Bloog Wirtualna Polska
Są 1 268 074 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Obudził mnie ostry...

wtorek, 31 lipca 2007 7:35

 

 

... ból przedramienia. Jakby ktoś przeciągnął po skórze rozpalonym drutem. Otworzyłam oczy jeszcze niepewna gdzie jestem. I czy w ogóle jestem. W szarości przedświtu zamajaczyły przede mną wielkie kocie oczy. No tak, pewnie przez sen poruszyłam ręką i Nocny Łowca wymyślił, że to Wróg! A Wroga należy zaatakować, złapać w pazury…  a później? A później ZAGRYŹĆ. Więc zgodnie z nakazem instynktu Diesel zagryzł moją rękę. Gdy wreszcie się obudziłam maszerował po brzegu łóżka ze zjeżoną czarno-białą sierścią, wpół otwartym pyszczkiem pełnym ostrych ząbków, szeroko rozwartymi oczami i ogonem celującym w sufit. Przemówiłam do niego z głębin mojego bólu: nie wolno gryźć… nie wolno zagryzać mojej ręki… niczego nie wolno zagryzać!!! Popatrzył na mnie pobłażliwie. Przecież jestem Kotem, a koty zagryzają, prawda? Sama nazwałaś mnie de la Vega, a szlachectwo zobowiązuje. Kocie w szczególności. Koci szlachcic nie przewidział, że o czwartej nad ranem nie docenię jego szlachetnej natury. Nie przewidział, że złapię go, uniosę w górę i dam klapsa w chudy tyłek. Miauknął więc oburzony… i? I wbił mi ząbki w dłoń. Och! Już po spaniu. Sen odszedł szybko w obawie przed zagryzieniem. Bardzo wcześnie zaczęłam więc dzień. Ratunkuuuuu! Ja chcę spać!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

NUMEREK

poniedziałek, 30 lipca 2007 16:00

 *) tytułowa ladacznica nie ma nic wspólnego z nierządem... to,  prozaicznie, kobieta pracująca za ladą, czyli... ja!

 

 

 

 

NUMEREK

 

 

Odsłona pierwsza.

 

Zwykły dzień, koło południa. Kolejna osoba podchodzi do lady z numerkiem. Wprowadzono to udogodnienie aby wykluczyć niesnaski i zamieszanie w kolejkach do poszczególnych stanowisk. Moje stanowisko oznaczone jest literą „H”. Podchodzi kobieta z dokumentami. Ma numer 25. Spoglądam na czytnik, za kobietą zarejestrowanych jest jeszcze około dziesięciu osób. Przeglądam papiery, rozmawiamy, muszę wypytać  dokładnie i spokojnie o wszystkie ważne kwestie. To wymaga skupienia i wytężonej uwagi. Zza pleców kobiety wygląda nagle dwóch mężczyzn. Wyższy, brunet z gładko uczesanymi włosami, nawet schludnie i czysto ubrany i drugi, niższy, z dziwną jakby nieforemną twarzą. Ten wyższy kładzie jakieś papiery na ladzie i mówi, że przyszli załatwić sprawę. Uprzejmie i spokojnie odpowiadam, że teraz rozmawiam z kimś innym i że muszą z automatu przy wejściu pobrać numerek. „Proszę nacisnąć przycisk H,  jak Henryk”. Wyższy wrzeszczy do niższego głosem Himilsbacha „Słyszałeś Heniu, mamy pobrać numerek i ta miła kierowniczka nas załatwi”. Odchodzą z lekka chwiejąc się na nogach. Nie upływa minuta, gdy wyższy triumfalnie kładzie numerek na ladzie nie zważając na kobietę, z którą rozmawiam. „Mamy numerek, prawda Heniu?” wrzeszczy prosto do ucha niższego. Biorę do ręki karteczkę i… oczom nie wierzę. Na karteczce jest cyfra 5. Już mam powiedzieć, że kolejka już dawno im przeszła, gdy patrzę na datę i godzinę wydrukowaną małymi cyferkami. Data jest sprzed dwóch dni. Grzecznie informuję obu panów, że TEN numerek nie jest ważny, a poza tym obowiązuje kolejka. Wyższy wywrzaskuje moje słowa niższemu. Scenicznym szeptem informuje mnie, że Henio słabo słyszy.  Zamieszanie przy ladzie rozprasza mnie, nie mogę dokończyć załatwiania kobiety. Spokojnie proszę mężczyzn aby mi nie przeszkadzali, pobrali właściwy numerek i poczekali na swoją kolej. Niższy patrzy na mnie, wręcz czuję, jak w jego głowie kłębią się myśli, wreszcie wypowiada bardzo ważną kwestę: MAM NUMEREK! Od nowa tłumaczenie, że ten numerek to nie TEN numerek. Ludzie siedzący na krzesłach na wprost lady zaczynają uśmiechać się do siebie nawzajem i do mnie. W końcu pytam wyższego czy ja NAPRAWDĘ wyglądam na idiotkę. Mężczyźni przywarli do lady. Czuję, że to może potrwać, kolejkowicze zaczynają wyglądać na zniecierpliwionych. Przechylam się ponad ladą i patrząc poważnie na mężczyzn pytam, czy widzą tego pana w niebieskiej koszuli, który spaceruje miarowym krokiem po holu. Posłusznie patrzą we wskazanym przeze mnie kierunku. „Heniu, idziemy, pani kierowniczka zaraz zawoła strażnika, jak nie będziemy jej słuchać”.  W kolejce chichoty. Dostojnie i z godnością mężczyźni opuszczają budynek. Tracę ich z oczu.

 

Odsłona druga.

 

Koleżanka idzie ulicą w kierunku tramwaju. Przed nią dwóch mężczyzn – wyższy i niższy. Wyższy wrzeszczy prosto do ucha niższego: „Heniu, jutro napijemy się piwka, gdy już załatwimy sprawy, bo ta kierowniczka znowu nas wyp…li. Oooostra była!”. Na co Henio zbolałym głosem „A przecież mieliśmy NUMEREK!!!”


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Po raz kolejny...

poniedziałek, 30 lipca 2007 15:42
  

… po wykasowaniu poprzedniej, rozpoczynam nową notatkę. I wcale nie jest powiedziane, że właśnie ta znajdzie się na blogu. Jest noc, godzinę temu rozpoczęła się niedziela. A ja widzę świat w szarościach i wszystkich odcieniach czerni. Bo przecież czerń niejedno ma imię. Moja dusza jest tej nocy jak śliwka-robaczywka z lekka nadpsuta. Za oknem chłód, mrok i deszcz. Diesel uparcie od godziny a może dłużej poluje na jedną jedyną muchę. Ma upór. Mucha ma skrzydła, więc pojedynek wydaje się być wyrównany. Jedyną przegraną mogę być ja, a raczej moje dobra mizerne, bo kot, jak to kot, nie patrzy pod łapy. Tradycyjnie towarzyszy mi RMF FM tym razem Rihanna i „Umbrella”. A ja zgubiłam ostatnią parasolkę.  Może komuś innemu się przyda. Może ktoś inny osłoni się nią od deszczu. Może będzie to chłopak czekający na spóźniającą się dziewczynę. A może stara kobieta dźwigająca ciężkie siatki, jak ona sobie poradzi, obie ręce zajęte i jeszcze parasolka. A może mężczyzna w garniturze z wypchaną teczką, pełną BARDZO WAŻNYCH PAPIERÓW. Może zmęczona młoda kobieta wlokąca za sobą zapłakane dziecko oglądające się na wystawę sklepu z zabawkami. Może zaniedbany człowiek do połowy zagłębiony w śmietniku, rozgrzebujący resztki w poszukiwaniu puszek. Jutro kupię nową parasolkę. Czerwoną. Albo żółtą lub błękitną. Powinno się nosić tylko kolorowe parasolki w szare dni spływające kroplami deszczu. Ta, którą zgubiłam była granatowa. Więc może lepiej, że jej już nie mam.  Diesel przyszedł do mnie, domaga się wzięcia na kolana. Kot-pies. Chodzi za mną krok w krok zupełnie nie kocio. To miłe. To przerażające. W szarą, smutną, pustą noc tulę do siebie kota. Przesuwam opuszkami palców po delikatnym futerku,  czuję bicie serduszka, rytmiczne i szybkie. Pod moimi dłońmi drobne zwinne ciałko pręży się, łapy prostują się, oczy mrużą „no głaszcz mnie, od czego cię mam”. Jaki prosty jest jego świat. Żadne bzdurne myśli nie zakłócają kociego snu. O, zdenerwował się, znów tuż nad nami przeleciała mucha. Złośliwa prowokatorka. Czas na sen, jeszcze tylko dokończę małe opowiadanko. Wymyśliłam nowy dział. „Zwierzenia ladacznicy”.  W tym czasie doschną moje paznokcie, które pomalowałam na kolor fuksji. Dla niezorientowanych podaję, że to ostry, zdecydowany róż. W taką noc jak dzisiejsza ten kolor jest jak znalazł. Byłby odpowiedni dla parasolki.

 

PS. Wieczorem oglądałam relację z Mrągowa. Śpiewał Mariusz Kalaga. Mój znajomy z DG.

I na dodatek radny. Znamy się tyle lat, tyle było pikników country w DG, na których byłam, a nigdy nie słyszałam go „na żywo”. Występ w Mrągowie był niezły, muszę mu to przy okazji powiedzieć.

 

A teraz mamy już poniedziałek... szewski, zimny i mokry. Szarości gonią się po niebie, po  mojej głowie gonią myśli złośliwie senne i potargane. Własnie otworzyłam wspomniany wyżej nowy dział "Zwierzenia ladacznicy" Zapraszam, pa pa

  
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Są rzeczy na niebie...

piątek, 27 lipca 2007 7:26
  

… i ziemi, o których nie śniło się filozofom. Nie wszystko da się zważyć, zmierzyć, przewidzieć. Czy na pewno jesteśmy w stanie sami kierować swoim życiem? Czyż większość zdarzeń nie jest dziełem przypadku? I czy to jest przypadek? Akcja – reakcja, hasło – odzew, czerń i biel. Powiedz mi co czujesz, a powiem ci kim jesteś. Jesteśmy uczuciami, wrażeniami, ulotnymi i nietrwałymi. Jak zapach, który coś nam przypomina. Już, już mamy sobie przypomnieć, gdy znika, wrażenie rozmywa się w powodzi innych zapachów. Diesel leży przy moich stopach, złoci się jego spojrzenie, przypatruje mi się uważnie, z powagą właściwą egipskiemu kotu. Mam wrażenie, że tylko on posiadł wszystkie tajemnice. Zna wszystkie rozwiązania, wszystkie odpowiedzi. A ja? Jak powiedział filozof, wiem, że nic nie wiem. Chociaż niejednokrotnie mam wrażenie, że odpowiedź czai się tuż-tuż na granicy mojej świadomości, na cienkiej linii oddzielającej uczucie od rozumu. Jak słowo, które mamy „na końcu języka”. Jak sen tuż po przebudzeniu, który umyka nam i rozwiewa się w  świetle poranka. Każdy zna takie uczucie, że już mamy coś w dłoniach, gdy nagły podmuch wiatru, nagły przeciąg wyrywa nam to z rąk. I im bardziej staramy się to odzyskać, im bardziej wyciągamy dłonie, tym nam dalej do celu i dalej. To taka gra z losem. Wciąż i wciąż od nowa próbujemy przechytrzyć przeznaczenie, oszukać przyszłość, podczas gdy los gra znaczonymi kartami. Ale jakież to ludzkie, próbować wciąż i wciąż od nowa, upadać i podnosić się, krwawić i lizać rany, by znów stanąć do jakże nierównej walki. Kismet. Z drugiej strony, o ileż łatwiej by było zrzucić całą odpowiedzialność na ślepy i złośliwy los. A co z naszymi decyzjami? Z naszymi błędami, które czasem (często) determinują nasze dalsze życie, wpływają na nas i na innych. Jedno słowo, jeden gest, nieważny na pozór ruch i już przyszłość się zmienia. Jak mały kamyk, który powoduje lawinę. I, co najważniejsze, nie ma jak się ustrzec przed popełnianiem wciąż nowych pomyłek. Uczymy się na błędach, to fakt, tyle tylko, że wciąż popełniamy nowe. Nasze życie jak mozaika we wszystkich kolorach tęczy. I nie tylko od nas zależy czy więcej w niej będzie jasnych radosnych barw uśmiechu, czy może przeważy czerń i szarość smutków i złości. Diesel usnął na mojej spódniczce na fotelu, a teraz znów De Mono śpiewa o kapeluszach, może dobrze, że cię tu nie było, bo nie zmokłaś. Dawno minęła północ, wychodzę na balkon, liczę światła w oknach domów, za nimi ludzie, którzy nie śpią, rozmyślają, kochają się, robią setki ważnych i nic nie znaczących na pozór czynności. Każdy z nich, każdy z nas jest samotną wyspą, samotną skałą w bezkresnej otchłani czasu. Tylko proch i pył. Zostanie po nas tylko słowo… w ludzkiej pamięci, może wyryte w sercach a może tylko w kamieniu. No cóż, po mnie zostaną hmmm setki słów!!!???

Diesel popatrzył bardzo zdziwiony moim głośnym śmiechem, przymrużył kpiąco oczy i z pobłażaniem odwrócił się do mnie tyłem. Wręcz widzę jego myśli „Przestałabyś się wygłupiać, już późno, dałabyś pospać porządnemu kotu”. Chyba ma rację. Noc jest czasem snu a nie pseudofilozoficznych bredzeń.  Przynajmniej powinna być. Dobranoc więc, niech dobre sny rozpanoszą się w Waszych głowach, niech przyniosą uśmiech i najlepsze rozwiązania. Nim przyjdzie świt a wraz z nim nowe wyzwania. Nim świat zapuka do drzwi. Niech to będzie dobry dzień. Pa, pa.

 

… noc niech Wasze sny

otuli ciepłą pierzynką

dobrej nocy życzę

chłopakom i dziewczynkom…

 

PS. Nóżka lepiej, tyle że swędzi jak jasny gwint. Goi się i przeszkadza, miejsce zranienia jest niefortunne, bo skóra napręża się przy każdym kroku i pęka wciąż od nowa. Jeszcze utrzymuje się opuchlizna. W każdym razie pewne jest, że jednak przeżyję!!!.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

ciąg dalszy porannego opowiadania...

czwartek, 26 lipca 2007 16:29

 

 

W końcu nadchodzi nasza kolej.Otwiera się brama, wchodzimy do rozległej  sieni. Sień zajmuje całą szerokość budynku, w jej perspektywie widać podwórko zamknięte na wpół zrujnowanymi komórkami. Pod nogami kocie łby, obawiam sie o stan moich obcasów, o nogach nie wspominając. Przez środek biegnie rów przykryty deskami, przypuszczam, że służy do odprowadzania nieczystości, bo fetor straszny. Wzdłuż ścian sieni piętrzą sie jakieś stare meble, dechy i szmaty. Na podwórku "sajgon". Koty różnej  maści i wielkości, psy, całe sfory kłębiących sie psów, w kącie uwiązane kozy, młode kózki brykają po ubitym glinianym klepisku. W tym wszystkim towarzystwo szemrane sortuje jakieś żelastwo powyciągane z worków. Po rozpadających się drewnianych schodkach wchodzimy do jakiegoś pomieszczenia. To chyba kuchnia, przynajmniej tak sądzę widząc kaflowy stary piec. Czarny i osmalony, przy nim mieszając w wielkim garze krząta się jakiś siwy stary człowiek. Nie zwraca na nas uwagi. Odór osiąga tu, a przynajmniej wydaje mi się, że osiąga, apogeum. Nic bardziej mylnego. Otwierają się niskie drzwi i naszym oczom ukazuje się starsza, pani. Wcześniej dowiedziałam się, że wróżka Teresa ma około 85 lat, nigdy bym nie powiedziała. Z ufarbowanymi na czarno włosami, ogorzałą twarzą, drobną sylwetką i bystrymi czarnymi oczami wydaje się o wiele młodsza. Gestem zaprasza nas do środka. Umiejętnie przeciska się w labiryncie mebli, antyki przemieszane z plastikowymi stołkami, wszędzie stosy ubrań, na półkach tysiące zegarów, ani jeden nie chodzi. Na ścianach wiszą obrazy w pięknie rzeźbionych ramach. Nie wiem co przedstawiają, bo szkło na nich już dawno straciło przejrzystość. Ściany czarne od kurzu prawdopodobnie nie były malowane odkąd wybudowano ten dom, czyli co najmniej 100 lat. Rozglądam się ukradkiem. Tu oparta o maszynę Singer piękna bałałajka, na  ścianie jakaś zabytkowa mandolina. Z ram obrazów zwieszają się wotywne korale. Gięte krzesła przy biurku zawalonym wszelakimi dobrami - świeczniki, serwetki, szkatułki, cukiernice, sztuczne kwiatki. Siadamy na brzeżkach krzeseł, lepiej się nie da, bo z oparć zwisają girlandy szmat. Przez okno nie wpada najmniejszy promień słońca, gdyby nie światło świec, nic nie byłoby widać. W tym wszystkim stara kobieta, nad podziw  schludna i czysta, życzliwa i uśmiechnięta. Zaczyna od mojej koleżanki. Ponieważ znam sytuację J., więc łatwo mogę sprawdzić trafność wróżby. Hmmmm, jestem pod wrażeniem. Jest ciasno, śmierdząco i duszno. Mam wrażenie, jakby świat wirował wokół mnie. Między moimi stopami kłębią się jakieś kundelki (inne niż te na podwórku), gonią się i podgryzają nawzajem. Auuuuuu to moja noga. Czuję, jak coś pełznie mi po nodze.. małe i ruchliwe. Klepię się z rozmachem w udo. Pchła? Mucha? czy może coś innego... wolę nie wiedzieć. W każdym razie to COŚ uporczywie wraca do mojego zranionego kolana. Czuje krew.. może to nietoperz-wampir? Wróżka kończy mówić J. o jej sprawach, zostaję sam na sam z "Ciotką" Teresą. No i zaczyna się festiwal wróżb. Powiem szczerze... jestem pod wrażeniem. Przeszłość, teraźniejszość, układy rodzinne, służbowe, uczuciowe. Jeśli zrobisz tak, to... a jeśli z tego zrezygnujesz, to wówczas... Ta kobieta jest niesamowita. Ostrzega, doradza z życzliwością i powagą. Od czasu do czasu w drzwiach pojawia się jakaś rozczochrana głowa z prośbą o papierosa. "Ciotka" wyprasza delikwenta, przez kilka minut jest spokój, po czym nieśmiało pojawia się następna brudna twarz. "Ciotka" rozdziela zadania. "Dostaniecie na papierosy jak mi przyniesiecie trawy - Dwa worki? - SZEŚĆ i ani jednego mniej. I żeby były porządnie wypakowane, bo nie dostaniecie nic!" Dowiaduję się, że od lat wspomaga różnych życiowych rozbitków, nieśmiało mówię, że mogliby tutaj chociaż troszkę posprzątać - nie wpuszczam ich tu, bo pokradną wszystko. No tak! Jeszcze jeden rozkład kart, jeszcze zadaję dodatkowe pytania. W pewnym momencie stara kobieta szybkim ruchewm zgarnia karty i mówi, że już nic nie widzi. Płacę 5 złotych. Dobrze przeczytaliście - pięć złotych! Kiedyś podobno jakaś klientka chciała jej dać 10 złotych to usłyszała pytanie, czy nie ma za dużo pieniędzy bo taka rozrzutna! Ustalona jest kwota 5 złotych i basta. Ale za to tutaj ustawiają się kolejki ludzi cierpliwie czekających na wróżbę. Teraz już się nie dziwię. Dowiedziałam się bardzo dużo. Pewne sprawy zobaczyłam w nowym świetle. Jestem zaskoczona i zadziwiona. Żegnam się i wychodzę odprowadzana do bramy przez jednego z podopiecznych "Ciotki". Przed domem wciągam głęboko powietrze. Co za ulga. J. śmieje się ze mnie, ona już się przyzwyczaiła. Moje oczy powoli przyzwyczajają się do światła. Mam wrażenie, że moje ubranie, włosy, skóra przesiąknięte są  odorem zgnilizny, pleśni i nie wiadomo czego jeszcze. Jean-Baptiste Grenouville miałby tutaj co zbierać! Nie żałuję jednak ani chwili spędzonej u tej wróżki, zresztą okazuje się, że chwila trwała ponad pół godziny. Teraz muszę sobie spokojnie przeanalizować i poukładać to, czego się dowiedziałam. Teraz pa, pa. Wychodzę na słońce, boli mnie głowa, miałam ciężki dzień. Do przeczytania!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 25 września 2017

Licznik odwiedzin:  558 723  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 558723

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl