Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 254 811 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdjęcia w galeriach.


Przedziwne...

sobota, 18 lipca 2015 16:07

 

 

... procesy zachodzą w mojej głowie. Czasami, tuż przed zaśnięciem, na granicy jawy i snu, gdzieś pod powiekami wyświetlają mi się obrazy tak przerażające, że otwieram szeroko oczy, żeby się przekonać, iż jest to tylko wytwór mojej wyobraźni. Niesamowite jest to, że te obrazy nigdy się nie powtarzają. Zupełnie, jakby mój mózg dawał mi sygnał „w porządku, otworzyłaś oczy, przekonałaś się, że to nie dzieje się naprawdę, możesz uspokoić oddech i zamknąć oczy ponownie, a ja... ja wymyślę coś nowego, coś, czego zupełnie się nie spodziewasz! I zapewniam cię, będzie jeszcze bardziej przerażająco!” I tak co noc spadam w przepaść, wpadam do czarnej wirującej wody, pędzi wprost na mnie ogromny głaz,a ja nie mogę się ruszyć, porywa mnie lawina, wali się na moją głowę kamienny strop, zapadam się w błotniste bagno. Zapewniam Was, Najmilsi Tubywalcy, że mój mózg potrafi mnie wciąż zaskakiwać i przerażać. Jego pomysłowość zdaje się nie mieć granic. Co najdziwniejsze jednak, nigdy w moich snach, a właściwie w dziwnych stanach półświadomości nie występują inni ludzie lub zwierzęta. Zagrażają mi jedynie ślepe siły natury. Nigdy też mój mózg nie wyświetlił katastrofy lotniczej ani pożaru. Na szczęście!!! Ciekawe, że miałam tak „od zawsze”. Do tej pory pamiętam przerażające wizje z dzieciństwa... ponoć z tego się wyrasta. No cóż, widocznie nie w każdym przypadku.  A że życie jest znacznie bardziej różnorodne niż najdziwniejszy sen o tym chyba nie muszę nikogo przekonywać. Ale o tym później.

 

 

 

Teraz opowiem o mojej ostatniej wyprawie w górki. Jak wiecie, mam całkiem niedaleko do Ustronia i okolic. Ponieważ swego czasu, z przyczyn osobistych często, a właściwie w każdy weekend jeździłam do Ustronia, więc w jakiś sposób czuję się związana z tymi okolicami. Kiedy więc tylko mogę, wsiadam w pociąg i po około dwóch godzinach jestem na miejscu.  Bezkresne przestrzenie, zieleń pastwisk i łąk, wiejskie klimaty czyli... kury, kozy, owce i krowy. Od czasu do czasu jakiś zając, albo i kilka. Jakiś jastrząb kołujący na tle bezchmurnego nieba, jakiś bocian dostojnie przechadzający się po łące i wybierający długim dziobem nieostrożne owady. Czasem jakiś tubylec zagada „A pani to z telewizji?” Nie – odpowiadam – z Dąbrowy Górniczej! Czasem udaje mi się wyedukować jakiegoś miejscowego dzieciaczka, że w górach się nie wrzeszczy, bo  gdy będzie stał cichutko, to zajączek nie ucieknie. Czasem, gdzieś od pastwiska doleci do mnie swojski zapaszek... nie ma nic podobnego do zapachu obornika w upalny dzień.  Tego nie da się pomylić z niczym innym. I tutaj jakoś to nie przeszkadza. Kolejny składnik kolorytu lokalnego. Podobnie, jak wiejska zabawa w remizie, jak stare kobiety gadające sobie przy płocie, jak chłop naprawiający ogrodzenie pastwiska i zdejmujący czapkę w powitaniu, gdy go mijam o świcie. Wsi spokojna, wsi wesoła... jako mawiał imć Jan Kochanowski siedząc pod swoją lipą.

 

 

 

DSC04103.JPG

 

 

 

DSC04116.JPG

 

 

 

DSC04123.JPG

 

 

 

DSC04162.JPG

 

 

 

DSC09682.JPG

 

 

 

DSC03989.JPG

 

 

 

DSC04288.JPG

 

 

 

DSC04289.JPG

 

 

 

DSC04290.JPG

 

 

 

DSC04130.JPG

 

 

 

DSC04062.JPG

 

 

 

DSC04087.JPG

 

 

 

DSC04094.JPG

 

 

 

 

Chodzę sobie tak powolutku, zaczajam się na zwariowane zające.  Mija mnie biegacz. Zwyczajowe „dzień dobry”. Tutaj to naturalne i ładne.  W przelocie (a właściwie w przebiegu) rzuca... kilka minut temu, w lesie minąłem jelenie.  Dziękuję, odpowiadam do jego pleców. Niestety, las jest ogromny, a szybkobiegacz nie zdążył mi wskazać kierunku. Trudno! Jestem na stoku. W dole widzę szosę, wokół mnie ogrodzone pastwiska. Drutem kolczastym. Akurat na jednym z nich pasą się zające... raz dwa trzy! Postanawiam (oj głupia ty, głupia ty, Małgośka!) przeleźć przez ogrodzenie, okrążyć ogrodzony lasek i zrobić kilka ciekawych (mam nadzieję!) zdjęć.  Zbieram więc trzy kolczaste druty w garść i przekładam nogę. W tym momencie górny drut wyślizguje się z moich rąk i... rozdziera moją skórę! Pod kolanem prawej (sic!) nogi czuję wbite kolce. W lewą również wbiły się druty. Boli, jak jasny gwint. Opanowuję się i powoli usiłuję wyciągnąć z ciała to zardzewiałe świństwo. Udaje się!  Nogi zakrwawione. Tamuję krew chusteczkami higienicznymi i jakoś doprowadzam się do porządku. Co za idiotka ze mnie. W sumie dobrze, że miałam krótkie spodenki. Gdybym miała długie, to być może nie poraniłabym się tak dotkliwie, ale uwolnienie się z pułapki mogłoby być trudne. I tak zostałabym, biedny żuczek, zawieszona na tych drutach, jak w pajęczynie.  Zające nie czekały na efekt moich poczynań tylko w podskokach pognały do lasu! Takiego dziwnego zwierza pewnie jeszcze nie widziały!  Siadłam sobie na kępie wyschniętej trawy i zamyśliłam się głęboko i samokrytycznie. Nie ma co, takiej idiotki to świat nie widział! Skoro pogrodzili, to się nie łazi i tyle! No cóż, do następnego razu mam nauczkę! Dziwne, ale takie zagrożenie mi się nigdy nie wyśniło. Tego nawet mój szalony mózg nie był w stanie sobie wymyślić.

 

 

 

DSC09654.JPG

 

 

 

DSC09657.JPG

 

 

 

DSC09667.JPG

 

 

 

DSC09678.JPG

 

 

 

DSC09749.JPG

 

 

 

DSC09755.JPG

 

 

 

DSC09783.JPG

 

 

 

DSC09787.JPG

 

 

Jestem wysoko, wysoko. To już Skoczów i wzgórze Kaplicówka (389 m n.p.m.). Stoi tutaj zabytkowa kaplica św. Jana Sarkandra, który urodził się w Skoczowie w 1576 roku.  Przed kaplicą ustawiono krzyż zwany papieskim i będący częścią ołtarza na katowickim Muchowcu podczas pielgrzymki Jana Pawła II w 1985 roku. Podczas jednej z kolejnych wizyt w Polsce Jan Paweł II odprawił mszę na Kaplicówce. Jest to miejsce kultu dla katolików, a dla wszystkich niezwykły punkt widokowy, skąd rozpościera się niesamowita panorama Beskidu.  Słońce praży, widok ze wzgórza jest niesamowity.  Czuję się, jakbym była zawieszona między błękitem a zielenią. Tylko ten krzyż... jakoś mi nie pasuje do całości. Zbyt nowoczesny? Zbyt... kolczasty? Jako żywo przypomina mi o moim wypadku. Zresztą, nie tylko on. W dalszym ciągu nogi bolą, szczególnie ta rana pod kolanem jest dokuczliwa. Akurat w takim newralgicznym miejscu. Nie da się chodzić bez zginania nogi w kolanie. A wówczas boli...

 

 

 

DSC09587.JPG

 

 

 

DSC09595.JPG

 

 

 

DSC09606.JPG

 

 

 

DSC09608.JPG

 

 

 

DSC09618.JPG

 

 

 

DSC09639.JPG

 

 

 

Wracając z gór postanawiam wysiąść sobie w Pszczynie.  Mam bilet weekendowy, więc mogę sobie tak podróżować z przerwami.  Jest upał. Zanurzam się w cień parkowych drzew. Przede mną majaczy bryła Zamku Książąt Pszczyńskich.  Pod moimi stopami uginają się bujne trawy pełne motyli. Zdejmuje buty (co za ulga!) i rozkładam skromny biwak nad stawem wabiącym grzybieniami i grążelami. Nad cudnymi kwiatami unoszą się ważki i motyle. Na źdźbłach trawy przysiadają żuczki i inne biedronki. Raj dla entomologa. Raj dla mnie.  Dla ornitologa pewnie nie, bo po stawie pływają pospolite kaczuchy. Dość rozbestwione zresztą, bo na mój widok przypływa do brzegu kilkanaście osobników. Niestety, koleżanki i koledzy, żarełka nie ma. Odpływają zawiedzione. Kilka zostaje, żeby żerować wśród wodnych lilii. Z dziobów malowniczo skapuje im woda. Są zabawne i śmiałe.  Mija czas, czuję, jak pieką mnie plecy. Czas się stąd zbierać. Muszę jeszcze dojść do stacji kolejowej, a przecież wizyta w Pszczynie byłaby nieważna bez... i tu nie zgadniecie, Najmilsi Tubywalcy.  Nie byłaby ważna, przynajmniej dla mnie bez bezowego torciku Pavlovej.  W zamkowej kawiarence przyrządzają go niesamowicie.  A że sezon na maliny w pełni, więc i malinowy sos jest ze świeżych owoców. Niebo w gębie i w d...e mam kalorie. Dosłownie i w przenośni.  Czas wracać, zasuwając na stację może spalę jedną lub dwie te brzydkie kalorie? Tak sobie mów, Gośka, tak się pocieszaj! Jeszcze po drodze robię zdjęcie czarnej kaczki. Pierwszy raz taką widzę. Jest cała czarna... piękna!

 

 

DSC09808.JPG

 

 

 

DSC09801.JPG

 

 

 

DSC09799.JPG

 

 

 

DSC04615.JPG

 

 

 

DSC04607.JPG

 

 

 

DSC04515.JPG

 

 

 

DSC04439.JPG

 

 

 

DSC04368.JPG

 

 

 

DSC04370.JPG

 

 

 

DSC04371.JPG

 

 

 

DSC04374.JPG

 

 

 

DSC04378.JPG

 

 

 

DSC04380.JPG

 

 

 

DSC04428.JPG

 

 

 

DSC04543.JPG

 

 

 

DSC04539.JPG

 

 

 

DSC04627.JPG

 

 

 

 A teraz jest upalna sobota, tydzień później.  Tym razem nigdzie się nie wybrałam. Z rana trochę postraszyło deszczem, przelotnie popadało, przelotnie pogrzmiewało, a teraz znów słonecznie i upalnie. Siedzę sobie na moim balkonie.  Brzoza skutecznie osłania mnie przed Słońcem, w doniczkach pachnie lawenda i mięta. Pszczoły uwijają się wśród kwiatów petunii i margerytki. Pomidorki dojrzewają powolutku. Podobnie, jak truskawki i poziomki. Moja mała enklawa. Moja namiastka ogrodu. Jak to „siedzisz na balkonie” skoro „piszesz”?  No tak, bo ja piszę tradycyjnie... rysikiem na glinianej tabliczce! A na serio, to długopisem na kartce papieru.  Lubię i tyle.  Zabawna rzecz się zdarzyła ostatnio. Przyjmowałam interesantkę, bardzo młodą, która musiała napisać kilka zdań. Ciężko jej szło, wreszcie skończyła i stwierdziła, że palce ją bolą. Ale kciuki ma pani w porządku – zapytałam robiąc dłońmi gest pisania esemesa na klawiaturze telefonu. Zaczęła się śmiać – kciuki zawsze w formie. No cóż... takie czasy!

 

 

 

DSC03908.JPG

 

 

 

DSC03910.JPG

 

 

 

DSC03912.JPG

 

 

 

DSC09875.JPG

 

 

 

DSC09879.JPG

 

 

 

DSC09880.JPG

 

 

 Do zobaczenia, Najmilsi Tubywalcy, pa, pa!

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (3) | dodaj komentarz

Piękno...

piątek, 10 lipca 2015 4:04

 

 

... świata jest dla mnie nieustającym źródłem inspiracji, zachwytu i zdziwienia. Pająk, motyl czy najmniejszy robaczek to czysta doskonałość. Porządek, jakim rządzi się świat wokół nas jest kojący i czysty. Wszystko ma swoje miejsce, każdy ptak, każda fala na jeziorze, każde źdźbło trawy jest po coś. Nie, nie będę tutaj opisywała wzajemnych zależności, całego tego skomplikowanego, a jednocześnie prostego łańcucha pokarmowego.  W moich wędrówkach z aparatem fotograficznym jestem widzem, jestem obok i... nie ratuję ważki, która zaplątała się w pajęczą sieć, nie płoszę ptaka szybującego wysoko nad moją głową i wypatrującego zdobyczy. Pająk musi jeść, żeby przeżyć, ptak złowionym gryzoniem albo robaczkiem nakarmi swoje młode. Nie ingeruję w ten świat, bo ma on swój sens i rytm.

 

 

 

DSC00928.JPG

 

 

 

DSC03171.JPG

 

 

 

DSC03176.JPG

 

 

        Tym bardziej denerwuje mnie i smuci, gdy patrzę na to, co człowiek robi ze światem. I myślę tu zarówno o zrodzonych z nienawiści do ludzi działaniach terrorystów, jak i o niszczeniu przyrody wokół nas. Ostatnie wydarzenia na Bliskim Wschodzie, bezrozumne w swym bestialstwie ataki na niewinnych ludzi,  na ludzi, których jedynym „przewinieniem” był wakacyjny wyjazd. Na ludzi, którzy nie mogli się obronić przed fanatyzmem i okrucieństwem. Religie, wbrew wszelkiemu rozsądkowi od wieków niosły nienawiść do „niewiernych”, „pogan” czy „odszczepieńców”,  i przelaną krew tych, którzy wierzyli w innego boga, mieli inne poglądy, żyli zgodnie z własnymi tradycjami. Och, możemy mówić o człowieczeństwie, o tolerancji. Możemy używać wzniosłych słów, żeby we własnych oczach uchodzić za dobrych i sprawiedliwych. W głębi duszy jednak kłębią się mroczne otchłanie nienawiści i nietolerancji.  Jeśli zapytacie pierwszą z brzegu osobę o jej poglądy na wielokulturowość i na otwarcie na różnice między nami, usłyszycie mnóstwo wzniosłych i górnolotnych słów o miłości do bliźniego swego. Czyny mówią jednak co innego.  Strach rodzi nienawiść, nakręca spiralę przemocy. Tak dzieje się od zarania ludzkości. Historia pełna jest przykładów bratobójczych walk, zdrad i okrucieństwa w imię, jakże enigmatycznego, boga. Świat nie jest niezmienny, dany nam na zawsze. Przeminiemy jak Spartanie, Majowie i inkwizytorzy, jak wielkie armie obnoszące  z dumą hasło „Got mit Uns”.  To tylko przez zaślepienie i bezmyślność żyjemy tak, jakbyśmy byli nieśmiertelni.  Nasze życie jest krótkie. Jak opowie historia o nas i o tym, do czego doprowadziliśmy nasz wspólny świat?  Tyle nieszczęść, tyle łez. Tyle zapomnianych ofiar, tyle obcych, a jednak bliskich twarzy na fotografiach w gazetach. Ja wiem, życie toczy się dalej. Niemożliwością jest rozpamiętywanie niesprawiedliwości i nieszczęść bez końca. Tak niedawno runęły bliźniacze wieże,  zaledwie wczoraj zakończyły się bratobójcze walki w krajach dawnej Jugosławii, codziennie giną ludzie w imię... właśnie, w imię czego, a może kogo? Kto napędza tę spiralę śmierci? Komu zależy na podsycaniu konfliktów? No cóż, jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o... pieniądze. Zawsze chodziło  o władzę i napełnienie kabzy. A że działo się to i dzieje kosztem ludzkiego życia?  Któż by o to dbał, któż by o tym pamiętał... Jak więc zostaniemy sportretowani na kartach historii? I czy będzie jeszcze ktoś, kto zdoła to odczytać?

 

 

 

     Jest we mnie całe mnóstwo smutku i żalu do wszystkich tych, którzy niszczą mój, Wasz, nasz świat.  Jest mi smutno, gdy wędrując po lasach natykam się na sterty śmieci, na dzikie... nie, nie zwierzęta, tylko wysypiska.  Gdy w czystych wodach jezior widzę plastikowe butelki, foliowe worki i kłęby nylonowych żyłek. Gdy nad brzegami wykwitają niczym jadowite grzyby dzikie biwaki rozbrzmiewające nocami pijackim śpiewem, roztaczające wokół woń grillowanego mięsa. Gdy lasy i łąki są rozjeżdżane kołami quadów i samochodów terenowych. W jednej takiej koleinie znalazłam ostatnio martwego jeża. Nie zrobiłam zdjęcia, zbyt smutny to był widok. Czuję smutek, gdy po raz kolejny w miesiącu słyszę rano wycie silników kosiarek. Bo przecież nie może się uchować najmniejsze źdźbło trawy, żadna niepokorna stokrotka, na której przysiadłby zdrożony motyl. Trzeba wyrównać, nie zostawić nawet skrawka zarośli, w których mógłby się schować jeż albo kuna. Na moim balkonie kwitnie lawenda i budleja. Przylatują trzmiele i pszczoły. Może i motyle w końcu zawitają. Taki mój mały wkład w ratowanie świata. Dzisiaj spotkałam jednego na parkingu. Jeszcze senny pozwolił się zamknąć w dłoniach i przenieść na trawę. Uratowałam kawałek tęczy. Chodząc od lat po łąkach i uroczyskach widzę, że ubożeje nam świat przyrody. Zagarniamy wciąż więcej i więcej, panoszymy się, rozprzestrzeniamy  jak chwasty, jak wrogi gatunek niszczący wszystko wokół.  Mam nadzieję, że świat jednak przetrwa, i będzie go miał kto oglądać...

 

 

 

DSC09500.JPG

 

 

 

DSC09503.JPG

 

 

 

DSC09505.JPG

 

 

 

A na moich łąkach ruch...

 

 

DSC02784.JPG

 

 

DSC02815.JPG

 

 

DSC02820.JPG

 

 

DSC02846.JPG

 

 

DSC02849.JPG

 

 

DSC02890.JPG

 

 

DSC03034.JPG

 

 

DSC03052.JPG

 

 

 

 DSC03094.JPG

 

 

 

DSC03109.JPG

 

 

 

DSC03129.JPG

 

 

A póki co, póki jest jeszcze co fotografować wędruję moimi ścieżkami pochylając się nad robaczkiem, zaglądając w oczy jeży, zadzierając wysoko głowę i wypatrując „orła cień”. Każdy dzień może być zarówno tym najpiękniejszym, jak i tym... ostatnim. Celebrujmy więc każdy z nich, spieszmy się go przeżyć, bo tak szybko mija. Zbyt szybko. Tak niepostrzeżenie jakby!

 

 

 

DSC08721.JPG

 

 

 

A póki co, zanurzam nos w kwiaty lawendy. Zapewniam Was, Najmilsi Tubywalcy, że żadne perfumy, żadne diory czy inne lakosty nie dorastają do pięt zwykłemu niepozornemu krzaczkowi lawendy. Dojrzewającemu w słonecznym cieple i wabiącemu pszczoły i inne latawce :)

 

 

DSC08732.JPG

 

 

 

DSC08733.JPG

 

 

 

DSC08743.JPG

 

 

 

DSC08744.JPG

 

 

 I jeszcze, tak na zakończenie kilka zdjęć przezabawnych młodych kawek. Wystarczy wyjść na skwerek, usiąść na ławce i poczekać. Na trawniku dzieją się przezabawne historie. Młode kawki są zachłanne, wrzaskliwe i... cały czas głodne. Czasami wykończeni rodzice wręcz uciekają przed napastliwymi maluchami. Na szczęście, nie odlatują daleko i znów wracają z jakąś nieszczęsną dżdżownicą w dziobie, żeby ją wepchnąć do nienasyconego małego gardziołka.

 

 

 

DSC03382.JPG

 

 

 

DSC03383.JPG

 

 

 

DSC03384.JPG

 

 

 

DSC03390.JPG

 

 

 

DSC03396.JPG

 

 

 

DSC03399.JPG

 

 

 

DSC03410.JPG

 

 

 

DSC03411.JPG

 

 

 

DSC03412.JPG

 

 

 

I to by było na tyle. Mam nadzieję, że kolejna przerwa nie będzie aż tak długa. Pa, pa, Najmilsi Tubywalcy. Życzę Wam pięknego lata i efektywnego ładowania akumulatorów!

 

 

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (7) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 28 czerwca 2017

Licznik odwiedzin:  554 664  

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Archiwum

O moim bloogu

Codzienne, no prawie codzienne zapiski z życia, prozą, rymem i obrazem komponowane. Lepiej lub gorzej, mniej lub bardziej, słonecznie i deszczowo. Kontakt: mgm_dg@wp.pl 

Statystyki

Odwiedziny: 554664

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl