Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 888 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Smutna...

wtorek, 28 czerwca 2011 23:20

 

... wiadomość do mnie dotarła. Odszedł Maciej Zembaty. Bard pokolenia, prześmiewca z diaboliczną twarzą i duszą Anioła. To On nauczył mnie, jak kochać Leonarda Cohena. To On powiedział mi, kim w ogóle jest Leonard Cohen. Pamiętam wieczory, gdy Jego głos przekazywał mi najprostsze prawdy o życiu, o miłosci, o człowieku. Kto jeszcze pamięta szpulowe magnetofony? To było tak dawno, a mam wrażenie, jakby to było zaledwie wczoraj. Jakieś prywatki, smarkateria pozująca na intelektualistów, dziewczyny w czerni, z długimi włosami i rzęsami wytuszowanymi "Operą". I chłopcy w peweksowskich dżinsach i w "szwedkach", z "piórami" do ramion, jakże tępionymi przez ciało pedagogiczne. I cienie na ścianach ruchome w świetle świec. I te dyskusje egzystencjalne, i te plany, i te marzenia. Co z nich zostało? Gdzie teraz są tamte dziewczyny i tamci chłopcy? Nie dalej, jak kilka dni temu weszłam na youtube i słuchałam Hallelujah w wykonaniu Macieja Zembatego. Wspomnienia uderzyły we mnie falą wzruszeń. A dziś dowiaduję się, ze przeszedł na drugą stronę. Sa Ludzie, o których zawsze myślimy w czasie teraźniejszym. Nie pasuje do nich słowo śmierć. Bo jakże tak... bez pożegnania... nie wolno się żegnać w ten sposób...

 

A teraz tylko Wielka Cisza... On już poznał Tajemnicę... posłuchajcie, proszę... w świetle świec...  

http://starymarzyciel.wrzuta.pl/audio/7g67Sc5QaQt/maciej_zembaty_-_leonard_cohen_-_malenka_nie_wolno_sie_zegnac_w_ten_sposob

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Brrrrrr...

poniedziałek, 27 czerwca 2011 6:31

 

… ależ zimno!!! Właśnie skończyłam  podlewać mój minimalistyczny  ogródek  w balkonowych skrzynkach i troszkę mnie przewiało! Koniec czerwca, a tu jakieś dziwne pogody-niepogody. No cóż, tradycji weekendowej stało się zadość i aura znów zrobiła psikusa. Dobrze, że Boże Ciało było w miarę pogodne i troszkę (troszkę… ponad 25 kilometrów!) pojeździłam na rowerze. Udało mi się zrobić troszkę (taaak… ciut-ciut… tylko 500 zdjęć nad Pogorią IV). Z czego większa część wylądowała w elektronicznym niebycie, ponieważ troszkę zapaskudziło mi się kurzem lustro przy zmianie obiektywów i dopiero na komputerze wylazły jakieś plamki. Och, jak mnie to wkurza!  Oczywiście, mogłabym wyczyścić zdjęcia w programie graficznym, ale… ludzie, za jakie grzechy??? To stosunkowo prosta, ale żmudna robota. I czasochłonna. Troszkę zdjęć jednak dało się wybrać. Mam nadzieję, ze oddałam atmosferę czasu i miejsca. Piątek… o piątku już wiecie, byłam w pracy, interesantów sporo, tradycyjnie, jak zawsze pod koniec miesiąca. A że zaczyna się okres urlopowy, więc w okrojonym składzie każdy ma więcej obowiązków. W sumie nie narzekam, przynajmniej czas szybciej mija. Na dodatek, z powodu rozpoczętego remontu Pałacu Kultury Zagłębia, salę ślubów przeniesiono do naszego budynku i z okna mojego pokoju patrzę dokładnie na orszaki ślubne. To mi się teraz skojarzyło z komentarzem Kuby, ponieważ Jemu już odpowiedziałam, więc teraz odpowiadam wszem i wobec… nie jestem zakochana, nawet kandydata koło mnie nie ma, a jedynym facetem w okolicy jest… Diesel Diablo de la Vega… cóż, zabawne, czasem mam wrażenie, że z wiekiem staję się jakby bardziej… niewidzialna? Nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie przytula… nawet pokłócić się nie ma z kim. Ach, ach! Biedna ja biedna! Czy ktoś mi współczuje? Nie słyszę! No tak, pożartowałam, a teraz wracam do… soboty. Niby świeciło Słoneczko, ale wiał zimny porywisty wiatr i odpuściłam sobie rowerowe wyprawy. Za to pobiegałam po mieście w poszukiwaniu truskawek. W końcu znalazłam, drogie jakby były rarytasem, mocno dojrzałe, takie do zjedzenia natychmiast. Co też uczyniłam… z wielką przyjemnością, okraszona odrobiną cukru i słodką śmietaną. Powiem, szczerze, obżarłam się jak bąk! Wczesnym popołudniem wybraliśmy się z Osobistym Kierowcą (żeby była jasność, to stary Przyjaciel) na obiad. Do Świerklańca, bo zamierzałam pospacerować po parku i zrobić trochę zdjęć w letniej scenerii. Planowałam, ale pogoda znów zrobiła psikusa i… lunęło jak z cebra. To było niesamowite. Ściana wody, potoki płynące ulicami, parujący asfalt. W sumie, chociaż znów zaczęło świecić Słońce, ale na horyzoncie wciąż kłębiły się chmury, jakoś straciłam ochotę na łażenie po świerklanieckim (to chyba się tak oniemia?) parku. Zdecydowaliśmy się podjechać do Tarnowskich Gór. Bo… blisko i bo… nigdy tam nie byłam. Urokliwe miasto z pięknym rynkiem i interesującym kościołem ewangelickim. Obeszliśmy rynek dookoła i… znów zaczął padać deszcz! Niesamowite, jak w kalejdoskopie. W końcu wylądowaliśmy w kapitalnej restauracji nieopodal rynku. Nazywa się „Svejkova Gospoda” i jest niezwykle klimatyczna. Na ścianach wiszą ryciny przedstawiające, jakżeby inaczej, Szwejka oraz portrety Najjaśniejszego Cesarza, Franca Jozefa… jak powiedział przesympatyczny właściciel, nie przecierane, żeby było bardziej realistycznie… pamiętacie ze Szwejka? Tam muchy załatwiały swe naturalne potrzeby na portret Miłościwie Panującego, co zresztą sprowadziło na Szwejka masę kłopotów! Siedzieliśmy tak sobie, rozmawiając z właścicielem i pijąc piwo… oczywiście ja (!!!) Brackie, ale z soczkiem… ja wiem, piwosze pewnie złapali się za głowy, że profanuję szlachetny trunek, no cóż… piwo dla mnie jakoś nie jest ulubionym trunkiem. Osobisty Kierowca, ponieważ jest kierowcą, mógł się jedynie napić kawy. Jego strata… ależ złośliwa ze mnie bestia, prawda? Wróciłam do domu „z wieczora” i byłam tak zmęczona, przejedzona i śpiąca, ze już nic nie pisałam, za co z góry przepraszam! A dzisiaj, dzisiaj poszłam na rynek i kupiłam kilo truskawek i kilo bobu. No i zeżarłam te truskawki i ten bób! Jak mawiała moja Babunia. Dobrze będzie, jak mi pupy nie rozerwie! To się nazywa… łakomstwo! Ponieważ teraz jestem… śpiąca, więc tylko umieszczę tę notkę na stronie, dodam kilka zdjęć,,, tych z czwartku, znad Czwórki i tych z soboty, z Tarnowskich Gór. Jutro nowy dzień, nowy tydzień i, podobno, upały. I jak tu nie wierzyć w złośliwość Losu? No, ale mam plan. Jutro wieczorem „zapoluję na zachód Słońca i na… strachy na wróble!!! Nie wiem, czy wspominałam tutaj, że mam swoje wymarzone ujęcia. Takim właśnie marzeniem jest sfotografowanie stracha na wróble w zachodzącym Słońcu. Pa, pa.

 

 

PS. To trzecia próba umieszczenia wpisu! Poprzednie zakończyły się... pozytywnie, jak głosił komunikat. Tyle, że na stronie nie nastąpiły żadne zmiany!!! Ponieważ zaraz wychodze do pracy, więc zdjęcć nie zdążę raczej wkleić. Mam nadzieję, ze teraz tekst sie ukaże! Jasny gwint!!!

 

Sukces! Jest! Spróbuję jednak zamieścić zdjęcia. Miłego pięknego i słonecznego poniedziałku, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A teraz kilka zdjęć z rynku w Tarnowskich Górach. Muszę tam wrócić jeszcze raz, bo miejsce jest niezwykle urokliwe i ma spory... potencjał. Troszkę przypomina mi Cieszyn, chociaż w mniejszej skali.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Noc...

sobota, 25 czerwca 2011 2:10

 

... przede mną rozciąga się niczym kosmiczna czarna dziura. Bez początku i bez końca. Noc jest wokół mnie i noc jest we mnie. Jest mi bardzo, bardzo smutno. Wczoraj rano dowiedzieliśmy się, że odszedł nasz kolega, Tadzio Pogodziński.  Zawsze się zastanawiałam, jak to jest, że czasem nazwisko tak trafnie oddaje charakter człowieka. Pan Tadzio właśnie taki był. Zawsze uśmiechnięty, pomocny i życzliwy. Taki był dumny, że udało Mu się rzucić palenie, nie palił od Sylwestra i wszyscy Mu kibicowaliśmy. Jeszcze w środę sporkaliśmy się podczas mycia szklanek, wymieniliśmy jakieś sympatyczne zdanka, jak to z reguły bywa, o pogodzie, o wolnym dniu, życzyliśmy sobie nawzajem ładnej pogody i... i tyle. I na tym się nasze rozmowy zakończyły... jak mogłam przewidzieć, że na zawsze. Kurczę, Los bywa przewrotny i nieprzewidywalny. Pan Tadzio miał dopiero 55 lat i przyszedł moment, gdy podczas snu serce powiedziało... mam dość. Stare powiedzenie mówi, że nie znamy dnia ani godziny. Miarą wartości Człowieka nie jest stan jego konta czy ilość posiadanych rzeczy, lecz liczba ludzi, którzy są jego przyjaciółmi. Pan Tadzio budził we wszystkich bez wyjątku wyłącznie sympatyczne skojarzenia. A ponieważ był "behapowcem", więc wszyscy w Firmie Go dobrze znali. Wiadomość o Jego odejściu rozniosła się po Firmie błyskawicznie. Pracowaliśmy, wykonywaliśmy swoje obowiązki, a przecież gdzieś, wewnątrz czaił się smutek. Powie ktoś, takie jest życie... owszem. Tyle, że właśnie w takich momentach zdajemy sobie sprawę z własnej śmiertelności. Smutno mi i tyle. Jeszcze weszłam na profil Pana Tadzia na facebooku, nie usunę Go z grona moich Znajomych. Niech tak zostanie. Uśmiechnięty Pan Tadzo zatrzymany w kadrze. Pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Dzisiaj...

czwartek, 23 czerwca 2011 22:22

 

... będzie króciutko, bo jestem wykończona. Ponieważ po nocnej burzy i niepewnym poranku w końcu, gdzieś koło południa pogoda ustabilizowała się, postanowiłam wsiąść na rower i trochę pojeździć wokół jezior. No i z tego "trochę" zrobiło się około dwadzieścia pięć kilometrów. Na szczęście dla moich kości od czasu do czasu robiłam sobie mały przerywnik i fotografowałam widoczki. Zdjęcia wyszły urokliwe. Niestety, teraz jestem koszmarnie zmęczona i jedyne, o czym marzę, to Pan Łóżko. Wybaczcie więc, Szanowni Tubywalcy, że więcej i bardziej kolorowo będzie dopiero jutro, O czym zapewniam gorąco, życząc równocześnie pięknej nocy i grzesznych snów. Pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zanosi się...

sobota, 18 czerwca 2011 17:55

 

… zanosi na ten deszcz i nic! Porywisty wiatr szarpie brzozą za moim oknem, mocno rozrośniętą brzozą zresztą. Opowiadałam już kiedyś tutaj, że „opitolono” mi tę brzozę zostawiając krótkie kikuty trzech konarów, mniej więcej pół metra powyżej głównego pnia. I co się stało? Ano brzoza  się zawzięła i wypuściła nowe gałęzie. Wcześniej miała trzy konary, teraz ma ich siedem czy osiem, a każdy jest dłuuuugi i wiotki. Ponieważ jeden z nich omiatał mój balkon, więc ostatnio  go trochę skróciłam, do pozostałych nie mam jak dosięgnąć, więc miotają się i trzeszczą w podmuchach wiatru. Najzabawniejsze jest to, że ja, mieszkając na ostatnim piętrze mam dużo światła pomimo, że brzoza jest gęsta, natomiast sąsiedzi, którzy walczyli o „ogłowienie” brzozy, teraz mają kompletne zaciemnienie mieszkań. Ale to nie mój problem. Ja się cieszę, że sobie rośnie za oknem. Wolę patrzeć na zieleń niż na plac przed marketem i ruchliwą ulicę. Wyjrzałam teraz przez okno, chyba jeszcze deszczu nie będzie, bo szarość ustępuje miejsca jaśniejszym i radośniejszym kolorom. Na zachodzie niebo rozjaśniło się, będzie piękny zachód Słońca, tak myślę. Zachód zachodem, a ja dzisiaj… ale może najpierw zagadka. Co robi normalna (???), zdrowa kobieta po pięćdziesiątce o godzinie czwartej nad ranem? Ze co? Ze przytula się do sympatycznych męskich pleców? Nie! A może tańczy na barze w nocnym klubie? Też nie! Otóż kobieta owa sterczy na przystanku autobusowym w oczekiwaniu na autobus (logiczne, nieprawdaż?), który zawiezie ją nad jeziora. Sterczy i przytupuje niecierpliwie, bo niebo na wschodzie się już rumieni, a autobus nie nadjeżdża. I kobieta owa myśli tylko o jednym: Kurczę, nie zdążę!!! Ale spokojnie, w końcu przyjechał, byłam zresztą jedyną pasażerką (innych głupich nie było!) i zdążyłam! Wysiadłam na drodze między Pogoriami, Trójką i Dwójką, i w gęstej mgle pomaszerowałam „gdzie strumyk płynie z wolna”, a właściwie nieźle zasuwa nad Dwójkę. Akurat Słońce zaczęło wynurzać się spoza drzew i całe jezioro wyzłociło się bajecznie. Powiem szczerze, takie chwile warte są wszystkich wyrzeczeń. Mówię serio, tym bardziej, że przecież ja tak naprawdę nic z tego nie mam. Oprócz satysfakcji i… zachwytów właśnie. Tak sobie czasem myślę, po co ci to, kobito? Po co kolejne fotografie kolejnych zachodów czy wschodów, po co łażenie na czterech łapach po jakiejś durnej łące w pogoni za żuczkiem albo innym motylkiem, po co chroniczny ból kręgosłupa od ciężkiego sprzętu  i przemoczone nogi. Czy ci ktoś za to zapłaci? No, chyba że dobrym słowem! Do grobu tego z sobą nie zabierzesz. Przyjdzie ktoś, gdy ciebie już zabraknie i wciśnie… delete. Ja to wszystko wiem, mój rozum podpowiada mi, żeby dać sobie spokój i odpuścić, ale głupie serce każe mi iść na przystanek, albo częściej pieszo i fotografować jakieś ulotne wrażenia, chwile nietrwałe jak jętka. Cóż, każdy (no, może wielu) ma swojego świra, taka jestem, to nierozerwalnie zrośnięte ze mną, kto mnie zna, ten się już… niczemu nie dziwi. Więc ta poranna dzisiejsza wyprawa to właściwie nic nadzwyczajnego, prawda? Łaziłam wokół jeziora, wzbudziłam popłoch wśród mew, które gniazdują w dzikim zakątku jeziora, mgły unosiły się nad wodą, nad moją głową krążyły wkurzone ptaki, a ja starałam się poruszać cicho i ostrożnie. W zatoczkach widniały nieruchome sylwetki wędkarzy… też trzeba mieć świra, żeby sterczeć całą noc z wędką podczas, gdy ryby nie są takie głupie i na byle przynętę się nie nabiorą. Uśmiechamy się więc do siebie porozumiewawczo, wędkarze i ja… Wracałam wzdłuż brzegu Trójki, powoli zaczęli pojawiać się biegacze, piechurzy z kijkami i rowerzyści. Jeszcze jakieś kaczuszki, jeszcze małe ptaszki, które wcale nie ułatwiały mi zadania i przefruwały z gałęzi na gałąź, albo chowały się w trzcinach, gdy je chciałam sfotografować. Jeszcze łąki pełne robaczków… Robiło się upalnie i duszno, powietrze było wręcz ciężkie, miałam wrażenie, że można je dotknąć. Wiatrówkę już dawno zdjęłam, a i tak byłam okropnie zgrzana i coraz bardziej zmęczona. Na dodatek mój żołądek głośno dawał wyraz swojemu niezadowoleniu, burcząc głośno. Na szczęście, po drodze był otwarty mały sklepik. Kupiłam „sewendejsa” i Mirindę, bo właściwie nic innego do zjedzenia „na szybko” tam nie było. Do domu dotarłam przed jedenastą… czyli cała wyprawa trwała prawie sześć godzin. Zrzuciłam zdjęcia na komputer i… położyłam się spać! Ogarnęło mnie tak koszmarne zmęczenie, że miałam wrażenie, że całą energię coś ze mnie wyssało. Teraz jest już popołudnie, zaraz wkleję ten tekst na stronę, wybiorę kilka zdjęć, żeby pokazać „co moje oczy widziały”. I to by było na tyle, jak mawiał pewien profesor mniemanologii stosowanej. Pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jeszcze kilka zdjęć umieszczę wieczorem... teraz bardzo powoli sie wczytują, a ja akurat wychodzę :)

 

Wróciłam, chyba teraz już w końcu zacznie padać. Ochłodziło się znacznie, ale to dobrze, bo dzisiaj zdecydowanie nie było czym oddychać... wiem, że zaraz jakiś spostrzegawczy Czytelnik pomyśli, że... jak to... pełną piersią należy oddychać :) Niewazne czym, mnie jakoś dzisiaj sprawiało to trudność. Na dodatek te bóle żeber i barku. Prawdopodobnie jest to rwa barkowa (istnieje takie coś!) spowodowana przeciążeniem kręgosłupa i (często) pracą siedzącą. Cóż, te roczniki tak czasem mają. Coraz częściej podpisuję się pod znanym powiedzeniem, że gdy będąc w pewnym wieku budzisz się rano i nic cię nie boli to oznacza tylko jedno, już nie żyjesz (tu zaśmiałam się sardonicznie). Spróbuję umieścić teraz pozostałe zdjęcia. Dzisiaj nie będzie żadnych muszek, slimaczków i ważek, co nie znaczy, że nie będzie ich następnym razem. Pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 723  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557723

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości