Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 813 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Tak....

wtorek, 26 czerwca 2012 22:37

 

... się nagle ochłodziło... no, bez przesady, ale plus osiemnaście stopni Celsjusza po ponad trzydziesto stopniowych upałach może przyprawić człowieka o gęsią skórkę (dosłownie i w przenośni).  Na dodatek porywiste wiatry, jakieś łomoty, stukania i pojękiwania za oknem... ja nie jestem zbytnio strachliwa, ale kiedyś pewien ktoś wlazł na mój balkon... jeśli Szanowni Tubywalcy jeszcze nie wiedzą, to spieszę poinformować, iż mieszkam na czwartym piętrze! Powiedzmy szczerze, że wcale to nie było zabawne, a już romantyczne wcale! Na dodatek, czujni sąsiedzi zadzwonili po policję i delikwent został zabrany z mojego mieszkania... wyłgał się bajeczką o zakładzie, litościwie potwierdziłam ryzykując, że w oczach przedstawicieli władzy wyjdę na idiotkę. Cóż, nie wyszła mu scena balkonowa. Takie to miałam kiedyś zdarzenia, teraz już od dawna nie dość, że nikt nie wspina się na mój balkon, to nawet serenady wieczorową porą pod tymże balkonem nie zaśpiewa! Ech, życie, życie!

 

A tak w ogóle, to ostatnio znów wzięłam się do roboty i biegam ze sprzętem  po drogach i bezdrożach. Częściej po tych drugich. Właśnie w sobotę wyszłam z domu o czwartej (rano, żeby była jasność), chociaż jasnośc dopiero miała nadejść. Wyszłam i poszłam w kierunku Gołonoga. Tam są miejsca, które kiedyś tutaj pokazałam, brzozowe zagajniki, rozległe podmokłe łąki i uroczyska... a ponieważ była mgła, więc miałam nadzieję, że coś uda mi się sfotografować. Maszerowałam dziarsko wzdłuż torów kolejowych, gdy nagle kątem oka zobaczyłam Go! Stał nieruchomo za brzózką i wpatrywał się we mnie uważnie. Zwolniłam by po któtkiej jak mgnienie chwili stanąć w miejscu. Prawie nie oddychając ostrożnie wyjęłam kieszonkowca z kieszeni (bo skąd można go było wyjąć!), na wyciąganie alfy nie było czasu i zrobiłam kilka zdjęć... z czego, jak się później okazało, tylko trzy były do przyjęcia... Trwało to bardzo krótko, w końcu to Jemu się znudziło i w dwóch susach przeskoczył wysokie paprocie by zniknąć w lesie. I tyle Go widziałam.  Spytacie pewnie o kim tak piszę, z takim szacunkiem i z dużej litery? Spójrzcie sami.... czyż nie jest piękny?

 

 

 

 

 

Na drugim zdjęciu, ta rozmazana rudawa plama, to właśnie On, gdy w podskokach znikał w lesie....

 

 

Odetchnęłam głęboko, gdy już zostałam sama. Śmiałam się w duchu, że gdyby trwało to troszkę dłużej, to pewnie bym zemdlała z braku tlenu. Nie macie pojęcia, a może i wiecie, o czym piszę, jakie to... podniosłe (?) tak, to chyba odpowiednie słowo, jakie to podniosłe uczucie, gdy człowiek stanie twarzą w twarz z absolutnym, czystym, nieskażonym niczym pięknem. Gdy tak się patrzy w oczy zwierzęcia ma się wrażenie... sama nie wiem... że zostało się dopuszczonym do Wielkiej Tajemnicy. Och, wiem... wpadłam w patos. ale jak inaczej opisać taki moment. W każdym razie, postałam jeszcze chwilę, żeby ochłonąć i pomaszerowałam przez jeszcze mroczny las nad Pogorię I.  Wyszłam na ulicę (to zbyt wiele powiedziane) Żeglarską, wzdłuż której usytuowane są ośrodki żeglarskie i wypoczynkowe. Kiedyś były tu ośrodki zakładowe, kopalniane i hutnicze. Zakłady pracy miały pieniądze i inwestowały w obiekty. Później część została wykupiona przez prywatne osoby, część nadal funkcjonuje jako kluby żeglarskie utrzymujące się ze składek członków i dzięki sponsorom. Niestety, ośrodki skutecznie odgradzały mie od brzegu jeziora. Pozamykane na głucho, co wcale mnie nie dziwiło, bo była piąta rabo i wszyscy normalni ludzie jeszcze spali... jak to w sobotę. Na szczęście, brama Klubu Sportów Wodnych "Zefir" był otwarta. No to weszłam. A jak już weszłam (szczęście, że wszyscy spali, bo jeszcze by mnie ktoś psami poszczuł)... żartuję, akurat znam ludzi z tego i z kilku innych klubów. Poszłam nad brzeg, Słońce wznosiło się z każda minutą wyżej. Weszłam na pomost i...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ładnie, prawda? Cóż, Słońce wznosiło się wyżej i wyżej, czas było ruszyć w powrotną drogę przez las. Tym razem trochę inną trasą. I znów miałam szczęście, niestety, sarny tylko mi mignęły w zaroślach i bezszelestnie zniknęły w głębi lasu. Cóż, nie zawsze się udaje. Za to znów były mgły i słoneczne promienie. Las jest niezwykły o poranku. Cichy, a przecież pełen odgłosów ptaków uwijających się w koronach drzew, szelestu kropel spadających z liści na moją głowę, szumu przepływającego nieopodal strumyka, trzasku gałązek gdzieś w gąszczu.... pewnie jakiś zwierz... miałam tylko nadzieję, że nie dzik, bo są w tych lasach dziki. A spotkanie z nimi jakoś mi się nie uśmiechało. Czemu zresztą nikt nie powinien się dziwić... pamiętacie to? Dzik jest dziki, dzik jest zły,  dzik ma bardzo wielkie kły! Pamiętam,  kiedyś będąc w Lubieszewie na Pojezierzu Drawskim natknęłam się w lesie na małe, pasiaste warchlaki. Muk miał ochotę się z nimi zaprzyjaźnić, ale chwyciłam go za kolczatkę i pognałam w przeciwnym kierunku. Wiedziałam, ze tam, gdzie są warchlaki, tam również jest ich mama... a z mamą nie miałam zamiaru zawierać bliższej znajomości! Teraz też przyspieszyłam, żeby uniknąć potencjalnego spotkania. Jeszcze trochę zdjęć, jeszcze trochę zachwytów i czas wracać do domu. Minęła "złota godzina", światło już inne, a poza tym nagle zachciało mi się... spać! Była siódma rano. Godzina, kiedy większość ludzi dopiero wstaje. No cóż, chcąc mieć takie zdjęcia, trzeba się poświęcać... chociaz troszkę, prawda? Jeszcze kilka zdjęć lasu... mam tam "zaprzyjaźnioną" brzózkę, do której lubię się przytulić. Czy wiecie, że gdy przyłoży się ucho do kory, to można usłyszeć, jak drzewo... oddycha? Nie wiem, jak nazwać ten dźwięk....  ale takie mam właśnie skojarzenie. Jakbym słuchała oddechu brzozy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

No, nie będe Was dłużej męczyła obrazkami.  Chociaż, co naturalne, mam ich znacznie więcej. Ale, co za dużo, to niezdrowo. A tak w ogóle, to odliczam czas do urlopu. Jeszcze miesiąc i.... Londyn! Londyn olimpijski! Teraz już idę spać, ten wiatr mnie rozstraja kompletnie. Pa, pa.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wreszcie...

poniedziałek, 18 czerwca 2012 6:32

 

... prawdziwie letni weekend. Oczywiście wykorzystałam to maksymalnie. No, może nie do końca, bo nie może być zawsze tak, jak się planuje. Wczoraj pojechałam sobie na rowerku nad "czwórkę". Wzięłam ze sobą sprzęt, bo w wysokim piaszczystym brzegu jaskółki nawierciły całą masę gniazd.  Miałam nadzieję, że uda mi się je "przyłapać? na karmieniu młodych. Ponieważ wyruszyłam około szóstej trzydzieści, więc temperatura była wręcz wymarzona. Rześko, świeżo, lekki wietrzyk owiewał twaez. Jednym słowem, marzenie! Dojechałam na miejsce, znalazłam przytulny kawałek plaży, rozłożyłam ręcznik. Po czym sięgnęłam po aparat i... d... blada! Okazało się ku mojej wściekłości, że nie załadowałam do aparatu... akumulatora! Został sobie spokojnie w ładowarce! Na szczęście miałam ze sobą kieszonkowca. Ale to aparat do zupełnie innych działań. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko oddać się prozaicznemu lenistwu, co też skwapliwie uczyniłam. Efekty mogę podziwiać w lustrze. Całkiem mnie ładnie zezłociło. Najśmieszniejsze, że najładniejszą opaleniznę mam na plecach, których przecież na co dzień się nie pokazuje... Ale to detal. Gdzieś przed południem nadjechał kumpel na rowerze i postanowiliśmy przenieść się w inne miejsce. Ale, jak to bywa, gdzie są dwie osoby tam są też dwa zdania na ten sam temat. Ja chciałam pojechać w lewo, a on w prawo. W końcu wybraliśmy całkiem inną trasę. No i... zakopaliśmy się z rowerami w gorących piaskach. Żar z nieba, piasem parzy stopy przez podeszwy butów, rower z każdym metrem staje się cięższy... zaniepokoiłam się, gdy zczęło mi byc zimno. No, pomyślałam sobie, nic innego tylko udar cieplny. Musieliśmy się rozłożyć pod drzewem w cieniu, żebym doszła do siebie. Koszmar, mówię Wam. Po raz kolejny dałam się wyciągnąć na wędrówkę po rozgranych piaskach w koszmarnym upale. Miałam wrażenie, że w słońcu temperatura przekroczyła lekko czterdzieści stopni. W końcu dotarliśmy do ubitego traktu. Oczywiście już nie pojechałam na plażę tylko wróciłam do domu. Była piętnasta z minutami. Powiem szczerze, po chłodnym prysznicu położyłam się i zasnęłam snem kamiennym. I tak spałam do meczy (czy może meczów)? Jakoś nigdy nie byłam pewna, jaka wersja jest prawidłowa. No cóż, Najmilsi Tubywalcy, zaraz wychodze do pracy. Kolejny tydzien przede mną. Teraz już pa, pa. A dla ochłody pozostawiam kilka "kropelkowych zdjątek".

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Część zdjęć, między innymi lawendy i pelargonii roziłam na własnym balkonie. Po deszczu... no, powiedzmy.... tym razem deszcz był ze zraszacza. Takie małe, niewinne oszustwo. Wybaczycie mi, prawda? Teraz już biegnę. Pięknego dnia, Najmilsi Tubywalcy!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Dzisiaj...

sobota, 09 czerwca 2012 10:09

 

... będzie nietypowo, bo zamierzam zmierzyć się ze... słowem, a właściwie z zalewem słów obcego brzmienia i obcego pochodzenia, które jakby kuchennymi drzwiami weszły do naszego języka ojczystego i rozpanoszyły się wielce.  Ech, pewnie imć Mikołaj Rej w grobie się przewraca, gdy Polacy znów za gęsi robią i za nic język swój mają. Przykładów jest wiele, o wiele za wiele jak na moje nerwy. I nie chodzi wcale o to, że jestem jakąś tam zasuszoną molicą książkową czy zwariowaną purystką językową. Według mojej oceny jestem raczej normalna. Co nie znaczy, że nie denerwuje mnie zaśmiecanie naszego języka nowotworami słownymi.  Żeby nie byc gołosłowną, biorę pierwszy z brzegu kolorowy magazyn „dla pań”. Czytam o mojej ulubionej aktorce, piosenkarce, a ostatnio spełnionej i szczęśliwej mamie. Autorka artykułu zastanawia się, jak ta kobieta utrzymuje formę. I w następnym zdaniu sama sobie odpowiada (cytuję) otóż „zrezygnowała )bohaterka artykułu) ze spacerów z wózkiem na rzecz intensywnego WALKINGU z córeczką w nosidełku”. O kurczę, nie dość, że angielszczyzna, to jeszcze z polską odmianą. Czyli jak to będzie, gdy ja się wybiorę w teren? Będę walkingowała?  Czy może będę walkingowała się??? Zresztą, po polsku powinnam chyba napisać „łokingowała się”...  o rany! Kolejne słówko, które rozpanoszyło się w codziennej mowie... event! Po co powiedzieć zwyczajnie „impreza, wydarzenie”, skoro można tak „ętelektualnie” i z zagraniczna sobie użyć tego słowa. Oj, chyba się czepiam, ale ciśnienie mi z lekka wzrasta, gdy widzę to słowo na plakatach na przykład z okazji dni miast albo miejskich pikników...  Przykład? Proszę bardzo.... wyrwany z plakatu: 13.00-18.00 Strefa Młodego Kibica – event sportowy! Koniec cytatu... Ja wiem, że moje słowa i tak niczego nie zmienią, sama łapię się na używaniu czasem wygodnego i krótkiego O’k albo odruchowego „sorry” ... ale przynajmniej się staram. No, ponarzekałam troszkę... dzień bez marudzenia to dzień stracony... (to był żart!).

 

 

A teraz o czymś zupełnie innym. Mamy wreszcie szaleństwo związane z piłką kopaną... czy to nie przemoc? Obrońcy praw piłek powinni wystąpić  z protestem. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo teraz wszyscy protestują przeciwko wszystkim i wszystkiemu.  Może nasz kraj nie jest mlekiem i miodem płynący, ale za to protestem stojący! Teraz emocje zostały ukierunkowane na piłkę nożną. Kraj ogarnęło szaleństwo kibicowania. Na pozór normalni faceci zakładają dziwne kapelusze, czapki, szaliczki, dmuchają w wuwuzele, czy jak się tam to piekielne urządzenie nazywa... powinno sie nazywać trąba jerychońska, bo dźwięk ma przeraźliwy. Mężczyźni, którzy „zapominają” o wyrzuceniu śmieci bądź liście zakupów nagle, nawet wyrwani ze snu w środku nocy potrafią wymienić składy drużyn... od przodu, od tyłu i na wyrywki!  Poważni na ogół ludzie malują sobie twarze w barwy wojenne (czy to atawizm?), farbują włosy  w barwy narodowe i kibicują, kibicują z całych sił. Komu? Jedenastce facetów w okropnych majtasach, którzy przez półtorej godziny ganiają po trawce i starają się kopnąć piłkę tak, żeby poleciała w odpowiednim kierunku. I nawet ci dwaj, którzy chwytają biedną piłkę w ramiona, później i tak ją... rzucają, albo co  jest chyba gorsze, dają jej kopa. Na dodatek (o zgrozo) ci wszyscy faceci kopią... leżącą. Tak się w dalszym ciągu zastanawiam nad tymi majtasami... kiedyś to były spodenki, przynajmniej człowiek (czytaj: kobieta) mógł sobie popatrzeć na zgrabne męskie pośladki....  o umięśnionych udach nawet nie wspomnę, bo to uczywiste. A teraz? Jakieś takie workowate galoty do kolan... ach, dawnych wspomnień czar. I znów wracam wspomnieniami do roku 1974, kiedy to wyjechałam do NRD na wakacyjne OHP (młodzież niech sobie wczyta w google, to będzie wiedziała, o czym mówię). Miałam szczęście, że skierowano mnie na lotnisko Schonefeld, gdzie pracowałam przy przygotowywaniu posiłków do samolotów.  Ci co nie mieli szczęścia pracowali w fabrykach Mitropy przy obieraniu cebuli albo w parowozowniach myli wagony... fuj! Moja praca była świetna, a że znałam język niemiecki, więc  łatwo dogadywałam się z pracującymi tam kobietami. Był to akurat czas Mistrzostw Świata i pamiętam  gratulacje z powodu sukcesów naszej drużyny. W hotelowym foyer rozlegały się szepty „Polki idą” i podchodzili ludzie w różnych stron świata, żeby chociaż chwilę porozmawiać o naszej drużynie. Nazwiska Deyna, Lato, Domarski jeszcze jakoś brzmiały w ich ustach, ale przy Szarmachu, Kasperczaku, Ćmikiewiczu  czy Tomaszewskim zaczynały się schody. Czasami trudno było rozpoznać, o kim tak właściwie mówią. Zresztą, nie to było wówczas najważniejsze. Najważniejszy był zachwyt tych obcych ludzi grą naszej drużyny. I pamiętam jeszcze, jak w czasie sławetnego meczu  z drużyną RFN, który odbywał się w ulewnym deszczu, a jak później mówili fachowcy, a o czym kibice wiedzieli już wcześniej, nie powinien się był wówczas odbyć, Niemki, z którymi pracowałam „nagle” przestały kibicować Polakom i zaczęły kibicować Niemcom. Byłam wówczas zaszokowana. Bo jak to, one kibicują nie nam, swoim przyjaciołom, tylko „wrogowi klasowemu” zza żelaznej kurtyny. Alez byłam naiwna! Tym bardziej, że mecz oglądałyśmy w czasie zmiany na małym turystycznym telewizorku, który jedna z dziewczyn dostała od swojej ciotki mieszkającej w Bonn. Dopiero później zrozumiałam, że przecież to był jeden naród, sztucznie podzielony polityczna granicą. Takie były tamte lata, takie są moje wspomnienia tamtych wydarzeń. I wciąż pamiętam ogromne emocje i dumę, że jestem Polką. Mam nadzieję, że EURO 2012 dostarczy kibicom równie pięknych wzruszeń. Na pierwszy mecz z Grecją spuśćmy zasłonę milczenia. Jak to się mówi, pierwsze koty za płoty. Oby kolejne mecze były ciekawsze. A może to przez te majtasy? Sa takie długie i szerokie, jakieś takie mało aerodynamiczne, i jakby pętały zawodnikom nogi, gdy się tak pałętają wokół kolan! No tak, zaczęłam od majtek i na majtkach skończyłam... a i jeszcze jedno! Kochałam się wtedy w Marku Kusto i z napięciem czekałam, kiedy wyjdzie na boisko. Jak mawia współczesna młodzież, było z niego niezłe ciacho! A i teraz wygląda całkiem, całkiem... czego nie można powiedzieć o niektórych jego kolegach ze sławnej drużyny 1974.

 

A wracając do ostatnich dni. W Boże Ciało wybrałam się na Dorotkę. Tak nazywa się wzniesienie w Grodźcu, na którym znajduje się kościółek z 1635 roku. Wprawdzie wiedziałam, że będzie zamknięty, bo otwierany jest jedynie w ostatnią sobotę miesiąca, ale mimo to postanowiam sie tam wybrać. Kościółek jest niezwykle skromny, otoczony kamiennym murkiem, za to widok z góry jest  nieprawdopodobny. Panorama zapiera dech w piersiach. Łagisza, Dąbrowa Górnicza, Będzin, Sosnowiec, Jaworzno... wszystko jak na dłoni. Ale może zdjęcia przemówią lepiej. Zostawiam więc ich kilka, żebyście choć na moment spojrzeli z góry na panoramę Zagłębia. Teraz już idę spać. Jutro na Trójce planowane sa mistrzostwa w windserfingu. Mam nadzieję na ciekawe ujęcia. Oby tylko nie padało, bo wiać... o wiać jak najbardziej powinno. Teraz już pięknych snów Wam życzę, Szanowni Tubywalcy, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

No tak, skleroza nie boli (jak to mówią).... obiecałam Wam wróbelki... I macie taką miłą parkę. Jak widać na obrazkach, wróbelki są bardzo kochliwe. Pan wróbelek robi to może, może i  krótko, ale za to często. Kilka sekund, odfrunięcie, chyba dla złapania oddechu, kolejny nalot nad wybrankę, znów kilka sekund i tak do momentu, aż pani wróbelkowa nie będzie miała dość. Niestety, ptaszki usadowiły sie na wysokim dachu pod światło, a nie chciałam podchodzić bliżej, żeby im nie przeszkadzać. I tak zachowałam się bezczelnie podglądając parę w intymnej sytuacji. Na usprawiedliwienie powiem tylko, że miałam na celu doświadczenie przyrodnicze, a nie zwykłe podglądactwo. No!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przepraszam za słabą jakość zdjęć, ale warunki, jak wspomniałam wyżej były dosyć nieciekawe. Poza tym, jeśli chodzi o wróble, miałam okazje zaobserwować, po raz pierwszy od lat, stadko liczące około dwudziestu osobników. Niestety, nie zdążyłam zrobić zdjęc, bo cała czereda umykała mi skutecznie.... złośliwie jakby?

 

Teraz jest dziesiąta rano. Część tekstu pisałam wczoraj wieczorem, niestety byłam zbyt śpiąca, żeby go umieścić na blogu. Jak wiecie, planowałam wyprawę nad Pogorię III i obejrzenie zawodów windsurfingowych. Moje plany to jedno, a pogoda to całkiem co innego. Leje jak z cebra, Szanowni Tubywalcy. Dodając do tego zimny porywisty wiatr mamy warunki do siedzenia w domu raczej niż "walkingowania" nad jeziorami. Cóż, czerwiec nas nie rozpieszcza zbytnio. pogoda iście angielska, a może raczej szkocka, bo w... kratkę! Teraz już pa, pa. Miłego weekendu... a może tak odrobina Słońca się trafi? Czego i Wam, i sobie życzę!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Wiosna...

środa, 06 czerwca 2012 6:30

 

... nas nie rozpieszcza. Zimno, mokro i wietrznie. Brrrrrrr jak zimno. A gdy pomyślę sobie, że za pół godziny muszę wyjść z domu to od razu mi zimniej. Ponieważ mam tak mało czasu, zaledwie pół godzinki, więc i ten wpis będzie krótki. Zresztą, nie byłoby go dzisiaj wcale, gdyby nie groźby Siteczki, że mnie zlikwiduje, ro znaczy mój blog zlikwiduje, ale czy to nie byłoby to samo? Żarty żartami ale rzeczywiście ostatnio dopadł mnie jakiś słowowstręt. Owszem, siadałam do komputera, zaczynałam o czymś opowiadać i.... blada twarz! Nic się sensownie nie sklejało, słowa rozłaziły mi się pod palcami jak zbutwiała tkanina, a literki pierzchały we wszystkie strony śmiejąc mi się w nos. Wreszcie ostre słowa Szanownej Tubywalczyni postawiły mnie do pionu. Teraz będzie krótko, natomiast dłuższy się pisze i wkrótce sie ukaże. Wkrótce czyli jutro.

 

Ponieważ zaś w ostatni weekend szwendałam się nad jeziorami więc zostawiam kilka obrazków. Wiosna to cudna pora, wszystko się rozmnaża... między innymi perkozy i łabędzie. Udało mi się trafić na porę śniadaniową tych ptaków, Widok małych perkozków wożących się na grzbiecie rodzica jest nieprawdopodobnie fascynujący. Zabawne było, że maluchy już nie są takie małe i dorosły perkoz miał całkiem spore zanurzenie.  Ale to sobie obejrzyjcie sami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Więcej zdjęć będzie następnym razem, teraz jakoś długo trwa dodawanie, a ja już nie mam czasu, muszę się przecież ubrać do pracy... goła nie polecę! Następnym razem postaram się też udowodnić, że populacja wróbelków ma się już lepiej, a dorosłe wróble robią WSZYSTKO, żeby tak się stało! Dosłownie WSZYSTKO! Będzie więc lirycznie i... erotycznie. Buziaki Najmilsi Tubywalcy i wybaczcie, proszę, moje długie milczenie. Pa, pa.

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 716  

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554716

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl