Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 466 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Wpadłam tu na...

piątek, 30 lipca 2010 21:41

...  dwie minutki, no, może pięć.  Jestem akurat w trakcie... zrywania tapety w przedpokoju, później malowanie sufitu, klejenie nowej tapety i listwy wykończeniowej. Na koniec montaż nowych lamp, ale lampy to już jutro. Planuję do rana uwinąć się z robotą, więc wybaczcie, ale czas mnie goni. Nie planowałam tego i teraz muszę się zmieścić w jakichś tam ramach... muszę, nie muszę, ale chcę. Wiecie co? Na smutki i chandry najlepszym lekarstwem jest...  remont! A już w szczególności zmiana całkowita kolorystyki i wystroju wnętrza. Właśnie zrywana tapeta miała bogaty, secesyjny wzór... ecru, bordo i złoto. Teraz będzie wzór graficzny w różnych odcieniach zieleni. A co! I tym, energicznym i tapeciarskim (efekciarskim troszkę też!) akcentem, pa, pa.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Od wczoraj...

środa, 28 lipca 2010 22:06

 

... pada deszcz. Nieustająco, denerwująco, co ja mówię... wkurzająco.  W mieszkaniu zimna wilgoć snuje się po kątach. Wraz z nią snuję się ja. W niedzielę udało mi się zrobić jeszcze trochę zdjęć. Wprawdzie było pochmurno i zanosiło się na deszcz, ale mimo wszystko wybrałam się nad jeziora. Światło było nawet niezłe oraz,  co nie jest bez znaczenia, mniejsze tłumy wokół jezior. Było świetnie, udało mi się zrobić trochę niezłych zdjęć. Jakieś ważki (bo bez ważek żadna wyprawa nie jest ważna, o jakie ważkie stwierdzenie!), jakieś ptaszki, biedronki, nenufarki i tym podobne klimaty. Zaskoczył mnie pewien fakt. Otóż, spotkałam nad „Trójką" kilka siwych wron (Corvus comix), które do tej pory widywałam jedynie w warszawskich Łazienkach. U nas występowała do tej pory jedynie czarna wrona (Corvus corone corone).  Bardzo interesujące ptaszydła. Przy tym zabawne i ciekawskie. Siedziałam na ławce, a one defilowały przede mną, rzecz jasna, w bezpiecznej odległości, przypatrując się, co też ja dziwnego wyczyniam z tajemniczą czarną tubą przy twarzy.  W sumie spędziłam interesująco niedzielę, od dziewiątej rano wędrując po drogach i bezdrożach (częściej bezdrożach, oczywiście). Po sobotniej imprezie taka wyprawa była  tym bardziej wskazana, że dokuczał mi niewielki ból głowy (nie kac, bo i po czym!). Po drodze wstąpiłam do Jachtklubu, posiedziałam, pogadałam, ładnie wiało, prawie wszystkie łodzie wyszły na wodę. Nie zdecydowałam się jednak na mały rejsik, jakoś nie uśmiechało mi się siedzenie w mocno rozbujanej łódce. Poza tym... zapomniałam wziąć wodoodporny aparat, a z moim sprzętem wolałam nie ryzykować. To właśnie na „Trójce" chłopcy kiedyś położyli „trenera" z operatorem jednej z telewizji na pokładzie. Operator ocalał, niestety... kamera do tej pory chyba tkwi gdzieś na dnie jeziora. Biedak chciał skakać za nią w głębiny, na szczęście wyperswadowano mu to skutecznie.  Ja pewnie bym nie skakała, ale zapłakałabym się „na śmierć".  Z Jachtklubu poszłam sobie na „Dwójkę" czyli na Bagry... to dosłownie kilka kroków. Jeżeli spojrzycie na mapę mojego miasta, to zrozumiecie, o czym tu piszę. Bagry są ciche, niewielkie i, oprócz kilku wędkarzy, puste. Tu nie wolno używać łodzi, a ponieważ dno jest muliste, więc i wpław nikt nie próbuje pływać. I właśnie nad tym cichym, urokliwym jeziorkiem spotkałam mamę-kaczkę z kilkorgiem potomstwa. Maluchy były tak zakamuflowane w wysokiej trawie i niezapominajkach, że dostrzegłam je dosłownie w ostatniej chwili.  Odsunęłam się na bezpieczną odległość by ich niepotrzebnie nie niepokoić i zrobiłam całą serię fajnych ujęć. W końcu znudziło im się pozowanie i zsunęły się po trawie do wody, gdzie już czekała czujna kaczka. Ja się tak rozpisuję szczegółowo, ale wiem, że dla wielu osób i tak niezrozumiałym jest, co ja takiego odnajduję w tym moim łażeniu. W tym moim uwiecznianiu wron, kaczek i żuczków.  Cóż, bywają dni, zdarzają się momenty, gdy sama sobie się dziwię.  Ale to tylko wtedy, gdy do głosu dochodzi ta druga, sceptyczna i cyniczna Małgośka.  Z reguły jednak, mimo wcześniejszych postanowień, że... dzisiaj nie zamierzam nigdzie łazić... jednak zarzucam torbę albo plecak na grzbiet i maszeruję... jakby mi za to płacili. I pomyśleć tylko, że jeszcze kilka lat temu... dokładnie pięć i pół, nawet nie przypuszczałam, że tak mnie to wciągnie. Że stanie się sensem mojego życia. Wracając jeszcze do niedzieli, udało mi się zdążyć przed deszczem, który rozpadał się, gdy byłam dosłownie kilkadziesiąt metrów od domu. Przed szesnastą, mniej więcej. Czyli, na łażeniu i zdjęciowaniu  zeszło mi około siedmiu godzin. Później kolejne godziny przed komputerem. I........   teraz to piszę, i zastanawiam się nad sensem tego wszystkiego. Setki fotografii, jakieś ulotne wrażenia, jakieś obrazki, których nikt nigdy nie zobaczy, bo nie ma takiej technicznej możliwości, żeby pokazać więcej niż kilkanaście zdjęć. No, może kilkadziesiąt. Zresztą, to byłoby w takiej skali niestrawne. Tym bardziej, że niektóre fotografie różnią się nieznacznie... ot, tu ptaszek ma dziobek zamknięty, a tu... o, popatrz, rozchylony! Kto by to zniósł?  Ale dość o tym, co już było. Teraz przede mną (i tu ukłon w stronę Pana A od B!) poniedziałkowy Tour de Pologne. W Dąbrowie Górniczej zapowiada się świetna impreza szosowa. Już się nastawiam psychicznie na fotografowanie. Nawet wiem, w którym miejscu się ustawię, żeby mieć jak najlepsze ujęcia.  Jest taki dość ostry zakręt.... Powiem szczerze, że nie mogę się doczekać.  A wcześniej trzeba dobrnąć do końca tygodnia, co wydaje mi się w tej chwili prawie niemożliwe. Jestem zmęczona, troszkę rozbita, ale spokojnie, to najprawdopodobniej wpływ pieskiej pogody, braku światła i ciepła. Mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni. Przecież mamy lato, czyż nie? I tym, mimo wszystko, optymistycznym akcentem, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A na zakończenie... nocny widok z mojego balkonu. Zdjęcie zrobione w poniedziałek, wówczas akurat nie padało. Efekt gwiazdek na fotografii jest naturalny, nie używałam żadnych filtrów ani podobnych "wspomagaczy". To było jedno z moich marzeń... fotograficznych marzeń... takie "gwiazdkowe" zdjęcie. W końcu się udało. Tę fotografię dedykuję Szanownym Tubywalcom... czasami  wystarczy czegoś mocno pragnąć, niezłomnie ku czemuś dążyć, by w końcu to osiągnąć. Ale ja mądra jestem... tylko czemu jestem taka głupia? Ot, dylemat... pa, pa!

 

 



Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Oj, coś mi się wydaje...

sobota, 24 lipca 2010 14:33

... że ostatnie upalne weekendy były tylko wyjątkami potwierdzającymi znaną regułę, że w tygodniu jest pięknie, a w wolne dni... niekoniecznie. Och, wiem że zaraz odezwą się głosy tych wszystkich, którym upał zbytnio już dokuczył. Owszem, zgadzam się, ale dwa, no może trzy stopnie mniej na termometrze, ale nie piętnaście! Wczoraj wyszłam z Firmy półtorej godziny wcześniej (żadna ucieczka czy wagary... prozaiczny odbiór godzin za dyżur), upał był nieprawdopodobny, w pewnym momnecie poczułam, ze pieką mnie odsłonięte ręce. Zupełnie się nie spodziewałam aż takiego gorąca, tym bardziej, że zapowiadno deszcze, gradobicia i oberwania... chmur, rzecz jasna. Jakoś dotarłam do domu, po drodze zahaczając o supermarket, gdzie skierowałam się w rejon... szaf chłodniczych! I tym sposobem, zdołałam jednak dojść do domu, wdrapać się na czwarte piętro (z każdym rokiem coraz wyższe, cholewcia!), już w przedpokoju wyjść z butów i odzienia, paść na kanapę i starać się doprowadzić oddech i serce do normalnego rytmu. Miałam zamiar poczekać do wieczora, aż upał troszkę zelżeje i wyjść z aparatem... może jakiś zachodzik, jakieś łódeczki na jeziorkach... te klimaty. A tu... mniej więcej przed piętnastą usłyszałam groźnepomruki, jakieś niepokojące błyski, wyszłam na balkon, Słońce prażyło w dalszym ciągu, ale od południowego zachodu nadciągałą ogromna, czarna i niesympatyczna w wyrazie chmura. Diesel tym raz\em jakoś nie kwapił się, aby wyjść na rozgrzany do niemożności balkon... postałam tak chwilę, na szczęście moja brzoza daje jednk troszkę dziurawego cienia, w końcu weszłam do mieszkania i w tym momencie... o rany, ulewa była tak gwałtowna, deszcz zacinał pod nieprawdopodobnym kątem, zanim zamknęłam drzwi balkonowe, to już kawałek pokoju był mokry! Przez szybę patrzyliśmy z Dieslem na ten spektakl, a właściwie gapiliśmy się bez sensu na szare smugi, w które zamienił się świat. Wyglądało to tak, jakby obraz spływał w dół spłukiwany z węża strażackiego. W końcu, znudzeni i znużeni jednostajnym widokiem, od czasu do czasu podrywani na baczność bliskim uderzeniem pioruna, poczłapaliśmy do sypialni. Zdążyłam jeszcze pomyśleć, że biedne moje koleżanki,. akurat nie miała kiedy nadejść ta nawałnica, jak tylko w momencie wyjścia z pracy. I z taką radosną myślą (ale wredota ze mnie, prawda?) wślizgnęłam się prosto w zachęcająco otwarte ramiona Morfeusza. Mruknęłam jescze do Diesla, że za godzinkę wstajemy, ale już nie zrozumiałam, co odmiauknął. Chyba coś o głupich i naiwnych... Miał rację, obudziłam się przed dwudziestą drugą... nie padało, powietrze było czyste i chłodne... Pomyślałam jeszcze, że być może uda się rowerowa poranna wycieczka, na którą się umówiłam wcześniej ze znajomym (i wspomnianym wcześniej) cyklistą.  Niestety, znów zaczęlo padać i tak padało, padało aż do rana. Czyli z wycieczki nici, ze zdjęć nici... jedyne, co się nie zmeiniło, to dzisiejsza impreza imieninowa u mojej Przyjaciółki Anny, ale to dopiero o siedemnastej. Kończę zatem ten tekst, przecież muszę jeszcze się zrobić na bóstwo (nie będę mówiła jakie, wszak bóstw mamy od jasnej Anielki i ciut-ciut)... no, powiedzmy, ze będę usiłowała odnaleźć w sobie boginię! Głęboko ukrytą, więc i czasu potrzeba sporo. Mam nadzieję, że jutro padać nie będzie... na Słońce nie liczę, ale niech przynajmniej na łeb nie kapie! I tym życzeniowym akcentem, pa, pa.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

I tak mi zeszło...

wtorek, 20 lipca 2010 19:26

... aż do dzisiejszego popołudnia. Szczerze zamierzałam wrócić wczoraj do ostatniej notatki, ale... jakoś mi się myśli rozłaziły, słowa krnąbrne nie chciały karnie stać w szeregu i w ogóle, wszystko do bani było. Co do testamentu, nazwałabym go raczej "Spisem zaleceń Małgorzaty K." z zastrzeżeniem, ze będę straszyć wykonawców jego postanowień w razie niedopełnienia obowiazków. Wprawdzie pieniędzy nie rozdysponowałam, ani majątku wszelkiego też nie, ponieważ po pierwsze: takowego nie posiadam, po drugie: jedynym spadkobiercą jest mój jedyny i pierworodny potomek. Pozostaje przecież cała masa spraw, co do których  wcale nie mam stosunku obojętnego. Choćby sprawa Diesla... biedulek, musiałam przecież napisać dokładnie, co lubi jeść i jak lubi zasypiać, prawda? No i trzeba pomyśleć o jego przyszłości... sam o to nie zadba, prawda? Kolejną ważną sprawą jest cała masa kontaktów typu... poczta elektroniczna, nasza klasa, facebook czy wreszcie najważniejsze... moje blogi  i profile na digarcie. A wszystko to zahasłowane na "ament".  Chciałabym, aby w razie czego ktoś umieścił kilka słów... żeby znajomi nie pomyśleli, ze mam ich dość, na przykład. Proste, prawda? Ha, zabawne, powiem po cichutku,  że tych "kilka słów" napisałam sama, w końcu tak ważnej rzeczy nie można pozostawiać przypadkowi...  Dodawszy do tego wszelkiego rodzaju PIN-y PUK-i, hasła bankowe... o rany!!! W sumie wyszło tego kilka stron... nie mówię o epitafium, a o całości dzieła.  I najważniejsze, ze teraz jakoś mi lżej na duszy, jakbym uporała się z czymś, co czekało od dawna.  Nie wiem, czy jasno to opisałam, ale nie będe dalej roztrząsać, temat uważam za zamknięty... na jakieś dwadzieścia, może nawet trzydzieści lat... zamierzam pożyć długo i być bardzo przerażająca staruszką! Ha! I tu śmieję się sama do siebie (i z siebie) wyobrażając sobie, jak siedzę w przyszłości przed ekranem (pewnie sporym) komputera i oglądam zdjęcia przez ogromną lupę! A właśnie, nie powiedziałam o ostatnim zdarzeniu, kiedy to zadzwoniono do mnie z prośbą o zorganizowanie wystawy plenerowej we wrześniu. Tematyka związana z Jurą Krakowsko-Częstochowską. Oczywiście, zgodziłam się z radością.  Gdy będę znała już dokładnie miejsce i termin od razu o tym poinformuję. Niestety, po raz kolejny... pieniędzy z tego raczej nie będzie, a wręcz przeciwnie, trzeba będzie jakąś sumę zainwestować. Ale odmówić... też nie mogłam i nie chciałam, więc nie zamierzam tu narzekać. Jest przecież, do jasnej Anielki, pięknie, prawda? Lato znów wróciło, po jednym dniu wagarów, kiedy to lało, grzmiało i wychładzało... ciało! Opowiem teraz zabawne zdarzenie "z życia wzięte". Stałam ci ja nieopodal budynku mojej Firmy oparta o poręcz, podczas gdy poniżej miałam widok na parking... rozległy i nie do końca zapełniony. Najbliżej mnie i schodów jest tam kilka miejsc oznaczonych wielkii symbolami wózka inwalidzkiego, co na całym świecie oznacza jedno... to miejsce jest zarezerwowane dla inwalidy. Kiedyś już w tym samym miejscu zwróciłam uwage jakiemuś facetowi... a tym razem elegancką limuzyną podjechała jeszcze bardziej elegancka pani, w gustownym kostiumie. Ślicznie zaparkowała pomiędzy liniami na miejscu dla osoby niepełnosprawnej. Pisnął pilot i pani skierowała się ku schodom z teczką w ręku. Wiedziałam, że wyjdzie tuż obok mnie, więc w momencie gdy się zrównałyśmy (mówię o poziomie) zagadnęłam z uprzejmym uśmiechem "Przepraszam bardzo za, może obcesowe pytanie, ale czy pani ma może kartę inwalidy?" Pani zdziwiona "Nie, skądże, skąd takie pytanie?" Na to ja "Albowiem zaparkowała pani na miejscu zarezerwowanym dla inwalidy, co jest zabronione i zagrożone mandartem w wysokości 500 złotych". I tu mnie pani zaskoczyła mówiąc "Ale ja jestem sędzią i spieszę się na rozprawę". I tu ją miałam, robiąc współczująca minę odrzekłam, że Straż Miejska raczej nie okaże zrozumienia, a poza tym.... "Proszę pani... pani jako prawnik...." i tu zawiesiłam znacząco głos. Pani się zaczerwieniła, mruknęła coś pod nosem, co zinterpretowałam jako... "Przepraszam, ma pani rację" i zbiegła w dół po schodach, aby przestawić samochód. Ja tymczasem odwróciłam się, aby wrócić do budynku i jeszcze kątem oka zauważyłam, jak pani tłumaczyła jakiemuś kolejnemu kierowcy, dlaczego nie powinno się parkować na miejscach zarezerwowanych....  Czy to rzeczywiście zabawne zdarzenie? Mam watpliwości... ile takich miejsc jest bez przerwy zajmowanych przez zdrowych ludzi, którym się nie chce przejść kilku kroków więcej... zastanawia mnie, czy pomyśleli chociaż raz, jakimi są szczęściarzami, że tych kilka kroków mogą zrobić samodzielnie... pewnie nie chcieliby znaleźć się na miejscu tych, którzy tego zrobić nie mogą.  Nie, nie mam poczucia misji, tylko wkurza mnie jawne naruszanie prostych reguł, czystych zasad. Kiedyś bardzo mądry człowiek wytłumaczył mi, dlaczego nie przechodzi przez jezdnię w miejscach niedozwolonych. Nie tylko dlatego, ze to niebezpieczne. Raczej dlatego, że poznał regułę "uchylonej furtki". Na początku zasady i przepisy tylko się lekko nagina (przecież nikomu to nie szkodzi), później szpara w furtce poszerza się i robimy kolejne przewinienia... jak mawiała moja Babunia... od rzemyczka do koniczka... I tym pedagogicznym akcentem, pa, pa.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Za pół...

poniedziałek, 19 lipca 2010 6:41

... godziny muszę wyjść do Firmy... a tu pada! I to jeszcze jak pada! Po upalnej sobocie - oj, poczułam to na własnej skórze, dosłownie, ponieważ wybrałam się na rower bladym świtem -  nastąpiło oberwanie chmury w nocy, później duszna i gorąca niedziela zakończona opadami, które trwają do tej pory... Jak wspomniałam, w sobotę wyjechałam raniutko nad "czwórkę", po drodze spotkałam znajomego cyklistę, więc wybraliśmy się tam razem... tam są piękne puste zatoczki z oślepiająco białym piaskiem i płytką przy brzegu, błękitną wodą... prawie raj... Wykorzystałam w takiej zatoczce rzeczonego cyklistę... do zrobienia mi serii zdjęć wykorzystałam go, bo z reguły mnie na zdjęciach nie ma z przyczyn oczywistych. Cyklista się sprawdził, niestety, nie mogę tu ich umieścić, ponieważ ten blog nie jest zabezpieczony przed wizytami osób niepełnoletnich... powiem Wam w sekrecie, nie ma to jak taplanie się w wodzie w stroju mocno niekompletnym!!!  Cyklista też się taplał, od czasu do czasu psrykając jakąś fotkę... dobrze, że mój aparatek jest wodoodporny, bo przy beztroskim taplaniu (się) niejeden raz znalazł się pod wodą! Cóż będę więcej opisywać, wierzę w bogatą wobraźnię PT Czytelników! Zostawiam Was teraz z tymi obrazkami (w wyobraźni, rzecz jasna!), czas do roboty, hmmmmm to znaczy, do pracy czas!!! Postaram się opowiedzieć o minionym weekendzie tak z wieczora... a teraz już pa, pa! Jasny gwint... ale leje!

PS. Napisałam wczoraj testament, to się tak fachowo nazywa... sporządziłam!  No, no, bez takich mi tu... dlaczego u nas sporządzenie testamentu kojarzy się jednoznacznie z bliskim końcem? Nie zamierzam nigdzie odchodzić, ale... nigdy nie wiemy, co przyniesie jutro, prawda?  Skończę ten temat również wieczorem...
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 561  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554561

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl