Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 813 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Upał...

niedziela, 28 lipca 2013 22:17

... powala, wysysa z powietrza tlen, a ze mnie wszystkie siły. Słabiutka jestem, jak kocię, zresztą, moje koty też senne i otępiały. Nawet Rudencjuszowi figle nie w łebku. Na szczęście moje pokoje wychodzą na dwie strony świata, więc zawsze mam trochę chłodnej przestrzeni do dyspozycji. Niestety, ostatni tydzień był z gatunku tych beznadziejnych. W poniedziałek, w drodze do pracy potknęłam się tak nieszczęśliwie, że broniąc się przed upadkiem z całej siły rąbnęłam prawym bokiem i barkiem w ścianę bloku. Na dodatek, chcąc się jakoś wybronić przed uderzeniem osłoniłam się prawym łokciem i zrobił się przekładaniec. Żebra, łokieć, ściana. Na zderzeniu najgorzej wyszły żebra. Miałam wrażenie, że w mojej klatce piersiowej wybuchł granat, ból był niewyobrażalny! Nie wiedziałam, czy mam tylko stłuczone, a może pęknięte, bo chyba nie złamane żebra. Każdy oddech wymagał niewyobrażalnego samozaparcia, bo przynosił ostre ukłucie bólu. Koszmar. Jakoś dotarłam do pracy, powolutku nauczyłam się tak oddychać, żeby nie bolało. Niestety, każdy gwałtowniejszy ruch przypominał mi boleśnie o kontuzji. Nie mówiąc już o kaszlnięciu albo kichnięciu. Postanowiłam (jaka dzielna, a może raczej głupia misia!), że przeczekam, bo przecież nie pójdę do lekarza. Samo przejdzie, prawda? No i cierpiałam szlachetnie, nie idąc do lekarza, bo przecież nie mogę teraz iść na zwolnienie. Bo koleżanki idą na urlop, bo to zrujnowałoby cały porządek rzeczy... jaka ja głupia jestem, a i tak ktoś powie, że zbyt mało angażuję się w pracę. To takie niesprawiedliwe. Czuję się okropnie. Dzisiaj mija siódmy dzień od mojej kontuzji. Żebra bolą w dalszym ciągu, tyle, że mniej. Mogę się już poruszać w miarę swobodnie, co mnie bardzo cieszy, bo przez ten tydzień narosło mi spraw do wykonania. Mówię tu o pracach gospodarczych. Kurczę, nawet głupie wycieranie kurzy było problemem, o remoncie nawet nie wspominając, bo nie wyobrażałam sobie, jak mogłabym skakać po drabinie z pędzlem w dłoni. Cały tydzień tylko praca i dom, dopiero wczoraj rano wyszłam tuż po świcie, żeby zrobić trochę zdjęć na mojej łące. Tak wcześnie rano przynajmniej światło jest dobre, no i można zdążyć z powrotem przed upałem.  Jakie to szczęście, że są jeszcze takie łąki, gdzie trawy, chwasty i zioła rosną sobie wolne i swobodne stając się schronieniem dla motyli, żuczków i polnych koników. Ja wiem, że w parkach i na skwerach kosi się trawę. Ja to wszystko rozumiem, ale mi żal tego piękna, które nie ma szans w zetknięciu z ostrzem mechanicznych kosiarek. Ostatnio oglądałam program BBC, z którego dowiedziałam się, że w Anglii prawie zupełnie wyginęły motyle. Właśnie dlatego, że koszono łąki bez umiaru. Teraz państwo płaci rolnikom, żeby zostawiali przynajmniej część łąk i pastwisk w stanie dziewiczym. Przypomina mi to zabawną, chociaż właściwie smutną historię kotów u naszych zachodnich sąsiadów. Wyłapywano tam koty wolno żyjące, kotki sterylizowano, a kocury kastrowano, żeby  nie zwiększać ich populacji. I co się okazało? Że błyskawicznie zaczął narastać problem z myszami i szczurami. Populacja kotów zmniejszała się z przyczyn naturalnych, a nowe pokolenia się nie pojawiały.  Zarobili na tym nasi sprytni „handlowcy”, do których Niemcy zgłaszali się po niesterylizowane i niekastrowane koty. Przy zachodniej granicy cena kotki, zwykłego dachowca  osiągała trzydzieści EURO. To tylko dwa przykłady z wielu, które świadczą, że bezmyślna ingerencja człowieka w stary i sprawdzony porządek rzeczy z reguły ma opłakane skutki. Zaznaczyć pragnę, że nie jestem radykalną ekolożką. Po prostu pewne rzeczy mi się nie podobają i tyle. Można się ze mną nie zgadzać, każdy ma prawo do własnego zdania, ale gdy widzę wyschnięte i „wygolone” do korzeni łąki i trawniki, to mi się serce ściska!

 

 

DSC02366.JPG

 

 

DSC02262.JPG

 

 

DSC02323.JPG

 

 

Teraz będzie trochę, bo bez tego przecież nie mogłoby się obejść, stworzonek, na które natknęłam się podczas ostatniej wyprawy na łąkę. Ja wiem, już słyszę ten krzyk "ZNOWU ROBALE!". Niom, bez robali ani rusz... i już!

 

 

DSC02394.JPG

Kraśnik pięcioplamek... a to...

 

 

DSC02409.JPG

... dwa kraśniki pięcioplamki... oj, chyba bdą młode kraśniczki :)

 

 

DSC01514.JPG

 

 

DSC01715.JPG

 

 

DSC01804.JPG

 

 

DSC01812.JPG

 

 

DSC01843.JPG

 

 

DSC01848.JPG

 

 

O, byłabym zapomniała, tydzień temu, w niedzielę wybrałam się nad "moje" stawy, żeby sfotografować jakieś mgły, jakiś świt. Czy się udało? Sami oceńcie, Szanowni Tubywalcy! Uwielbiam takie momenty, gdy wstaje nowy dzień, a wokół mnie tylko woda, niebo i Słońce. Zanurzam się wówczas cała, po czubek głowy w tę ciszę, w ten niebiański spokój. Zanurzam się w siebie. Czasami ktoś prosi, żebym go zabrała ze sobą, gdy będę szła robić zdjęcia. "Tak, tak, oczywiście, przy okazji..."... i mam nadzieję, że sprawa umrze śmiercią naturalną. To nie tak, że jestem niegrzeczna, ale moje wyprawy fotograficzne to dla mnie jakiś rodzaj magii... czy ja wiem? Katharsis? To co, co muszę przeżywać sama. Inaczej nici ze zdjęć. Serio, próbowałam już niejeden raz i nic z tego nie wychodziło. Taka już jestem, tak już mam :)

 

 

DSC01886.JPG

 

 

DSC01902.JPG

 

 

DSC01913.JPG

 

 

DSC01927.JPG

 

 

DSC01953.JPG

 

 

DSC01955.JPG

 

 

DSC01976.JPG

 

 

DSC02037.JPG

 

 

DSC02041.JPG

 

 

DSC02051.JPG

 

 

DSC02069.JPG

 

 

Mam jeszcze kilka zdjęć, tym razem z dzisiaj, kiedy to wprawdzie nigdzie daleko nie wychodziłam, ale napotkałam wśród moich kwiatów w wazonie przepięknego przezroczystego pajączka. Nie protestował zbytnio i pozował w miarę cierpliwie, pozwolił nawet na spryskanie go wodą ze zraszacza... ale to już następnym razem. Teraz już pa, pa. Gorąco w dalszym ciągu, nie wiem jak przetrwam tę noc. A rano do pracy i... kolejny tydzień w raju! Miłych snów!


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Noc...

niedziela, 21 lipca 2013 19:19

 

... jest dobrą porą na snucie różnych opowieści. Tym razem opowiem o Krakowie. Och, powie ktoś, co jeszcze można powiedzieć takiego o Krakowie, czego byśmy nie wiedzieli? Nie mam pojęcia, ale wiem, że jeśli czegoś nie dopowiem, to pokażę na fotografiach. Ale zaczynając chronologicznie. Od dłuższego czasu umawiałam się z moją przyjaciółką, Anią, że w jakiś ładny letni dzień pojedziemy do Krakowa.  Odkładałyśmy tę wyprawę z różnych powodów, z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. W końcu podjęłyśmy jednomyślną decyzję: jedziemy we wtorek, 16. lipca. Wcześniej sprawdziłam w internecie połączenia i okazało się, że z Katowic kursują z dużą częstotliwością prywatne autokary. Super, czyściutko, klimatyzacja, a ponieważ jedzie się autostradą, więc cała podróż trwa troszkę powyżej godziny. Tym razem pogoda dopisała, było słonecznie, ale lekki wiaterek doskonale chłodził ciało. Dzień w  sam raz na zwiedzanie. Dojechałyśmy na miejsce wczesnym rankiem, ulice dopiero zapełniały sie turystami, sklepy były pozamykane. Cisza i spokój. Była okazja na spokojne zwiedzanie i zrobienie kilku zdjęć. Ten spokój nie trwał długo. Już niebawem na Rynku, na Wawelu i w każdej uliczce kłębił się wielojęzyczny tłum. Co jakiś czas mijały nas krakowskie dorożki zaprzężone w kolorowo przystrojone konie. Słychać było tylko stukot kopyt po krakowskim bruku, bo w przeciwieństwie do góralskich uprzęży, te w Krakowie nie mają janczarów.  Niemniej, są urokliwe i dodają miastu specyficznego uroku.

 

 

DSC01282.JPG

 

 

DSC01309.JPG

 

 

DSC01327.JPG

 

 

DSC01386.JPG

 

 

Na Wawelu poszłyśmy zwiedzać katakumby... niestety, czułam się tam dość klaustrofobicznie. Niskie sklepienia, specyficzny piwniczny klimat, niewielkie pomieszczenia... gdy za nami weszła kilkudziesięcioosobowa wycieczka miałam wrażenie, że kamienny strop zaraz spadnie mi na głowę. Wyszłam stamtąd oddychając z ulgą. Udało mi się za to zrobić kilka zdjęć zamkowego dziedzińca... bez ludzi, co graniczyło nieomal z cudem.

 

 

DSC01295.JPG

 

 

Później powolutku, przez Planty ruszyłyśmy w kierunku Rynku.  Planty są urokliwe, nastrojowe, przepiękne i... zatłoczone. Między innymi przez bezdomnych(?), a może pijaczków śpiących na ławkach. To wątpliwa „ozdoba”  centralnego parku turystycznego miasta. Wreszcie weszłyśmy do Sukiennic. Tam zawsze jest gwarnie i kolorowo. Cepelia w najczystszej postaci. Rzeźbione skrzyneczki, pasiaki, haftowane obrusy, mnóstwo galanterii skórzanej i biżuterii z bursztynem. I nagle... co to? Rany Julek, matrioszki! Kolorowe, wesolutkie, wybałuszające na mnie niewinne oczęta! Czyżby to była nowa polska tradycja? Spytałam jedną ze sprzedawczyń o te lalki. Usiłowała przekonać mnie, że matrioszki produkowane są w Polsce i są pomalowane w polskie motywy ludowe. Jakoś mnie nie przekonała. Pamiętam, że na Portobello też zobaczyłam matrioszki na jednym ze stoisk, ale były sprzedawane jako rosyjskie lalki ludowe, nie udawały „pamiątek z Londynu”. Ale być może ja się na tym nie znam! Albo się czepiam?

 

 

DSC01328.JPG

 

 

DSC01331 - Copy.JPG

 

 

DSC01331.JPG

 

 

Jeszcze wizyta na krakowskim Kazimierzu. Pamiętam sprzed kilku lat to miejsce jako nastrojowe, klimatyczne i pełne duchów przeszłości. To, co zobaczyłam teraz diametralnie różniło się od tego, co zapamiętałam. Teraz cały plac zastawiony jest restauracyjnymi stolikami, a dosłownie co kilka sekund biednego turystę zaczepia jakiś „naganiacz” proponujący skorzystanie z jednej z restauracji. Jak prędko tam weszłyśmy, tak prędko poszłyśmy z powrotem. Wreszcie usiadłyśmy sobie pod fontanną i mogłyśmy dać odpocząć zmęczonym nogom.A ja namówiłam Anię, żeby zrobiła mi chociaż kilka zdjęć. Bo, z przyczyn oczywistych, mam spory deficyt zdjęć, na których byłabym uwieczniona.

 

 

DSC01373.JPG

 

 

DSC01342.JPG

 

 

Nadszedł czas powrotu. W drodze na dworzec zobaczyłam taki obrazek. Biednie wyglądająca Rumunka rozsiadła się na środku chodnika i zaczęła przygotowywać „stanowisko pracy”. Elegancko ubrany towarzysz kobiety przyprowadził zadbanego pieska. Mądre posunięcie. Żebranie „na pieska” przynosi prawdopodobnie lepsze efekty niż żebranie „na dziecko”.  Jeśli na dodatek piesek jest taki słodki... cały efekt psuło jedynie profesjonalnie wykonane strzyżenie psiaka. Jeśli dodam do tego jeszcze informację, że pan z pieskiem wysiadł z drogiego samochodu, to już wszystko jest jasne. Cóż, ponoć każdy sposób zarobienia kasy jest dobry. Niemniej, trochę mnie to zniesmaczyło. Ale, jak napisałam wyżej, ja się chyba czepiam!

 

 

DSC01387.JPG

 

 

DSC01390.JPG

 

 

A tak, na podsumowanie: Kraków jest niezmiennie piękny, szczególnie o poranku, gdy jeszcze jest cicho i pusto.

 

Jutro już do pracy. Te dwa tygodnie przeminęły, jak sen srebrny Salomei... na przykład. Troszkę mi żal, że nie udało mi się wyjechać gdzieś na urlop, ale cóż, nie zawsze marzenia się spełniają. Najważniejsze, że wypoczęłam, naładowałam akumulatory i, bo jakżeby inaczej, udało mi się zrobić trochę zdjęć.  Te świty, te łąki pełne skrzydlatego tałatajstwa, te mgły nad wodą, te kolory i zapachy. Zdjęcia postaram się umieścić w kolejnym wpisie.

 

 

Bo przecież wcale nie trzeba wyjeżdżać gdzieś daleko, żeby się pozachwycać. Czasem wystarczy wyjść na balkon i zobaczyć jak rosną pomidory i papryka, prawda? I tym optymistycznym akcentem, pa, pa.

 

 

DSC01675.JPG

 

 

DSC01678.JPG

 

 

PS. Ten tekst napisałam kilka dni temu, niestety miałam jakieś problemy z redakcją i umieszczeniem notki. Stąd lekki poślizg. Niech mi to będzie wybaczone, proszę!


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (8) | dodaj komentarz

Burza...

czwartek, 11 lipca 2013 23:44

 

... nadeszła nad ranem. Przebudziły mnie błyski i przeciągły, złowróżbny huk piorunów.  Świat pojawiał się w nagłych rozbłyskach, jak w świetle flesza. Kotom to nie przeszkadzało, bo spały smacznie, kompletnie nie reagując na rozgrywające się za oknem pandemonium. Takim to dobrze, ja nie spałam już do rana. Nie dlatego, że boje się burzy, bo się nie boję, ale przeszkadzały mi te błyski i ten huk. W rezultacie zasnęłam dopiero około szóstej, wcześniej wziąwszy komplet tabletek. Obudziłam się przed dziesiątą... jak dobrze, że mam urlop, prawda? Za oknem było przedziwnie, przez chmury co jakiś czas przebijały się blade słoneczne promienie. Światło byle jakie, więc nawet nie planowałam wyjścia w teren. Nawet dobrze, bo mam sporo zdjęć z ostatnich dni. Między innymi z ostatniego wypadu do Ustronia. Udało mi się zrobić trochę ciekawych ujęć o poranku nad Wisłą.  Samo zrobienie zdjęć to nie wszystko. Później trzeba je przejrzeć, posegregować według tematów – krajobrazy osobno, przyroda i macro osobno, architektura też osobno. Szczególnie przy poszczególnych zdjęciach jest mnóstwo pracy. Trzeba je wszystkie obejrzeć w dużym powiększeniu i zdecydować, co ma zostać, a co wyrzucić do kosza. Wiadomo, że te nieostre, poruszone czy po prostu nieciekawe trzeba usunąć. To pochłania naprawdę mnóstwo czasu. Za to jaka satysfakcja, gdy któreś ze zdjęć okazuje się być bliskie ideału... bliskie, bo tego idealnego jeszcze nie zrobiłam... i pewnie nie zrobię. Ale cóż, to tak jak z króliczkiem... nie o to chodzi, by złapać króliczka, ale by gonić go go go... że zacytuję tu starą piosenkę Skaldów. Efekt tych działań, moich wypraw i mojego fotografowania usiłuję zaprezentować tutaj. Przynajmniej w jakimś małym ułamku, bo wybór jest kluczową, ale i najtrudniejszą sprawą. Mimo to uwielbiam wszystko, co jest związane z moją pasją. Poranne, a właściwie nocne wstawanie, wędrówkę przez jeszcze uśpiony, cichy i trochę tajemniczy świat, pierwsze odgłosy budzącego się miasta i jeszcze zaspanych ptaków. I ten zachwyt chwytający za gardło, gdy pierwsze promienie przebijają się przez granatowy mrok, z którego coraz wyraźniej wyłaniają się kontury, a wreszcie szczegóły przedmiotów, budynków, drzew. I łąki pełne kropelek rosy błyszczących w Słońcu jak brylanty. I przemoczone stopy, pokąsane dłonie i podrapane łydki. I momenty zwątpienia, tak jak ostatnio nad Wisłą, kiedy usiadłam na betonowym nabrzeżu, zanurzyłam stopy w  lodowato skrzącej się wodzie, wystawiłam twarz do Słońca i... wypłakałam cały mój żal, cały strach i poczucie niespełnienia. Po czym wstałam,ruszyłam przed siebie... silniejsza i pogodzona ze światem i z samą sobą. I wyobraźcie sobie, Tubywalcy Najmilsi, że jakby w nagrodę, nagle stanęłam oko w oko z zającem, który siedział sobie spokojnie na łące. Patrzyliśmy na siebie w bezruchu, nie licząc ostrożnego podnoszenia przeze mnie aparatu do oczu.  Pozwolił mi na zrobienie kilku zdjęć nim pokicał spokojnie do lasu. Posłaniec Losu? Mały pocieszyciel, który pojawił się w momencie, kiedy najbardziej potrzebowałam pocieszenia. Dobrze, że się zjawił. Mogłam odetchnąć głęboko i znów zacząć cieszyć się otaczającym mnie światem.

 

Znów nadeszła noc. Po południu udało mi się złapać kolejną tęczę. Nawet jej nie szukałam, sama przyszła do mnie i zajrzała do mojego okna.  Na szczęście! I tym, tęczowym i przedsennym akcentem, pa, pa.

Teraz trochę zdjęć... na początek Wisła o poranku....

 

 

DSC01055.JPG

 

 

DSC01063.JPG

 

 

DSC01064.JPG

 

 

DSC01075.JPG

 

 

DSC01085.JPG

 

 

DSC01090.JPG

 

 

DSC01098.JPG

 

 

DSC04937.JPG

 

 

DSC05011.JPG

 

 

DSC05014.JPG

 

 

A tak było na łące o świcie - zdjęcia z wtorku i środy...

 

 

DSC04935.JPG

 

 

DSC04944.JPG

 

 

DSC04892.JPG

 

 

DSC04638.JPG

 

 

DSC04623.JPG

 

 

DSC04600.JPG

 

 

DSC04598.JPG

 

 

DSC04409.JPG

 

 

DSC05057.JPG

Miłość na wysokościach! Pisałam poprzednio, że łąki są pełne... bzykania :)

 

A w parku natknęłam się na pisklę... chyba szpaka, a może kosa? Nie jestem pewna. Maluch wybałuszał na mnie gały i rozdziawiał szeroko dziób... czyżby spodziewał się, że mam dla niego jakiegoś robaczka na śniadanie?

 

 

DSC05190.JPG

 

 

DSC05186.JPG

 

 

DSC05175.JPG

 

 

No i na zakończenie wspomniany powyżej zajączek. Jest cudny, prawda?

 

 

DSC05024.JPG

 

 

Teraz już pa, pa! O rany, byłabym zapomniała... a gdzie tęcza? Już jest...

 

 

DSC01153.JPG


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Lato...

wtorek, 09 lipca 2013 13:03

 

... wreszcie pokazało swoje prawdziwe, piękne oblicze. Chyba czekało z tą odsłoną na mój urlop, albo co?  Przynajmniej tu miałam szczęście, co nie znaczy, że zamierzam  narzekać... tu chyba się wyłamię z polskiej tradycji narzekania na wszystko i na wszystkich.  A przede wszystkim na pogodę i... tradycyjnie właśnie, na rząd.  Zresztą, jaka by nie była, to i tak znajdzie się chór malkontentów, którzy uwielbiają narzekać.  Padało? Kiedyż wreszcie przestanie padać. Przestało... ach, te upały, nie da się żyć, kiedyż się one wreszcie skończą. A ja się, kurczę cieszę, że mam okazję przeżyć kolejne lato, że dane mi było poczłapać w deszczu przez kałuże, że zobaczyłam kolejny świt. I nie zamierzam tutaj pisać nic na temat polityki... od tego są mądrzejsi, medialni, telewizyjni. Oni wiedzą wszystko na ten temat. A jeśli nawet nie wiedzą, to udają, że tak jest.  Miałam okazję za to ostatnio wysłuchać narzekań pewnej, sympatycznej skądinąd, kobitki.  Ach, jaka bieda, jak drogo, jakie ciężkie życie... a wszystko to wina  Tuska, rzecz jasna. Ach, jak będzie pięknie, gdy nastanie nowe... to znaczy stare w osobie brata bez brata i bez kota. Polska stanie się Polską...  co ja mówię... wszechpolską, rzekami będzie miód i mleko płynęło... Bo teraz bieda taka... zaznaczam, ze moja sympatyczna znajoma do biednych nie należy, powiedziałabym nawet, że jest zamożną osobą. Staram się nie dyskutować, bo musiałabym stracić sympatyczną, jak już zaznaczyłam, znajomą. I tak słucham, i tak dumam w myślach, że jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził. I tyle w „tem” temacie.

 

A teraz ciekawsze tematy. Od trzech dni biegam po ogrodach, po łąkach w pogoni za motylkami, pszczółkami i innymi ważkami. Ja biegam (powolutku!), a za mną biegają komary... zgadnijcie, kto w tym wyścigu wygrywa? Brawooooooo! Wracam z terenu pogryziona, spuchnięta, podrapana i w ogóle siedem nieszczęść. Ale za to jaka dzika satysfakcja, gdy zrzucam zdjęcia na komputer i przeglądam trofea. Dzisiaj właśnie wyszłam  z domu tuż po świcie i podreptałam na taką fajną łąkę.  Trawy po pas, kwiaty polne rozszalały się lipcowo, a cała łąka, jak okiem sięgnąć pełna jest bzykania... co jo godom... bzyczenia miało być, rzecz jasna! Tu motylek, tam chrząszczyk, a ówdzie muszka żółtobrzuszka.  I na dodatek wszędzie krople rosy,  a w każdej z nich zaklęta tęcza. Czuję euforię i mokre stopy. I komarzyce  krwiopijce też czuję. Najzabawniejsze (o rany, ja to napisałam?)... najgorsze jest to, że... wyobraźcie sobie ten moment... widzę motylka, wreszcie przysiadł na jakimś kwiatku, kieruje więc na niego obiektyw... ostrzę, ostrzę... nagle słyszę za uchem znienawidzony dźwięk, ostry, jak brzytwa i czuję, że w moją szyję wbija się narząd gębowy tej małpy.  A jej koleżanki atakują moją dłoń, którą usiłuję ustawić ostrość na tego motylka... no i mam wybór... przeczekać atak narażając się na pokąsanie, albo uciekać... wybór jest prosty, a właściwie nie mam wyboru... motylek sfotografowany!

 

DSC04802.JPG

Tu  akurat ważka... czyż nie jest piękna?

 

Więcej zdjęć będzie jutro, teraz jadę w teren, więc życzcie mi wielu dobrych ujęć. Relacja będzie po powrocie. Pa, pa.


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (2) | dodaj komentarz

Pięć...

sobota, 06 lipca 2013 10:59

 

 

... ruchów i... to już koniec? To chyba jakaś kpina! I na to czekałam  tyle czasu? To sobie wyobrażałam w bezsenne noce? Przecież miało być tak pięknie... do samego, satysfakcjonującego końca. A jednak znów się rozczarowałam. Ja wszystko rozumiem... Szybko też można. Ale nie AŻ TAK SZYBKO! Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak poprosić znajomych o kolejne życie i spróbować jeszcze raz zagrać w tę popapraną grę, która mnie ostatnio opętała. Utknęłam na 147. poziomie i powoli dojrzewam do decyzji o całkowitym odpuszczeniu sobie. Hmmmm tak sobie myślę przez chwilę, a później... znów wracam do gry. Może tym razem zdołam pokonać piekielną planszę? Może tym razem zdołam zrobić troszkę więcej niż pięć ruchów. To był taki mały żarcik, nie jestem uzależniona od gier komputerowych... ale ta gra mnie denerwuje i tyle! Jak ślad po ukąszeniu przez komara... niby nic, a swędzi i denerwuje!

 

 

Teraz z całkiem innej beczki. Miałam ostatnio okazję jechać pociągiem z miasteczka A do miasta B.  W miasteczku A, zapewne z powodu oszczędności zlikwidowano kasy, więc bilet należało kupić u konduktora.  Wraz ze mną wsiadało dużo osób, więc konduktor szedł wzdłuż wagonu i po kolei sprzedawał bilety. W końcu przyszła kolej na mnie. Konduktor (młody, przystojny i zabawny) spojrzał mi z uśmiechem w oczy i spytał: Bilet według czasu czy według kilometrów? Zdziwiona niezmiernie spytałam, a jaka jest różnica? Na co usłyszałam: Według kilometrów cena biletu wynosi 18,50,  a według czasu... 11,00 zł.  Nie, no oczywiście, że według czasu.  Obejrzałam dokładnie bilet, wszystko się zgadzało.  Bilet wystawiony był na cztery godziny, czyli mogłabym sobie wysiąść, wsiąść do następnego pociągu, bylebym się zmieściła w określonym czasie, czyli w czterech godzinach. Czy to ma jakiś sens? Wszyscy współpasażerowie też, oczywiście, kupili bilety „czasowe”.  I tak sobie jechaliśmy, zrobiłam kilka zdjęć przez okno, bo pociąg posuwał się w żółwim tempie. W pewnym momencie, kobieta siedząca obok mnie rzuciła jakąś uwagę, coś w stylu, że pociąg jedzie tak wolno, że można wyskoczyć do lasu na grzyby, a później spokojnie wrócić. Na co ja, zupełnie spokojnie, że to dlatego, że mamy tańsze bilety, to i pociąg jedzie wolniej. No i zrobiło się wesoło,  Ludzkość zaczęła się do siebie uśmiechać, zaczęliśmy się zespołowo zastanawiać, czy pasażerowie mający „kilometrowe bilety” jadą szybciej, a może tylko tak im się wydaje?  W końcu, gdzieś w połowie trasy pociąg nagle przyspieszył i zaczął mknąć jak TGW, nie przymierzając. Pewnie tym razem wiózł pasażerów z droższymi biletami. Jak by na to nie spojrzeć, do tej pory nie rozgryzłam tego biletowego systemu.

 

 

DSC00847.JPG

 

 

DSC00844.JPG

 

 

DSC00842.JPG

 

 

Teraz pragnę poinformować, Szanownych Tubywalców, że... jestem na urlopie! Wytęsknionym bardzo. To znaczy, formalnie urlop mam od poniedziałku, ale postanowiłam, że już od dzisiaj będę się „urlopować”. Zaplanowałam sobie na dzisiaj wycieczkę do Siewierza, w celach wiadomych, rzecz jasna. Ale, jak to u mnie, plany sobie, a rzeczywistość uśmiecha się drwiąco i szykuje zupełnie inne rozwiązania. Już od wczorajszego popołudnia zanosiło się na burzę.  Było przedziwnie, świeciło Słońce, na moment pojawił się kawałek bladej tęczy, a równocześnie raz za razem błyskawice rozświetlały gwałtownie ciemniejące niebo. Świat przybrał niesamowicie intensywne barwy, takie nasycenie kolorów możliwe jest jedynie w określonych warunkach... podobne można zobaczyć na obrazach Van Gogha. Uwielbiam takie momenty. Wyłączyłam z sieci komputer, przez uchylone okno wystawiłam na zewnątrz rękę z aparatem i... polowałam na błyskawice. Udało się, i to nawet dwukrotnie. A burza postraszyła, pogrzmociła i odeszła gdzieś na południe. Dopiero nad ranem zaczęło padać i... pada do tej pory. Czyli nici ze zdjęciowania.

 

 

DSC00866.JPG

 

 

DSC00859.JPG

 

 

DSC00853.JPG

 

 

Zaczęłam więc malować kolejny mebelek. Trafiłam na cudny kolor... lodowy błękit. Coś niesamowitego, komódka nabiera zupełnie innego charakteru. Jest śliczna... ze zwykłej w kolorze mahoniu zmienia się w cacuszko w stylu shabby-shic. Gdy skończę, umieszczę kilka zdjęć. A teraz, ponieważ opowiadałam tutaj o moim długotrwałym remoncie, więc kilka zdjęć „poglądowych”, jak teraz wygląda mój duży pokój. Jest... niebiesko, cokolwiek to oznacza, a ponieważ ten pokój jest skierowany na południowy zachód, więc chłodne barwy są jak najbardziej wskazane. Chcę tylko przypomnieć, że wszystko, począwszy od malowania sufitu, poprzez tapetowanie, na malowaniu mebli skończywszy zrobiłam sama. Taka ze mnie Gosia Samosia. Skoro  nikt mnie nie chwali, to muszę się sama pochwalić, a co!

 

 

DSC00606.JPG

Jest niebiesko...

 

DSC00302.JPG

... i niebiesko...

 

DSC00607.JPG

 ... i tęczowy Rudencjusz

 

Cóż, Najmilsi Tubywalcy, teraz już kończę, zostawię jeszcze kilka zdjęć moich „chłopaków”. Wiem, że dorobili się kilku wiernych fanów, więc to przede wszystkim dla nich te zdjęcia. No nie, niefajnie to zabrzmiało.  Dla wszystkich, którzy mają ochotę je oglądać. I to by było na tyle... i tym akcentem, pa, pa.

 

 

DSC00727.JPG

Rudencjusz parapetowy...

 

DSC00728.JPG

 

 

DSC00731.JPG

... oooooooooooooooooooooooooooooooooo ptaszki!

 

DSC00734.JPG

... sama słodycz...

 

DSC00737.JPG

... i te podusie!

 

DSC00739.JPG

 

 

DSC00742.JPG

 

 

DSC00745.JPG

 

 

DSC00748.JPG

... moja chudzinka!

 

DSC00755.JPG

... i znowu te ptaszki... latają sobie i zadziwiają kota!

 

DSC00759.JPG

 ... nosem? w obiektyw? Czyli... jego portret!

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (9) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 696  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554696

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl