do dzielnicy czerwonych latarni, ale nie znam miasta, a wyprawa „samopas” jest jak kuszenie licha. Zostaję więc w bezpiecznym i poznanym już otoczeniu. Krążę jedynie wokół Damrak i Prins Hendrikkade, szerokich arterii nad kanałami. Zachwyca mnie feeria kolorowych świateł odbijających się w wodzie. Jest magicznie, koszmarnie zimno, ale na szczęście nie pada. Chociaż tyle dobrze. Jestem nieludzko zmęczona, ale jeszcze jedno, jeszcze dwa ujęcia. Jeszcze przejdę na drugą stronę akwenu... tym sposobem czas w Amsterdamie się kończy.

 

 

DSC04295.JPG

 

 

DSC04298.JPG

 

 

DSC04302.JPG

 

 

DSC04307.JPG

 

 

DSC04308.JPG

 

 

DSC04310.JPG

 

 

DSC04314.JPG

 

 

DSC04316.JPG

 

 

DSC04318.JPG

 

 

DSC04320.JPG

 

 

DSC04322.JPG

 

 

DSC04337.JPG

 

 

DSC04340.JPG

 

 

DSC04348.JPG

 

 

DSC04351.JPG

 

 

DSC04356.JPG

 

 

DSC04357.JPG

 

 

Nie mogę jeszcze nie wspomnieć o holenderskich rowerach. Jest ich tutaj mnóstwo. I wszędzie. Zaparkowane na mostkach, w zaułkach, na placykach i platformach na wodzie. Podobno rocznie około miliona jednośladów zmienia właściciela.  Trudno zrobić zdjęcie, na którym nie zostałby uwieczniony chociaż fragment roweru. Ale to dodatkowy smaczek, więc się tym nie przejmuję.

 

 

DSC02439.JPG

 

 

DSC02507.JPG

 

 

DSC02516.JPG

 

 

DSC02517.JPG

 

 

DSC02519.JPG

 

 

DSC02560.JPG

 

 

DSC02542.JPG

 

 

I takie dodatkowe obrazki: dorożki przypominające troszkę nasze krakowskie, chociaż mniej zdobne, dziwne pojazdy z napędem "nożnym" czyli wieloosobowe rowery i... święty Mikołaj, który zaskoczył mnie kompletnie. Ale kto powiedział, że Boże Narodzenie należy świętować tylko raz w roku?

 

 

DSC02432.JPG

 

 

DSC04162.JPG

 

 

DSC02437.JPG

 

 

DSC02518.JPG

 

 

Podsumowując. Mało czasu, wiele wrażeń i obrazów, niedosyt, pogoda w kratkę. Był i deszcz, i Słońce, i porywisty wiatr. Feeria barw i kolorów. Udało mi się nawet złapać jakiś mały zachodzik Słońca nad kanałami, a co! Brawo ja!!!

 

 

DSC02654.JPG

 

 

DSC02657.JPG

 

 

DSC02659.JPG

 

 

DSC02660.JPG

 

 

DSC02663.JPG

 

 

 Jeszcze podróż biało niebieskim tramwajem na parking, gdzie czeka autokar. Przed nami szesnaście godzin podróży do domu!


Podziel się
oceń
2
1

komentarze (11) | dodaj komentarz

Trzecia...

poniedziałek, 16 maja 2016 5:35

 

 

...nad ranem. Tak samo dobra pora na przebudzenie, jak każda inna. Szczególnie jeśli wróciło się o szesnastej z morderczego wycieczkowego maratonu. Jak ja. Są wydarzenia, miejsca, widoki, które mnie w jakiś dziwny sposób fascynują, przyciągają. I jakiś czas temu postanowiłam, w miarę możliwości oczywiście, że będę się starała „odhaczyć” pozycje na liście marzeń. Jednym z takich marzeń było obejrzenie kwitnących tulipanów w ich naturalnym środowisku. A jakie jest miejsce, które od pierwszego razu kojarzy nam się z tulipanami? Holandia, rzecz jasna. A jeśli Holandia i tulipany, to oczywiście ogrody Keukenhof. A ponieważ internet jest współczesnym workiem świętego Mikołaja, więc i dla mnie coś się tam znalazło. Weekendowy wyjazd do Keukenhofd i Amsterdamu. Jak napisałam na początku, był to niezły maraton. Wyjazd z Katowic o szesnastej w piątek. Po drodze kolejne przystanki, na których wsiadali następni wycieczkowicze. Gliwice, Opole, Wrocław, Legnica. Później skok przez Niemcy. Z kilkoma krótkimi postojami „na siusiu”.  Niestety, całe Niemcy w deszczu. Zrobiło się zimno, porywisty wiatr. Czarno to widziałam. Jechać taki kawał drogi, czekać tak długo na tę okazję i robić zdjęcia w deszczu? Na szczęście, Holandia powitała  nas wprawdzie zachmurzoną, ale suchą aurą. Przez okno autokaru widać wiatraki. Niestety, nie te tradycyjne, z którymi Holandia nam się kojarzy, ale wiatrowe. Całe farmy wiatraków mielących powietrze. Dla mnie, dla nas w Zagłębiu w dalszym ciągu ten widok jest egzotyczny. Tam już nikogo nie dziwi. Wiatraki stały się częścią krajobrazu. Podobnie, jak szczerozłote pola rzepaku. Na niebie ciężkie, kłębiące się chmury, a tu żółte pola, jakby rozświetlone Słońcem. Robię zdjęcia przez szybę. Śmiejemy się, że wystrzelam się teraz i zabraknie miejsca na karcie pamięci na tulipany. Spokojnie, mam zapas!

 

 

DSC02173.JPG

 

 

DSC02176.JPG

 

 

DSC02185.JPG

 

 

DSC02203.JPG

 

 

DSC02230.JPG

 

 

DSC04380.JPG

 

 

DSC04393.JPG

 

 

DSC04402.JPG

 

 

DSC04421.JPG

 

 

DSC04422.JPG

 

 

DSC04423.JPG

 

 

Dziesiąta rano, jesteśmy na parkingu w Keukenhof. Istna wieża Babel. Wszystkie języki świata, wszystkie odcienie skóry, a takie same zachwyty i skupienie. Niestety, to, co oglądałam na stronach internetowych Keukenhof już lekko wyblakło i straciło troszkę uroku. Część tulipanów już przekwitła, inne są w fazie pełnego rozkwitu. Za to rozkwitają rododendrony i lilie. Jeżeli teraz tak to wygląda, to jak musiało być pięknie trzy tygodnie temu? To raj dla fotografki! Tulipany we wszystkich kolorach tęczy. Od oślepiającej wręcz bieli poprzez wszystkie odcienie różu, czerwieni, fioletu, aż po głęboką czerń. Papuzie, dwu i trójkolorowe, strzępiaste i o smukłych ostrych płatkach. Wysokie na ponad pół metra i karłowate. Całe zagony tulipanów, żonkili, szafirków. Jeziorka, kolorowe rzeźby, płynące kaskadami strumienie, pawilony z kwietnymi kompozycjami, Holenderki w ludowych strojach i kwiaty. Morze kwiatów. Jestem w niebie! I nawet te tłumy turystów gdzieś się rozpraszają po terenie i można zrobić zdjęcia bez „czynnika ludzkiego”. A jeśli nawet ktoś wlezie w kadr, to wówczas robię „portrety kwiatów”. Co jakiś czas nagły deszcz straszy, aby po chwili zaniknąć pozostawiając na kielichach kwiatów malownicze krople. Nawet na krótkie momenty pojawia się Słońce. Żeby jeszcze nie było tak zimno. I ten lodowaty wiatr! No cóż, nie jest najgorzej. Mogło padać cały czas, prawda?

 

 

 

DSC02277.JPG

 

 

DSC02279.JPG

 

 

DSC02281.JPG

 

 

DSC02288.JPG

 

DSC02292.JPG

 

 

DSC02294.JPG

 

 

DSC02305.JPG

 

 

DSC02319.JPG

 

 

DSC02320.JPG

 

 

DSC02322.JPG

 

 

DSC02330.JPG

 

 

DSC02338.JPG

 

 

DSC04041.JPG

 

 

DSC02340.JPG

 

 

DSC02343.JPG

 

 

DSC02353.JPG

 

 

DSC03927.JPG

 

 

DSC03960.JPG

 

 

DSC04004.JPG

 

 

DSC04012.JPG

 

 

DSC04018.JPG

 

 

DSC04069.JPG

 

 

DSC04079.JPG

 

 

DSC04089.JPG

 

 

DSC04090.JPG

 

 

DSC04091.JPG

 

 

DSC02361.JPG

 

 

DSC03923.JPG

 

 

DSC04025.JPG

 

 

DSC04033.JPG

 

 

DSC04103.JPG

 

 

DSC04125.JPG

 

 

 

Jedyne rozczarowanie? Otóż, przekwitły już tulipanowe pola, na których w równych rzędach kwitły różnokolorowe kwiaty. A w tle wiatrak. Wiatrak został, można do niego wejść i z góry spojrzeć na okolicę. W oddali jeszcze widać ostatnie pole kolorowych tulipanów.

 

 

 

DSC02374.JPG

 

DSC02379.JPG

 

 

DSC02382.JPG

 

 

DSC02389.JPG

 

 

DSC04101.JPG

 

 

Ale to detal, i tak jest cudnie! Jeszcze gorąca czekolada (a właściwie kakao) z bitą śmietaną w jednym z licznych barków, jeszcze zakup pamiątek (dwa razy droższych niż w Amsterdamie, jak się później okazało!), jeszcze kupno oryginalnych holenderskich cebulek tulipanów (to akurat nie ja, bo gdzie sobie mam je posadzić?) i czas pożegnać Keukenhof. Pora na Amsterdam, ale to w kolejnej odsłonie. Jedyna uwaga? Cztery godziny to zbyt mało, żeby spokojnie obejrzeć wszystko. Pozostały zakątki ogrodu, do których nawet nie dotarłam. Czas, jedyne czego tu nie miałam w nadmiarze. Bo kolorów, kształtów, zachwyceń było aż nadto.  Mam nadzieję, że choć w maleńkim stopniu udało mi się przekazać tu moje fascynacje. I jeszcze obiecane portrety kwiatów, bo jakżeby inaczej?

 

 

 

DSC03928.JPG

 

 

DSC03933.JPG

 

 

DSC03935.JPG

 

 

DSC03938.JPG

 

 

DSC03942.JPG

 

 

DSC03950.JPG

 

 

DSC03955.JPG

 

 

DSC03962.JPG

 

 

DSC03966.JPG

 

 

DSC03968.JPG

 

 

DSC03970.JPG

 

 

DSC03979.JPG

 

 

DSC03981.JPG

 

 

DSC03985.JPG

 

 

DSC03993.JPG

 

 

DSC03999.JPG

 

 

DSC04002.JPG

 

 

DSC04007.JPG

 

 

DSC04020.JPG

 

 

DSC04043.JPG

 

 

DSC04047.JPG

 

 

DSC04050.JPG

 

 

DSC04056.JPG

 

 

DSC04062.JPG

 

 

DSC04064.JPG

 

 

DSC04072.JPG

 

 

DSC04079.JPG

 

 

DSC04086.JPG

 

 

DSC04110.JPG

 

 

DSC04111.JPG

 

 

DSC04114.JPG

 

 

 

Nie wiem, czy jeszcze tu kiedyś wrócę, ale bardzo bym chciała. Czas, to właściwie jedyna rzecz, na którą nie ma się wpływu. Cóż, pozostaje mi zdjęcie w tulipanach!

 

 

 

DSC02345.JPG

 

 

 

I tym osobistym akcentem, pa, pa Najmilsi Tubywalcy. Do zobaczenia w kolejnej odsłonie, tym razem... Amsterdam. Miasto rowerów, swobody, kanałów i starej architektury (nigdzie nie widziałam tak krzywych domów!!!).

 

 

A tak gwoli podsumowania: ogrody Keukenhof rozciągają się na 32 hektarach i w sezonie kwitnie tu ponad 7 milionów roślin cebulowych. To nie tylko tulipany, jak już wspominałam, ale również narcyzy, żonkile, lilie, szafirki i krokusy. A wszystko zaczęło się od holenderskiej księżnej Jakoby z Bawarii w piętnastym wieku, która tu właśnie spędzała wiele czasu i na tym terenie stworzono dla niej ogród "kuchenny" czyli Keukenhof. Około roku 1830 znany architekt krajobrazów Zocher zaprojektował teren na wzór angielskich ogrodów. Po dziś dzień wszystkie cebulki kwiatów sadzone są... ręcznie!!! Co roku ogrody tematyczne i wystawy w pawilonach są komponowane zgodnie z tematem przewodnim. Rok 2016 to "Złoty Wiek". I to by było na tyle w tej odsłonie. Pa, pa!


Podziel się
oceń
2
0

komentarze (12) | dodaj komentarz

Wstrzymuję...

wtorek, 03 maja 2016 4:43

 

 

... oddech wchodząc do lasu. Otwierają się przede mną cieniste krużganki i strzeliste sklepienia. Prastara świątynia zaprasza do środka. Czas zwalnia i zwalnia, by w końcu zatrzymać się i trwać w ciszy niekiedy tylko zakłóconej nagłym trzepotem skrzydeł. Zatrzymuję się między słonecznymi plamami tworzonymi przez zielone witraże liści. Słuch i wzrok wyostrzają się, zaczynam więcej słyszeć, więcej widzieć. I więcej czuć. Pochylam głowę w powitalnym geście. Czuję czyjąś dobrotliwą obecność. I wiem, że nic złego mnie tu nie spotka, nic nie zakłóci tego momentu zachwytu. Drzewa wspinają się wysoko podtrzymując kopułę nieba. U moich stóp kłębi się leśny drobiazg. Poziomkowe krzaczki, jeszcze maleńkie, jeszcze bez kwiatków zdają się tańczyć radosny wiosenny taniec. Młode pędy jeżyn czepiają się ostrymi pazurkami, jakby chciały zwrócić na siebie moją uwagę. Soczysta, świeża zieleń otacza mnie wokół. To nieporównywalny z żadnym innym, jedyny w swym rodzaju odcień zieleni, jaki jest możliwy tylko wiosną. I który na próżno usiłuję zatrzymać w kadrze. Jestem czasami blisko, o jeden odcień, jeden ton... nie, to jednak nie to. Kątem oka zauważam plamę słoneczną za gęstymi krzakami. Nie wiem, co to, ale przyciąga moją uwagę. Przedzieram się przez zarośla ostrożnie i nagle wychodzę na skraj ogrodu. Niewielka przestrzeń zamknięta w formie nieregularnego owalu przez ścianę drzew. A wewnątrz jeszcze widać zarys ogrodowych rabat, jeszcze kwitnie jabłoń i wiśnie, a cała ziemia zarasta konwaliami. Magiczne miejsce, w którym zatrzymał się czas. Mam wrażenie, że duchy przeszłości nie mają nic przeciwko mojej tu obecności. Czyj to był ogród? Kto dbał o niego? Kto go kochał? I kto go porzucił? Bo chciał? A może musiał? Tyle pytań i na żadne nie znajduję odpowiedzi. Wiem tylko, że niedługo las obejmie ten teren we wszechwładne panowanie. I nikt tu nie zajrzy, nikt sie nie domyśli, że ta przepiękna jabłoń pamięta dotyk człowieka. Zamykam oczy, na twarzy czuję delikatny dotyk słonecznego promienia niczym dobrej,czułej dłoni.Oddycham głęboko, wiatr porusza gałęziami drzew. W głębokim wykrocie mchy pochłaniają zwalony pień drzewa... nie zakłócam ciszy, odchodzę z tym widokiem. Z tym nastrojem.

 

 

 

DSC01565.JPG

 

 

 

DSC01567.JPG

 

 

 

DSC01568.JPG

 

 

 

DSC01570.JPG

 

 

 

DSC01572.JPG

 

Na znajomym stawie ruch dzisiaj i gwar. Kaczki robią takie zamieszanie, że trudno skupić myśli. Siadam na starej oponie, którą tu przytargał pewnie jakiś wędkarz i wystawiam twarz do Słońca. Dobrze mi, ach, jak dobrze mi!!! Z tataraków dobiega od czasu do czasu ostry skrzek jakiejś żaby. Niestety, mam wrażenie, że te złośliwe stworzenia bawią się ze mną w chowanego. Po charakterystycznym „błe” rozpoznaję, że to samce, które nadymają swoje pęcherze głosowe inaczej rezonatory. Niestety, trudno mi je dojrzeć w plątaninie suchych badyli. Gdy już zlokalizuję jakiegoś skrzeczącego osobnika, on milknie, a po chwili odzywa się jego kumpel ukryty kilka metrów za mną. I tak skradam się nad brzegiem jeziorka, to tu, to tam i... guzik z tego mam!

 

 

 

DSC02771.JPG

 

 

Po drugiej stronie stawu nad brzeg wypada duży wilczur. Za nim zjawia się stara kobieta w piżamie i narzuconej na nią kurtce. Przyniosła chleb dla ptaków. Nie widzi mnie. Rzuca kawałki chleba wysoko, a pies skacze usiłując coś złapać, zabawnie przy tym kłapiąc zębami. Nie udaje mu się nic zdobyć, mnie za to udaje się zrobić kilka zdjęć. Kaczki i łyski, nawet kurka wodna podpływają, żeby sprawdzić, co dobrego pływa po powierzchni jeziorka. Kobieta z psem znika równie nagle, jak się pojawiła. I znów panuje spokój. Tylko pokrzykiwanie ptaków i ciągły szum odległej drogi szybkiego ruchu. To przecież miasto. Zamykam oczy i wyobrażam sobie, że to szum wody spadającej z wysokiej skały.

 

 

 

DSC02432.JPG

 

 

 

DSC02435.JPG

 

 

 

DSC02436.JPG

 

 

 

DSC02438.JPG

 

Z marzeń o wodospadach Iguazu wyrywa mnie ostry krzyk kołującego ptaka. To mewa śmieszka z czarną maską na „twarzy”, Krąży nad jeziorkiem i wrzeszczy. Wyczuła żarełko. W końcu ląduje z niejakim wdziękiem. Łapie kęs w dziób i znów się podrywa, by po chwili znowu wylądować. Niezwykły taniec, pełen gracji i elegancji. Trwa to dłuższą chwilę, w końcu najedzona odlatuje na inne wody. Śledzę ją wzrokiem dopóki nie znika za drzewami. Czas i mnie wracać do domu.

 

 

 

DSC02555.JPG

 

 

 

DSC02560.JPG

 

 

 

DSC02563.JPG

 

 

 

DSC02570.JPG

 

 

 

DSC02575.JPG

 

 

 

DSC02576.JPG

 

 

 

DSC02577.JPG

 

 

 

DSC02578.JPG

 

 

 

DSC02580.JPG

 

 

 

DSC02581.JPG

 

 

 

DSC02585.JPG

 

 

 

DSC02591.JPG

 

 

 

DSC02592.JPG

 

 

 

DSC02594.JPG

 

 

 

DSC02595.JPG

 

 

 

DSC02597.JPG

 

 

 

DSC02598.JPG

 

 

 

DSC02602.JPG

 

 

 

DSC02609.JPG

 

 

 

DSC02613.JPG

 

 

 

DSC02638.JPG

 

 

Czwarta rano to dobra godzina, żeby wstać, gdy planuje się jakieś mgielne wyprawy. Och, to się tak łatwo pisze, natomiast samo wstawanie nie jest wcale takie miłe. Jeszcze by się pospało, koty patrzą na mnie ze zdziwioną dezaprobatą. Czy cię, babo pogięło? Wracaj w sen, gdzie znowu leziesz? Strząsam sen z powiek i ubieram się prawie po omacku. Wiem, że obudzi mnie dopiero ostre powietrze na dworze. Jeszcze sprawdzam sprzęt, żeby znów nie zapomnieć kart pamięci albo akumulatorów, i jestem gotowa. Cicho schodzę po schodach, a po co mam budzić sąsiadów. Niech śpią, jest niedziela. Jest szaro, przedświt zamglony i chłodny nie pozwala ocenić, jaka będzie pogoda, czy pojawi się Słońce? Jest dziwnie. Czasami umiem przewidzieć warunki, jakie przyniesie aura. Tym razem jestem trochę zdezorientowana.  Słońce jednak pięknie wschodzi, docieram w okolice stawów przy wodociągach. Trochę mgły, ale nic spektakularnego. Brak efektu „łał”. Podejrzewam, że nie będzie z tego nic ciekawego. Ruszam w kierunku Parku „Zielona”. Może uda się „upolować” jakieś sarenki?

 

 

 

DSC01606.JPG

 

 

 

DSC01608.JPG

 

 

 

DSC01609.JPG

 

 

 

DSC01625.JPG

 

 

 

DSC06381.JPG

 

 

 

DSC06382.JPG

 

 

 

DSC06383.JPG

 

 

 

DSC06384.JPG

 

 

 

DSC06387.JPG

 

 

 

DSC06388.JPG

 

 

 

DSC06392.JPG

 

 

 

DSC06394.JPG

 

 

 

DSC06401.JPG

 

 

 

DSC06405.JPG

 

 

 

DSC06411.JPG

 

 

Cisza, spokój, ni żywego ducha. Zawsze mnie śmieszyło to powiedzenie. Żywy duch? Jakoś mi się nie klei to zestawienie. O, przepraszam, nad stawem jednak siedzi jakiś żywy, nie duch ale  człowiek. Siedzi, „moczy kija” w wodzie i chyba przysypia. Głupi czy co? Gdzieś spomiędzy drzew dobiega mnie dziwne skrzypienie. Co u licha?  Nie mogę zdefiniować tego dźwięku. Niby znajomy, a przecież zupełnie nie przypominający dźwięku natury. No tak, w prześwicie między drzewami pojawia się człowiek z rowerem składakiem, na którym ma umocowaną jakąś część mebla. To chyba tapczan? Dziwne zjawisko.  Nie widzi mnie, pcha swój ciężar z mozołem, znika pomiędzy drzewami, jakby go wcale tu nie było. A tak poza tym, to w całym Parku unosi się o tej porze roku charakterystyczny zapach. To zaczyna kwitnąć czosnek niedźwiedzi. Jak sam,a nazwa wskazuje, pachnie czosnkiem. Za kilka dni wokół będzie całe morze białych kwiatków. Ta roślinka jest jadalna i stosowana w kuchni. Polecam, próbowałam. Jest łagodniejsza w smaku od ogrodowego czosnku, ale pyszna i zdrowa.

 

 

 

DSC01642.JPG

 

 

 

DSC01639.JPG

 

 

 

DSC01637.JPG

 

 

 

DSC02962.JPG

 

 

Wychodzę na łąki. Mgła wokół mnie, nade mną, wręcz namacalna i tak gęsta, że zasłania niebo i Słońce, które nie może się przebić ku ziemi najmniejszym promyczkiem.  Szaro i ponuro. Człapię leniwie i z niejaką rezygnacją. Wychodzę zza drzew na małą polankę i... są! Dwie! Sarny! Znieruchomiałe patrzą na mnie ze zdziwieniem równie wielkim, jak ja na nie. I tak trwamy w tej mgle. No, ja nie całkiem odrętwiała, bo usiłuję złapać na nich ostrość. Jedno, drugie zdjęcie, nim w końcu do zwierząt dociera, że to człowiek, i że trzeba uciekać. Uśmiecham się do siebie i do nich, chociaż pewnie mnie już nie widzą. Chociaż, być może stoją nieopodal i podglądają mnie przez gęstwinę? Jeszcze chwilę krążę wokół, ale już wiem, że odbiegły gdzieś dalej.

 

 

 

DSC02968.JPG

 

 

 

DSC02969.JPG

 

 

 

DSC02970.JPG

 

 

 

DSC02973.JPG

 

 

 

DSC02974.JPG

 

 

 

DSC02975.JPG

 

 

 

DSC02976.JPG

 

 

 

DSC02977.JPG

 

 

 

DSC02978.JPG

 

 

Od tego krążenia po pokrytej rosą łące czuję, że w butach mi chlupie, a ziąb przenika kurtkę. Ostatnio troszkę pobolewało mnie gardło, więc decyduję się na powrót do domu. Pewnie nic już dzisiaj nie zwojuję tutaj. Brnę przez wertepy, przez kępy wysokich traw, omijam piaszczyste wzgórki mrowisk i krecich kopców. W końcu docieram do, w miarę równej, ścieżki. Przede mną rozciąga się otwarta przestrzeń dzikich łąk. Porośnięta wysokimi trawami z rzadkimi krzewami co jakiś czas. Nagle, gdzieś w odległości 500 metrów widzę jakiś ruch, jakiś ciemny kształt. Mgła zaciera kontury, ale mam przeczucie, że to nie człowiek tylko zwierzę.  Staram się wyostrzyć obraz w obiektywie. Jest! To kozioł czyli samiec sarny. Pasie się spokojnie. Na szczęście, wiatr wieje w moim kierunku. Poruszam się ostrożnie, przemykam od krzaczka do krzaczka. Zamieram, gdy koziołek podnosi głowę i lustruje uważnie okolicę. Znów podchodzę bliżej. Kurczę, ta mgła! Obraz jest zamazany i niewyraźny. Niemniej, jakieś zdjęcia udaje mi się zrobić. W końcu brakuje mi już krzaczków. Między mną, a koziołkiem tylko otwarta przestrzeń. Zobaczył mnie i przygląda się uważnie. Pewnie kalkuluje w swoim łebku, na ile to dziwne stworzenie mu zagraża. Jeszcze jestem daleko, więc znów podskubuje trawę, unosząc  jakby częściej głowę, żeby zbadać odległość między nami. Jeszcze kilka kroków i... jego cierpliwość się kończy. Kilka susów i znika za kolejną kępą wysokich traw. Nie widzę, żeby biegł dalej. Pewnie się ukrył przed moim wzrokiem i czeka, aż sobie pójdę. Nie denerwuję go więcej. Jestem zmarznięta, zmęczona, w przemokniętych butach. Pa, pa koziołku. Paś się spokojnie, ja znikam.

 

 

 

DSC02986.JPG

 

 

 

DSC03007.JPG

 

 

 

DSC03014.JPG

 

 

 

DSC03020.JPG

 

 

 

DSC03021.JPG

 

 

 

DSC03025.JPG

 

 

 

DSC03026.JPG

 

 

 

DSC03027.JPG

 

 

 

DSC03028.JPG

 

 

 

DSC03030.JPG

 

Wracam do cywilizacji. Do ulic, nad którymi powiewają czerwone flagi. 1. Maja – święto ludzi pracy. A ponieważ dzień świąteczny należy święcić, więc i ja sobie go świętowałam pracą fotografa przyrody! Bez zarozumiałości, zaręczam!. Pa, pa, Najmilsi Tubywalcy, miłego długiego majowego weekendu. Niestety, w poniedziałek też pracuję, tyle, że zawodowo. No cóż, ktoś musi, prawda?

 

 

 

DSC03118.JPG

 

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 598  

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554598

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl