Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 888 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


10. sposobów Gosi na...

piątek, 29 czerwca 2007 18:38

 


… poprawę nastroju (do ewentualnego wykorzystania na własne ryzyko!):


1. Zjeść tabliczkę gorzkiej czekolady – bez liczenia kalorii!


2. Kupić sobie nowy ciuch – w moim przypadku to akurat czarna bluzeczka w ogromne czerwone wiśnie

3.Zjeść kilogram czereśni – zjedzone! Uwaga: nie należy zaglądać do środka – czasem lepiej nie wiedzieć, co się je!

4. Zmieścić się w wąską spódniczkę – weszłam, gorzej z … wyjściem!!! RATUNKUUUUU!

5.Odebrać seksualny sms od Sympatycznego Przyjaciela – jeszcze nie nadszedł, ale czekanie też jest ważne!

6. Powitać nowy dzień nad jeziorem – już w sobotę będę patrzyła jak słońce wstaje z pościeli mgieł.

7. Boso pobiec przez deszczową łąkę – to działa zawsze

8. Czule zapoznać się z 3-miesięcznym ruchliwym pekińczykiem wiekowej sąsiadki – uwaga, żaden makijaż tego nie wytrzyma!

9.Uśmiechać się szeroko do osoby po drugiej stronie lustra – sympatyczna jest, prawda?

10. Zawiązać Diesla w supełek – jeszcze mi się nie udało, ale trenuję cierpliwie!

Do głowy przyszły mi kolejne punkty, gdy to pisałam. Każdy ma swoje sposoby na chandrę. Na pokonanie szarych smoków. Czasem jest to rozmowa z Przyjaciółką, czasem czerwona róża wstawiona do wazonu, a jeszcze innym razem przemalowanie paznokci na wesoły kolor pistacji. O, zapomniałam dopisać jeszcze jeden punkt. Niech to będzie:

10a. Umieścić kolejny wpis na blogu i poczytać komentarze. I jeszcze odwiedzić Zaprzyjaźnionych Blogowiczów umieszczając swoje komentarze do Ich wpisów. Będzie na to czas w weekend!

Ambitny plan, prawda? Za oknem Słońce coś się rozleniwiło i nie chce mu się świecić. Wiatr wieje, przegania chmury po niebie. Niechby tak było przez weekend. Byle tylko nie padało, bo z rowerowych wypraw nici! A w czasie deszczu… Gosia się nudzi! I dziwne pomysły przychodzą do głowy! Stary Zegar wie coś o tym, a i Pan Łóżko mógłby coś na ten temat opowiedzieć. Ale sza!


Teraz już życzę Tubywalcom (i sobie) Słonecznika na niebie, szczęśliwego czasu i do następnego wpisu. Pa, pa!

 

 

PS. Jako, że docierały do mnie sygnały (ależ to brzmi górnolotnie!), iż z powodu antyspamu utrudnione jest, a wręcz czasami niemożliwe, pozostawianie komentarzy przez Tuzaglądających,  więc usunęłam to cholerstwo!!!


 

PS2. Od dzisiaj przez trzy kolejne dni, a właściwie noce, w ramach odstresowujących zajęć własnych, punktualnie o północy zamierzam wyć do Księżyca! Zapraszam! Mile widziane duety, tria jak i chóry (prawie Anielskie). Wyć można melodyjnie i z fałszem, głośno i całkiem cichutko (sąsiedzi!), styl dowolny, byle szczerze i z uczuciem. Miłego wycia i... nie martwcie się, Księżyc to wytrzyma! Cmokkkkkkk!!!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Zupełnie niespodziewanie, z głębin...

czwartek, 28 czerwca 2007 16:26

 

... zamierzchłej przeszłości przybył do mnie dawny znajomy. Znajomy, który miał być KIMŚ WYJĄTKOWYM. I wówczas był. Stał się katalizatorem, zapalnikiem, który sprowokował mnie do działania, do zawalczenia o własne szczęście, do przemeblowania mojego umysłu a tym samym mojego życia. W jakimś sensie pośrednio stał się sprawcą mojej przemiany, mojego przebudzenia. Tego jaka teraz jestem. Wówczas, po latach uśpienia, to jego miłość, jego zachwyt pozwolił mi uwierzyć w siebie. Wyleczył mnie z kompleksów i niskiej samooceny w jakie wpędził mnie wieloletni toksyczny związek z byłym mężem. Obudził we mnie kobiecość. Był Królewiczem a ja Śpiącą Królewną. Taka bajka. Ładna ale bez happy endu. Nie było ... i żyli długo i szczęśliwie. Nie było ... i ja tam byłem, miód i wino piłem. Okazało się, że Królewicz zmienił się w Smoka-Strażnika Śpiącej Królewny. Problem był jednak w tym, że Królewna już się obudziła i nijak nie chciała zasnąć ponownie! Brzydkie Kaczątko zmieniło się w Rajskiego Ptaka i nagle złota klatka stała się za ciasna, stała się znienawidzonym więzieniem. Tak więc nie żyli długo i szczęśliwie. I nagle, po wielu latach odnalazł mnie. Usłyszałam jego głos w słuchawce i, powiem szczerze, poczułam leciutkie ukłucie, gdzieś w okolicy serca. Zawsze lubiłam jego głos. Ponieważ był przejazdem tylko na kilka godzin, więc umówiliśmy się po południu w sympatycznej karczmie tuż pod lasem. Był już, gdy dotarłam tam z lekka spóźniona. W wazonie na stoliku pąsowiały róże (zawsze dawał mi przepiękne kwiaty), poderwał się prawie na baczność na mój widok. Cmoknęłam powietrze gdzieś w okolicach jego ucha, odsunął mi szarmancko krzesło... to się nie zmieniło, w siermiężnych realiach lat 70-tych i 80-tych te jego zachowania były wręcz nie z tej ziemi. Po pierwszych niezręcznych sekundach ukradkowego oglądania się nawzajem okazało się, że czas cofnął swoje wskazówki. Że w jego oczach jeszcze tlą się iskierki tamtego zachwytu, a mnie wciąż fascynuje jego ironiczne, inteligentne widzenie świata. Pozwoliłam mu mówić, zawsze lubiłam go słuchać. Wyjazd za ocean, jakiś jeden, drugi, trzeci związek, szukanie mnie w innych kobietach. Wreszcie uświadomienie sobie, że trzeba żyć dalej.. Dopiero wtedy mógł szukać szczęścia. I znalazł je, jest z kobietą, która jest dla niego ważna, choć stwierdził, że on kochał tylko raz (och to przeciągłe spojrzenie w moje oczy!!!). Siedzieliśmy tak, przerzucając się imionami dawnych znajomych, wyciągając z zamierzchłej przeszłości jakieś opowieści wspólne nam obojgu. Świeca paliła się równym płomieniem między nami. Budziła srebrzyste refleksy w jego włosach. Cóż, posiwiał, przybyło mu trochę zmarszczek. Stwierdził półżartem półserio, że w 90 procentach to moja zasługa. Roześmiałam się szczerze i beztrosko. Tak jak on. Już nie ma w nim żalu, chociaż był przez lata. Dla mnie też to spotkanie było jakby oczyszczeniem, bo miałam czasami wyrzuty sumienia, że tak się to skończyło. Chociaż wiedziałam, a i on teraz to zrozumiał, że nie mogło być inaczej. Nie kochałam go tak bezgranicznie, tak szaleńczo jak on mnie kochał. Raczej kochałam to, że on mnie kocha. Aż ta Jego Miłość stała się ciężarem, którego nie byłam w stanie udźwignąć. Czas szybko mijał, w końcu pożegnaliśmy się z mglistą obietnicą, że „ przy okazji znów się zobaczymy". Nie sądzę. Zresztą po co? Tak naprawdę już nic nas nie łączy. Wyblakłe fotografie. A właśnie. To on był pierwszym człowiekiem, który pokazał mi piękno fotografii. By niezwykłym artystą. Szkoda, że gdzieś zagubił swoją pasję. W prozie życia, w walce o codzienne przetrwanie. Szkoda! Wróciłam do domu, Diesel już  czekał w przedpokoju po swoją porcję głaskań i kociego żarełka. Z szafki wyciągnęłam paczkę listów ( 170 - numerowane!), które dostałam kiedyś, gdy wyjechał wcześniej na rok zostawiając mi Muka. I co? I znów „spociły mi się oczy", bo:

„ Mondrutku, nie możemy pozwolić by burzowe chmury przesłoniły słońce naszego życia";

„Nie będzie żadnej innej kobiety, będziesz już tylko Ty - moje ciało, moja dusza, należę już do Ciebie!!!"; „Jak wysłowić, że miłość moja wciąż rośnie, choć w sercu miejsca już nie ma";

„Wilczo wyje rozedrgana bólem dusza, na skroniach pulsująca obręcz i tylko dreszczem na skórze ramion i pleców  opadają łzy płaczących Aniołów. Świat bez Ciebie jest niczym i jego piękno gdzieś daleko - za półprzejrzystą ścianą. Życie bez Ciebie to drobiny czasu odliczane bólem i tęsknotą"; „Nie martw się Kwiatuszku, jestem na progu szaleństwa, ale jest coś więcej - myśl, która góruje nad wszystkim, jestem Twój i dla Ciebie!".

No, poczytałam sobie. Kilkaset stron zapisanych maczkiem na pożółkłym papierze. Greckie znaczki na błękitnych kopertach. Czas przeszły. Czas piękny jak wyblakła fotografia. Uśmiechnęłam się do tamtych Nas. Listy, kartki, wiersze i zdjęcia z powrotem trafiły do szafki. Wiem, że kiedyś znów tu zajrzę. Znów wybiorę przypadkowo zdania.
I odnajdę słowa miłości. Odległe jak światło dawno wygasłych gwiazd. I równie piękne...

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Codziennie od nowa...

środa, 27 czerwca 2007 7:24

 

 

…wstaję, myję zęby, piję poranną herbatę, zastanawiam się czy czerwona spódniczka jest lepsza od białej,  czy sandałki czy może czółenka, czy torebka ta, czy może całkiem inna. Czy iść prostą drogą czy może skręcić i iść przez łąkę. Czy ugotować jakiś obiad czy może zadowolić się kanapką. Czy przespać popołudnie czy wyjść między ludzi. Czy zadzwonić do kogoś, czy poczekać aż ktoś zadzwoni. Czy przeczytać książkę czy obejrzeć film, a może posłuchać muzyki. I tak mija kolejny dzień. Poniedziałek, wtorek, piątek, weekend i znów od nowa. Odliczam kolejne godziny, dni, tygodnie. Lat już nie liczę, bo i po co? I tak wiadomo, że są. Coraz więcej za mną lat. Codziennych wyborów. Tych mało ważnych i tych, które rzutowały na moje życie, na przyszłość. Tych, które teraz, z perspektywy czasu oceniam pozytywnie i tych, których należałoby żałować, gdyby nie to, że obiecałam sobie, że nie będę żałowała niczego, co już za mną. Przecież przeszłości nie zmienimy a zastanawianie się „co by było, gdyby…” do niczego dobrego nie prowadzi. Jedynie do frustracji i niezgody na teraźniejszość i rzeczywistość. Więc… nie żałuję niczego. Ale kłamczucha ze mnie, prawda? Gdzieś tam, w głębi duszy, w głębi serca, na poziomie instynktu, żałuję niewykorzystanych szans, mylnie podjętych decyzji, straconych okazji. Choć wiem, że nie można odwrócić zdarzeń, nie można cofnąć czasu. Można tylko iść dalej próbując dostosować rzeczywistość do marzeń. Przykroić ją na wymiar naszych pragnień. Tylko czasem, tak jak dzisiaj, gdy za oknem wieje wiatr, gdy pokój zdaje się jedyną bezpieczną przystanią, po głowie łażą natrętne myśli. Że można było inaczej, że drugi raz już nie będzie okazji. Że coś przeminęło, że nic nie dzieje się drugi raz. Że czegoś nie powiedziałam, że czegoś nie zrobiłam, a może odwrotnie, że powiedziałam o jedno słowo za dużo,  że popełniłam głupstwo, którego nic nie zmieni. Że pozwoliłam, aby godziny, dni i lata przeciekły mi przez palce, bo w swej arogancji sądziłam, że czas jest nieskończony. Że ze wszystkim zdążę, że wszystko przede mną. A teraz, codzienność wrzeszczy, wdziera się w moje życie, w moje myśli. Nieproszona. Zmusza mnie do wyborów. Tych najprostszych, spódniczka czy może spodnie. Czasem sama się śmieję z siebie, że mam szczęście, że mój organizm nie toleruje alkoholu, bo w moim przypadku skończyło by się to alkoholizmem. Czyż nie byłoby prościej, wziąć butelkę, zajrzeć w świat, który znajduje się poza dnem kieliszka, zapomnieć, zasnąć pijanym snem bez snów, przeczekać świat i codzienność, niech się sama dzieje. I tylko płynąć z prądem wystawiając twarz do słońca. Dryfować to tu to tam, bez celu i bez powodu. Bez konieczności dokonywania wyborów. Poddać się fali, kołysać się zgodnie z jej rytmem. Odwiecznym i niezmiennym. I jakże kuszącym. Rytmem łona Pramatki. Pozwolić sobie na wolność. Czy to jednak możliwe? Istniejemy w naszej rzeczywistości, codziennie w nią wchodzimy. Wciąż i wciąż od nowa.  I Świat dzieje się wokół nas. A my śnimy naszą rzeczywistość. Aż do końca. Pa, pa.

  
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Dziwna pogoda, dziwny...

wtorek, 26 czerwca 2007 7:26

 

 

… stan rozedrgania i jakby oczekiwania na nadejście nieznanego. A już sądziłam, że osiągnęłam jakąś równowagę, że pogodziłam się z tym, na co i tak nie mam wpływu. Może i tak, lecz nie całkiem, nie do końca. Wciąż tkwi we mnie żal, rozczarowanie i bunt. Usiłuję, zgodnie z radami Przyjaciół, odnaleźć się w nowej rzeczywistości ale… to bardzo trudne. Nie mówię, że niemożliwe, ale piekielnie trudne. Tym trudniejsze, że odczuwam wyobcowanie i odsunięcie na boczny tor. No i co z tego, że w niedzielę przejechałam kilometry, żeby sfotografować kolejną, fakt, że urokliwą i stareńką, ale tak naprawdę niewiele znaczącą kapliczkę. Co to zmieni, co to da? Mam być szczera?  Nawet zdjęcia robię jakby z… przyzwyczajenia. Wiem, że odszukam w sobie tę pasję, że właściwie ona ciągle jest, że jej nie utraciłam, a jedynie na moment została uśpiona. Tylko po co? Dla kogo? Dla siebie? Do przysłowiowej „szuflady”? Chce mi się wyć. Jeszcze kilka dni, Księżyc będzie w pełni i wówczas zawyję, przesyłając ku niemu wszystkie złe emocje. Ależ mnie trzyma. W niedzielę pojechałam na wieś, chociaż to ciągle moje miasto. Wjechałam na sporą górkę (w upalnym słońcu!) i gdy myślałam, że już ducha wyzionę, nagle otworzył się przede mną… Świat. Nie bez przyczyny napisałam dużą literą. Nade mną tylko niebo, a wokół mnie cały Świat z jego pięknem i jego brzydotą. Wszystkie odcienie zieleni. Jaskrawa traw, ciemna lasów,  niebieskawa jęczmienia nakrapiana czerwienią maków i szafirem chabrów, żółtawa wypalonych słońcem łanów pszenicy. I w tle kominy, ogromne i groźne, rodzące stalowo-siwe chmury brudzące niebo w kolorze indygo. I cisza. Taka cisza, w której słychać szelest traw, ostrożne skradanie się polnej myszy, trzepot skrzydeł ptaka lądującego na drzewie, daleki szum samochodów na niewidocznej drodze, cichy trzask gałązki złamanej pod ciężarem nieznanego zwierzątka. I mój spokojny oddech, jego uspokajający rytm. Położyłam się w wysokich trawach podłożywszy ręce pod głowę i patrzyłam na źdźbła ogromniejące w oczach. Patrzyłam w niebo tak intensywnie niebieskie, że aż nierealne. Patrzyłam  z góry na siebie, spoglądałam w głąb siebie. Niezbyt podobało mi się to co zobaczyłam. Tyle złości, tyle negatywnych uczuć, tyle rozedrgania. Jakby ktoś lub coś mnie odmieniło. Jakbym to nie była ja. Cóż, nic nie jest jednoznaczne i raz na zawsze ustalone. Zmieniamy się w ciągu całego naszego życia. Inna była Gosia sprzed kilku czy kilkunastu lat. Inna była jeszcze kilka dni temu. Teraz też jestem inna. Lepsza, gorsza, to pojęcia względne. Po prostu inna. Zmienia nas świat, zmieniają nas ludzie, z którymi się stykamy. My również przez swą obecność zmieniamy rzeczywistość. Oddziałujemy na innych w takim samym stopniu, jak oni wpływają na nas, na nasze zachowania, na nasze uczucia. Marzę o osiągnięciu harmonii, o spokoju, o… szczęściu wreszcie. W takich momentach, jak tam, na górze, jestem szczęśliwa. Tak zwyczajnie, tak naturalnie, tak pierwotnie. Jaka szkoda, że nie można być szczęśliwym na zapas. Że nie można szczęścia ukryć w sekretnym schowku i wyciągać w razie potrzeby. Po troszeczku. Oszczędnie, by na długo wystarczyło. A może można, tylko ja jeszcze nie poznałam tego sposobu? Muszę to przemyśleć. Pa, pa!

 

PS. Niestety, albo raczej „stety” Były Osobisty Wieloletni Narzeczony nie jest wolnym człowiekiem. Po naszym rozstaniu dał się zaobrączkować i nic tego nie zmieni. Co nie znaczy, że nie mogę się z nim spotykać. W końcu ta ja byłam pierwsza! Och, żartuję, błagam, proszę nie brać wszystkiego co piszę zbyt dosłownie, bo później wynikają z tego różne dziwne niedomówienia.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Jestem rozgrzana...

niedziela, 24 czerwca 2007 12:15

 

... słońcem i pięknem, które mnie otacza. Właśnie minęła sobota. W oddali słychać daleki pomruk burzy. Światła miasta odbijają się od mokrego asfaltu. Wysoko, na niebie księżyc przebija się  bladą poświatą przez chmury. A we mnie dalej trwa słoneczny dzień. Gorący piasek parzący stopy, rozgrzewający ciało, oślepiająco biały w blasku słonecznym. Dotknięcie słońca na nagiej skórze. Wody jeziora obmywające, opływające, zagarniające mnie delikatnie i czule. Szelest wysokich wąskich liści szuwarów. Jakby na świecie nikogo nie było, jakbym istniała tylko ja. Tutaj i teraz. Wrzask mew, pierwotny i przenikliwy. Syczenie zdenerwowanego Pana Łabędzia ochraniającego samicę i trzy puchate brązowe maluchy. Ryba żerująca tuż pod powierzchnią wody, ukazująca co chwilę śliski mokry ciemny grzbiet błyszczący w słońcu. Co jakiś czas spoza piaszczystych wzniesień dobiega ryk motocyklowych silników. Trenują crossowcy. Widziałam ich wcześniej. Trzech na jamahach. Jednakowi jak trojaczki. Nie przeszkadza mi to. Zawsze mogę sobie wyobrazić, że to odgłosy burzy. Nic nie istnieje. Tylko słońce, woda, wiatr i ja. Patrzę w górę przez zmrużone powieki. Na rzęsach drży tęcza. Moje ciało jest lekkie jak parasol, który wiatr unosi z dmuchawca. Mam wrażenie, że za chwilę pofrunę tam wysoko, gdzie chmury kołyszą się  w południowej ciszy. Dotarliśmy tutaj z Byłym Osobistym Wieloletnim Narzeczonym po przejechaniu kilkunastu kilometrów wokół jezior i kilkukilometrowym przebijaniu się przez piaski z rowerami. Żadne miejsce nie było dostatecznie dobre. Gdy wydawało nam się, że już znaleźliśmy okazywało się, że przed nami były tam mrówki. Wielkie, czarne i bardzo wkurzone. No cóż, ponieważ BOWN nie jest Panem Tadeuszem a ja Telimeną, musieliśmy ruszać dalej. Wreszcie dotarliśmy do miejsca, gdzie do jeziora wpada strumień, a wokół rozciągają się niezmierzone przestrzenie szuwarów. Teraz leżymy na gorącym piasku. Wiem, że wystarczy wyciągnąć rękę by dotknąć Jego ciała. Ale nie chce mi się. Nawet taki prosty gest wydaje mi się zbyt wyczerpujący. Leżę sobie więc tylko w ciszy, wszystkie złe emocje ostatnich dni przestają mieć znaczenie. Liczy się tylko tu i teraz. Na brzuchu czuję gorący piasek, który BOWN przesypuje z dłoni. Śmiejemy się z żuczka, który usiłuje wspiąć się na moją stopę. Dla niego to pewnie jakaś góra, która nagle wyrosłą na drodze do jamki w piasku.  Nad nami tańczą dwa motyle połyskując w słońcu kolorami tęczy. Spoza ściany szuwarów ukazuje się czasza motolotni. Mały punkcik na tle błękitu, czerwony i szafirowy. Czas się zbierać. Upał poraża, najchętniej zostałabym tutaj, nie chce mi się jechać w upale kilka kilometrów do domu. Niestety nie ma innego wyjścia. Jestem głodna, rozleniwiona upałem, skóra rozgrzana słońcem jest słona. Rozstajemy się z BOWN, On rusza do siebie, ja do siebie. I tak jest dobrze. Dobrze, że nie pobraliśmy się kiedyś, gdy był na to czas, mogę się założyć, że wówczas On jeździłby z zupełnie kimś innym. Tak już jest, tak musi być.

A teraz w niedzielne południe zrobiłam sobie małą przerwę  w wycieczce, żeby wkleić wczorajszy wpis. Niestety, nie udało mi się dołączyć zdjęć w tekście!. Z zapachem i smakiem gorących od słońca malin pozdrawiam! Pa,pa!

 



 

Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 693  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557693

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości