Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 470 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Głupota...

czwartek, 31 lipca 2014 1:47

 

 

... niejedno ma imię.  Najgorsze, gdy nie jest prywatną sprawą głupca, ale ma wpływ na innych ludzi. Wówczas jest to niewybaczalne. Z taką właśnie głupotą zetknęłam się, zresztą nie tylko ja, w środę.  A zaczęło się tak normalnie. Zwyczajny dzień pracy,  papiery, komputer, jakaś rozmowa z petentką. Dzień jak co dzień. Nagle, tuż przed dziesiątą donośny głos z głośników oznajmiający, że należy natychmiast się ewakuować  w związku z zagrożeniem bombowym.  Wyłączyć komputery i urządzenia elektryczne, zabrać rzeczy osobiste i wyjść z budynku zgodnie z określoną procedurą. I tym sposobem dziesiątki ludzi, urzędników i interesantów znalazły się w upalny dzień na dworze. Przyjechały jednostki Straży Pożarnej i Policji. Budynek otoczono taśmami i powiedziano nam, że potrwa to około godziny.  Co można robić przez godzinę? Nie opłaca się iść gdzieś daleko, bo nie ma na to czasu.  Wprawdzie do domu mam niedaleko, ale prawdę powiedziawszy nie miałam ochoty na taki spacer w upale. Robię jeszcze kilka zdjęć z akcji

 

 

 

DSC08674.JPG

 

 

DSC08679.JPG

 

 

DSC08718.JPG

 

 

DSC08719.JPG

 

 

DSC08721.JPG

 

 

DSC08722.JPG

 

 

DSC08730.JPG

 

 

 i w towarzystwie kilku osób ruszam w poszukiwaniu jakiejś ławki, bo trawa pokryta rosą nie nadaje się do siedzenia.  Nieopodal znajduje się niewielki skwerek, na którym, jak pamiętam znajduje się kilka ławek.  Cóż, dawno tamtędy nie przechodziłam i z kilku ławek pozostały tylko trzy. Reszta znalazła pewnie swoje nowe miejsce w prywatnych ogrodach mieszkańców mojego miasta. Jakie to typowe, nawet nie chce się denerwować, bo i cóż to zmieni? Nad skwerem, wśród traw i koniczyny uwijają się motyle. Cóż, nie byłabym sobą, gdybym nie wykorzystała sytuacji i nie zrobiła kilku zdjęć.

 

 

 

DSC08600.JPG

 

 

DSC08602.JPG

 

 

DSC08603.JPG

 

 

DSC08605.JPG

 

 

DSC08684.JPG

 

 

DSC08690.JPG

 

 

DSC08697.JPG

 

 

DSC08703.JPG

 

 

DSC08708.JPG

 

 

DSC06785.JPG

 

 

Mija godzina i powoli wracamy przed budynek. Tu dowiadujemy się, że jeszcze nie przyjechał pies specjalnie wyszkolony do poszukiwania ładunków wybuchowych. Tym samym, mamy kolejną wolną godzinę.   W końcu, po dwunastej wracamy do pracy. Budynek sprawdzony i bezpieczny.  Koszty akcji ogromne. Stracony czas ludzi i sprzętu. Rozwalony dzień,  nerwy petentów chcących załatwić swoje sprawy, próbujących się bez powodzenia dodzwonić... cóż, mam nadzieję, że uda się namierzyć „dowcipnisia”, a mówiąc dosadniej, głupca, który spowodował to całe zamieszanie. Jestem rozdrażniona, zmęczona, zgrzana... Gdybym dorwała tego palanta, to nie ręczę za siebie. Wiadomo, że każdy taki alarm musi być traktowany poważnie. To nic, że wszystkie do tej pory były fałszywe, równie dobrze może zdarzyć się prawdziwy. Nikt nie może ryzykować i bagatelizować tego typu ostrzeżeń.  W dzisiejszym szalonym świecie wszystko może się zdarzyć!

 

 

A teraz z zupełnie innej „mańki”.  Ostatnie dni były dla mnie dość wyczerpujące.  Upał, duchota, zmiany ciśnienia atmosferycznego i gwałtowne wyładowania... to wszystko sprawia, że jestem ciągle zmęczona i senna. Mam wrażenie, jakbym poruszała się w zwolnionym tempie. Moje myślenie też jest spowolnione, stąd tak długa przerwa w pisaniu.  Dziwne, raczej nie zdarzało się do tej pory, żebym z wytęsknieniem czekała na deszcz. Tym razem z nadzieją spoglądałam w niebo, na ciemne chmury kłębiące się na horyzoncie. Spadnie czy nie spadnie? Przeszło bokiem... parno...  Od czasu do czasu niewielki deszcz,  mam wrażenie, że robi się jeszcze bardziej gorąco. Wreszcie, we wtorek nagła nawałnica.  Jakby przyroda zbierała wszystkie siły na ten jeden pokaz.  Porywisty wiatr przyginający drzewa do ziemi, potoki wody spadające pod dziwnym kątem z nieba.  Staję na balkonie i robię kilka zdjęć. Tylko kilka, bo zacinający deszcz zalewa obiektyw... wiem, że te zdjęcia nie oddają w pełni niezwykłości tej chwili. Niemniej, próbowałam!

 

 

 

DSC08665.JPG

 

 

DSC08666.JPG

 

 

DSC08667.JPG

 

 

DSC08668.JPG

 

 

To działo się dosłownie przed chwilą, no, kilka dni temu. Wracając jednak do obiecanych w poprzednim wpisie zdjęć. Dwa?  Nie, to już trzy tygodnie temu, gdy byłam w górach. Pojechałam w niedzielę rano, ot tak, spontanicznie. Miałam nadzieję na ciekawe zdjęcia i... udało się. Wędrowałam wśród wzgórz, w oddali widziałam wyższe wzniesienia. Było cicho, spokojnie i bezludnie...

 

 

 

DSC07929.JPG

 

 

DSC07948.JPG

 

 

DSC07949.JPG

 

 

DSC07950.JPG

 

 

DSC07955.JPG

 

 

W pewnym momencie spojrzałam w górę, prosto w Słońce, bo miałam wrażenie, jakby zmieniło się światło. I zobaczyłam halo.  To niezwykłe, dość rzadkie zjawisko optyczne charakteryzujące się piękną obręczą wokół Słońca, czasami można je zaobserwować wokół Księżyca. Halo powstaje, gdy światło załamuje się na kryształach lodu. Mogą być różne jego rodzaje, białe, tęczowe czy świetliste. Tym razem było tak duże, że nie udało mi się sfotografować go w całości. Niemniej, efekt jest niezwykle interesujący.

 

 

 

DSC07938.JPG

 

 

DSC07940.JPG

 

 

DSC07941.JPG

 

 

DSC07945.JPG

 

 

Poszłam później na łąki. Właśnie było po koszeniu traw i po rozległym terenie wędrowały sobie dwa bociany długimi dziobami przeczesujące suche źdźbła.  No tak, koniki polne są ponoć ich przysmakiem. To nieprawda, że bociany jedzą żaby. Żaby jedzą jedynie zaskrońce i... Francuzi.  Tak więc, siedziałam sobie na skraju łąki i patrzyłam na wielkie ptaszyska stąpające dostojnie i powoli przeczesujące teren. Były takie piękne i spokojne. Pozwoliły mi podejść całkiem blisko.  Ponieważ poruszałam się powoli i starałam nawet głośniej nie odetchnąć, więc pewnie nie widziały we mnie zagrożenia.  Są takie momenty, że czuję się niezwykle blisko pierwotnej przyrody. To niesamowite uczucie, nieporównywalne z niczym innym.

 

 

 

DSC06740.JPG

 

 

DSC06744.JPG

 

 

DSC06751.JPG

 

 

DSC06756.JPG

 

 

DSC06757.JPG

 

 

DSC06769.JPG

 

 

DSC06782.JPG

 

 

Wracałam pociągiem po osiemnastej, to świetne połączenie, bezpośrednio  z moim miastem. Niestety, nie przewidziałam, że w pociągu będzie taki tłok! Stałam na przysłowiowej „jednej nodze”, a mój kręgosłup wrzeszczał z bólu.  Na szczęście, w Tychach troszkę się rozluźniło i wreszcie mogłam usiąść i dać odpocząć starym kościom. Za jakie grzechy, ja się pytam? Och, oczywiście, pytanie jest z gatunku retorycznych! A tak, poza tym, to odliczam już czas do wylotu. Jeszcze dwa tygodnie i... Londyn – moja miłość i moja fascynacja... nieustająca!  Tym razem najprawdopodobniej będę miała okazję pobiegać po angielskich polach i łąkach w okolicach Newbury Park i Halnaut. To już czwarta strefa, przedmieścia, ogrody i pola... sielsko i angielsko.  No i, oczywiście Edynburg...  czyli tajemnicza i magiczna Szkocja. Tyle do obejrzenia, tyle do sfotografowania... ale jeszcze trochę trzeba poczekać. A jak można sobie skrócić czas oczekiwania? No cóż, ja po prostu robię zdjęcia. Moje chłopaki niezwykle cierpliwie znoszą moją pasję, jak widać na załączonych obrazkach!

 

 

 

DSC08563.JPG

 

 

DSC08576.JPG

 

 

DSC08583.JPG

 

 

DSC08595.JPG

 

 

DSC08630.JPG

 

 

DSC08633.JPG

 

 

DSC08636.JPG

 

 

DSC08645.JPG

 

 

DSC08646.JPG

 

 

DSC08650.JPG

 

 

 

Teraz już czas  na sen... jeszcze cztery godziny do pobudki. Pa, pa, Najmilsi Tubywalcy... do następnego spotkania.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Sobota...

poniedziałek, 21 lipca 2014 1:00

 

 

... była wyjątkowo udanym dniem.  Cóż, pewnie nikogo nie zaszokuję, jeśli powiem, że znów wyszłam z domu tuż po czwartej nad ranem.  To magiczna pora. Jakby człowiek znalazł się w delikatnej mgiełce rozciągającej sie między nocą a dniem.  Za plecami czai się jeszcze ciemność podczas gdy przede mną jawi się zapowiedź nadciągającego brzasku. I tak wędruję sobie w ciszy, miasto jeszcze śpi, śpią nawet tramwaje i autobusy, tylko ptaki zaczynają poranna krzątaninę wśród gałęzi. Jest pięknie.  Myśli się wyciszają, płyną leniwie i niespiesznie, jakby od niechcenia.  Żadnej presji, żadnego przymusu, jestem wolna!  Prostuję ramiona, oddycham głęboko i odchylając do tyłu głowę patrzę w niebo, z każdą minutą bardziej różowe i jasne. Jeśli to nie jest szczęście, to cóż nim jest?  Wędruję w kierunku zamglonych łąk, w kierunku jezior...  Pierwsze promienie Słońca przebijają się przez liście drzew, przez mgłę tworząc fantastyczne obrazy.  I, co nie jest nieważne, nie ma jeszcze komarów. Pewnie jeszcze śpią, mali krwiopijcy. Niech mają długi i mocny sen...

 

 

 

DSC08142.JPG

 

 

DSC08147.JPG

 

 

DSC08154.JPG

 

 

DSC08165.JPG

 

 

DSC08178.JPG

 

 

DSC08200.JPG

 

 

DSC08224.JPG

 

 

DSC08256.JPG

 

 

DSC08257.JPG

 

 

Nad Pogorią III, podobnie do mnie bezsenni, stoją wędkarze.  Podobnie kopnięci, jak ja. Z niektórymi witam się, jak ze starymi znajomymi.  Zresztą znam ich przecież, mają stałe miejsca zbieżne z trasami moich wędrówek. Jeden z nich prosi mnie o zrobienie zdjęć z rybą... jasne, czemu nie!  Zastanawiam się, o jaką rybę chodzi. O, węgorz! Całkiem spory i silny. Wyrywa się i walczy o wolność. W sumie jest mi go żal. Jest piękny i niezłomny. Cóż, rybko... świat nie jest sprawiedliwy.

 

 

 

DSC08292.JPG

 

 

DSC08293.JPG

 

 

DSC08279.JPG

 

 

Żegnam się z wędkarzami i wędruję wzdłuż rzeki.  Wpatruję się w wysokie trzciny szukając ważek. Są! Piękne, jak małe elfy. Lśnią w słonecznych promieniach miliardem maleńkich kropelek rosy. Jak klejnociki. Co za widok! Zgięta w pół usiłuję jak najbardziej zbliżyć obiektyw do wyjątkowo fotogenicznej ważki.  Co nie jest łatwe, bo razem z obiektywem i aparatem muszę zbliżyć się również ja sama. Dlaczego? Ponieważ korzystam wyłącznie z wizjera optycznego, nie z ekranu cyfrowego, jak również fotografuję na ręcznym ostrzeniu muszę podejść jak najbliżej, równocześnie zachowując maksimum ostrożności. Wystarczy jeden gwałtowny ruch i już owad odfrunie, co zresztą nader często mi się przytrafia. I jak ma mnie nie boleć kręgosłup? Niemniej warto, dla satysfakcji przede wszystkim. To nic, że oprócz tejże satysfakcji nie mam żadnych korzyści... Ale to temat na całkiem inną opowieść. Szkoda, że mój dorobek, te tysiące zdjęć znikną kiedyś i pies z kulawą nogą nie będzie pamiętał.  No, na kilku ścianach może pozostaną nim zblakną i pokryją się kurzem niepamięci. Smutne, ale jakże prawdziwe... Często się tak zdarza, że doceniani są ludzie z zewnątrz,  nie docenia się natomiast tych, którzy są tuż obok. Kiedyś myślałam o wydaniu albumu o moim mieście, ale najzwyczajniej w świecie mnie nie stać. A jeśli dodacie do tego kompletny brak zmysłu organizacyjnego i zdolności do autopromocji to macie już pełen obraz mojej sytuacji. Wiem, mogłabym zrobić projekt albumu i pochodzić w poszukiwaniu sponsorów... cóż...

 

 

 

DSC06929.JPG

 

 

DSC06955.JPG

 

 

DSC06985.JPG

 

 

DSC06968.JPG

 

 

DSC07035.JPG

 

 

DSC07064.JPG

 

 

DSC07083.JPG

 

 

DSC07088.JPG

 

 

DSC07097.JPG

 

 

DSC07101.JPG

 

 

DSC07113.JPG

 

 

DSC08435.JPG

 

 

DSC08436.JPG

 

 

DSC08437.JPG

 

 

Nieważne,  takie myśli przychodzą do mnie nocą. O poranku myślę tylko o pięknie, które mnie otacza.  Na przykład o zającu, którego spotkałam w sobotę. Biegł ścieżką, w pewnym momencie coś go chyba wystraszyło, bo zmienił kierunek i pognał wprost na mnie.  Zobaczył mnie... i zgłupiał! Skoczył w kierunku wysokich zarośli i tyle go widziałam. Nie wiem do tej pory, które z nas było bardziej zaskoczone...

 

 

 

DSC07238.JPG

 

 

DSC07239.JPG

 

 

DSC07240.JPG

 

 

DSC07241.JPG

 

 

DSC07242.JPG

 

 

DSC07243.JPG

 

 

DSC07244.JPG

 

 

DSC07245.JPG

 

 

A propos piękna. Jak wiecie, Tubywalcy Najmilsi, piękno nie jest tak jednoznaczne, jakby mogło się nam wydawać.  Najważniejsze, że dla każdego rodzica jego potomstwo jest najpiękniejsze. Skąd taki temat? Otóż, na brzozie na wprost mojego balkonu uwiły sobie gniazdo leśne gołębie. I teraz mam sąsiadów. W tym dwa pterodaktylki. Niesamowity widok, gdy rodzice je karmią. Maluchy wciskają wielkie dzioby do gardła rodzica i wyjadają pokarm. Później śpią pod czujnym okiem dorosłych gołębi. Udało mi się zrobić im kilka zdjęć. Uśmialibyście się, Moi Mili widząc, jak leżę na balkonie z obiektywem wystawionym poza barierki.  No cóż, czasami trzeba się poświęcić. A maluchy są tak brzydkie, że aż piękne.

 

 

 

DSC08374.JPG

 

 

DSC08392.JPG

 

 

DSC08393.JPG

 

 

DSC08404.JPG

 

 

DSC08405.JPG

 

 

DSC08409.JPG

 

 

DSC08411.JPG

 

 

DSC08417.JPG

 

 

 

A tak na zakończenie, wyjątkowe zdjęcie wyjątkowego kocurka. Kogo? Oczywiście, Diesla!  Rudencjusz będzie w następnej odsłonie. A oprócz Rudencjusza będą obrazki z Ustronia, piękne halo, jakie udało mi się sfotografować w górach, bociany i parę innych obrazków. Teraz już pa pa o dobrej nocy!

 

 

 

DSC06620.JPG


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Tęsknię...

środa, 09 lipca 2014 1:35

 

 

... za ogrodem. Nie jakimkolwiek ogrodem tylko za ogrodem mojego dzieciństwa.  Czasami mam wrażenie, że jeśli mogłabym tam wrócić, chociaż na maleńką chwilę, chociaż na moment wówczas moje życie nabrałoby sensu... gdybym mogła choć na ułamek sekundy wrócić do świata dzieciństwa.  Gdy wszystko było proste, gdy świat mamił obietnicami, a każdy dzień był przygodą.  Gdy każdy kwiat miał swoje imię, a każdy krzew, każde drzewo znajomy kształt i zapach.  Czy uwierzycie, Najmilsi Tubywalcy, że nawet nie muszę zamykać oczu, żeby wytyczyć w pamięci każdą ścieżkę, każdą grządkę,  każdy krzaczek prymulki. I wiem, gdzie rosło drzewo, które rodziło najlepsze klapsy, a z którego zrywałam najlepsze papierówki.  Pamięć jest przedziwnym instrumentem.  Nie zawsze pamiętam, co robiłam wczoraj, a z powrotem do, jakże zamierzchłej, przeszłości nie mam najmniejszego problemu.  I tęsknię czasami, i moja dusza wyje we mnie, jak potępieniec, i łzy wzbierają gdzieś... co najdziwniejsze, nie pod powiekami, ale w gardle.  I mam poczucie niespełnienia. I robię wszystko, żeby nie dopuścić do głosu rozpaczy i zgorzknienia.  Ponoć wątpić jest rzeczą ludzką... zwątpienie w siebie, we własne siły jest najgorszym, co może spotkać człowieka.  Więc staram się, wciąż i wciąż od nowa budzę się rano i chodzę w nowy dzień. Czy z nadzieją? Niekoniecznie. Może nazwę to raczej umiarkowanym optymizmem.  Zabawne, teraz mi przyszło do głowy, że żyję jakby z przyzwyczajenia....

 

 

Ale dość o tym! Dziwne myśli przychodzą mi do głowy w okolicy północy.  Wracając jednak do ogrodu. Ponieważ, jak wspomniałam wcześniej, ogrodu nie mam, więc, jak co roku zajęłam się zagospodarowaniem mojego balkonu.  Tym razem miałam utrudnione zadanie, ponieważ po remoncie elewacji polegającym na ociepleniu elewacji mój balkon osiągnął „imponującą” szerokość sześćdziesięciu centymetrów, co przy długości około sześciu metrów daje dosyć nietypowa powierzchnię.  Z tego też powodu postanowiłam ozdobić jedynie oba końce balkonu.  Moja rada. Na pewno w Waszych mieszkaniach macie niepotrzebne sprzęty i drobiazgi, z którymi nie bardzo wiadomo, co zrobić.  Wyrzucić szkoda, a powiesić na ścianie niekoniecznie. A może warto je wykorzystać na Waszych balkonach, tarasach czy gankach?  Stare lustra doskonale powiększają optycznie przestrzeń, dodatkowo osiąga się efekt większej ilości kwiatów.  Na jednym ze zdjęć widać stary wiklinowy dziecięcy fotelik. Był poszarzały, odrapany i widać było, że czas świetności ma już za sobą. Z tego zresztą powodu ktoś wystawił go koło pojemnika na śmieci, skąd go „uratowałam”.  Pomalowałam go na delikatny jasnobłękitny kolor i nabrał nowego blasku w charakterze kwietnika.  Stare, częściowo uszkodzone figurki aniołków pomalowane złota farbą doskonale wpisują się w konwencję romantyczno-sielskiej atmosfery.  I chyba dobrze im wśród kwiatów. Popatrzcie zresztą sami, Tubywalcy Mili i oceńcie moje starania.

 

 

 

DSC07799.JPG

 

 

DSC07800.JPG

 

 

DSC07801.JPG

 

 

DSC07802.JPG

 

 

DSC07803.JPG

 

 

A teraz zupełnie inny temat.  Praca urzędnika przynosi różne niespodzianki.  Jak to w życiu. Opowiem Wam krótko o pewnym zdarzeniu, które stało się ostatnio udziałem jednej z urzędniczek.  Otóż miała wątpliwą przyjemność załatwiania „trudnego” interesanta.  Człowiek był nastawiony agresywnie, podnosił głos, wyzywał i w ogóle zachowywał się irracjonalnie. W pewnym momencie... rzucił w dziewczynę dokumentami.  Czy powinna była w zamian rzucić w niego, na przykład monitorem? Być może, ale chyba jej to nie przyszło do głowy.  Sytuacja była co najmniej dziwna, a ja...  ja pomyślałam nagle, jakie to szczęście, że Chińczycy  wynaleźli papier!  Bo gdyby tak jakiś interesant przyniósł ze sobą kamienne tablice pokryte pismem klinowym?  Albo przynajmniej gliniane tabliczki? W jednym i drugim przypadku mogłaby ucierpieć nie tylko godność osobista urzędniczki... I niech nikt mi nie mówi, że praca urzędnika nie jest czasem nieprzewidywalna.

 

 

I to by było na tyle, Tubywalcy Najmilsi... na dobrą noc tym razem kilka ptaszydeł... robaczki będą w kolejnej odsłonie, a mam co pokazać... niezłe weekendowe plony. Wiem, że wiele osób rozczaruję brakiem robalków, ale obiecuję, że to nadrobię. Teraz już pa, pa.

 

 

 

DSC06511.JPG

 

 

DSC06513.JPG

 

 

DSC06514.JPG


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (10) | dodaj komentarz

Wakacje...

poniedziałek, 07 lipca 2014 6:00

Wakacje...

 

 

... wakacje... wakacje!  No cóż, kto je ma, ten się cieszy.  Ja muszę czekać do drugiej połowy sierpnia, żeby wreszcie wypocząć.  I pojechać na wyprawę marzeń.   Kierunek, oczywiście, jedynie słuszny, to jest Londyn.  A poza tym, a może tym razem, przede wszystkim Edynburg.  Już nie mogę się doczekać.  Och, ja wiem, że wielu z Was, Szanowni Tubywalcy było w wielu pięknych miejscach. Że byliście tam, gdzie ja zapewne nie dotrę. Że świat pełen jest magicznych miejsc wartych zobaczenia i uwiecznienia.  Wiem jednak, że należy się cieszyć z tego, co przynosi nam życie. Że trzeba umieć dostrzegać piękno wokół siebie. Bo ono jest, tylko trzeba nauczyć sie patrzeć.  Jest w  maleńkim robaczku mieniącym się tęczowo,  w słonecznych promieniach tworzących miniaturowe tęcze w kroplach rosy, w błękitnych oczach gawronów i puszystych odwłoczkach trzmieli. I w chmurach rysujących na niebie fantastyczne światy, i we wschodach, i w zachodach Słońcach, purpurowych i złotych.  I wiecie co, Tubywalcy Najmilsi? Już nie marze o tym, żeby być idealną.  Chyba pogodziłam się sama ze sobą, zaakceptowałam własne niedoskonałości, bo nikt nie jest doskonały.  Każdy jest pełen piękna, bo każdy jest kompletnym światem.  Pamiętam, jeszcze jakiś czas temu, całkiem niedawno, każdy kilogram więcej wpędzał mnie w czarna rozpacz.  Kompleksy, diety, katowanie się ćwiczeniami... i już, już zbliżałam się do wymarzonej „idealnej” wagi. Byłam głodna, wciąż zmęczona, coraz bardziej nerwowa... i wcale nie byłam szczęśliwa. Zabawne, chcąc tak bardzo zbliżyć się do ideału podkopałam własne zdrowie. Cóż, głodowanie jeszcze nikomu nie wyszło na dobre.  A przynajmniej mnie.

 

Ale dzisiaj nie o tym. Jak obiecałam, wracam pamięcią do ubiegłego weekendu. Już w piątek wyruszyłam w górki. Niestety, z mojego miasta o tej porze dnia nie ma bezpośredniego połączenia, trzeba jechać do Katowic, co też zrobiłam. Katowice rozkopane,  nieprzejezdne, na szczęście pieszo jakoś można się po nich poruszać. Dotarłam do dworca, przy kasach biletowych mały tłumek, wreszcie kupuję bilet i mam dwie minuty do odjazdu pociągu. Biegnę więc truchtem na peron spodziewając się biało niebieskiej „strzały” czyli ślicznego nowoczesnego pociągu Kolei Śląskich, a tu... rany Julek!  Co to jest? I skąd to wyciągnęli? Z muzeum kolejnictwa czy może ze złomowiska?  Zardzewiałe, odrapane wagony „ozdobione” jakimiś bohomazami przez domorosłych „artystów”...  Wsiadam mając tylko nadzieję, że to nie rozsypie się na pierwszym rozjeździe.  Kocham koleje, uwielbiam podróże i nie przeszkadza mi zbytnio brak komfortu, ale to... I jeszcze specyficzny zapach kurzu,  i półmrok, bo okna zostały zamalowane z zewnątrz farbami w psychodelicznych kolorach... powrót do przeszłości... takie klimaty były modne, ale w erze hipisów w latach siedemdziesiątych. Siadam na siedzeniu z dermy, czy tylko to moje wrażenie, ze z miejsca się do niego przyklejam?  Nic to, najważniejsze, ze jadę... osiemdziesiąt kilometrów w dwie godziny. Niezła średnia, prawda?

 

 

 

DSC07275.JPG

 

 

DSC07276.JPG

 

 

DSC07278.JPG

 

 

Wreszcie docieram i maszeruję do centrum, do zarezerwowanego hotelu.  Wchodzę do pokoju, a tam...  łóżko w pasach  bezpieczeństwa... całe życie z wariatami... , trzy składane krzesła w kącie pokoju, jakiś system wbudowanych szaf, przezabawna instrukcja zachowania dla gości hotelowych... zapamiętałam jeden punkt „Prosi się o nieprzynoszenie zabawek do pokoju” (teraz żałuję, że nie sfotografowałam tej instrukcji i że nie zapytałam, o jakie zabawki chodzi),  i... nic poza tym!  No, przepraszam bardzo, za tę cenę, wcale nie tak niską, to przynajmniej ręcznik się należy, nie wspominając  o firmowym mydełku czy szamponie. Zgłaszam obiekcje odnośnie braku ręczników i kosmetyków  panu w recepcji:

- A, potrzebuje pani?

- TAK!

Pan patrzy na mnie z lekkim zdziwieniem, że nie powiem niesmakiem i... idzie do magazynu po ręcznik. Przynosi dwa i podaje mi z taką miną, że już się nie upominam o resztę.  Przy okazji pytam o możliwość wyjścia z hotelu o czwartej rano.  To, jakby nie było proste pytanie wywołuje konsternację. Otóż, recepcja nie jest czynna całą dobę, jedynie można umówić się z panem recepcjonistą i on otworzy drzwi... o kurczę, a co w razie potrzeby nagłej ewakuacji??? Pan, sympatyczny zresztą, stwierdza, że na drzwiach jest umieszczony numer jego komórki, to mogę zadzwonić, że w takim razie on sobie nastawi budzik na czwartą rano.  A ja zawsze sądziłam, że to ja mogę sobie zamówić budzenie w hotelu!  Hmmmmmmmmm....  Odwodzę pana od tego pomysłu tłumacząc, że równie dobrze mogę chcieć wyjść o piątej, a może wcale, gdy nie będzie odpowiedniej pogody.  W końcu, po dłuższej dyskusji pan podaje mi numer pokoju, w którym będzie. Mam zapukać, a on mi otworzy drzwi wyjściowe.  Ustaliwszy wreszcie sposób wydostania się z hotelu o świcie wychodzę troszkę połazić o zmierzchu.  Wracam do hotelu, jest 22:30, łapię za klamkę i o mało nie wyrywam sobie wszystkich paznokci... zamknięte!  Wyciągam komórkę i zaczynam wybierać numer widoczny na drzwiach... chyba tu jednak działa jakaś kamera, bo zjawia się pan recepcjonista i otwiera mi drzwi... jestem uratowana!!! Nie będę spała pod gołym niebem. Nie powiem, że nie czuję ulgi!

 

 

 

DSC07470.JPG

Tak się zastanawiałam, czy tymi pasami powinnam się przypiąć, żeby nie spaść?

 

O czwartej rano pukam do drzwi pokoju pana recepcjonisty... otwiera  błyskawicznie, chyba jednak nastawił sobie budzik... wypuszcza mnie na wolność i... jest pięknie!!!

 

 

 

DSC07368.JPG

 

 

DSC07374.JPG

 

 

DSC07377.JPG

 

 

DSC07395.JPG

 

 

DSC07408.JPG

 

 

DSC07594.JPG

 

 

DSC07633.JPG

 

 

DSC07655.JPG

 

 

DSC07681.JPG

 

 

DSC07693.JPG

 

 

DSC07697.JPG

 

 

DSC07700.JPG

 

 

DSC07706.JPG

 

 

Kolejne zdjęcia, tym razem robalków (sic!) będą następnym razem... nie unikniecie przeznaczenia, Najmilsi Tubywalcy. Jak to mawiano dawno temu... porzućcie wszelką nadzieję wchodzący tutaj hi hi hi! A teraz już pa, pa... czas do roboty! Zapowiada się cudowny dzień, przynajmniej jeśli chodzi o pogodę!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (5) | dodaj komentarz

Zawsze...

środa, 02 lipca 2014 6:34

 

... mówię, że życie jest nieprzewidywalne i czasami potrafi zaskakiwać.  Tak, jak w ostatni weekend. Bo przecież, jak mogłabym przewidzieć, że w niedzielę, tuż po świcie uda mi się sfotografować... bobra? Była jeszcze szarówka, a ja stałam na moście nad Wisłą w Ustroniu, a bóbr sobie pływał, nurkował, jadł śniadanko kompletnie mnie ignorując.  To spotkanie zawdzięczam rozmowie z tubylcem wyprowadzającym swoje dwa psy na spacer. Zwyczajowe "dzień dobry" i nieśmiertelne pytanie o moje fotografowanie. Gdy odpowiedziałam, że "zwierzątka, robaczki i ptaszki". tubylec zapytał "a bobry pani już fotografowała?". No i zaprowadził mnie w górę (a może w dół) rzeki, gdzie w głębokiej ciemnej wodzie pomiędzy progami pluskał się młody bóbr. Piękne zwierzę, magiczna chwila, jakby pozwolił mi na chwilę zajrzeć do swojego świata... Później chyba mu się znudziło, a może poszedł jeszcze pospać do rodziców, bo zniknął w wysokich zaroślach zarastających brzeg Wisły. Koniec spektaklu.

 

 

DSC05928.JPG

 

 

DSC05930.JPG

 

 

DSC05935.JPG

 

 

DSC05936.JPG

 

 

DSC05937.JPG

 

 

DSC05938.JPG

 

 

DSC05939.JPG

 

 

DSC05944.JPG

 

 

DSC05948.JPG

 

 

 

Czyż nie jest piękny?  Duuuże zwierzątko! Opowiedziałam recepcjoniście w hotelu po powrocie o moim spotkaniu, a on na to, że bobry niszczą brzegi i powodują powodzie!!! Ja na to "Panie, tego brzegu Wisły nawet kilofem się nie ruszy, a co może zrobić taka mała bobrza rodzinka? Zębami, choćby najsilniejszymi kamieni i skał nie skruszą... Kolejne bujdy na resorach. No nic, nieważne. Najważniejsze, że udało mi się to, co nie udaje się zbyt często, bo to płochliwe zwierzaczki.

 

 

Kończę, bo zaraz wychodzę do Firmy. Więcej będzie wieczorem. A jest co opowiadać. Będzie kolejowo, hotelowo i, mam nadzieję, że zabawnie. A teraz pa, p;a Tubywalcy Najmilsi.

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (1) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 27 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 619  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554619

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl