Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 267 889 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Ach...

wtorek, 26 lipca 2011 23:44

 

… kiedyż wreszcie poprawi się ta pogoda? Ostatnie dni są fatalne… jeśli akurat nie pada, to się zanosi na deszcz, albo przed chwilą przestało siąpić. Brakuje mi Słońca, w Firmie często musimy zapalać światło, ponieważ przeszklony dach w pochmurny dzień nie rozprasza półmroku w pokoju. Od kilku dni nie robiłam zdjęć, jeśli nie liczyć zlecenia, które wykonywałam w niedzielę . Właśnie nad tymi zdjęciami teraz pracuję, bo muszę zrobić z nich pamiątkowy  album. Okazją był chrzest pewnej ślicznej panienki o wdzięcznym imieniu Gabrysia. Dzieciaczek jest przesłodki, więc i fotografie wyszły śliczne. Teraz tylko trzeba je przejrzeć, posegregować, skadrować, przygotować itd… itp… Napisałam „tylko”? Chyba się pomyliłam!!!

 

          Poza tym dużo pracy w pracy… koniec miesiąca to u nas zawsze tzw. zwariowane podwórko. Ludzkość ma to do siebie, ze często najważniejsze życiowo sprawy odkłada na ostatnią chwilę. No i później jest płacz i zgrzytanie zębami, gdy okazuje się, że dokumenty są niekompletne, albo ich wcale nie ma, a tu do końca miesiąca zaledwie kilka dni. I kto na tym najgorzej wychodzi? Te……, ………, ……, ..……* urzędniczki, co to nic nie robią, tylko popijają sobie kawkę i …………..* w stołek. Kiedyś pewien człowiek (co wcale nie brzmi w tym wypadku dumnie) z wściekłością rzucił mi w twarz… wy wszyscy… urzędnicy jesteście na moim utrzymaniu… żerujecie na  mojej krwawicy… co byłoby zabawne, gdyby nie było takie żałosne, bo ten człowiek był od wielu lat bezrobotny i utrzymywał się wyłącznie z pomocy społecznej. Ale jemu wolno, bo urzędnik to „chłopiec do bicia”. Jestem tym czasami zmęczona, wprawdzie usiłuję utrzymać w sobie swego rodzaju zapał i poczucie misji, ale mówiąc szczerze, to piekielnie trudne zadanie. Jedynym wyjściem jest zbudowanie sobie muru, poza który nie mają dostępu złe emocje ludzi. Inaczej by ten …………………* urzędnik zwariował. Chociaż czasami uśmiech zamiera na mojej twarzy i zmienia się w sztuczny grymas, gdy ktoś mnie obraża. Wiecie, Szanowni Tubywalcy, co wówczas pomaga? Spokój… spokój i jeszcze raz spokój. Bo przecież urzędnik nie może odpowiedzieć tym samym. Więc… uśmiecham się i usiłuję dotrzeć do rozmówcy. Czasami to działa… czasami nie. Niemniej to ciągłe napięcie „wyłazi” później ze mnie i wysysa całą energię. Jak to ktoś powiedział „urzędnik tez człowiek”. Szkoda, że nie dla wszystkich. Ja rozumiem, ze ludzie są zdenerwowani, sfrustrowani, zrezygnowani, że krzyczą i obwiniają tych, którzy są pod ręką, czyli tych ……………* urzędników.  No, ale dość marudzenia!

 

          Świat jest piękny… mimo wszystko! Dzisiaj zajrzałam na stronę Hedwiżki, mojej ulubionej Warszawianki i… odżyły strzępki wspomnień z Nowolipek. Moja Ciocia, siostra mojej Mamy mieszkała wówczas na Nowolipkach i z okien Jej mieszkania widać było kościół. Miałam dwa i pół roku, kiedy w październiku 1959 roku na Muranowie zdarzył się „cud”. Na kopule kościoła św. Augustyna pojawiła się postać Matki Boskiej. Ludzie zaczęli gromadnie przybywać pod kościół, palili świece i śpiewali religijne pieśni. Trwało to jakiś czas, nim władze zdecydowały, że należy przemalować kopułę. Dopiero wówczas zjawisko zniknęło. Nikt nie wie, co było jego przyczyną, czy korozja, czy może załamanie światła na nierównej powierzchni kopuły. Ja zaś nie wiem tak do końca, co z tego pamiętam rzeczywiście, a co znam z rodzinnych opowieści. Mam wrażenie, że widziałam na własne oczy palące się światła i słyszałam śpiewających ludzi. Nie wiemy tak do końca, od jakiego momentu działa nasza pamięć, a przecież każdy z nas ma jakieś mgliste wspomnienia z odległej przeszłości. Skoro z tego samego mniej więcej okresu pamiętam rozświetlony słonecznym blaskiem korytarz w bloku, w którym mieszkałam (moja Mama powiedziała mi później, że taki korytarz był na ulicy Skoczylasa na Pradze, gdzie wówczas mieszkałyśmy), to może i tamto wspomnienie z Nowolipek jest prawdziwe? Ze wspomnieniami z wczesnego dzieciństwa jest podobnie jak ze snami. Istnieją gdzieś na obrzeżach naszego umysłu, „widzimy” je jakby kątem oka, niestety, w momencie, gdy chcemy je „wyostrzyć”… znikają. Niemniej, dziękuję Ci, Hedwiżko, za przywołanie jakże zamierzchłej przeszłości.

 

          Cóż, Mili Czytelnicy, zbliża się północ, czas na sen. Może mi się przyśnią obrazy z dzieciństwa? Może i Wam wyświetlą się w sennych głowach najpiękniejsze sny. Czego i Wam, i sobie serdecznie życzę. Pa, pa.

 

          A na zaokienną szarość i smętek dżdżysty zostawiam Wam odrobinę kolorów. Na dobry czas!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

*) Ponieważ tu się nie przeklina, więc wszystkie słowa powszechnie uznane za obraźliwe... wykropkowałam...no!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

I znów...

sobota, 23 lipca 2011 1:13

 

... noc przed komputerem. Mrok i chłód. Jestem ostatnio trochę zmęczona, trochę źle się czuję. Za mało Słońca, a za dużo szarości i deszczu. Ja wiem, że nijak się to ma do moich słów o potrzebie zadowolenia z tego, co się ma. Wiem to doskonale, ale czasami tego optymizmu brakuje, czasami najchętniej schowałabym sie w mysią norke i przeczekała w bezpiecznym mroku zły czas. Chciałam napisać coś innego, coś optymistycznego i zabrakło mi właściwych słów. Z reguły i dla zasady nie piszę tu o polityce czy  o religii. Może powinnam? Może milczenie rozzuchwala ludzi, którzy, dla swoich racji za nic mają życie innych. Zdarzyła się kolejna tragedia, tym razem w Norwegii... dlazego akurat w Norwegii? Przeciez to kraj stojący na uboczu wielkich politycznych zawirowań. Zawsze Skandynawia była dla mnie uosobieniem bezpieczeństwa i stabilizacji. I runął kolejny mit. Zastanawia mnie, jakim trzeba być człowiekiem, żeby krzywdzić innych ludzi. Żeby zabijać, Zeby siać zamęt i strach. Może prawdą jest, że przed Ludzkością nie ma przyszłości? Że stanęliśny przed  murem, za którym tylko mrok i zniszczenie? Niszczymy wszystko, co w zasięgu naszych rąk. Jak rozwydrzone dzieciaki bijące się w piaskownicy o zabawkę. Jest mi smutno. Jestem wstrząśnięta bezsensem kolejnej zbrodni. Ogromem nienawiści i braku zwykłego współczucia dla drugiego człowieka. Jest takie powiedzenie "Człowiek człowiekowi wilkiem". Chciałabym, żeby to powiedzenie było prawdą. To człowiek jest najgroźniejszym drapieżnikiem. Nie tylko dla innych gatunków, również dla własnych braci. Najstraszniejsze jest w tym wszystkim poczucie bezsilności. Świadomość, że to, co stało się w Nowym Jorku, Madrycie, Londynie czy Oslo, równie dobrze może sdarzyć się w Warszawie, Kopenhadze czy Berlinie.Wszędzie, w każdej chwili i każdy z nas może stać się kolejną anonimowa i przypadkową ofiarą. Bezsens tych zbrodni powala na kolana. Jest jak uderzenie w splot słoneczny. Odbiera oddech i jasność myślenia. Jestem przerażona okrucieństwem sprawców zamachu. I niech nikt mi nie mówi, że pewnie mają swoje powody i swoje racje. Guzik prawda. Nie ma usprawiedliwienia dla zbrodniarzy. I nie jest istotne, czy to będzie katolik, muzułmanin czy ateista, czy wierzy w Buddę, Allaha czy może w UFO... nic nie usprawiedliwia odebrania innemu człowiekowi życia. Bo nic nie jest w stanie tego zadośćuczynić. Są działania, których skutków nie da się cofnąć. Nie można powiedzieć... pomyliłem się, przepraszam. Bo nic nie wróci życia ofiarom. Zastanawiam się, czy kiedykolwiek sprawcy myśleli o tych, których zamierzali skrzywdzić jak o konkretnych ludziach. Ludziach mających marzenia, plany, rodziny. Ludziach, na których w domu ktoś czekał. Ludziach, których odejście zraniło wiele innych osób. Pewnie nawet przez myśł im to nie przeszło. Że ci, których zamierzają skrzywdzić mają twarze i mają imiona. Dla sprawców stali sie tylko narzędziem w chorej paranoicznej walce o co... tak właściwie o co? O sprowadzenie na Ludzkość chaosu i zniszczenia? Bo przecież w tej walce nie ma zwycięzców, sa tylko przegrani. Przemoc rodzi przemoc, spirala nienawiści nakręca się nieustannie. Pytanie tylko, kiedy pęknie, bo że kiedyś to nastąpi, to pewne. Jestem całkiem rozbita, przygotowałam wcześniej optymistyczne, kolorowe, świetliste zdjęcia, które miałam tu umieścić, ale teraz... chyba nie dzisiaj. Idę spać. Spokojnych snów, Szanowni i Mili Tubywalcy.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Weekend...

niedziela, 17 lipca 2011 23:47

 

… kończy się nieuchronnie i, jak zwykle, zbyt szybko. Ale to tak zwana normalka, że wszystko, co dobre, szybko się kończy. Jak napisałam wcześniej, w sobotę o świcie byłam już w lesie i czekałam na pierwsze promienie słoneczne. Mgły unosiły się nad łąkami, gdzieś wysoko w konarach drzew zaczynały się budzić pierwsze ptaki. Od wschodu niebo błękitniało, by wkrótce nabrać tego wyjątkowego i niepowtarzalnego różowego zabarwienia. Brodziłam w wysokich trawach, przedzierałam się przez zarośla, by uchwycić jak najciekawsze ujęcia. Nie ma nic piękniejszego od ciszy letniego poranka… W głowie rozbrzmiewał mi tylko stary przebój Urial Heep „July Morning”. Ach, jak to było dawno, dawno temu, gdy miałam szesnaście lat, a chłopak z sąsiedztwa puszczał w każdy lipcowy poranek tę piosenkę… powiedział mi później, że to specjalnie dla mnie… zabawne, minęło tyle lat, a ja wciąż odtwarzam w głowie te dźwięki… zawsze w lipcu. I wciąż pamiętam tamte poranki, gdy budziłam się o świcie, były wakacje, a każdy dzień był wielkim oczekiwaniem na niespodziewane. To się chyba we mnie nie zmieniło, wciąż czekam z niecierpliwością na to, co mi przyniesie nowy dzień. Stałam więc tak wśród traw, gdy wreszcie Słońce oświetliło świat złotym blaskiem. I stał się cud… Czy ktoś zna takie piękno, które wstrzymuje oddech? Taki blask, który zdaje się otulać człowieka miękkim płaszczem spokoju? Takie szczęście, które powoduje, że do oczu napływają łzy? I nie jest ważne w tym momencie, że jestem tam sama, nie jest ważne nic, poza tą chwilą. Spomiędzy wysokich drzew nadchodzą ku mnie słoneczne promienie, rozpościerają się wokół, rozświetlają kropelki rosy na trawach, na liściach, na sennych motylach. I cały świat staje się srebrzystym, kryształowym i perłowym światłem. Jeśli istnieje Niebo, to musi być pełne takiego miękkiego i ciepłego światła. Chodziłam  tak fotografując zmieniające się kształty i kolory, a do spodni przyczepiały się nasionka traw. Powoli przemakały mi buty i skarpetki, a ja nachylałam się ostrożnie nad łodyżkami, na których owady tkwiły nieruchomo, skąpane w rosie i czekające cierpliwie, aż Słońce je osuszy. Tak minęła piąta, szósta, później siódma godzina, w końcu, gdy światło stało się jaskrawe, ruszyłam w drogę powrotną. Jeszcze po drodze fotografowałam pajęczyny rozsnute pomiędzy trawami, srebrzące się kropelkami rosy, jeszcze pozachwycałam się miękko falującymi trawami, jeszcze ociągałam się z powrotem, ale minął czas, zmieniło się światło i wiedziałam, że na ten moment  spektakl się skończył. Wróciłam do domu, głodna, zmęczona, z mokrymi nogami, ale jakoś po dziecięcemu szczęśliwa. Powie ktoś, że też mi szczęście… cóż, każdy inaczej rozumie ten stan. Jak mi kiedyś ktoś powiedział, szczęście to stan umysłu. Szkoda tylko, że ten stan nie trwa wiecznie… chociaż, skoro tworzymy go sami, to czemu nie spróbować sprawić, żeby zagościł w nas na stałe? Wiśta wio, łatwo powiedzieć, prawda? Dochodzę do wniosku, że najważniejsze w życiu to nie martwić się tym, czego brakuje, tylko cieszyć się tym, co jest. To najprostsza z prawd, tyle, że tak często o niej zapominamy. Ja również o tym zapominam… zbyt często. Dobrej nocy i pa, pa. I jeszcze jedno... wiem, że tym razem zdjęć będzie sporo, bo aż szesnaście, ale uwierzcie mi, Drodzy Tubywalcy, że niezwykle trudno było mi tym razem wybrać... a tyle ich jeszcze zostało, a każde wołało do mnie, żeby właśnie to je pokazać... hmmmm głupieję chyba, czy co? Pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

No, koniec na dzisiaj, mam nadzieję, że nie zanudziłam nikogo moimi łobrazkami.... dobrej nocy i pięknego po niej dnia, pa, pa.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Długi...

sobota, 16 lipca 2011 23:41

 

… dzień za mną. Rozpoczął się przed czwartą rano, a kiedy się skończy? Teoretycznie, o północy, w praktyce pewnie się nieco przedłuży, bo mam sporo zdjęć do obejrzenia i do poprawienia. Mówię o kadrowaniu, przycinaniu, rozjaśnianiu/przyciemnianiu, takich, na pozór drobnych działaniach, które jednak zabierają masę czasu. Ale zanim podzielę się z Wami sobotnim plonem, chcę wrócić na moment do czwartku. Ponieważ pogoda wydawała się w miarę stabilna, wreszcie, po kilkakrotnym rezygnowaniu z wycieczki, dotarłam do Starych Tarnowic. Z pomocą Osobistego Kierowcy, bo inaczej pewnie by mi się nie udało. Na pozór to wcale nie jest tak daleko, Stare Tarnowice są dzielnicą Tarnowskich Gór, niemniej ode mnie nie ma żadnego bezpośredniego połączenia autobusowego. Musiałabym jechać do Siewierza, a stamtąd dopiero na miejsce. Znaczyłoby to, ze sama podróż w jedną stronę trwałaby  około dwóch godzin… koszmar. Na szczęście, Osobisty Kierowca chętnie mnie zawozi, jeśli tylko nasze plany nie kolidują ze sobą, co często się zdarza. W końcu oboje mamy jakieś tam życie osobiste. Nieważne. Zajechaliśmy na miejsce w… deszczu. Machnęłam z rezygnacją ręką tracąc nadzieję na zdjęcia. Przynajmniej restauracja i menu mnie nie zawiodły. I jedno, i drugie warte bliższego poznania. Wnętrza z klimatem, stylowe i wysmakowane, na stołach kwiaty… żywe, a nie sztuczne, co wcale nie jest regułą nawet w dobrych restauracjach. Jedzenie podane szybko, świeże i smaczne, uśmiechnięci (i przystojni, co wcale nie jest bez znaczenia) kelnerzy. Jednym słowem… na dziesięć punktów daję… dwanaście! Po obiedzie,  mimo padającego deszczu, jednak postanowiłam troszkę pozwiedzać, w końcu nie jestem z cukru… i deszcz się chyba wystraszył, albo pomyślał, że bez sensu padać na kogoś, kto i tak nie zwraca na to uwagi, bo przestał padać, nawet na moment zza granatowych chmur wyjrzało Słońce. A teraz kilka słów o samym kompleksie zamkowym. Jakiś czas temu Krystyna i Rajner Smolorzowie  kupili zrujnowany zamek, który w latach 1520-1570 wybudował  ród Wrochemów. Wraz z zamkiem do majątku należały stajnie, zabudowania gospodarcze, domy służby… wszystko to na planie czworoboku. Najpierw zaadaptowano budynki  na restaurację i  hotel, by w międzyczasie remontować zamek. Niestety, tym razem nie udało mi się zobaczyć wnętrz, które są podobno przepiękne. Po prostu, będę miała pretekst, by wrócić tam ponownie. W zamku znajduje się Centrum Sztuki i Rzemiosła Dawnego. Właścicielom udało się, dzięki stworzeniu fundacji, pozyskać fundusze ze środków unijnych na sfinansowanie części prac restauracyjnych i konserwatorskich. Na zdjęciach widać część zabudowań… kolejne są w dalszym ciągu remontowane. Dodatkowo, oddzielone murem od zespołu zamkowego, powstało osiedle domów jednorodzinnych… ponoć sprzedały się „na pniu”, co wcale mnie nie dziwi. Właściciele włożył ogromne pieniądze i niesamowity zapał, nie mówiąc o sercu, w całe to przedsięwzięcie. I, co najważniejsze, robią to z głową! Wielki szacunek. Tym bardziej, że zamek jest udostępniony dla zwiedzających. Koniecznie muszę się tam wybrać jeszcze raz. Niedaleko znajduje się również „Sztolnia Czarnego Pstrąga”, której  do tej pory nie miałam okazji zobaczyć. Tak więc, spędziłam sympatyczne i pouczające popołudnie, wycieczka mimo wszystko była udana, dopiero podczas drogi powrotnej dopadła nas gwałtowna ulewa. Teraz kilka zdjęć ze Starych Tarnowic… więcej informacji można znaleźć na stronie http://www.komplekszamkowy.pl/

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mam nadzieję, że chociaż w części udało mi się zaprezentować to miejsce... jeśli będzecie w pobliżu, polecam Waszej uwadze, warto sie tam wybrać.

 

Co do porannego przedświtańca mgielnego... proszę o wybaczenie. Jestem jednak troszkę zmęcvzona i zdjęcia prześwietlonych Słońcem mgieł oraz robaczków skąpanych w rosie pokażę jutro. Teraz idę spać, tym bardziej, że rano mam sesję fotograficzną. Będe robiła zdjęcia pewnej ślicznej modelce. Siedmiomiesięcznej zresztą. Przynajmniej jestem pewna, że... będzie naturalna przed obiektywem, w przeciwieństwie do wielu osób dorosłych, które nieznośnie "pozują", gdy wiedzą, że są fotografowane. Teraz znikam, jutro ma być piękny dzień. Kolorowych i grzesznych snów, pa, pa!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Dzisiaj...

środa, 13 lipca 2011 23:33

 

... troszkę uśmiechu znajdzie się w moim pisaniu. Powiem szczerze, że całkiem mi odbiło. Otóż, w drodze do pracy mijam małe stare domki z ogródkami, w których kwitną staromodne pnące róże, smolinosy i hortensje. Żadne tam iglaki czy karłowate drzewka... porządne ogródki, jak z mojego dzieciństwa. I własnie przed jednym z takich domków codziennie rano szaleją trzy przekomiczne kociaki. Rude tygrysy walczące ze sobą, atakujące wszystko, co w zasięgu wzroku, nieważne, czy to mucha, czy motylek, czy może ogonek braciszka (bądź siostrzyczki, płeć takich maluchów trudno mi określić). Kociaki są zupełnie szalone, a ja zwariowałam na ich punkcie. Spokojnie, jeszcze tlą się we mnie resztki rozsądku i nie zamierzam sprowadzać Dieslowi do domu konkurencji. Niemniej patrzenie na dzikie harce maluchów jest skuteczną terapią na smuteczki codzienności i dobrym początkiem dnia. Tyle, że... no własnie... dzisiaj zagapiłam się tak dalece, że o mały figiel, a spóźniłabym sie do pracy. Dobrze, że w porę się opamiętałam. A  w pracy, jak to w pracy... pracować trzeba i tyle na ten temat. A właśnie, dzisiaj wymyśliłam taki dowcip... pewnie nie najwyższego lotu, ale...

 

Spotykają się dwie koleżanki i jedna mówi do drugiej:

- Mówię ci, mój szef jest niezwykle mądrym człowiekiem. Powiedziałam mu, ze ostatnio jestem jakaś zmęczona, wypalona, bez zapału...

- I co on na to?

- Wyobraź sobie, że okazał mi pełne zrozumienie!

- I co?

- I wręczył mi wypowiedzenie z pracy!!!

 

... cha cha cha...  no tak... że mało śmieszne? A kto powiedział, że dowcipy mają być śmeszne... za to życiowe, prawda?

 

Teraz może inny dowcip... z gatunku "o blondynkach"

 

Spotykają się trzej mężowie blondynek i zaczynają dyskutować:

- Wyobraźcie sobie - mówi pierwszy - ze moja żona postanowiła iść na kurs prawa jazdy. Myśli, głupia, że dam jej prowadzić mój samochód...

- Moja jest jeszcze głupsza - stwierdził drugi - chciała, żebym jej dał kartę do mojego konta w banku... czy ja wyglądam na idiotę?

- Ha, a moja - mówi trzeci - wyjeżdża do sanatorium i kupiła dwadzieścia prezerwatyw. Pewnie sobie wyobraziła, głupia, że będę codziennie do niej jeździł!!!

 

Przepraszam za małą chwilkę przerwy, ale właśnie robię się na... nie, nie na szaro, na szaro, to życie czasami mnie robi, ja się robię na rudo, a właściwie na rubinowo.  Proces ten jest długi i skomplikowany, ponieważ używam naturalnej henny (Panie wiedzą, o czym mówię), gdyż z powodu mojego uczulenia na farby chemiczne, mogę stosować tylko naturalne metody... jak metoda termiczna i kalendarzyk małżeński... ups, to nie ten temat! Panie w beretach mogą się wylogować! O rany, znów zboczyłam na śliskie ścieżki...

A wracając do kociego tematu... "adoptowałam" kocią "matkę karmiącą". Na moim osiedlowym podwórku mieszka taka piękna kotka, dzika i nieufna w stosunku do "dwunogów", chyba dlatego jeszcze żyje! Ostatnio zauważyłam, że jest wychudzona, sierść straciła blask, po prostu obraz nędzy i rozpaczy. Wydaje mi się, że niedawno się okociła (zabawne, że kotki się kocą, suki się szczenią, a kozy? Kozy wcale sie nie "kozią" tylko też się... kocą! Dziwne!) W związku z tym okoceniem się rzeczonej koteczki postanowiłam rozpocząć dyskretne dokarmianie. W różnych porach dnia i nocy... żeby sie nie przyzwyczaiła za bardzo i nie kojarzyła mnie z jedzeniem. Upłynęło już kilka dni i kotka wyraźnie się zaokrągliła. Niestety, nie mam jej zdjęcia, bo dzikusek z niej, co zresztą mi odpowiada, jak powiedziałam wcześniej. Spyta ktoś, dlaczego robię to dyskretnie? Otóż, są ludzie (???), którym przeszkadza obecność kotów w okolicy i krzywo patrzą na wszelkie objawy pomocy zwierzakom. Poza tym... wszyscy zdrowi, pogoda wreszcie lipcowa, co mnie cieszy niezwykle, jako że lubię ciepełko, w czym idealnie zgadzam się z Dieslem. Jego "słonecznych" fotek też kilka umieszczę, żeby nie miał pretensji... bo jak to, obce koty prezentuje (baba), a takiego wyjątkowego kocurka pomija? Włosy dosychają mi powolutku, zaraz się kładę, jutro znów będę obserwować koteczki, chyba tylko wyjdę wcześniej z domu, żeby być w pracy na czas. Pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koteczki są ryże i słodkie, ale i tak Diesel jest Najpiękniejszym Kotem w Moim Świecie...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dobranockowe mrau!!!


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 23 września 2017

Licznik odwiedzin:  557 678  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 557678

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Wiadomości