Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 813 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Coś...

czwartek, 26 lipca 2012 23:12

 

... ostatnio mi nic nie wychodziło... nie wiem, może to przez te szalone pogody? A może dopadł mnie kryzys wieku hmmm dojrzałego? Nie mam pojęcia, w każdym razie efekt jest taki, ze za dwa dni wyjazd, a ja kompletnie nie jestem przygotowana... cóż, jak zwykle pakować się będe w nocy z piątku na sobotę. Czyli tuż przed wyjazdem. Podziwiam (od dziwienia się) ludzi, którzy są spakowani tydzień, a czasem jeszcze wcześniej przed planowanym terminem wyjazdu. Kiedys tak spróbowałam zrobić i... oczywiście, najbardziej potrzebne mi rzeczy musiałam wypakowywać, a później o nich zapomniałam. Powiem Wam szczerze, Najmilsi Tubywalcy, że i tak zrobiłam postępy, bo sporządziłąm sobie listę niezbędnych spraw do załątwienia i rzeczy do zabrania! Sama siebie podziwiam! A tak na serio, jedyne i najważniejsze, co załatwiłam to opieka nad Dieslem, jak zwykle mój eksio (były mąż, to informacja dla niewtajemniczonych)zlitował się nad kotem (bo przecież nie nade mną!) i obiecał, że będzie przyjeżdżał do kociska. A cała reszta, to już drobiazg. Jutro będzie szaleństwo, bo muszę kupić trochę niezbędnych rzeczy, między innymi funty na podróż, opłacić rachunki, dokupić żarełko i żwitek dla kota bo ostatnio, gdy eksio się nim zajmował (kotem, nie żwirkiem) niestety zabrakło go (tego drugiego, oczywiście) i po powrocie usłyszałam... bo żwirku zabrakło i musiałem kupić! Tym razem więc zabraknąć nie może! Ale to takie drobne techniczne sprawy. Najważniejsze, że będe mieszkała tuż obok wioski olimpijskiej na Stratford, naprawdę blisko. Oj, dzieje się tam już tyle, tłumy takie, jakby cała Ludzkośc zjechała do Londynu. Najtrudniej jest ponoć w metrze, bo scisk panuje niesamowity. Już sobie obiecałam, że jeśli będe chciała sie wybrać do centrum to pojadę bladym świtem... ale sądzę, że tym razem tyle się będzie działo na Stratford, że nie będzie czasu na wędrówki po innych częściach Londynu. Dzisiaj oglądałam program o budowie obiektów olimpijskich w Londynie. Poniewaz bł to teren poprzemysłowy, postanowiono zdjęć warstwę skażonej gleby i po odpowiednim zrewitalizowaniu z powrotem ją umieścić tam, skąd ja zabrano. Na dodatek, ponieważ wschodni Londyn był w czasie II wojny światowej celem dla hitlerowskich bombowców i podejrzewano, że część niewybuchów do tej pory może tkwić w ziemi, sprawdzono ten teren do ośmiu metrów w głąb.... niesamowite przedsięwzięcie. Koszty przeogromne, ale dzięki temu wschodnie, trochę zaniedbane (może nawet więcej niż trochę) otrzymały niesamowity zastrzyk energii. Jeszcze, gdy byłam w kwietniu widziałąm, jak zmieniał się nie tylko Stratford, ale równiez Leyton czy Leytonstone... nowe nawierzchnie, nowe chodniki, naprawa elewacji, remonty i kosmetyka. Powiem Wam szczerze, najmilsi Tubywalcy, że już nie mogę się doczekać.... czyżby mnie dopadła reise fiber? No cóż, jeszcze jutro do pracy (trochę krócej, bo odbieram nadgodziny) i... fajrant na trzy tygodnie! Nie powiem, że sie nie cieszę, bo bym skłamała! Jeszcze kilka słów napisze przed wyjazdem, a później już relacje z Londynu... Kurczę, jeszcze jakiś czas temu nie przypuszczałam, że będe miała okazję zobaczyć z bliska takie wydarzenie. Ciesze się, jak małe dziecko! Buziaki Najmilsi Tubywalcy, pa, pa!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (6) | dodaj komentarz

Oj...

środa, 18 lipca 2012 2:53

 

... nie rozpieszczają nas ostatnio te pogoty, oj nie! Zmienne i nieprzewidywalne, ale czego można się spodziewać, w końcu pogoda jest rodzaju żeńskiego, prawda? Tak było też w niedzielę, kiedy to zaplanowałam sobie wyprawę na Nikiszowiec, gdzie miał sie odbyć ArtJarmark w ramach festiwalu sztuki naiwnej. Niestety, dojazd tam środkami komunikacji miejskiej jest dość czasochłonny, ale co to dla mnie. Na szczęście, nie padało, a nawet momentami było słonecznie i ciepło. Dojechałąm na miejsce przed południem, na rynku już zainstalowali się malarze z gotowymi obrazami i z rozłożonymi sztalugami, stoiska z rękodziełem artystycznym. Cuda, cudeńka... biżuteria, ceramika, dziergane ozdóbki, ręcznie malowane koszulki. Na samym środku rynku pojawili się też klauni z maszynami do produkcji... baniek mydlanych. Niesamowita frajda dla dzieciaków i... fotografów, bo wszystko to było kolorowe i fascynujące. Nawet mnie kolorowy klaun wręczył kolorową kredę i polecił pomalować kostkę brukową... z takich pomalowanych na różne kolory kostek nagle powstał wielobarwny dywan... W podcieniach grły zespoły muzyczne, a na skwerze zainstalowała się kuchnia... jedzonko tanie i smaczne, żeby były siły do zabawy. Jeśli dodamy do tego warsztaty plastyczne dla dzieciaków, stoiska podopiecznych ognisk terapii zajęciowej i... watę cukrową, to będziemy mieli prawdziwie kolorowy jarmark! Było zabawnie, wesoło. Tu się pogadało, tam się pouśmiechało... Prześmieszna rzecz mnie spotkała... fotografowałam podcienie, bo akurat było ciekawe światło, gdy wtem ktos mi zasłonił obiektyw... ups!  Patrzę, a tu... baba... duża baba... duża i zła baba! I ta baba mówi do mnie, że mam nie fotografować JEJ stoiska. Patrzę na to stoisko i mówie babie, z nie fotografuję JEJ stoiska tylko krzesełka stojące w słonecznym świetle na tle ceglanego muru. A baba mi na to.. jak nie jak tak! I że ja chcę ukraść wzory jej biżuterii z filcu.... zgłupiałam, mówię Wam, zgłupiałam. Ale nadal jestem grzeczna i uprzejmie pokazuję babie zdjęcie na ekranie... cóż, nie dociera do baby. W końcu mówie jej, że takie "arcydzieła" jak na jej stoisku to można kupic na każdym jarmarku i żeby się ode mnie odczepiła w końcu. Jeszcze coś gadała, ale odwróciłam się na pięcie i... wpadłam prosto na rozbawionych całą tą sytuacją malarzy. Ale mieli ubaw, kazali mi machnąć ręka na babę i fotografować ich obrazy... jeszcze mi pozowali. Było to urocze i zabawne. Patrzyłam kątem oka na babę, która ze złości robiła się coraz większa i większa... jejku, jeszcze nie widziałam, żeby człowiek się tak nadymał. Powiedziałam szeptem do moich malarzy, że baba zaraz pęknie, na co udali przestrach i stwierdzili, że muszą usunąć swoje obrazy, bo im się zachlapią. Ależ się uśmialiśmy, do rozpuku. Ciśnienie mi spadło do normalnych wartości i mogłam dalej kontynuować moje fotografowanie. To  sa najpiękniejsze chwile, gdy człowiek spotyka na swej drodze uśmiech i życzliwość. I tego nawet nadęta baba nie może zepsuć. Chodziłam sobie więc to tu to tam, kupiłam piękne ceramiczne skrzydlate koty do zawieszenia, pogadałam z moją koleżanką Ilonką, która wystawiała szydełkowe cudeńka i czas było wracać do domu... udałam się więc urokliwa uliczką w kierunku przystanku autobusowego. Jeszcze fotografowałam jakieś detale architektoniczne, gdy zaczepił mnie z lekka zmięty tubylec pytając, co ja takiego w tym jego Nikiszu widzę. Odpowiedziałam, że stara architekturę, na to tubylec, że on tez jest stary, a nikt go nie chce sfotografować... oczywiście, spełniłam jego życzenie i zrobiłam mu zdjęcie. Poszedł sobie, a ja natknęłam sie na kota... zaczęłam robić mu (temu kotu) zdjęcia, w końcu przyszedł do mnie na pogłaski i... zaczął iść za mną. Kazałam mu iść do domu, nie słuchał... kurczę, nie chciałam żeby poszedł dalej, bo tuż-tuz była ruchliwa ulica. W końcu przestałam patrzec na kota i zniechęcony usiadł na chodniku. Patrzę, a tu mój znajomy tubylec rozmawia z drugim tubylcem wychylonym z okna. Gdy ich mijałam zagaił rozmowę na temat kota. Na to ja, że z kotami jest jak z mężczyznami, wystarczy pogłaskać, a już odczepić sie nie chcą. Ło,  jak sie zaczeli śmiać! I ten jeden mówi " Ale facetowi to przynajmniej coś stoi, a kotowi co?" OGON - wrzasnęłam i poturlaliśmy sie ze śmiechu po nikiszowickim bruku! Kot też się śmiał... ale dyskretnie! Jak to kot. Wróciłam do domu przed szesnastą i... oberwało sie niebo! Znów kolejna ulewa. Na szczęście zdążyłam na czas.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zdjęcia wyszły całkiem nieźle, prawda? Mam nadzieję, że udało mi się chociaż troszkę uchwycić atmosferę tego miejsca. Później okazało się, że Ilonka tez zrobiła zdjęcie... mnie, gdy fotografuję! Bezcenne, bo rzadko jestem na zdjęciach, a jeśli nawet gdzieś   zostałam "złapana" w kadr to nic o tym nie wiem.

 

 

 

Na koniec jeszcze dwa zdjęcia... tym razem z sobotniej wyprawy do Chorzowa. Taki "kwiatek" znalazłam nad drzwiami wejściowymi do kościoła pw. św. Antoniego. Jasny gwint, czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Dosłownie mnie zatkało! Czyli... kobietom z cyckami wstęp do kościoła wzbroniony! Nie wiedziałam, śmiać sie czy płakać? Płakać ze śmiechu, oczywiście! Czy to nie podpada pod seksizm? Ależ ktoś miał pomysł... bezcenne! Przypomniało mi się, jak moja Pani Dyrektor w liceum mierzyła linijką długość naszych spódniczek przed wejściem do szkoły... a może proboszcz tej parafii chodził do mojej szkoły? Zapomniałam się zapytać!

 

 

 

 

 

I tym prześmiesznym akcentem, pa, pa.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (4) | dodaj komentarz

Wreszcie...

czwartek, 12 lipca 2012 21:21

 

... można oddychać, po ostatnich dniach prawdziwie tropikalnych upałów lekki chłodek i deszcz odbieram jako prawdziwą ulgę. Po niebie pędzą ciężkie chmury, od czasu do czasu spada z nich troche wilgoci. Na szczęście, nawałnica, jaka przeszła kilka dni temu nad moim miastem już sie nie powtórzyła. Powiem Wam, że dawno czegoś takiego nie widziałam. Wichura, ciemność w środku dnia i gwałtowne wyładowania, ściana wody za oknem i w końcu grad wielkości orzecha. W skrzynkach balkonowych miałam kilkucentymetrową warstwę lodu... gdybym pijała drinki, to moze by mi sie przydał, a tak, to jedynie obawiałam się o kwiaty. Na szczęście, nic im się większego nie stało. A drugie "na szczęście", że po chwilowej przerwie w dostawie prądu jednak światło z powrotem zabłysło i mogłam obejrzeć finałowy mecz siatkówki. Nasi byli bezkonkurencyjni, fantastyczni i... ach, słów brakuje. W każdym razie pokazali klasę i to jest najważniejsze. A ponieważ dzień wcześniej Agnieszka Radwańska równiez pokazała klasę w meczu z Sereną Williams, więc ostatni weekend był wyjatkowo udany jeśli chodzi o sportowe doznania. Ocvzywiscie, znaleźli się malkontenci, których jakoś nasza nacja ma nadmiar, którzy twierdzili, że drugie miejsce Radwańskiej jest jej przegraną... ale to tylko ci, dla których szklanka zawsze jest w połowie pusta. Jakie to nasze, jakie swojskie, tak pomniejszać sukcesy innych... ponarzekać, skrytykować, pokazać kto tu jest lepszy... na zasadzie "ach, gdybym grał/grała w tenisa, to taka Serena szans by nie miała żadnych". Mam wówczas ochote wrzasnąć, żeby taki (lub taka) pokazali na co ich stać zamiast bezsensownie krytykować innych. Czasami czytam komentarze pod artykułami na stronach internetowych. Jeden wręcz powalił mnie na kolana... skierowany był do "Isi", komentujący radził dziewczynie, żeby się wzięła za "uczciwą pracę", a nie latała po korcie, na dodatek chora... konkluzja była taka, że widocznie dziewczyna kocha pieniądze, bo inaczej by dbała bardziej o zdrowie. Och, wyobrażam sobie, jakie byłyby komentarze, gdyby rzeczywiscie Radwańska nie mogła zagrać! Smutne to, że nie potrafimy cieszyć się z sukcesów innych, że boli nas jak jasny gwint, gdy ktos inny jest świetny w tym, co robi. I nie mówię tu tylko o sporcie. Pomniejszanie zasług, ciągła krytyka (zeby chociaż sensowna!), kalumnie i oszczerstwa... kto z nas nie doświadczył tego chociaż raz w życiu? Począwszy od piaskownicy, gdzie mała Ala obgadywała Olę tylko dlatego, że Ola miała ładniejsze wiadereczko, albo większą babkę z piasku zrobiła. Smutni, sfrustrowani, niespełnieni mali ludkowie... czasami chciałabym zajrzeć w ich dusze, zobaczyć, co kryje się w ich wnętrzu, dowiedzieć się, co sprawiło, że są własnie tacy. Ale już po chwili stwierdzam, że jednak wolę sie nie zagłębiać w ich mroczne wnętrza... nie chcę stanąć oko w oko z demonami, które tam się zagnieździły. Zostawiam więc małych, szarych i żałosnych frustratów. Nie warto tracić cennych chwil na takich jak oni.

 

Teraz zupełnie inny temat... nie wiem czy pamiętacie, Szanowni Tubywalcy, że jakiś czas temu zamieściłam tutaj apel o pomoc dla Karoliny, mojej koleżanki z pracy. Otóż, Karolinka jest teraz po operacji wszczepienia zastawki, która ma za zadanie regulować ilość płynu mózgowo-rdzeniowego, ponieważ zbierał się w czaszce i powodował ucisk na ważne ośrodki mózgu... między innymi na obszar odpowiadający za wzrok. Jest już lepiej, ale guz w dalszym ciągu zagraża Karolinie. Niestety, jest nieoperowalny ze względu na newralgiczne miejsce, w którym jest zlokalizowany. Nadzieją jest terapia genowa, a taką przeprowadza się w klinice w Houston w USA. Akcja zbiórki pieniędzy, pamiątkowych przedmiotów, które zostaną wystawione  na aukcjach trwa nadal. I zatacza coraz większe kręgi, coraz większa ilość osób włącza się w pomoc, znajomych i całkiem obcych ludzi. Poniżej umieszczam ulotkę z apelem Karoliny. Można również zajrzeć na Jej blog www.kalusia82.blogspot.com gdzie można dowiedzieć się więcej o jego Autorce.

 

 

 

Na Facebooku trwają aukcje, z których dochód przeznaczony będzie dla Karoliny. Każdy grosz, każdy pomysł, kazda pomoc jest cenna. Zaangażowanych jest w to mnóstwo ludzi co oznacza, że Ludzkość nie jest tak do końca zła. A niechlubne wyjątki tylko potwierdzają regułę.

 

Kończę na dzisiaj, Najmilsi Tubywalcy, bo czuje się z lekka zmęczona... jednak te nagłe skoki temperatury i ciśnienia nie pozostają bez wpływu na moje samopoczucie. Cóż, wiek robi swoje... hłe hłe hłe (tu był śmiech sardoniczny!).

 

A tak w ogóle, to juz odliczam czas do Londynu.... jeszcze szesnaście dni i fruuuunę! Wprawdzie spóźnię się na otwarcie Olimpiady, ale za to zakończenie obejrzę na miejscu.  A właśnie, Olimpiada. Wiele osób pyta mnie, po co wybieram sie do Londynu, gdy będzie tam ścisk, tłok, utrudnienia komunikacyjne itd... itp... No właśnie po to! Żeby dotknąć, posmakować, zanurzyć się w atmosferę wielkiego wydarzenia sportowego. Najprawdopodobniej największego, jakie zobaczę w moim życiu... bo na kolejną Olimpiadę w 2015 roku do Rio de Janeiro raczej sie nie wybiorę.  Chociaż... kto to wie? Ale teraz nie było innej opcji, żebym miała nie być tam, w Londynie w tych dniach. Oczywiście, przed wylotem jeszcze coś napiszę, mam kilka ciekawych zdjęć do pokazania... teraz jednak znikam... senność zagarnia mnie nieustępliwie... pa, pa.

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Uff....

sobota, 07 lipca 2012 1:02

 

... jak gorąco! Nie myślę, nie funkcjonują normalnie, normalnie roztapiam się z gorąca! Zch, żeby jeszcze tak można było wytopić to i owo, to przynajmniej na wyglądzie bym może coś zyskała. A tak, to tylko spływam ku ziemi i spływam. Po czym nadrabiam niedobory płynów wypijając hektolitry wody... i cały proces zaczyna się od początku, to znaczy znów spływam i spływam w dół... Na szczęście, w Firmie mam, jakże przyjazne, około 20 stopni Celsjusza tyle, że po wyjściu z pracy wpadam w jakieś szalone tropikalne piekło, gdzie temperatura oscyluje między 30 a 40 stopniami... w Słońcu pewnie więcej. Szok termiczny, temperatura wypala mózg... zostaje w nim jedyna myśl... byle dojść jak najszybciej do domu i schować się w chłodzie sypialni. Na szczęście, moje mieszkanie jest "dwustronne" i po południu sypialnia jest jkedynym (oprócz łazienki) miejscem przyjaznym człowiekowi. A co się robi w sypialni? Bardzo dobra odpowiedź, w sypialni sie śpi... co więc robi Wasza przegrzana blogowiczka? Przesypia otóż ona upalne popołudnie, po czym wstaje około godziny dwudziestej i zarywa kolejną noc... A ponieważ i tak nie śpi, więc wychodzi z domu o czwartej, żeby znów zanurzyć się w mgliste przedświty. Właśnie to mnie dzisiaj czeka... tym razem pojadę sobie na rowerku, lubię tak... na drogach jeszcze pusto, wiaterek lekki wieje prosto w twarz,na wschodzie lekko różowieje niebo, ptaki zaczynają swoje pornne hymny ku chwale Słońca... jest pięknie, jest tak... pierwotnie pięknie. Zostawiam za sobą wszystkie niepokoje, zmartwienia i problemy. Jest dobrze, tak sobie jechać przed siebie, a wokól jest pusto.....

 

Tutaj był obszerny wpis na temat okrucieństwa ludzi, na temat plotki i oczerniania bliźnich. Niestety, a może na szczęście, ten fragment gdzieś mi zniknął... może to i lepiej, bo był zbyt gorzki.

 

 

Zostawię zatem tylko kilka zdjęć z poprzedniego weekendu... Jutro postaram się napisać więcej, żeby nie dostać kolejnej żółtej kartki.... Serdezcności Najmilsi Tubywalcy, pięknej soboty Wam życzę, pa, pa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

I jeszcze kilka zdjęć robionych "po rosie". Niech Wam przyniosa chłód i ukojenie w upalny czas.

 

 

 

 

 

 

 

 

Czy zauważyliście te śliczne gwiazdki na kroplach rosy? Otóż, zrobiłam sobie ostatnio prezent "na Gwiazdkę" i kupiłam filtr gwiazdkowy. Efekt jest całkiem sympatyczny, prawda?

 

Oj, zapomniałam jeszcze napisać, że kupiłam sobie (wreszcie!) sokowirówkę i robię namiętnie soki warzywne i owocowe. Tutaj akurat mam sok buraczany i marchwiowy. Powiem Wam szczerze, że po przeliczeniu kosztów soków tzw. bez konserwantów, które kupowałam codziennie, zakup sokowirówki jest jak najbardziej opłacalny. A poza tym, przynajmniej mam pewność, że soki są naturalne, faktycznie bez konserwantów i cukru... samo zdrowie! Polecam, szczególnie na upały nie ma nic lepszego niż dobrze schłodzony sok jabłkowo-ogórkowy z odrobiną koperku i świeżymi listkami mięty. Pycha!

 

 

 

 

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 721  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554721

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl