Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 813 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Hej ho...

wtorek, 29 czerwca 2010 6:40

... hej ho, do pracy by się szło!!!! Ano, szło by się szło... i się idzie, bo za darmo chlebka nie ma, niestety! Wczoraj przeżyłam (jakoś!) szok pourlopowy, dzisiaj, mam nadzieję, będzie lepiej... nie mówić. Ale za to nałykałam sie komplementów, że a) świetnie wyglądam b) na wypoczętą wyglądam c) schudłam (ooooooo!!!).I tym sposobem jakoś dobrnęłam do siedemnastej, ponieważ, jak pech, to pech, wczoraj miałam dyżur. Za to dzisiaj mam aż trzy godziny do odbioru. Ach! I cóż mam zrobić z tym pięknym czasem? Tak się ładnie nazywa, po amerykańsku, shopping... czyli bieganie po sklepach... zabawna rzecz wczoraj sie jeszcze zdarzyła  w jednym z supermarketów, gdzie zawędrowałam w celu uzupełnienia, a raczej zastąpienia światła w lodówce czymś lżej strawnym. Kupiłam jakieś serki, jakieś owoce i kilka drobiazgów, później na holu zatrzymałam się przy oscypkach (podrabiane, ale dość smaczne), kupiłam sobie dwa i tak pogryzając delikatnie stanęłam przed oszkloną ladą ze swojskimi wędlinami, szynkami, baleronami, kaszankami (brrrrr!)... to brrrr było do kaszanek, których nie jadam. W pewnym momencie poprosiłam panią o ukrojenie kilku plasterków wędzonej szyneczki, bo "taką mam ochotę na coś wędzonego, a ten serek zaostrzył mi apetyt". Pani popatrzyła na mnie dziwnie i stwierdziła, że właśnie mi się przyglądała sądząc, że ja (biedna kobieta) jem suchą bułkę i mam wzrok małego dziecka stojącego pod wystawą sklepu ze słodyczami i... chciała mnie poczęstować  plasterkiem wędliny do tej suchej bułki!  Śmiałyśmy się obie z tego nieporozumienia... ale w pewnym momencie pomyślałam sobie, że a) czyżbym wygladała na taką zabiedzoną i niedożywioną? b) są jeszcze dobrzy ludzie na tym świecie! I tym optymistycznym, w gruncie rzeczy, akcentem, pa, pa... biegnę do roboty, do roboty, na traktory...
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

O rany...

czwartek, 24 czerwca 2010 23:22

... jak ten czas leci. Niepostrzeżenie wręcz, a jednak nieuchronnie. Kolejne lato przed nami, a przede mną również jeszcze kilka dni urlopu. To jednak dobra rzecz taki urlop. Szczególnie jeśli się na niego tak czekało i... nie miało zbyt wielu oczekiwań. Paradoks? Nie sądzę.  Mam troszkę zaległości w pisaniu. W takim razie może w pigułce ostatnie dni. Świadomie nie piszę „ostatnie wydarzenia", bo raczej niewiele bym wówczas napisała. W piątek znalazłam się, dość niespodziewanie zresztą, w Myszkowie. Z aparatem, rzecz jasna. Owszem, trochę zdjęć zrobiłam, pochodziłam po mieście, znalazłam kilka ciekawych miejsc, ale po raz drugi raczej bym się tam nie wybrała, bo nie ma po co. Na szczęście nie padało, chociaż gdzieś nad horyzontem zbierały się groźnie wyglądające chmury. Podobno z każdej chmury kiedyś musi spaść deszcz. I spadł! Wracaliśmy w strugach wody, wycieraczki nie nadążały zbierać wody. Już dawno nie widziałam takiego oberwania chmury. Padało tak około godziny, po czym... niebo wybłękitniało, pojawiło się Słońce, a świat pojaśniał wymyty i śliczny. Po południu miałam w planie imprezę z okazji dziesięciolecia Centrum Sportu i Rekreacji, w której to instytucji przepracowałam kilka lat.... Zupełnie niezwykłych lat, obfitujących w fantastyczne wydarzenia, w spotkania z ciekawymi ludźmi. Wspominam tamte lata z wielkim rozrzewnieniem i uśmiechem. Impreza była świetna, dawne koleżanki (Nic się nie zmieniłaś! Ty też świetnie wyglądasz! O, a który to miesiąc? O rany, kiedy wróciłaś? Na stałe? A pamiętasz.......!!!???). uśmiechy, zdjęcia, grill (bezwarunkowo!) i piwo (bezwarunkowo!!!). Ależ się wybawiłam, wytańczyłam również, dawno tak się nie czułam. Dobrze spotkać znajomych, pod warunkiem, oczywiście, że jest co wspominać i że są to piękne wspomnienia. Wróciłam do domu późną nocą, zmęczona, ale równocześnie zadowolona. A tak się zastanawiałam, czy w ogóle mam tam iść. Sobota o niedziela... cóż, tradycyjnie spędziłam gdzieś w plenerach... na łąkach, nad jeziorami, na polach. Pięknie kwitną maki, kąkole, chabry, wokół fruwają motylki, ważki, ptaszki i inne skrzydlate stworki. Miałam okazję sfotografować ważkę podczas konsumpcji śniadanka, które jeszcze przed chwila fruwało sobie radośnie i bezmyślnie. Nie wiem czemu, ale jakoś ważki kojarzyłam z kruchością, delikatnością, jak motyle... ssawka i nektar spijany z kwiatuszków. A tu proszę, drapieżniki z nich i tyle!  Bliżej im raczej do modliszki niż do motyla. Innym ciekawym zarejestrowanym faktem jest... seks (tak, tak!) pomiędzy dwoma muchami. Były tak zajęte sobą, że nie zareagowały nawet, gdy im podsunęłam obiektyw prawie pod same nosy! Ciekawostki czają się na każdym kroku, trzeba tylko czasami schylić się nisko, żeby dojrzeć życie, które kwitnie w wysokich trawach. Co jeszcze się działo? Hmmmmmm niewiele. Jakieś zachody w jachtklubie, jakieś poranne mgły na polach. Oprócz tego, jak napisałam wcześniej, nareszcie się wysypiam, bo manko miałam w tym zakresie okrutne. Nadrobiłam również towarzyskie zaległości, miałam czas, by spotkać się z dawno niewidzianymi znajomymi i rodziną.  Nie będę tu podawała szczegółów, bo... miejsca by zabrakło, a przy takim natłoku zdarzeń trudno czasem zachować chronologię.  Opowiem za to o wczorajszym dniu. Zdarzyło się tak, że znalazłam się w Żarkach. To około czterdziestu kilometrów od mojego domu. Od dawna chciałam się tam wybrać, w konkretnym celu. W Żarkach znajduje się dobrze zachowany kirkut, czyli cmentarz żydowski. Pogoda była jak wymarzona. Upał łagodzony lekkim wietrzykiem, na niebie czystym i szafirowym przepływały obłoki (lubię takie scenerie, bo zdjęcia są wówczas bardziej plastyczne, dynamiczne). Chodziłam pomiędzy macewami, spod nóg uciekały mi w popłochu jaszczurki wygrzewające się na gorącym piasku, niestety, zbyt szybkie i zwinne, bym mogła je uwiecznić na zdjęciach.  Niesamowity nastrój, tylko szum wysokich traw i wysokie dźwięki wydawane przez świerszcze, i macewy. Wyniosłe i smukłe, i pochylone, wrośnięte w piaszczystą ziemię. Położyłam kamień na jednej z nich,  jako symbol szacunku i pamięci o tych, którzy odeszli tak dawno, że nawet wspomnienie o nich zblakło i zatarło się w mrokach dziejów. Na żydowskie cmentarze nie zanosi się kwiatów, które są symbolem życia. Podobno tradycja kładzenia kamyków ma związek ze składaniem na grobach karteczek z życzeniami, które przyciskano kamieniem, aby wiatr ich nie zwiał. Karteczek teraz się nie  kładzie, pozostały kamyki. Czy to prawda? Tego nie wiem, tak słyszałam. Patrzyłam na wyryte na macewach inskrypcje, gdzie każdy symbol ma swoje znaczenie, gdzie każda wyryta płaskorzeźba mówi o zmarłym, gdzie nie trzeba znać języka, by odczytać znaczenie napisu. Jak pismo obrazkowe. Niezwykłe i wieloznaczne. To cała ogromna dziedzina wiedzy. Wędruję czasami po Internecie, jest tu tak wiele stron ze słownikami symboli. Jestem zafascynowana tą kulturą. Może dlatego, że w gruncie rzeczy jest tak egzotyczna i niezwykła. W Żarkach zrobiono wiele, by zachować pamięć o dawnych mieszkańcach tych terenów, których przed drugą wojną światową było tu ponad 50 procent. Teraz remontuje się budynek synagogi przywracając mu dawny wygląd. Zadbano również o inne zabytki tworząc szlak kultury żydowskiej. Godne pochwały. Jakie to różne od zaniedbanych i zdewastowanych miejsc w innych miastach, chociażby w Olkuszu. Komuś się nie chce? Może dla kogoś to niewygodne? Nie wiem, jestem jednak przekonana, że tyle w nas człowieczeństwa ile szacunku dla zmarłych. Niezależnie od ich rasy, pochodzenia czy wyznania. Na żareckim kirkucie wiatr szepce w języku jidysz. Zostawiam PT Czytelników z kilkoma zdjęciami z ostatnich dni. Miłego oglądania, mam nadzieję, że odnajdziecie w nich nastroje, które towarzyszyły mi podczas ich robienia. Tym razem bez żadnych akcentów, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A na zakończenie, wraz z życzeniami pięknego i smacznego lata dla Tubywalców...

 

 

 

 

PS. Więcej zdjęć z żareckiego kirkutu w nowej galerii na www.sliczniefotograficznie.bloog.pl. Zapraszam serdecznie i proszę o komentarze do zdjęć... cały  czas się uczę, więc wszelkie konstruktywne uwagi mile widziane. Również na moich stronach na digarcie. Teraz już dobranoc!



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

To ja, Wasza...

środa, 23 czerwca 2010 1:06

... urlopująca, leniuchująca, wędrująca, zdjęciująca i... niepisząca Małgorzata Grażyna Magdalena... trojga imion. Wiem, wiem, przydałoby się coś nowego tu umieścić, jakiś mądry, a przynajmniej ciekawy tekst... owszem, zaczęłam pisać i oprócz pierwszego zdania, cała reszta była do wyrzucenia. Zbieram się, przysięgam, że zbieram się w sobie, na razie efekty mizerniutkie. Proszę jeszcze o chwilkę cierpliwości. Jutro wybieram się do Żarek, może tam spłynie na mnie natchnienie. A do opisania mam sporo, w końcu cały miniony tydzień, w którym działo się sporo ciekawych rzeczy.  Zdjęć tez jest trochę, tak że będzie co czytać i co oglądać... gdy w końcu się zmobilizuję, bo w tej chwili jestem jakby zdemobilizowana (to żart!), nie mylić ze zdemoralizowana, ostatnio prowadzę sie bardzo porządnie (niestety!), więc żadnych pikantnych szczegółów tu nie zaserwuję, no, chyba że coś wymyślę!  I tym seksualnym, aczkolwiek żartobliwym akcentem, pa, pa.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Dzień wstał...

czwartek, 17 czerwca 2010 7:10

... w kolorze lilaróż, w kolorze srebrzysto-błękitnym, w kolorze lata. A teraz niebo wisi nad ziemią jak farbka do płukania bielizny, kiedyś tutaj wspominałam o kobaltowym proszku, który dosypywało sie do wody, w której płukano białe  rzeczy. Po co? Po to, by nabrały pięknego błękitnawego odcienia bieli. Bo biel, jak chyba żaden inny kolor, ma tysiące odcieni. Biel nie zawsze jest... biała. Przepraszam Tubywalców za ten przydługi wstęp, ale mam na uwadze młodzież, która tu zagląda, a dla której niektóre pojęcia są całkowicie abstrakcyjne. Której na przykład komórka kojarzy się raczej jednoznacznie z telefonem, podczas gdy ja pamiętam komórki, które służyły do przechowywania wielu rzeczy, małe budyneczki, rodzaj szopy czy drewutni (o rany, kolejne prawie zapomniane słowo!), w każdym razie mogą być jeszcze komórki... mózgowe, na przykład! A właśnie, moje komórki mózgowe, o ile jeszcze jakaś tam pozostała w czaszce, rozleniwiły sie urlopowo i za nic funkcjonować nie chcą.  Myślenie sprawia mi trudność, więc... staram się tego nie robić, po co się męczyć nadaremno, prawda? Spytacie, jak mija mi urlop? Tak jak moim komórkom (mózgowym!)... leniwie i bezmyślnie troszkę. Wreszcie się wysypiam, oczywiście biegam z aparatem, starając się to robić dość szybko i "wężykiem, panowie, wężykiem" w bezsilnej nadziei, że zmylę tym komary i ujdę pogoni. Komarów jest zatrzęsienie! Szczególnie na podmokłych łąkach, szczególnie wokół jezior, a zresztą... wszędzie pełno tego tałatajstwa. Wczoraj również byłam nad Pogoriami.  Tym razem zaczęłam wędrówkę nad Jedynką, dokąd podrzuciła mnie Kuzynka, jadąca tamtędy do pracy... biedulka, ona jeszcze nie ma urlopu! I tak wędrowałąm sobie, tu i ówdzie fotografując jakiegoś owada, jakąś ważkę, jakiegoś motylka, ptaszka, czy inne stworzonko. Na Bagrach spotkałam parę łabędzi z trójką ślicznych popielatych i puchatych maluchów. Pozwoliły mi podejść całkiem blisko, maluchy spały sobie w trawie, później wraz  z mamą łabędzicą pospieszyły do wody, gdzie ukołysane leciutkimi falami znów zasnęły smacznie. Postanowiłam przejść przez szuwary na tę stronę jeziora, gdzie kiedyś fotografowałam gniazdujące mewy. Miałam nadzieję, że uda mi się sfotografować małe w gniazdach. Niestety, część gniazd jest opuszczona, w części nadal siedzą mewy, ale maluchów nie dojrzałam. Za to zapadłam się po kostki w błotnistej cuchnącej mazi, z której trudno było wyciągnąć nogi... w końcu z nieprzyjemnym mlaśnięciem zdołałam stamtąd wyczłapać na suchy ląd. Fuj, fetor był koszmarny, szybciutko znalazłam piaszczysty brzeg, zdjęłam skarpetki, buty i weszłam do wody. Ca za ulga, niestety, musiałam wracać w mokrych butach, skarpetki schowawszy do torby (zawinięte uprzednio w foliowy woreczek, bo tego smrodku nic nie było w stanie zlikwidować). Jedynym łupem, jaki stamtąd wyniosłam były fotografie przepięknej ważki, która pięknie pozowała mi siedząc nieruchomo na jakimś  badylku.  Pogoria II czyli Bagry prawie w całości pokryta jest ogromnymi talerzami liści grążela, spomiędzy których wystają na wysokiech łodygach ponad lustro wody jaskrawożółte kwiaty. Jest pięknie, mimo wszystko jest pięknie i nade wszystko... bo świat już taki jest... po prostu piękny. A ja staram sie tylko zatrzymać to piękno na moment, na mgnienie, na ułamek sekundy. Może na dłużej... I tym błękitnym akcentem (spojrzałam w niebo i stąd ten kolor)... pa, pa.

























Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Mam pytanie...

niedziela, 13 czerwca 2010 23:02

... co robi normalny człowiek w sobotę o godzinie 3:30? Normalny człowiek śpi, albo pracuje, jeśli ma nienormalne godziny pracy, albo przytula się do podusi, tudzież do swojej połówki (o ile pozostaje w szczęśliwym związku, bo jeśli nie pozostaje w szczęśliwym, to się nie przytula). Tak robi normalny człowiek. Nienormalny natomiast wymyka się po cichutku z mieszkania obładowany sprzętem fotograficznym, stara się nie narobić hałasu na schodach, co z reguły się nie udaje i wychodzi w miękki półmrok mglistego przedświtańca, żeby później podreptać pustymi ulicami w kierunku jezior... prędko podreptać, żeby nie spóźnić się na wschód Słońca! W końcu dociera nad Pogorię III, po drodze budząc kilka psów (tych nienormalnych, bo normalne śpią i mają w nosie wszystko, co się dzieje za ogrodzeniem), a tam... o rany, tłok, jak nie przymierzając na Marszałkowskiej... jakaś para się przytula zanurzona po szyje w wodzie, której to przytulaniom przygląda się inna para otulona kocem na piasku. Na pomoście, który teraz oddalił się od brzegu o kilka metrów, majaczy sylwetka wędkarza, który z uporem maniaka wciąż i wciąż od nowa macha wędziskami... nieopodal dwóch panów na kocyku w kratkę zaśmiewa się do łez (zaraźliwie bardzo, też się śmieję ale po cichutku... z ich śmiechu, chociaż nie wiem, co ich tak rozśmieszyło!), w zatoczkach majaczą jakieś sylwetki, porozbijane namioty, od czasu do czasu rozlega się sygnał... nie znam się na tym, czy to spławik daje takie sygnały, czy może coś innego... nieważne. Pan z miotłą macha nią zawzięcie usiłując posprzątać ten śmietnik, który zostawili na plaży moi współplemieńcy... czy można się wypisać z własnego plemienia, bo jeśli tak, to ja chętnie. Kucam sobie ja nad brzegiem jeziorka, patrzę na ludzi... równie nienormalnych jak ja i... spokój mnie ogarnia i cisza (wyłączając się uprzednio z małego zgiełku, jaki tworzy ludzkość, można to osiągnąć)... czekam na wschód. Niestety, komary nie czekają... ledwie się rozjaśnia, ledwie niebo błękitnieje, a one już zaczynają ucztę! Wykonuję na piasku taniec świętego Wita... patrzę ukradkiem... ktoś się może śmieje? Nie, każdy zajęty tym samym co ja, czyli rozgniataniem, strząsaniem i unicestwianiem małych krwiopijców. Nadaremno... całe eskadry z wściekłym bzyczeniem lądują na  nieszczęsnych ofiarach... mam wrażenie, że najwięcej ląduje na mnie. Gryzą łydki, dłonie, skórę głowy pod włosami, nawet przebijają się przez materiał spodni i przez skarpetki. Horror, jednym słowem, horror! Ruszam więc dalej w ulotnej nadziei, że ruchomy cel trafić trudniej. Dzień się już obudził, czy zauważyliście kiedyś, jak zmieniają się kształty otaczającej Was rzeczywistości w zależności od kąta padania światła?  Patrzę na drzewa, na wysoko, wysoko pod niebem zawieszone gniazdo remiza, tym razem oświetlone pod niesamowitym kątem widoczne jest lepiej niż poprzednio. Jest... pięknie. Docieram na drugi koniec jeziora, wiem, że tam znajduje się drugie gniazdo kolejnej pary remizów. Znalazła je moja koleżanka Ewa, postaram się teraz je odnaleźć. Na wysokiej gałęzi siedzi jakiś ptak, przygląda mi się uważnie z góry pozwalając, bym fotografowała go z różnych stron. W dziobku trzyma wijącą się gąsienicę... biedulka, jej los jest już przypieczętowany. Odchodzę, bo ptaszek wyraźnie się niecierpliwi, pewnie w gnieździe czekają głodomory. Gdzieś znad Pogorii IV nadciąga ogromna ciemna chmura, na nos spada mi kropla... jedna, druga. Nie rób mi tego, proszę! Jakby posłuchawszy mojego bezgłośnego wołania, chmurzysko posłusznie odpływa dostojnie w inne rejony. Znów pojawia się Słońce. Dwa ptaszki brodzą wśród wysokich traw w poszukiwaniu owadów i robaczków. Niesamowite, jak blisko pozwalają mi podejść. Poruszam się powoli, żadnych gwałtownych ruchów. To działa. Rozglądam się uważnie, wreszcie jest! O rany, zawieszone na wysokości mniej więcej dwóch i pół metra na brzozie tuż nad brzegiem jeziora. Podchodzę bliżej... grząsko i mokro. Fotografuję otoczona chmarą przebudzonych komarów. Robię szybko zdjęcia i... uciekam w popłochu. Uff... udało się. Wracam tą samą drogą. Na złotym jeziorze para perkozów dwuczubych nurkuje w poszukiwaniu ryb. Nagle samiec wynurza się z wody, cały w słonecznych odblaskach, a w dziobie trzyma szamocącą się rybę. Ostrość! Ostrość! Jest! Mam go! Z brzegu patrzą na to z podziwem i nieukrywaną zawiścią wędkarze, którzy nie mieli takiego szczęścia. Ryba jest duża, perkoz usiłuje ją połknąć, niestety, wielokrotne próby kończą się niepowodzeniem, ryba, pewnie nie do końca wierząc w swoje szczęście wypada z dzioba ptaka i znika pod wodą. Perkoz znika za nią, daremnie, wynurza się z pustym dziobem. Samiczka przygląda się uważnie... mam wrażenie, że uśmiecha się z politowaniem... ale może tak tylko mi się wydaje. W pewnym momencie zauważam, że niedaleko brzegu... woda zaczyna bulgotać, jakby się gotowała... co to jest??? Pod jej powierzchnią widzę ciemne, wrzecionowate kształty... to ryby, dziesiątki ryb polujących na owady pokrywające powierzchnię jeziora, Niesamowity widok, gdyby jeszcze nie te komary. Mijam kolejnych wędkarzy, zagaduję ja, zagadują mnie. Narzekamy solidarnie na krwiopijców. Jeden z panów proponuje mi płyn "na komary". Korzystam z wdzięcznością, może będzie lepszy od tego używanego przeze mnie. Nie jest... bo to środek NA komary, a nie PRZECIW nim! Na szczęście, w domu mam cebulę... stary, sprawdzony środek łagodzący skutki ukąszeń.  Wracam do domku... jestem zmęczona, ale w taki pozytywny sposób. Jest dziewiąta, nawet nie wiem, kiedy tak czas zleciał. Warto było! Może teraz złapię kilka godzin snu, bo po południu jestem umówiona z BOWN (dla niewtajemniznych: Byłym Osobistym Wieloletnim Narzeczonym). Wyciągnęłam go na wycieczkę do Ogrodzieńca. Znalazłam niedawno reklamę „Parku Zamków Jurajskich" w miniaturze, otwarcie w czerwcu, mam nadzieję, że już otworzyli....


Wieczorem! Uffffff alez to był męczący dzień, nie powiem, pełen emocji i różnorodnych wrażeń, ale męczący bardzo. Pojechaliśmy z BOWN do tego Ogrodzieńca. Troszkę się migał, ze gorąco, że męcząco, ale magiczne słówko „obiecałeś!" podziałało. Niestety, „Park Zamków Jurajskich" jeszcze nieczynny. Trwają gorączkowe prace, wokół rozlega się odgłos pił, młotków i innych narzędzi. Na zamkowym dziedzińcu porozkładane namioty, odbywa się Festiwal Kulinarny. Ogrodzieniec i Podzamcze robią niesamowitą robotę! Tyle tam się dzieje! Postanawiamy wybrać się do niedalekiego Birowa. Proszę nie mylić z Mirowem, to zupełnie inne miejsca, chociaż tez na Jurze. Birów to wyniosła skała, na której odtworzono średniowieczną warownię, która spłonęła w czternastym wieku. Nigdy nie została odbudowana, kolejną warownię zbudowano w Ogrodzieńcu. Kapitalne miejsce, sporo eksponatów wydobytych podczas prac wykopaliskowych.  Można zrozumieć, dlaczego nie próbowano odbudować zamku na pogorzelisku. Tam nie ma źródła wody, a i szczyt skały ma niewielka powierzchnię. W razie oblężenia mieszkańcy byli bez szans, mogli przetrwać dopóki mieli zapasy wody i żywności. Gdy się skończyły... cóż, finał był do przewidzenia. Polecam odwiedzenie tego miejsca, zupełnie nieznana mi historia, a tak na marginesie, warownię spalili najprawdopodobniej Czesi, z którymi prowadzone były potyczki graniczne. I...   to by było na tyle, odnośnie soboty, oczywiście. Teraz jest noc... niedziela. Wreszcie można było oddychać, po nocnej burzy powietrze stało się rześkie i świeże. A burza była potężna, nieprawdopodobnie gęsto uderzały pioruny. Musiałam wyłączyć komputer, dlatego ten tekst nie ukazał się wczoraj. Jeszcze trochę zdjęć... cierpliwości, to potrwa kilka minut. A tymczasem, serdeczne podziękowania za wsparcie, za zrozumienie moich „dusznych" stanów.  I tym... akcentem, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia z Birowa po północy... cierpliwości, Moi Mili, cierpliwości.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Właśnie minęła 3:40. Na szczęście... rano nie muszę iść do pracy. I tak przez... dwa tygodnie!  Plany na urlop? Żadnych planów, poczekam, co Los mi przyniesie. Może rozwiązanie, a może zasupłanie tego, co mnie dręczy. Niemniej obiecałam sobie, że tutaj już nie będę pisała o moich problemach. Niepotrzebne to nikomu. Lepiej pisać o pięknie otaczajacego mnie świata, o burzy, która właśnie nadciąga, o kocie, który rozłożył sie na pudełku, w którym trzymam płyty CD, to ostatnio jego ulubione miejsce. Jak to się nazywa... samokontrola, a może raczej autocenzura. Uważaj, bo cokolwiek napiszesz, może być użyte przeciwko tobie... przez moment o tym zapomniałam! A Birów piękny, prawda? I piękny widok z góry, gdy niebo jest na wyciągnięcie ręki. Pa, pa, chyba jednak położę się teraz spać!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 689  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554689

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl